Rozdział III. Too late, still you.
: śr sie 12, 2026 2:48 pm
trigger warning
przekleństwaDocisnął mocniej kolano między jej nogami i poczuł jak pod nim zadrżała. Jak szarpnęła się mocniej.
- Leż - warknął, a zaraz nawijał o jej mężu, a kiedy mu odpowiedziała to pokręcił głową - nie wyglądało jakbyś miała go w dupie - wycedził przez zęby, bo przecież na tym bankiecie tak czule wpatrywała się w jego niebieskie oczy. Przecież była idealną żonką, z pięknego obrazka. Jej kurwa wspaniałego świata blichtru i bogactwa.
Rzygać mu się chciało kiedy o tym myślał. O tym jak bardzo się zmieniła, kiedy na imprezę na plażę jako jedyna zakładała na siebie jeansy, a teraz co... Sukienki od drogich projektantów.
Nawet się nie ruszył, kiedy zaciskała mu palce na gardle, chociaż w pewnym momencie łapał w płuca ciężko powietrze.
Uduś mnie.
I może gdyby to zrobiła rzeczywiście byłoby łatwiej?
Bo w tym momencie napędzała go jedynie rządza zemsty na ojcu, nic więcej.
- Prawda... - wychrypiał i chciał jej powiedzieć, że prawda boli. Ta, którą wyrzucił jej w oczy, ale nie mógł wydusić kolejnego słowa, po już tak mocno wbijała mu palce w grdykę. Szarpnął się jej i chciał wyswobodzić.
Gówno wiesz Madox, może nigdy nie był najinteligentniejszy, ale nie był też kurwa głupi. Ani ślepy. Widział na własne oczy jej wspaniałego męża, ich córkę. Ich świetne życie, bankiety, Porsche i dom...
Piękny, ogromny dom, pod którego oknami stał.
- Skończ pierdolić Pilar - znowu na nią warczał, pochylając się niżej - jednej rzeczy od ciebie chciałem, a ty... - nie dokończył co, bo dostał łokciem w ramię i się zachwiał. Przycisnął ją sobą mocniej do ziemi, żeby ją unieruchomić. Szalejące w piersi serce przy sercu, i oddechy mieszające się w jeden. Usta... koło ust.
Za. Kurwa. Blisko.
Patrzył jej w oczy, kiedy powtórzyła, że zrobiła to dla niego. Dla niego znalazła sobie kurwa innego?
Dla niego nie odpisywała na jego listy? Dla niego miała go w dupie? Kurwa. Wolałby, żeby przyszła i kazała mu się pierdolić, niż to jak go ignorowała przez te wszystkie lata, a teraz co? Teraz zasłaniała się tym, że zrobiła to dla niego.
Pierdolenie.
Trzy miliony, tyle kosztował ten pierdolony prawnik.
Nie zdawał sobie z tego sprawy. Bo kiedy wyszedł z paki od razu zaczął wdrażać w życie swój plan zemsty na starym Noriedze, nie zainteresował się tą kwotą, myślał przecież, że to Lopez i jego matka. Miał to w dupie, a teraz...
Trzy miliony.
- Oddam ci to, co do jednego pierdolonego dolara - nie chciał jej pieniędzy, jej wspaniałego męża. Nieświadomie poluzował uścisk, kiedy syknęła z bólu i wtedy mogła mu się odwinąć, a że odpowiednio się zaparła i ruszyła biodrem, to zrzuciła go z siebie. Walnął plecami w podłoże, łapiąc ciężko powietrze w płuca, a kiedy na nim usiadła, przecież kurwa wystarczył jeden ruch, żeby ją z siebie zrzucił, akurat w takiej walce w parterze nie miała z nim szans, był od niej silniejszy i cięższy, a jednak... pozwolił jej oprzeć palce na gardle, docisnąć jego rękę kolanem do ziemi. Chociaż tą drugą zacisnął w pięść.
Słuchał jej, ale...
- To dlaczego do mnie nie przyszłaś? Dlaczego mi o tym nie napisałaś? Nie pozwoliłbym ci na to. Ja kurwa nic od ciebie nie chciałem, chciałem tylko... żebyś mnie odwiedziła, żebyś kurwa kochała, tak jak zapewniałaś w tym jednym liście. Jedynym - szarpnął się pod nią, ale co z tego kiedy nawet nie chciał jej zrzucić, a może tylko, żeby ona przycisnęła się do niego mocniej? Wpatrywał się w nią intensywnie - grzałeś dupę w więzieniu? Ty myślisz, że ja tam byłem kurwa na wakacjach, na pierdolonym urlopie od ciebie? - też na nią warknął, bo przecież kurwa gdyby miał wybór, to wolałby, żeby obijali go na ulicy, a nie w pace. Tam gdzie połowa ludzi jego nazwisko kojarzyła z ojcem. Nie miał tam łatwego życia i kilka razy pewnie mógł je stracić, ale... Kurwa.
