Strona 4 z 4

Rozdział III. Too late, still you.

: śr sie 12, 2026 2:48 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nie tylko zapach mu się zmienił się przez te sześć lat. Madox w ogóle był inny, te niesforne loki zgolił, przybyło mu tatuaży i blizn. Był większy i cięższy, już z powodzeniem mógłby mierzyć się w klatce z silniejszymi przeciwnikami niż Trucizna. Dlatego ona nie miała szans, kiedy przygniótł ją do ziemi, kiedy opierał wytatuowane przedramię, na którym wciąż jeszcze widoczny był opatrunek ze szpitala, o jej pierś. Czuł na nim każdy jeden zachłanny oddech, to jak jej klatka piersiowa falowała dziko, szybkie, płytkie oddechy spowodowane... kokainą.
Docisnął mocniej kolano między jej nogami i poczuł jak pod nim zadrżała. Jak szarpnęła się mocniej.
- Leż - warknął, a zaraz nawijał o jej mężu, a kiedy mu odpowiedziała to pokręcił głową - nie wyglądało jakbyś miała go w dupie - wycedził przez zęby, bo przecież na tym bankiecie tak czule wpatrywała się w jego niebieskie oczy. Przecież była idealną żonką, z pięknego obrazka. Jej kurwa wspaniałego świata blichtru i bogactwa.
Rzygać mu się chciało kiedy o tym myślał. O tym jak bardzo się zmieniła, kiedy na imprezę na plażę jako jedyna zakładała na siebie jeansy, a teraz co... Sukienki od drogich projektantów.
Nawet się nie ruszył, kiedy zaciskała mu palce na gardle, chociaż w pewnym momencie łapał w płuca ciężko powietrze.
Uduś mnie.
I może gdyby to zrobiła rzeczywiście byłoby łatwiej?
Bo w tym momencie napędzała go jedynie rządza zemsty na ojcu, nic więcej.
- Prawda... - wychrypiał i chciał jej powiedzieć, że prawda boli. Ta, którą wyrzucił jej w oczy, ale nie mógł wydusić kolejnego słowa, po już tak mocno wbijała mu palce w grdykę. Szarpnął się jej i chciał wyswobodzić.
Gówno wiesz Madox, może nigdy nie był najinteligentniejszy, ale nie był też kurwa głupi. Ani ślepy. Widział na własne oczy jej wspaniałego męża, ich córkę. Ich świetne życie, bankiety, Porsche i dom...
Piękny, ogromny dom, pod którego oknami stał.
- Skończ pierdolić Pilar - znowu na nią warczał, pochylając się niżej - jednej rzeczy od ciebie chciałem, a ty... - nie dokończył co, bo dostał łokciem w ramię i się zachwiał. Przycisnął ją sobą mocniej do ziemi, żeby ją unieruchomić. Szalejące w piersi serce przy sercu, i oddechy mieszające się w jeden. Usta... koło ust.
Za. Kurwa. Blisko.
Patrzył jej w oczy, kiedy powtórzyła, że zrobiła to dla niego. Dla niego znalazła sobie kurwa innego?
Dla niego nie odpisywała na jego listy? Dla niego miała go w dupie? Kurwa. Wolałby, żeby przyszła i kazała mu się pierdolić, niż to jak go ignorowała przez te wszystkie lata, a teraz co? Teraz zasłaniała się tym, że zrobiła to dla niego.
Pierdolenie.
Trzy miliony, tyle kosztował ten pierdolony prawnik.
Nie zdawał sobie z tego sprawy. Bo kiedy wyszedł z paki od razu zaczął wdrażać w życie swój plan zemsty na starym Noriedze, nie zainteresował się tą kwotą, myślał przecież, że to Lopez i jego matka. Miał to w dupie, a teraz...
Trzy miliony.
- Oddam ci to, co do jednego pierdolonego dolara - nie chciał jej pieniędzy, jej wspaniałego męża. Nieświadomie poluzował uścisk, kiedy syknęła z bólu i wtedy mogła mu się odwinąć, a że odpowiednio się zaparła i ruszyła biodrem, to zrzuciła go z siebie. Walnął plecami w podłoże, łapiąc ciężko powietrze w płuca, a kiedy na nim usiadła, przecież kurwa wystarczył jeden ruch, żeby ją z siebie zrzucił, akurat w takiej walce w parterze nie miała z nim szans, był od niej silniejszy i cięższy, a jednak... pozwolił jej oprzeć palce na gardle, docisnąć jego rękę kolanem do ziemi. Chociaż tą drugą zacisnął w pięść.
Słuchał jej, ale...
- To dlaczego do mnie nie przyszłaś? Dlaczego mi o tym nie napisałaś? Nie pozwoliłbym ci na to. Ja kurwa nic od ciebie nie chciałem, chciałem tylko... żebyś mnie odwiedziła, żebyś kurwa kochała, tak jak zapewniałaś w tym jednym liście. Jedynym - szarpnął się pod nią, ale co z tego kiedy nawet nie chciał jej zrzucić, a może tylko, żeby ona przycisnęła się do niego mocniej? Wpatrywał się w nią intensywnie - grzałeś dupę w więzieniu? Ty myślisz, że ja tam byłem kurwa na wakacjach, na pierdolonym urlopie od ciebie? - też na nią warknął, bo przecież kurwa gdyby miał wybór, to wolałby, żeby obijali go na ulicy, a nie w pace. Tam gdzie połowa ludzi jego nazwisko kojarzyła z ojcem. Nie miał tam łatwego życia i kilka razy pewnie mógł je stracić, ale... Kurwa.
Nie, nie miał pojęcia przez co ona przechodziła. A ona nie miała przez co on. I to na pewno nie było grzanie dupy w więzieniu. On miał osiemnaście lat kiedy tam poszedł, do pudła, gdzie na każdym kroku byli zwyrole i to prawdziwi, a nie tacy jak on, których ktoś wrobił. Był dzieciakiem.
Tak jak ona.
Patrzył na nią, kiedy wyrzucała z siebie te wszystkie słowa. Bo przecież on by jej nigdy na to nie pozwolił. Ostatnią rzeczą, którą chciał to, żeby stała jej się krzywda. Nie udowodnił jej tego dzisiaj? Kiedy bronił ją przed swoimi wspólnikami? Kiedy złapał ją na tym dachu. Nie chciał, żeby ktokolwiek ją szarpał. Poniżał. Dotykał. Wy-ko-rzy-stał.
Nie chciałby, żeby w ten sposób zarabiała dla niego pieniądze, ale czy miał jakiś wybór, kiedy ona nie raczyła mu nigdy o tym powiedzieć?
Myślisz, że ja wyszłam za niego z miłości!?
A z czego?
Kurwa mać, Madox, użyj pierdolonego mózgu!!!
Nie mógł oddychać. Nie mógł złapać tchu, dlatego, że dociskała go do ziemi, ale też z tej pierdolonej bezsilności. Bo co on teraz mógł z tym zrobić?
Co kurwa miał z tym zrobić?
Z tym, że gdyby wiedział to by jej na to nie pozwolił, wolałby zgnić w tym pudle, żeby go tam zajebali, niż żeby ona przez niego musiała przez to przechodzić. Ale nie dała mu wyboru.
Teraz też nie dawała, bo miała męża i miała dziecko. Miała piękne życie i ogromny dom. Miała wszystko to, czego on jej nie mógł dać.
To ciebie zawsze kurwa kocha…
- Zamknij się! - krzyknął na nią, i teraz to już szarpnął ją za nogę ściągając z siebie. Nie chciał tego słuchać, kiedy to kurwa wcale nie pomagało, wszystko tylko jeszcze gorzej komplikowało.
Chociaż zaraz okazało się, że sytuacja na dole też była napięta. Dźwięk wystrzału przecież ciszę. A potem kolejny, krzyki i poruszenie, karabinek maszynowy. Madox poderwał się z ziemi. I w pierwszej chwili chciał ją tu zostawić. Tak jak ona jego?
Ale go nie zostawiła. Bo to co zrobiła, było dla niego.
Nie. On niczego od niej nie chciał.
Fiksował się w swoich myślach. Ale w końcu zacisnął wytatuowane palce na jej ręce, w końcu pociągnął ją do krawędzi dachu, po drugiej stronie, miedzy budynkami przechodził prowizoryczny most z deski i sznura.
- Idź! - pchnął ją w tamtym kierunku - jestem za tobą - skłamał, chociaż kiedy wchodziła na deskę był przy niej, ale gdy już znalazła się po drugiej stronie, to cofnął się w tył, oparł ciężkiego buta na brzegu deski - nie oglądaj się za siebie, tylko kurwa idź, do swojego męża, i do swojego dziecka, i daj mi kurwa spokój - pchnął deskę nogą tak, że drewno poszybowało w dół i roztrzaskało się w drzazgi o bruk - nie szukaj mnie Pilar - jeszcze przez chwilę stali na tych przeciwległych krawędziach dachu. Za daleko, żeby skoczyć. Wystarczająco blisko, żeby mogli jeszcze spojrzeć sobie w oczy, te jego były czarne. Mogło być między nimi różnie, ale nigdy nie chciał, żeby się dla niego poświęcała. Żeby przez niego stała jej się krzywda.
- Nawet nie waż się tutaj wracać, i tak narobiłaś mi dzisiaj wystarczająco problemów. Po prostu odejdź - rzucił jeszcze nie spuszczając z niej spojrzenia. Nie wiedział, czy go posłucha, była pierdolnięta, naćpana, a te jej oczy, pełne bólu i żalu...
Zawahał się jeszcze na tym dachu. Nie chciał jej zostawiać, ale w tym momencie musiał tam zejść. Do ludzi jego ojca. Musiał pokazać, że się go nie boi. W końcu Madox odwrócił się na pięcie i ruszył w dół po przeciwpożarowych schodach. Prosto w chaos, który rozgrywał się na dole.
Ale kurwa jeszcze gorszy miał teraz w głowie, w której krążyły te jej wszystkie słowa. W sercu, które znowu szarpało się do niej. Nie chciał tego. Łatwiej było ją nienawidzić. W tym jego brudnym, zepsutym świecie.
Łatwiej było kiedy ona zostałaby w swoim. Wspaniałym, który dawał jej Galen Wyatt.