Nie, nie miał pojęcia przez co ona przechodziła. A ona nie miała przez co on. I to na pewno nie było grzanie dupy w więzieniu. On miał osiemnaście lat kiedy tam poszedł, do pudła, gdzie na każdym kroku byli zwyrole i to prawdziwi, a nie tacy jak on, których ktoś wrobił. Był dzieciakiem.
Tak jak ona.
Patrzył na nią, kiedy wyrzucała z siebie te wszystkie słowa. Bo przecież on by jej nigdy na to nie pozwolił. Ostatnią rzeczą, którą chciał to, żeby stała jej się krzywda. Nie udowodnił jej tego dzisiaj? Kiedy bronił ją przed swoimi wspólnikami? Kiedy złapał ją na tym dachu. Nie chciał, żeby ktokolwiek ją szarpał. Poniżał. Dotykał. Wy-ko-rzy-stał.
Nie chciałby, żeby w ten sposób zarabiała dla niego pieniądze, ale czy miał jakiś wybór, kiedy ona nie raczyła mu nigdy o tym powiedzieć?
Myślisz, że ja wyszłam za niego z miłości!?
A z czego?
Kurwa mać, Madox, użyj pierdolonego mózgu!!!
Nie mógł oddychać. Nie mógł złapać tchu, dlatego, że dociskała go do ziemi, ale też z tej pierdolonej bezsilności. Bo co on teraz mógł z tym zrobić?
Co kurwa miał z tym zrobić?
Z tym, że gdyby wiedział to by jej na to nie pozwolił, wolałby zgnić w tym pudle, żeby go tam zajebali, niż żeby ona przez niego musiała przez to przechodzić. Ale nie dała mu wyboru.
Teraz też nie dawała, bo miała męża i miała dziecko. Miała piękne życie i ogromny dom. Miała wszystko to, czego on jej nie mógł dać.
To ciebie zawsze kurwa kocha…
- Zamknij się! - krzyknął na nią, i teraz to już szarpnął ją za nogę ściągając z siebie. Nie chciał tego słuchać, kiedy to kurwa wcale nie pomagało, wszystko tylko jeszcze gorzej komplikowało.
Chociaż zaraz okazało się, że sytuacja na dole też była napięta. Dźwięk wystrzału przecież ciszę. A potem kolejny, krzyki i poruszenie, karabinek maszynowy. Madox poderwał się z ziemi. I w pierwszej chwili chciał ją tu zostawić. Tak jak ona jego?
Ale go nie zostawiła. Bo to co zrobiła, było dla niego.
Nie. On niczego od niej nie chciał.
Fiksował się w swoich myślach. Ale w końcu zacisnął wytatuowane palce na jej ręce, w końcu pociągnął ją do krawędzi dachu, po drugiej stronie, miedzy budynkami przechodził prowizoryczny most z deski i sznura.
- Idź! - pchnął ją w tamtym kierunku - jestem za tobą - skłamał, chociaż kiedy wchodziła na deskę był przy niej, ale gdy już znalazła się po drugiej stronie, to cofnął się w tył, oparł ciężkiego buta na brzegu deski - nie oglądaj się za siebie, tylko kurwa idź, do swojego męża, i do swojego dziecka, i daj mi kurwa spokój - pchnął deskę nogą tak, że drewno poszybowało w dół i roztrzaskało się w drzazgi o bruk - nie szukaj mnie Pilar - jeszcze przez chwilę stali na tych przeciwległych krawędziach dachu. Za daleko, żeby skoczyć. Wystarczająco blisko, żeby mogli jeszcze spojrzeć sobie w oczy, te jego były czarne. Mogło być między nimi różnie, ale nigdy nie chciał, żeby się dla niego poświęcała. Żeby przez niego stała jej się krzywda.
- Nawet nie waż się tutaj wracać, i tak narobiłaś mi dzisiaj wystarczająco problemów. Po prostu odejdź - rzucił jeszcze nie spuszczając z niej spojrzenia. Nie wiedział, czy go posłucha, była pierdolnięta, naćpana, a te jej oczy, pełne bólu i żalu...
Zawahał się jeszcze na tym dachu. Nie chciał jej zostawiać, ale w tym momencie musiał tam zejść. Do ludzi jego ojca. Musiał pokazać, że się go nie boi. W końcu Madox odwrócił się na pięcie i ruszył w dół po przeciwpożarowych schodach. Prosto w chaos, który rozgrywał się na dole.
Ale kurwa jeszcze gorszy miał teraz w głowie, w której krążyły te jej wszystkie słowa. W sercu, które znowu szarpało się do niej. Nie chciał tego. Łatwiej było ją nienawidzić. W tym jego brudnym, zepsutym świecie.
Łatwiej było kiedy ona zostałaby w swoim. Wspaniałym, który dawał jej Galen Wyatt.
¡callarse la boca!