¡callarse la boca!

Rozdział III. Too late, still you.

: śr sie 12, 2026 8:32 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, agresja
Nie chce twoich pieniędzy — warknęła praktycznie od razu, kiedy zaczął się zarzekać, że odda jej wszystko, co to jednego, pierdolonego dolara. Nie o to jej chodziło. Nie mówiła mu tego wszystko po to, żeby wypomnieć mu inwestycje, jaką poniosła dla jego dobra. Ona po prostu chciała pomóc mu zrozumieć. Zrozumieć to, jak wiele dla niego poświęciła. Jak oddała mu się w pełni nie tylko wtedy, kiedy razem uciekali z Medellin ale też kiedy trafił za kratki. Każdy jeden dzień ich rozłąki spędziła na kochaniu go.
I na wmawianiu sobie, że on ją też.
Chociaż gdzieś z tyłu głowy wiedziała, że prawda była zupełnie inna. Miała ją nawet wypisaną czarno na białym na kartce papieru, która dostała z więzienia, gdy kazał jej spierdalać, gdy napisał, że kochanie jej, było najgorszym, co go w życiu spotkało. Nawet wtedy szukała na to jakiejś wymówki. Przecież nie mógł tego napisać. A jednak napisał. A przynajmniej po dziś dzień Pilar żyła w takim przekonaniu.
Tak samo jak on skądś ubzdurał sobie, że ani razu do niego nie przyszła, ze nie napisała mu żadnego listu, bo w każdym innym wypadku on przecież by jej na to nie pozwolił. Na co by jej kurwa nie pozwolił? A co on miał do gadania, kiedy nawet nie chciał z nią rozmawiać? Kiedy blokował każdą, jedną wizytę.
Patrzyła na niego jak na wariata.
Jak na kogoś kto kurwa do reszty postradał resztki umysłu.
Czy naprawdę gdyby nie chciała go widzieć, zrobiłaby dla niego to wszystko? Nie rozumiała, jak on mógł tego nie widzieć, nie rozumieć tego, jak kurewsko dużo dla niej znaczył. Jak kiedyś był dla niej całym, jebanym światem. Dalej był. I jak kiedyś nie potrafiła bez niego żyć. Dalej nie potrafiła.
I może nawet by mu to wszystko wygarnęła, powiedziała, co leżało jej na sercu, skoro aż tak bardzo rozwiązał się jej język po pieprzonym koksie, tylko on już kazał jej się zamknąć, a głośne huki po wystrzałach przecięły powietrze. Znowu ktoś im przeszkadzał. Znowu pierdolony wszechświat nie chciał dopuścić do tego, żeby poznali prawdę. Żeby dowiedzieli się, że tka naprawdę przez cały ten czas to jego ojciec trzymał ich od siebie z daleka.
Co do… — zaczęła, ale nawet nie skończyła, bo jego palce już zacisnęły się na jej ręce. Szarpnął ją w górę, a potem na drugi koniec budynku. — Co ty robisz? — krzyknęła na niego, próbując przystać i jakoś ich zatrzymać, jednak dopiero teraz wyszło, jak wiele siły miał w łapie, przy okazji uświadamiając jej, ze przed chwilą, gdy siedziała na nim okrakiem, mógł ją zrzucić praktycznie od razu, ale tego nie zrobił. Pozwolił jej na to wszystko. Ona nigdy tak naprawdę nie miała nad nim kontroli.
Nigdzie nie idę — znowu się szarpnęła, a potem zajrzała mu głęboko w oczy. Mogli się nienawidzić, skakać sobie do gardeł, jednak to całe zamieszanie na dole było na tyle przerażające, że Pilar naprawdę… nie chciała, żeby on tu został. Uwierzyła mu, kiedy powiedział, że będzie tuż za nią. Weszła na chwiejącą się deskę i w kilku krokach przeszła na drugi dach, od razu się za nim odwracając. Tylko jego but już podważał kładkę. — Co ty kurwa robisz?! — ryknęła głośno, jednak ta opadającą w dół deska zrobiła jeszcze więcej hałasu.

Nie oglądaj się za siebie.
Tylko kurwa idź.
Do swojego męża.
Do swojego dziecka.
Daj mi kurwa spokój.


Patrzyła na niego z szeroko otwartymi oczami. Szczerym kurwa zaskoczeniem, którego nie umiała nawet ukryć. Jak on mógł to zrobić? Jak mógł ją znowu oszukać? Powiedział, że idzie za nią! A ona znowu głupio mu uwierzyła. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy mówił, że zawsze będzie ją kochać. Idiotka. Pokręciła głową. Miała w niej jebany mętlik, w dodatku koks powoli z niej schodził, kompletnie opadała z sił, chociaż adrenalina podbijała wszystko, tworząc ciężką dla organizmu mieszankę.
Nie zostawię cię tutaj! — krzyknęła, nawet nie dając sobie czasu na przemyślenie tych słów. Wyszło to z niej kompletnie niekontrolowanie, z głębi serca. Bo nie chciała go tu zostawiać. Było niebezpiecznie. I chociaż z jednej strony chciała go dusić i łamać mu nos, tak z drugiej nie potrafiła przestać się o niego troszczyć. Nigdy nie umiała tego nie robić.
Tylko wtedy on powiedział, że miała go nie szukać. Miała nie ważyć się tu wracać, bo i tak narobiła mu wystarczajaco problemów. Zacisnęła mocno dłonie w pięści, a policzek wzięła od środka w zęby, zaciskając praktycznie do krwi. Była aż takim problemem?
Po prostu odejdź.
Nie chciał jej.
Gardził nią.
Ile była w stanie wciskać się do jego życia na siłę? Przecież jej nienawidził. Oszukiwał ją i kłamał. Co ona sobie wyobrażała? Po co tak bardzo chciała mieć go obok, kiedy wszystko pierdoliło się, gdy byli razem? Patrzyła w jego ciemne oczy, serce łomotało jej w środku… mógł widzieć na jej twarzy jak bardzo ze soba walczy, jak kurwa patrzy na niego z żalem, zawodem i nienawiścią.
Pierwszy odwrócił się on.
Zbiegł na dół po schodach, a ona stała jeszcze przez moment na tym pieprzonym dachu. Walczyła z głową i sercem, nie wiedziała, co powinna zrobić. I tylko te jego wszystkie słowa chyba sprawiły, że finalnie… postanowiła odejść. Dokładnie tak, jak jej kazał.

Nie oglądać się za siebie.
Tylko kurwa iść.
Do swojego męża.
Do swojego dziecka.
Dać mu kurwa spokój.

po prostu odejść.
Zeszła po podobnych schodach tylko po drugiej stronie budynku. Prześlizgnęła się pomiędzy paletami i starymi maszynami jeszcze do miejsca, w którym Diego zostawił jej broń. Leżała dalej na pieprzonym stole, na którym wcześniej Rodri sypał jej koks. W środku nie było wtedy nikogo. A kiedy Madox po całej akcji wrócił do środka, mógł zobaczyć, że pistolet zniknął, jednak zamiast niego leżała tam karteczka, dokładnie w tym miejscu gdzie były prochy, z pięcioma kolejnymi lokalizacjami przekazu prochów przez ludzi Carlosa. Dała mu pierdolone, poufne dane z policji, żeby pomóc mu z jego planem. Ostatnie co od niej dostał.
Na pożegnanie.

Adiós, amor mío.

Rozdział III. Too late, still you.

: czw sie 13, 2026 10:24 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nic od niej nie chciał...
Wróć.
Chciał od niej tylko jednej rzeczy.
Chciał tylko, żeby go kochała. A może aż? Może to było za wiele, kiedy wpakowali go do więzienia na dożywocie... Mógł się ubiegać o złagodzenie wyroku po piętnastu latach. Piętnaście lat. Tyle musiałaby na niego czekać.
Więc może to z jego strony było pojebane, że tego od niej wymagał?
Pewnie tak.

Na pewno nie chciał od niej tej kartki z lokalizacjami kolejnych przerzutów, ale schował ją do kieszeni. Studiował potem wiele razy. Przydała mu się.

Trzy dni. Tyle czasu minęło od ich ostatniego spotkania, od tego jak porzucił ją na dachu, jak pomimo tego, że krzyczała za nim, że nie chciała go tam zostawiać, on zadecydował za nią. Znowu to robił. Jak wtedy, kiedy mieli po dziesięć lat, a on posłuchał się Ticiano, uwierzył mu, że jego nikt nie potrafiłby kochać, bo jak? Nie kochał go ojciec, ani matka, nikt na tym pierdolonym świecie.
A potem ona. Mogłaby?
A on zamiast to z nią przegadać, zamiast dać im szansę, przyszedł wtedy do niej i powiedział, że nie chce już żeby była jego dziewczyną, ale chciał.
Cały czas jej kurwa chciał, chociaż mógł się zarzekać, że to nieprawda.
I dzisiaj też do niej przyszedł. Ale w zupełnie innym celu. Wtedy to zakończył. A dzisiaj?
Kurwa. Co on zamierzał zrobić?

Galen Wyatt siedział w sowim gabinecie, dochodziła druga w nocy, a on wciąż prowadził jakieś rozmowy z zagranicznymi klientami, w tej swojej nieskazitelnej koszuli, z podwiniętymi rękawami, z idealnie ułożonymi włosami i drogim zegarkiem na nadgarstku. A kiedy jego żona zajrzała do gabinetu, rzucił tylko krótkie.
- Jeszcze mi zejdzie Pilar, idź spać - ale chyba nie mogła, bo potem zajrzała do Amry. Dziewczynka spała przytulona do swojego misia, oddychała miarowo pochłonięta przez sny, na pewno piękne, było to widać na jej okrągłej buzi, która uśmiechała się przez sen. Na tym jak zaciskała małe paluszki na swoim pluszaku, a kiedy Pilar weszła w głąb pokoiku z kolorowymi zwierzątkami na ścianach, drzwi zamknęły się za nią powoli, odcinając źródło światła, które wpadało tam z korytarza. Jedyną poświatę dawała ledwo migocząca lampeczka nocna w kształcie kwiatka, która stała przy łóżeczku dziewczynki.
A w rogu pokoju cień, koszmar może? Diabeł?
Na pewno się go tutaj nie spodziewała. Widział to w jej oczach, kiedy się odwróciła, kiedy spojrzała na niego, a on doskoczył do niej, zacisnął palce na jej ramieniu przytrzymując ją przy sobie, a te drugiej ręki, ozdobionej tatuażem ze skrzydłami anioła ułożył na jej ustach.
- Ciiii... - uciszył ją, a ciemnymi oczami wskazał na łóżko dziewczynki, w którym mała przekręciła się na drugi bok. Spokojnie, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że nad nią jej matka, znowu patrzyła w oczy Diabła.
Tylko on dzisiaj przyszedł do niej z dobrymi intencjami.
Bo musiał się z nią podzielić tym, czego się dowiedział.
Może nie powinien. Przychodzić do jej wspaniałego domu, pod obecność jej męża. Do pokoju jej dziecka. Po tym jak kazał dać jej sobie z nim spokój.
Ale... czy on kiedykolwiek kierował się powinnością?
Nigdy.
I teraz też, z ciemnym spojrzeniem zawieszonym na jej twarzy, z wytatuowanymi palcami zaciśniętymi na jej przedramieniu, sięgnął pod skórzaną kurtkę i wyciągnął kilka zadrukowanych kartek. Dużo jebanych dat, a przy nich podpisy, więzienne pieczątki. Było tego pełno.
Listy, które mu wysyłała, odwiedziny, które zgłaszała, a które on rzekomo odrzucał. I kolejne kartki z wiadomościami, które wychodziły z więzienia, a nigdy do niej nie dotarły.
Znowu zostali oszukani.
Znowu kurwa ktoś trzeci sprawił, że ta piękna miłość, która w ich sercach zakwitła dawno temu, gdy po raz pierwszy może jedli te czekoladowe lody na pół? A może kiedy rozmawiali beztrosko o przyszłości? Albo kiedy jedno wstawiało się za drugie? On zasłaniał ją przed Floresem, a ona strzelała z procy do bliźniaków...
Jedno za drugim, zawsze.
A potem osobno. Ale przecież to uczucie nigdy nie umarło, odkopali je później ze zgliszczy, na tej plaży, kiedy sobie wszystko wyjaśnili. I potem ono rozkwitło w najpiękniejszy możliwy sposób, zamieniając to całe szczeniackie zauroczenie w prawdziwą miłość.
Taką, która miała przetrwać wszystko.
I której znowu na przeszkodzie stanął...
- Mój ojciec przechwycił wszystkie listy, dotarł do mnie tylko jeden, ten... pierwszy - odezwał się szeptem, żeby nie zbudzić dziewczynki, której równy oddech wybrzmiewał w pokoju - blokował wszystkie twoje wizyty... Żaden mój list nie wyszedł z więzienia, ani jeden - patrzył jej w oczy, ale cofnął rękę, która jeszcze przez chwilę spoczywała na jej ramieniu. Nie wiedział, że wyszedł ten ostatni, ten, w którym na kopercie zapisał to jedno zdanie...

Miałaś być kurwa moja.

Bo on też przecież dotarł do niej dużo później, przez Ticiano. A ten, w którym rzekomo mówił jej, że to co do niej czuł nic nie znaczyło.
Przecież nigdy by jej tego nie napisał.
Może mógłby to jej w nerwach powiedzieć, bo Madox czasem pierdolił od rzeczy, czasem w przypływie emocji gadał za dużo. Tak, żeby kogoś zranić. Ale kurwa, jego serce i tak pokazywało, że to nieprawda. Ono tylko przy niej biło mocniej. Jego oczy tylko kiedy wpatrywały się w te jej, to płonęły tym ogniem. Czasem niszczącym, piekielnym, a czasem...
I chociaż usta czasem mogły kłamać, to oczy i serce nie. I te listy podpisywane przez strażników więziennych, z datami, godzinami, pieczątkami. Pełno jebanych dni, które ktoś im zabrał, bezpowrotnie. Teraz mieli przed sobą, całą prawdę.

Solo quería que me quisieras.

Rozdział III. Too late, still you.

: czw sie 13, 2026 7:00 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Trzy dni.
Minęły całe trzy dni, a ona dalej nie umiała się pozbierać.
Wrócić do normalności, znaleźć jakiś balans… zapomnieć. Bo jak zapomnieć o kimś, na kogo widok serce wyrywało się w piersi, oddech przyśpieszał, a każdy jeden mięsień w ciele spinał się na baczność? Przecież to było awykonalne. Nawet po tym, jak kazał jej o sobie zapomnieć. Nie wracać. Nie szukać go i dać mu święty spokój.
Nie potrafiła.
Chociaż kurewsko się starała, nie umiała o nim zapomnieć. Nagle zwracała większą uwagę na mężczyzn z tatuażami na ulicach, przypatrywała im się, przyśpieszała kroku, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie on. Sprawdzała telefon jak ostatnia idiotka, chociaż nawet nie miał jej numeru. A przede wszystkim widziała go każdego, jednego dnia w swojej córce. Jego córce. Amra może i oczy miała po Pilar, ale przecież uśmiech… cały po tacie. To jak brudziła się wszystkim, jak kochała mango i uwielbiała rozrabiać. Nigdy dwa razy się nad czymś nie zastanawiała, po prostu wchodziła we wszystko na sto procent, a dopiero potem doganiały ją konsekwencję. Śmiech też miała do niego podobny, nie wspominając nawet o sposobie, w jaki przewracała oczami.
Kurwa.
Z hukiem odstawiła książkę na stół. Nie była w stanie nawet czytać. Przez ostatnie trzydzieści minut dwadzieścia razy przeczytała to samo zdanie. Udawała, że żyła normalnie, chociaż tak naprawdę ciągle siedziała we własnej głowie. Wertowała na okrągło słowa, które usłyszała na dachu trzy dni temu.

To dlaczego do mnie nie przyszłaś? Dlaczego mi o tym nie napisałaś? Nie pozwoliłbym ci na to. Ja kurwa nic od ciebie nie chciałem, chciałem tylko... żebyś mnie odwiedziła, żebyś kurwa kochała, tak jak zapewniałaś w tym jednym liście.


Nie miał racji.
Wiedziała, że nie miał.
A jednak coraz mniej potrafiła tłumaczyć sobie to wszystko tym, że ją po prostu okłamywał. Bo po co? Po co miałby mówić jej to wszystko, jeśliby cały ten czas ją po prostu ignorował? Dlaczego w jego wielkich, ciemnych oczach chowało się tak wiele żalu i cierpienia, kiedy to on za każdym razem ją od siebie odsuwał? Miała mętlik w głowie. Pierdolony huragan, który nie potrafił się zatrzymać.
Przeszła do kuchni i zajrzała do szafki z lekami. Chciała wziąć coś na sen, ale już wczoraj zjadła wszystkie tabletki, żeby w ogóle zmrużyć oko. Cisnęła pustym pudełkiem do kosza i ruszyła długim korytarzem, żeby zajrzeć do Galena. Siedział przy sobie idealnie uporządkowanym biurku, klikając coś na niewielkim laptopie.
Trochę mi zejdzie, Pilar, idź spać.
Skinęła głową, dziękując w duchu, że nie musiała na niego czekać. Że nie musiała chociaż tego wieczoru patrzeć w jego niebieskie oczy i znowu udawać, że wszystko było okej. Że jej gorszy humor w ostatnim czasie, wahania nastroju… że to wszystko było spowodowane problemami w pracy.
Przeszła spokojnie do pokoju Amry. Dziewczyna spała smacznie pod kolorową pierzynką. Wyglądała tak beztrosko. Bez grzechu. Nawet kącik ust unosił się jej do góry. Ciotka zawsze powtarzała, że dzieciom, kiedy są małe, śni się ich całe życie. To Amry zapowiadało się chyba całkiem nieźle, oceniając po jej minie. Aż Pilar sama prychnęła pod nosem i przykryła ją jeszcze bardziej, składając na jej czole czuły pocałunek. Tak mały człowiek, a ona tak dużo jej zawdzięczała. Gdyby nie to dziecko… kto wie, gdzie by teraz była.
Odwróciła się na pięcie, gotowa tym razem zakończyć wycieczkę we własnej sypialni, kiedy w roku pokoju zobaczyła cień. Jedynie oczy odbijały się w ciemności. Serce momentalnie podeszło jej do gardła i już chciała sięgnąć po jakąkolwiek broń, nawet jeśli miała to być lampka w kształcie kwiatuszka, ale wtedy zobaczyła jego twarz. Twarz która nie mogła wyjść z jej głowy od pierdolonych trzech dni. Otworzyła usta, ale nawet nie zdążyła nic powiedzieć, bo jego dłoń zakneblowała ją w ułamku sekundy. Próbowała mu się szarpnąć, ale docisnął się do niej jeszcze bardziej. Jej spojrzenie błądziło po jego oczach. Przeskakiwało z jednego na drugie, chaotycznie, a powietrze z nosa leciało nierówno na jego kciuk. Dopiero kiedy cofnął dłoń, Pilar go pchnęła.
Popierdoliło cie!? — warknęła przyciszonym tonem, od raz sprawdzając, czy Amra się przypadkiem nie przebudziła. — Wypierdalaj stąd! Co ty tu kurwa robisz? — przecież miała dać mu spokój, miała zniknąć z jego życia… to czemu on nie potrafił z tego jej? Dlaczego musiał ją męczyć i torturować? Czemu nie mógł sobie po prostu iść. Zniknąć na kolejne sześć lat. Może tak byłoby najlepiej.
Pewnie krzyczała by na niego dalej i może nawet wyszarpała go za fraki, ale wtedy on powiedział jedno zdanie, które zmieniało wszystko.
Co? — jak to Carlos przechwycił wszystkie listy? Co on do niej mówił? Spojrzała na niego jak na kolejnego wariata. Kompletnego debiła, który… — Znowu chcesz mi namieszać w głowie. Wypierdalaj z tym. Nie chce na to patrzeć — pachnęła na niego ręką, odwracając się do niego tyłem. — Kłamiesz — bo w to było jej o wiele łatwiej wierzyć. W to, że on miał ją gdzieś. Że jej nienawidził. Że odciął się ze swojego życia w pełni świadomie, a nie że jego ojciec wszystko zniszczył. Ich zniszczył.
I może gdyby była na tyle uparta na ile chciałaby być, odwróciłaby się na piecie i się od niego odsunęła, ale przecież ciekawość zawsze brała górę. Ruszyła w jego kierunku, a następnie wyszarpała mu papier. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe, podczas gdy oczy skanowały te wszystkie wykazy. Podpisy, pieczątki… wszystko by się zgadzało, gdyby nie zmiana odbiorcy przy każdym, jednym wysłanym liście. Carlos Noriega. Pierdolony, stary Noriega.
Skąd to masz? — warknęła, wciąż do końca nie potrafiąc w to uwierzyć. Podniosła na niego spojrzenie, a dłoń, w której trzymała papiery zadrżała nerwowo. — Skąd to kurwa masz, Madox?! Wydrukowałeś to? Zfałszowałeś? Specjalnie to robisz? — wcisnęła mu papier prosto w klatkę piersiową, patrząc na niego z żalem mieszającym się z gniewem. — Aż tak chcesz mi namieszać jeszcze bardziej w głowie? Mało mnie kurwa zraniłeś, że jesteś w stanie udawać, że nie dostałeś żadnego z moich listów? — znowu podniosła na niego głos, może nawet trochę za bardzo, chociaż Amra zdawała się smacznie spać. Coś, co na pewno dzisiaj nie czekało Pilar, a już na pewno nie teraz, kiedy jej tętno wynosiło pewnie jakieś sto osiemdziesiąt, a płuca ciężko łapały powietrze. Nie mogła w to uwierzyć. Nie mogła uwierzyć w to, że to była prawda, bo przecież to by znaczyło…
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Widziała w jego spojrzeniu szczerość. Ona dosłownie godziła ją prosto w serce, aż oczy momentalnie się jej zaszkliły. Przecież to było niemożliwe.
Pięćset czterdzieści trzy — wypowiedziała w końcu, cedząc każde jednego słowo przez zęby. — Tyle listów do ciebie napisałam — a początku pisała codziennie, potem co kilka dni, aż w końcu jeden na tydzień. Przez lata. Nie ominęła ani jednego odbioru poczty, nawet w święta i on teraz chciał jej powiedzieć, że nie dostał ani jednego?
Zrobiła krok w jego kierunku.
Pięścią uderzyła w jego w klatkę piersiową, napierając na niego tak mocno, że musiał złapać ją za biodra. Zacisnąć na niej palce. Twarze mieli jedna przy drugiej. Ich oddechy blendowały się ze sobą, podczas gdy po jej policzku spłynęła jedna, samotna łza.
Nie kłamiesz? — wyszeptała, patrząc mu głęboko w oczy. Palce zacisnęła na materiale jego kurki, przytrzymując go przy sobie. Czekała aż jej odpowie, jakby od tego zależało jej pierdolone życie. I wtedy…
Pilar? — głos Galena przeciął cisze, w której było słychać jedynie ich walące w piersiach serca. — Jesteś tu? — klamka przechyliła się w dół, a ona momentalnie odepchnęła od siebie Norięgę.
Schowaj się kurwa — rzuciła mu do ucha, pchając go w stronę szafy. Drzwiczki były uchylone, więc bez problemu mógł się tam wcisnąć.
Pilar, co ty tu jeszcze robisz? — powtórzył Galen, wchodząc od pomieszczenia. — Jezu, Pilar, wszystko dobrze? — zaraz do niej doskoczył, układając jej dłonie na policzkach. — Jesteś cała rozgrzana. Płakałaś? Coś nie tak z Amrą? — przejął się, rozglądając się na boki, a ona… a ona nie mogła kurwa oddychać. Kompletnie spanikowana, zaszokowana jeszcze tym, co właśnie się dowiedziała, z jebanym chaosem w głowie jak jeszcze nigdy musiała teraz przed nim grać? Z Madoxem za rogiem?!
To ta książka, którą ostatnio czytam — zaczęła ledwo wypuszczając z siebie słowa, wciąż nie potrafiąc uspokoić walącego serca. — Wiesz takie tam, ale głównej bohaterce zmarło dziecko i aż musiałam, no wiesz… przyjść tu i ją przytulić — nawijała pierwsze, co jej przyszło do głowy, co chwile patrząc w róg pokoju. — Takie tam głupoty — strzeliła się w czoło, kręcąc głową.
Jesteś po prostu wrażliwa — wtrącił się, przytulając ją mocno do siebie i gładząc po głowie z czułością. — Uwielbiam to w tobie — rzucił, odsuwając się od niej delikatnie, żeby po chwili… złożyć pocałunek na jej ustach. Krótki ale za to agresywny. Taki, który porywał serce w piersi, chociaż to Pilar przecież biło wcale nie przez Galena, a tego diabła w cieniu, który wciąż tam stał i patrzył na to wszystko z odpowiedniej odległości. — Idziesz się położyć? Ja jeszcze musze skończyć kilka rzeczy-- spytał po chwili.
Zostanę tu jeszcze chwilę — rzuciła spokojnie, chociaż w środku miała wrażenie, że zaraz ją autentycznie po-pier-do-li. Pojebie do granic możliwości. Chciała krzyczeć, uciec stąd jak najdalej, wyciszyć jakoś głowy w głowie, które teraz nawijały bez opamiętania. Chociaż finalnie jako pierwszy z pokoju wyszedł Galen.

A ti es a quien quiero besar.

Rozdział III. Too late, still you.

: czw sie 13, 2026 10:26 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Chyba rzeczywiście go popierdoliło.
Tylko te myśli przyszły do niego dopiero w momencie, kiedy wszedł już przez okno, kiedy stał nad łóżeczkiem, w którym spała jej córeczka. Ich dziecko.
Po co tu przyszedł?
Mógł ją po prostu zostawić, dać jej żyć tym swoim pięknym życiem, u boku wspaniałego męża. Powinien. Ale kurwa. Jej chyba też należała się prawda, nawet jeśli była tak bolesna. Nawet jeśli oznaczała, że oni znowu całą nienawiść do siebie budowali na fundamencie z kłamstwa. Po raz drugi.
Miał pierdolone dejavu. Jak wtedy na plaży, kiedy nagle okazało się, że na drodze ich uczuciu stanął Ticiano. A tym razem był to jego ojciec...
Ale też to dziecko. Mała, niewinna istotka, bo czy on miał jakiekolwiek prawo, żeby zabrać jej matkę?
Cofnął się do cienia za drzwiami, kiedy usłyszał na korytarzu kroki. To mógł być jej mąż, ale zobaczył Pilar, zamknął za nią lekko drzwi, a kiedy się odwróciła, kiedy wypatrzyła go, od razu się do niej wyrwał. W jakimś takim odruchu zasłonił jej usta, chociaż kiedy ułożył palce na jej pełnych wargach w momencie pożałował. Dopiero kiedy jej oddech się wyrównał, to zabrał rękę i sięgnął do kieszeni.
Zaparł się kiedy go popchnęła, a zaraz prezentował jej te wszystkie wydruki. Nie powinien tego robić, bo co to niby zmieniało? Teraz, kiedy ona była mężatką, kiedy była matką?
Pewnie nic, ale on i tak zaraz jej to powiedział.
- Nigdy cię nie okłamałem Pilar - a jednak zatrzymał dłoń w powietrzu, a zaraz nawet ją cofnął, kiedy powiedziała, że nie chce na to patrzeć.
A on wcale nie chciał jej do tego zmuszać, mieszać jej w głowie. Wystarczyło, że w tej jego był pierdolony Sajgon.
Że odkąd dostał te listy, to nie umiał sobie tego poukładać, bo ona napisała do niego setki wiadomości... Więcej niż on. On w pewnym momencie zwątpił, przestał pisać, znienawidził ją szybciej. A ona się nie poddawała.
Wypuścił powietrze z płuc cofając się do tyłu, już miał schować te listy pod kurtkę i może rzeczywiście stąd wypierdalać, ale ona wtedy ruszyła do niego, wyszarpnęła mu z ręki papiery, a Madox wbił spojrzenie w jej twarz.
- Po co miałbym to robić? - zapytał ją szczerze, bo dlaczego miałby ją oszukiwać? Co by z tego miał, oprócz tego bólu, który teraz w tym momencie dotykał ich oboje - prowadzam się z córką naczelnika więzienia, mam tam kontakty - wyjaśnił jej, a kiedy wciskała mu papiery w klatę to zacisnął na nich palce, musnął nimi jej dłoń. Ale cofnął się znowu o pół kroku, chociaż ciemne spojrzenie zawiesił na jej oczach. Oczach, w których widział jeszcze to zawahanie - Poczekam. Tyle ile będzie trzeba. Zawsze będę na ciebie czekać. Nie ma takiej mocy, która sprawiłaby, że bym przestała... - zacytował jej słowa, z tego listu, który od niej dostał. Którego kurwa nauczył się na pamięć, bo tyle razy go czytał. Tego, który zakończyła słowami...
Kocham cię.
Na zawsze twoja,
Pilar.

I on w to wierzył, długo te słowa i ten list były jedynym, co go trzymało przy życiu w pudle. Bo tam czasami łatwiej było się skończyć niż żyć, zwłaszcza takiemu dzieciakowi. Synowi tego Noriegi.
- A ja dostałem jeden - odpowiedział, kiedy wyznała ile listów do niego napisała. On też pisał do niej często, nie tyle co ona, ale wiele razy się do niej odzywał. Wiele razy pytał co u niej, kiedy w końcu go odwiedzi, czy jest już w akademii. Tłumaczył ją, że może teraz nie ma czasu, bo się uczy, że może innym razem, że jeszcze kiedyś...
Bo przecież miała na niego czekać. Przecież była jego. Kochała go.
A on ją, i tylko to co do niej czuł pozwalało mu przetrwać te wszystkie noce, kiedy zastanawiał się czy dożyje do rana.
Kiedy uderzyła pięścią w jego klatkę piersiową nie ruszył się z miejsca, a sięgnął do jej bioder układając na nich palce, przesunął nimi na jej plecy, zaczepiając o cienki materiał jej koszuli. Pokręcił głową, kiedy zapytała czy nie kłamie, i może nawet znowu by jej to powiedział, że nigdy jej nie okłamał. Ale nie zdążył, jedynie starł samotną łzę z jej policzka kciukiem, pozostawiając na nim mokrą plamę i palący dotyk, bo na korytarzu odezwał się Galen.
Jebany Galen Wyatt.
A kiedy Pilar odepchnęła Madoxa, ten cofnął się w kierunku szafy, wślizgnął się do środka, między falbaniaste sukienki i kartony z pluszakami. Plecami dotknął tylnej ściany chowając się pomiędzy wieszakami. Oddychała płytko, delikatnie, starając się nie wydawać głośniejszych dźwięków, chociaż serce w piersi łomotało mu w jakimś szalonym, dzikim rytmie. A czarne oczy śledziły dłoń Galena Wyatta, która też przesunęła się po jej policzku, wycierając z niego kolejne łzy. Bo tam było jej miejsce. Smukłych palców jej męża, a nie tych wytatuowanych jego. Tych, które teraz zaciskał w pięść tak mocno, że pobielały mu knykcie.
Jeszcze mocniej, kiedy Galen ją całował.
Chociaż przecież Noriega wiedział, że to był jej mąż. Że miał do tego pełne prawo. On miał... Bo przysięgała mu miłość i wierność, bo obiecała mu być z nim aż do śmierci.
Chociaż kiedyś obiecywała to jemu.
- Chodź odprowadze cię do łóżka, nie wyglądasz najlepiej Pilar - Galen ruszył do drzwi, ale wtedy Amra przekręciła się w łóżeczku zrzucajac z siebie kołdrę, a Wyatt obejrzał się w tamtym kierunku. Wyminął Pilar muskając jej ramię smukłymi palcami, to samo miejsce, w którym wcześniej te swoje wytatuowane układał... ten Diabeł - mała wiercipięta - powiedział Galen, pochylajac się nad dziewczynką i okrywając ją, a zaraz obejrzał się na swoją żonę - po mamie - posłał jej szczery uśmiech. Pogłaskał jeszcze niesforne kosmyki Amry, poprawił jej pluszaka i wyprostował się. Wygładził swoją nieskazitelną koszulę. A kiedy ruszył znowu w kierunku Pilar, to się przeciagnął wyrzucając ręce w górę - a może jednak położę się z tobą? A dokończe jutro... - stwierdził i objął ją ramieniem układając palce miękko na jej talii - może cię wymasuję, jesteś... - nie dokończył, bo w pierwszej kolejności coś strzeliło w szafie.
Madox nie mógł na to patrzeć, na ten cudowny obrazek, szczęśliwej, kurwa, rodzinki. Bo to mogli być oni. Może nie tak piękni, nie tak wymuskani, ale... szczerze w sobie zakochani. Cofnął się jeszcze i wtedy wywrócił jakiś karton z zabawkami. Piłka potoczyła się po podłodze w kierunku łóżeczka i może nawet Galen by się tym zainteresował, ale Amra się obudziła.
- Mami! - krzyknęła wystraszona i już wyciągała do nich małe rączki. Pierwszy do niej dopadł Wyatt, a zaraz brał ją na ręce, oplotła jego szyję małymi ramionkami, a on podszedł z nią do Pilar.
- Nie bój się księżniczko, to tylko twoje zabawki, chyba trzeba zrobić im miejsce na półce - pogłaskał ją po główce, a Amra w pierwszej chwili pokiwała nią, ale zaraz wyciągała rączkę do swojej mamy.
- Śnił mi się El Viejo del Costal - Dziad z Worem, zrobiła smutną minę, a Galen wywrócił oczami.
- Mówiłem ci, że on nie istnieje, a mama nie powinna opowiadać ci takich bajek - Wyatt spojrzał na swoją żonę i oddał jej dziewczynkę, sam zamierzył się w kierunku szafy.
- Istnieje! I widziałam go ostatnio - krzyknęła dziewczynka wplatając paluszki w kasztanowe włosy swojej mamy, przytuliła się do niej - Galen przynieś mi picie - zażądała zaraz, a po jej minie widać było, że z nią się nie dyskutuje. Wyatt cofnął się od szafy i spojrzał na stolik nocny, na którym stała pusta szklanka, złapał ją i spojrzał jeszcze na Pilar.
- Mleko, czy wodę? Zagrzać jej mleko? - zapytał, a Amra znowu się ożywiła.
- Z piankami! - zawołała i już szarpnęła się z powrotem do Galena.
- Nie no, o tej porze bez pianek - zadecydował, ale Amra spojrzała jeszcze na swoją mamę, jakby liczyła, że coś tutaj ugra.
- Mami? - zapytała, a jej ciemne ślepka spoczęły na szafie.
Na nim. Madox aż wstrzymał powietrze, liczył, że go nie zauważyła. El Viejo del Costal, który czaił się w jej szafie.

Pilar Wyatt y su hermosa familia

Rozdział III. Too late, still you.

: pt sie 14, 2026 9:43 am
autor: Pilar Noriega
Pomimo tego, co myślał Madox, życie Pilar wcale nie było piękne.
Było chaotyczne. Pełne kłamstw i niedopowiedzeń. Sekretów, które nosiła głęboko w sercu. Z którymi była kurewsko samotna i które zżerały ją od środka do tego stopnia, że niekiedy nie miała siły wstać z łóżka.
Nigdy nie chciała stać się złym człowiekiem, a jednak dla miłości stałą się potworem.
Rozkochała w sobie mężczyznę, który gotowy był dla niej oddać swoje serce. Gwiazdę z nieba jej uchylić, tylko po to, żeby była szczęśliwa. A ona nie tylko pozwoliła mu wejść do swojego życia, ale też patrząc mu prosto w błękitne jak bezchmurne niebo oczy potrafiła kłamać jak z nut. Mówić mu wszystkie najpiękniejsze słowa świata, które taknaprawdę dla niej nie znaczyły absolutnie nic. Wyznawała mu miłość, chociaż tak naprawdę jedyny mężczyzna, którego kochała siedział kilkanaście kilometrów dalej w więzieniu i nie chciał jej znać.
A przynajmniej tak myślała przez ostatnie kilka lat.
Myślała, bo teraz stojąc tuż przed nim twarzą w twarz, patrząc mu głęboko w czarne jak ciemność oczy, sama już nie wiedziała w co wierzyć. Z jednej strony głowa kazała naginać rzeczywistość i sukcesywnie wypominać mu kłamstwo, tłumaczyć jego odkrycia jednym wielkiem oszustwem, byleby tylko utrzymać się w ryzach. A serce? Ono wariowało. Waliło jak oszalałe, nie potrafiło się uspokoić, obijało bezczelnie o żebra, jakby chciało je rozpierdolić w drobny mak i po prostu wyrwać się na zewnątrz.
Kolejne starcie głowy z sercem.
I kolejna nierówna walka.
Walka, w której serce musiało walczyć za trzech. Musiało zapierać się rekami i nogami, żeby mieć w ogóle cokolwiek do powiedzenia, bo wszechświat jak zwykle rzucał im pod nogi same kłody, ludzie życzyli im źle, dosłownie wszystko dookoła chciało trzymać ich od siebie z daleka, a jednak… oni znowu skończyli blisko. Na wyciągnięcie ręki. Znowu odkrywali okropną prawdę, która na kilka lat ich podzieliła. Znowu za sprawą osób trzecich.
Nie chciała mu wierzyć, a jednak słysząc to jak cytował z pamięci jeden, jedyny list, jaki od niej dostał, to jak czuła, jak pod nią drżał, jak mocno waliło jego dobre serce… kurwa.
Poczekam. Tyle ile będzie trzeba. Zawsze będę na ciebie czekać. Nie ma takiej mocy, która sprawiłaby, że bym przestała…

Ile jeszcze mogła się od tego wypierać? Jak długo miała zamiar łudzić się, że Madox był jedynie oszustem, który znowu chciał się zabawić jej uczuciami. Czy ostatnim razem naprawdę niczego się nie nauczyła? Byłoby łatwiej gdyby po prostu był, dał jej powód do tego, by go nienawidziła, a on zamiast tego rozgrzewał jej popękane, zmarnowane serce. A kiedy sunął długimi palcami po jej plecach, po raz pierwszy od sześciu lat intencjonalnie ją dotykając
Wtedy przyszedł on.
I teraz to jego miała ochotę nienawidzić. Nawet kiedy Galen po prostu spełniał rolę troskliwego męża. Przejmował się. Widział w jakim stanie ją tu zastał — roztrzęsioną, ledwo potrafiącą złapać oddech, kompletnie rozbitą i zgniecioną przez prawdę, kto®ej nigdy nie spodziewała się usłyszeć. Nie chciała na niego patrzeć. Kurwa, ona nawet nie chciała z nim rozmawiać, a co dopiero całować jego usta. A jednak zagrała ponownie w tą zabawę zwaną domem. Uśmiechała się i przytakiwała Wyattowi, chociaż jej spojrzenie co kilka sekund kierowało się do szafy.
Szafy, w której nagle coś jebło. Pani Wyatt od razu zamarła, sprawdzając reakcje swojego męża, który może i ruszyłby to sprawdzić, ale wtedy jak na zawołanie Amra zerwała się z łóżka, krzycząc cała przestraszona. Dobra dziewczynka. Nawet nieświadomie broniła swojego ojca.
Galen oczywiście doskoczył do niej w pierwszej kolejności, podczas gdy Pilar złapała ziemne spojrzenie Madoxa i zrobiła do niego wielkie oczy, karcąc go spojrzeniem. Kurwa pięciu minut nie umiał wysiedzieć w szafie? Czy naprawdę to było tak wiele w porównaniu do tego, że w ł a m a ł się do cudzego domu i przesiadywał w pokoju małego dziecka?
Wróciła do łóżka, przewracajać oczami na uwagę Wyatta, że nie powinna opowiadać Amrze takich bajek. Cóż, wiele rzeczy jej opowiadała i to za plecami Galena, więc ta uwaga jak zwykle spłynęła po niej jak po kaczce. Wzdrygnęła się za to na sposób, w jaki Amra odezwała się do mężczyzny. Nigdy nie mówiła do niego tato, bo przecież nim nie był. Pilar tak naprawdę zeszłą się z Galenem, kiedy Amra miała już trzy latka. Nie było sensu wmawiać jej, że nagle ma ojca. Był dla niej jak tata, troszczył się o nią tak, jak tylko ojciec potrafił i wziął je razem pod swoją opiekę, jednak nie łączyła ich ze sobą żadna genetyka. Nie chciała, żeby Madox o tym wiedział, żeby zaczął łączyć kropki. Już i tak w głowie mieli jeden, wielki, pierdolony chaos.
Z piankami? — prychnęła na słowa własnego dziecka, spoglądając na nią spod byka, chociaż uśmiech wciąż miała przyklejony do ust. — Chyba śnisz, Pulgarcitacalineczko. Amra momentalnie zmarszczyła nosek i ściągnęła brwi patrząc na… Galena. No oczywiście, bo przecież na nią te rzeczy wcale nie działały. W przeciwieństwie do niego. On wiecznie się pod tym uginał. To też miała po mamusi. Potrafiła być bardzo przekonująca. — Jutro dostaniesz kakao z piankami, jak zjesz całe śniadanie — przedstawiła alternatywę. NIe było nawet opcji, że da teraz dziecku cukier, kiedy d e s p e r a c k o potrzebowała, żeby ta poszła spać. Ani na sekundę nie zapomniała o dabile, który czaił się w szafie.
Obiecujesz? — spytała mała podejrzliwie.
Na mały paluszek — wtrąciła, zaplatając ze sobą ich palce, przy okazji całując ten jej, a zaraz zwróciła się do Galena. — Wodę, proszę — Wyatt skinął głową i wyszedł z pokoju, kierując się w dół po schodach. Pilar momentalnie przymknęła za nim drzwi i dopiero wtedy wsadziła małą do łózka. Widziała dokładnie jak wielkie, ciemne oczy Amry uciekają do szafy. Widziała go? Czuła, że tam jest? Czuła obecność swojego ojca? Znowu serce przeskoczyło w piersi Pilar. Sama chciała się odwrócić. Sprawdzić, czy na pewno tam siedział, ale przecież wiedziała, że tak. Zamiast tego przysunęła się do swojej córki i pomogła jej się położyć, ciałem zasłaniając całkowicie pole widzenia w tamtym kierunku.
No już — naciągnęła jej kołdrę pod samą szyję. — Bo jutro będziesz niewyspana, a mieliście z samego rana jechać na konie — zauważyła, przypominając dziewczynce o planach, jakie miała ze swoim ojczymem. — Galen jutro wieczorem jedzie do Toronto. Znowu nie będzie go przez kilka dni, a ty musisz mieć na jutro duuużo energii.
Tak duuuużo? — Amra od razu ją przedrzeźniła, wystawiając w górę małe rączki i pokazując nimi jak dużo. Pilar natomiast pociągnęła za nie i jeszcze bardziej rozszerzyła.
O tyle! — obie zaśmiały się w tym samym czasie. Dla kogoś z boku mogły brzmieć tak samo, ale ona w śmiechu swojego dziecka słyszała jego. Ten sam beztroski śmiech, który pokochała jeszcze jako dziecko. — Opowiedzieć ci bajkę o Calineczce? — była to jedna z ulubionych bajek Amry. Co prawda nie ulubiona, ale tej akurat Pilar bardzo, ale to bardzo nie chciała w tym momencie opowiadać.
A możesz tą o dzielnym rycerzu, co kochał mango? — porosiła, wtulając się coraz mocniej w swojego pluszaka, a Pilar się spięła. Mimowolnie spojrzała ukradkiem w stronę szafy.
Amra… — zaczęła, wzdychając głośno. — Ale ta jest długa…
Proszę, mami! — wyszarpała do góry jedną rączkę i umieściła ją na dłoni Pilar. I chociaż w sprawie pianek na noc była w stanie jej odmówić, tak jeśli chodziło o bajki… no przecież nie miała do tego serca.
W porządku — uległa, poprawiając się na materacu, a po chwili zabrała się za opowiadanie historii, którą tworzyła kiedy dziewczyna w łóżku była jeszcze niemowlakiem. Swego czasu opowiadała jej to codziennie do snu. Historię, w której dzielny rycerz tak naprawdę na początku był pretendentem do tronu. Małym księciem, którego ojcu bardzo zależało na tym, żeby syn przejął od niego królestwo. Problem w tym, że książę wcale nie chciał takiego życia. Nie chciał luksusu, służących i tego, by ludzie przed nim klękali. Nienawidził też dobrych manier, przez co miał masę kłopotów na dworze. Dużo rozrabiał, strzelał w ochronę z procy, ale i tak najbardziej kochał zakradać się do ogrodu i zajadać mango. Im starszy się stawał, tym bardziej rozumiał, jak bardzo chciał dla siebie innego losu, jak nie chciał być taki, jak jego ojciec. Więc zaczął wymykać się z pałacu, by pomagać innym. Poznawał wiele wspaniałych ludzi, uczył się walki, brał nawet udział w kilku wymianach na miecze, a nawet swego czasu zakochał w biednej dziewczynie, która na targu sprzedawała właśnie mango. Jego ulubiony owoc. Bardzo szybko zrozumiał, że to życie, którym zachłysnął się poza murami pałacu było tym, czego naprawdę chciał. Nie potrzebował władzy, bo jego miejsce było wsród ludzi. Po kryjomu zaczął trenować, by zostać prawdziwym rycerzem. Wszystko szło świetnie, gdyby nie jego ojciec, który po czasie o wszystkim się dowiedział. Chciał zamknąć księcia w pałacu i zmusić go do tego, żeby przejął stołek po ojcu, ale książę wcale się nie poddawał. Walczył o swoje, próbował się wyrwać, aż w końcu jednego dnia, dziewczyna z targu przyniosła w formie darów do pałacu wielkie ilości pysznego mango. Zajadali się nim wszyscy — nawet król i królowa, cała służba i pracownicy. Nikt jednak nie wiedział, że w środku nie było tylko mango, ale każdy jeden kawałek posmarowany był… trucizną. Silnym środkiem nasennym, który uśpił cały pałac. I kiedy wszyscy dookoła chrapali głośno, dziewczyna odnalazła księcia i razem uciekli. Wyjechali do innego królestwa. Każde z nich mogło tam zacząć wszystko z czysta kartą. Książę został prawdziwym rycerzem, pod wodzą dobrego króla, a dziewczyna otworzyła swój sklep z mango. Pobrali się i żyli długo i szczęśliwie. Razem. Nic nie był w stanie ich rozłączyć.
Po drodze oczywiście mieli jeszcze masę innych przygód, o których Pilar raz po raz opowiadała Amrze, jednak tym razem to na tym zakończyła, widząc, że dziewczyna pogrążona już była w głębokim śnie. Galen przyniósł szklankę wody już dawno. Postawił ją po prostu na nocnym stoliku, a sam powiedział Pilar, że poczeka na nią w łóżku. Byli sami. Tylko ona, śpiąca Amra i Madox.
Rodzinka w komplecie.
Słyszała, że wyszedł z szafy. Słyszała jego kroki, jednak za nic nie spodziewała się, że kiedy wstanie z miejsca i się odwróci, od razu na niego wpadnie. Zacisnęła palce na materiale jego koszulki, podczas gdy spojrzenie odnalazło ciemne oczy dzielnego rycerza. Jego oddech gilgotał jej poliki, mrowił skórę, sprawiał, że serce znowu jej przyśpieszyło. Otworzyła powoli usta, żeby się do niego odezwać, jeszcze mocniej zaciskając palce na koszulce… Ale wtedy coś strzeliło w pokoju obok. Nie spał. Galen jeszcze nie spał. Czekał na nią.
Idź — poprosiła go chociaż wcale ale to wcale nie chciała, żeby sobie szedł. Żeby odsuwał się gdziekolwiek, nawet w cień, ale przecież nie miała wyjścia. Oboje nie mieli wyjścia. — Wyjdź tak jak przyszedłeś, albo drzwiami od kuchni. Zawsze są otwarte — wyjaśniła, luzując uścisk. Znowu ciężko jej się oddychało. Jego bliskość ją otumaniała. Odepchnęła go od siebie, podchodząc do wyjścia z pokoju. Idź, idź, idź, po prostu wyjdź. Powinna. A jednak odwróciła do niego, spojrzała głęboko w oczy i… — W ogrodzie za dwie godziny. Za różami.
Co ona kurwa wyprawiała?

En el jardín, dentro de dos horas. Detrás de las rosas.

Rozdział III. Too late, still you.

: pt sie 14, 2026 6:49 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
To nie jego wina, że w szafie stały dwa wielkie pudła zabawek, a kiedy się między nie wcisnął pod samą ścianę, to jedno się zachwiało. Chciał je chwycić w palce, ale było za późno, pluszaki rozsypały się na podłodze, piłka potoczyła pod ich nogi. A Galen Wyatt ruszył najpierw w jego kierunku. Madox tylko znowu wstrzymał powietrze, a dłoń zaciskał w pięść już tak mocno, że zdrętwiały mu palce, gotowy był mu może nawet obić tą śliczną twarzyczkę za to, że...
No właśnie za co?
Przecież Pilar była żoną Galena Wyatta, nawet jeśli dawno temu obiecywała mu, że na niego zaczeka, nawet jeśli nie kierowała nią miłość, to jednak... była mężatką, a Madox nie zamierzał się w to wpierdalać i rozwalać jej rodzinę. Zabierać matkę tej małej dziewczynce, która obudziła się właśnie ze złego snu.
Kiedy on z tego przyjemnego, który na jej buzi wywoływał uśmiech, przeistoczył się w koszmar? Kiedy się nad nią kłócili?
Złapał na chwilę spojrzenie Pilar, ale potem jego ciemne oczy poleciały w kierunku łóżeczka.
Tej małej butnej dziewczynki, która w spojrzeniu miała bardzo dużo ze swojej matki, która w ogóle nie przypominała jej...
Galen?
Madox przechylił na bok głowę, ale prawda jest taka, że co on wiedział o dzieciach? Nic. Wylądował w pace kiedy jeszcze sam był dzieciakiem, był w takim wieku, że maluchy go irytowały, a tam przez sześć lat nie widział na oczy żadnego dzieciaka. Może to było normalne, że takie nieokiełznane... pięciolatki? Ile mogła mieć lat?
Nie umiał tego ocenić na oko. Dzieciak, jak dzieciak, a jednak... jakieś dziwne myśli pojawiły mu się z tyłu głowy.
Czy Galen Wyatt był jej ojcem?
A jeśli nie on to...
Pulgarcita, dopiero kiedy Pilar zwróciła się do niej pieszczotliwie, to wrócił myślami do tego pokoju.
Pianki? A do tego podwójna czekolada, bita śmietana i posypka? To też miała po matce, to, że uwielbiała słodycze.
Była jak skóra zdjęta z Pilar, nie mając w sobie nic z Wyatta. Odprowadził go spojrzeniem, kiedy ruszył do drzwi, żeby przynieść dziewczynce wodę. Madox dałby jej mleko z piankami.
Nie no kurwa, nic by jej nie dał. On nawet nie lubił dzieci, one jego też nieszczególnie, bały się go. Powinny się go bać, przez te wszystkie tatuaże, łysy łeb, ciemne oczy, wyglądał jak pierdolony El Viejo del Costal.
Ale ona się go nie bała, już wyciągała do niego rączkę w tej kawiarni, podobały jej się jego skrzydełka, które miał wydziarane na dłoni. Patrzył na dziewczynkę, a ona na niego, ale przecież nie mogła go widzieć przez te maleńkie szparki, na drzwiczkach szafy, przecież stał w ciemności.
Z samego rana jechać na konie...
Znowu jego myśli wracały do tego pokoju, do obrazka z piękną rodzinką, córeczka i jej ojciec na konikach. Pewnie takie rzeczy wymarzył sobie Galen Wyatt. Bo Madox by w życiu o tym nie pomyślał. Jego spojrzenie wodziło pomiędzy Amrą, a jej matką. A kiedy się roześmiały, identycznie, to aż uderzył potylicą w ścianę szafy. Kiedyś dałby się pokroić za ten śmiech, a teraz było mu niedobrze.
Za pięknie to wszystko wyglądało, żeby on się mógł w to wpierdalać. Po co on tutaj przyszedł? Czego kurwa oczekiwał? Że pokaże jej te papiery, a ona jak wtedy na plaży powie mu, że cały czas go kochała? Że mimo, iż nikt na tym skurwiałym świecie nie potrafił, to ona jedna tak.
Nie chciał tego.
Madox nie był nigdy dobrym człowiekiem, był egoistą.
Ale przecież nie mógł tej dziewczynce zabierać matki, nie mógł rozwalać jej rodziny.
O dzielnym rycerzu, co kochał mango?
Słuchał opowieści, a jakaś dziwna gula rosła mu w gardle.
Kurwa. W którym momencie on z dzielnego rycerza zamienił się w jego ojca? W tego podłego króla, który teraz szukał tylko zemsty? Wtedy kiedy stracił dziewczynę, w której się zakochał? A smak mango wymienił na te więzienne breje?
Czy później, kiedy dotarło do niego, że ona go nie kochała?
Tak dużo różnych myśli kłębiło mu się w głowie.
Nie chciał być jak ojciec, a teraz szedł jego śladami. A kiedyś był tym rycerzem, który chciał się od tego oderwać, zawalczyć o swoje. A ona była tą dziewczyną, której usta miały smak mango i najlepszych w życiu wakacji.
Ale to było kiedyś. Dawno temu.
Kiedy jednostajny głos Pilar, którym opowiadała tą piękną, ale nierealną już bajkę, ucichł, a w pokoju zapanowała cisza w której wybrzmiewał jedynie głęboki, równy oddech Amry, Madox odważył się w kojcu wyjść z szafy. Drzwi skrzypnęły cicho. A on zrobił kilka kroków w jej kierunku, tak blisko, że kiedy się odwróciła, znowu zapierała się na jego torsie.
- Pilar ja... - zaczął kiedy patrzyła mu z tak bliska w oczy, kiedy zaciskała palce na jego koszulce, a ich oddechy blendowały się ze sobą. Szybkie, płytkie, zupełnie inne niż ten spokojny Amry.
Nie dokończył jednak, bo za ścianą coś szurnęło.
Idź.
Skinął głową. Nie chciał iść. Bo teraz w głowie miał kompletny mętlik. Tyle pytań, tyle wątpliwości...
Powinien odejść. Zostawić ją, bo teraz jej rycerz od mango siedział za ścianą. Nosił garnitury i drogie koszule, kochał ją i jej dziecko. Był w stanie zapewnić jej wszystko, kiedy on nie był nic.
Co mógł jej dać? Zemstę? Niepewne jutro?
Drogę, którą wybrał i z której nie było już odwrotu? Śladami starego Noriegi. Gdzieś daleko od szczęśliwego zakończenia jak z bajki.
- Dobra, to... - chciał ją pożegnać. Kurwa. Powinien to zrobić. Powiedzieć to jedno słowo.
Cześć.
I już nigdy do niej nie wracać, nie teraz, kiedy przecież w tej pięknej willi miała wszystko. A jednak powiódł za nią spojrzeniem. A jednak zatrzymał się w miejscu, kiedy jeszcze się do niego odwróciła.
W ogrodzie za dwie godziny. Za różami.
- Pilar... - znowu tylko jej imię, które zawisło między nimi w powietrzu, zanim wyszła z dziecinnego pokoiku. A on został tam sam. A potem jeszcze przez chwilę stał nad łóżeczkiem dziewczynki, przyglądając jej się, doszukując się w jej buzi jakiegoś odbicia Galena Wyatta, jej ojca?
Dopiero kiedy się ruszyła to podszedł do okna i wyszedł przez nie, tak, jak tutaj wszedł, a potem po ścianie ozdobionej kwiatową pergolą, na dół. Na trawę, która o tej porze była zimna i mokra od rosy. Powiódł spojrzeniem w kierunku ogrodowej furtki.
Tam powinien ruszyć. Wypierdalać z jej bajki, zanim nie popsuje wszystkiego.
Szedł już po kamiennych płytach. Zniknie. Był jej to winny, za to co kiedyś ich łączyło, nie powinien mieszać jej w głowie. Nie powinien się wpierdalać w jej ułożone życie. Stanął gdzieś na środku ogrodu, odwracając się w kierunku tej pięknej hacjendy. Miała męża, który ją kochał. Który był dobrym ojcem. Miała z nim dziecko.
I nawet jeśli on wciąż ją kochał, całym pierdolonym sercem, które szarpało się teraz w piersi, kiedy przed oczami stawało mu jej spojrzenie, które w jednej chwili z tej całej nienawiści, którą prezentowała mu od ich pierwszego spotkania po latach, zmieniło się na wzrok pełen żalu i smutku, i ta łza, która spłynęła po jej policzku, którą jeszcze czuł na kciuku...
Ale co on mógł jej dać? Nic.
Kurwa.
Dlaczego to musiało być takie trudne? Wolałby w tej chwili iść i bić się w więźniu, walczyć o swoje. Wolałby wejść do budynku, gdzie byli ludzie jego ojca. Wolałby z nim stanąć oko w oko, niż tutaj walczyć z tymi wszystkimi uczuciami.
Kochał ją.
Ale jej mąż też ją kochał i był dla niej zdecydowanie lepszą opcją. Był jej przyszłością. Facetem, który zabiera jej córkę na konie, który podgrzewał jej w nocy mleko i robił masaż. Mężczyzną, który się o nią martwił i był dla niej dobry. Który mógł jej zapewnić wszystko.
Ja pierdole.
A Madox nie mógł nic.
Wydeptał już w ogrodzie na tej równo przystrzyżonej trawie ścieżkę, między różami a furtką. I dopiero kiedy w połowie trawnika włączyły się spryskiwacze, które umoczyły mu kurtkę, się zdecydował. Ruszył do wyjścia.
W samochodzie, który zaparkował ulicę dalej zdjął mokrą kurtkę, odchylił do tyłu głowę uderzając nią w zagłówek fotela. Jeszcze raz spojrzał na wydruki, z jej listami, z odwiedzinami o które się ubiegała.
543 listy.
- Nie no kurwa, nie mogę - walnął rękami w kierownicę, a zaraz wypadł z samochodu.
Wrócił do tego ogrodu, akurat w momencie, w którym ona już w nim stała, w tym cienkim, jasnym szlafroku, jak jakaś zjawa, po środku mokrego trawnika. Na boso, z włosami targanymi przez chłodne podmuchy wiatru. I znowu te jebane spryskiwacze, które zagłuszyły jego kroki, a kiedy się odwróciła...
Ponownie lądowała na jego torsie, na mokrej od wody koszulce, która przykleiła mu się do klaty.
- Nie umiem tak po prostu odejść, chciałem, ale nie umiem - powiedział zaglądając w jej ciemne oczy. Robiąc kolejny krok w jej kierunku. Obejmując ją w talii i przytrzymując przy sobie.
Diabeł jeden.

No puedo simplemente marcharme; quería hacerlo, pero no puedo.