clean up the rot before it digs too deep
: wt wrz 01, 2026 11:33 am
Te dwa słowa wypowiedziane przez Navarro wystarczyły, żeby rozsypane dotąd elementy zaczynaly się układać w wyjątkowo niewygodną całość. Adres znali wyłącznie ludzie z agencji; napastnicy weszli bez ostrzeżenia i natychmiast otworzyli ogień, jakby nie zamierzali nikogo przesłuchiwać ani zabierać ze sobą – z wiedzą do kogo i po kogo wchodzą. Posiłki, chociaż wezwane, nigdy się nie pojawiły. Tworzyło to bardzo brzydki obrazek, a on nie miał tendencji do dramatyzowania.
A teraz jeden z agentów, jak mniemał, postanowił zadzwonić. Nie przyjechać; nie wysłać ludzi. Zadzwonić. Dlatego coraz trudniej było mu uwierzyć, że brak faktycznej interwencji po stronie agencji, był tylko przykrym i dość niefartownym przypadkiem.
— Jeśli to agencja to nie odbieraj — powiedział twardo. Sięgnął wolną dłonią do telefonu, zanim jej palce zdążyłyby opaść na ekran; nie oderwał przy tym drugiej ręki od prowizorycznego opatrunku; i odwrócił telefon ekranem do podłogi. — Gdyby chcieli ci pomóc, nikt nie dzwoniłby po trzydziestu dwóch minutach — stwierdził, spoglądając na nią. — Wiedzą, gdzie jesteś. Wiedzą, że potrzebujesz wsparcia, Navarro.
Wciąż mógł to być tylko przypadek – niedopełnienie procedur, opóźnienie albo ludzki błąd w postaci przeoczenia. Szkopuł w tym, że o takie potknięcia mógłby podejrzewać jakikolwiek inny biznes niż federalnych; a on sam od wielu lat nie wierzył już w przypadki pojawiające się dokładnie wtedy, gdy komuś próbowano wpakować kulę w głowę.
— Sprawdzają, czy odbierzesz i czy muszą wysłać tu kogoś, żeby dokończył robotę.
Przez chwilę przyglądał się Biance, szukając na jej twarzy właściwie sam nie wiedział czego. Zaprzeczenia, być może; kolejnej kąśliwej uwagi, która udowodniłaby mu, że nadal uważała swoich ludzi za bardziej godnych zaufania niż jego. Navarro jednak wyglądała tragiczni.
Powinien odczuwać satysfakcję. Jeszcze kilka dni wcześniej zapewne z przyjemnością patrzyłby, jak Navarro przekonuje się, ile naprawdę była warta lojalność ludzi, którym ufała. Byłaby to odpowiednio paskudna forma sprawiedliwości, niemal tak samo paskudna jak to, co sama zrobiła jemu.
Nie poczuł jednak niczego podobnego.
Być może dlatego, że nie patrzył już na agentkę Navarro.
— Wstajemy, Bianca — oznajmił, nie pozostawiając jej przestrzeni na wyrażenie sprzeciwu. Bez miękkości w głosie. — Tutaj nikt po ciebie nie przyjedzie. Przynajmniej nie po to, żeby ci pomóc.
A potrzebowała pomocy. Materiał koszulki, którym uciskał ranę, z każdą chwilą nasiąkał coraz głębszym szkarłatem. Odbezpieczył broń i wsunął ją niedbale do tylnej kieszeni spodni. Bez dalszych słów, bez pytania o zgodę, bezwzględnie wykorzystując jej osłabienie, którego dowody rozlewały się po podłodze i brudziły mu dłonie, wsunął jedno ramię pod jej kolana, drugie za plecy i podniósł ją z zakrwawionej podłogi. Własne żebra zaprotestowały tępym bólem, a rozcięty nadgarstek zapiekł pod ciężarem jej ciała.
— Strasznie ciężka jesteś — rzucił, sprzecznie z tym, co czuł na ramionach. Jej ciężar, chociaż istniejący, był nieznaczny.
Jej telefon został na podłodze, odwrócony ekranem do dołu. Jeżeli ktokolwiek zamierzał szukać Navarro po jego sygnale, urządzenie miało zatrzymać go w mieszkaniu przynajmniej na kilka dodatkowych minut. Opaska na kostce zdradzała wyłącznie jego położenie, ale nie mówiła niczego o kobiecie, którą zabierał ze sobą – zresztą, w głowach agencji najpewniej taka sytuacja nie miałaby miejsca.
Na klatce schodowej wciąż panowała cisza. Zszedł bez zatrzymywania się, przy każdym stopniu czując ciężar Bianki nie tyle w ramionach, ile w obolałych żebrach i rozciętym nadgarstku. Trzymał ją jednak pewnie, nawet kiedy krew z przesiąkniętego materiału zaczęła brudzić również jego skórę.
Przy samochodzie wyszarpnął kluczyki z kieszeni i otworzył drzwi pasażera. Ułożył Navarro na fotelu, odchylił oparcie, a następnie docisnął jej dłoń do prowizorycznego opatrunku, przytrzymując ją tam przez chwilę.
Zaufanie Ortedze pozostawało najgorszą decyzją, jaką podjął od wielu lat. Wracanie się po Navarro i zabieranie jej ze sobą miało wszelkie predyspozycje, aby zająć drugie miejsce.
— Znasz jakiegoś lekarza? Kogoś komu ufasz, ale nie jest z tej twojej zasranej agencji? Cokolwiek?
Godverdomme
A teraz jeden z agentów, jak mniemał, postanowił zadzwonić. Nie przyjechać; nie wysłać ludzi. Zadzwonić. Dlatego coraz trudniej było mu uwierzyć, że brak faktycznej interwencji po stronie agencji, był tylko przykrym i dość niefartownym przypadkiem.
— Jeśli to agencja to nie odbieraj — powiedział twardo. Sięgnął wolną dłonią do telefonu, zanim jej palce zdążyłyby opaść na ekran; nie oderwał przy tym drugiej ręki od prowizorycznego opatrunku; i odwrócił telefon ekranem do podłogi. — Gdyby chcieli ci pomóc, nikt nie dzwoniłby po trzydziestu dwóch minutach — stwierdził, spoglądając na nią. — Wiedzą, gdzie jesteś. Wiedzą, że potrzebujesz wsparcia, Navarro.
Wciąż mógł to być tylko przypadek – niedopełnienie procedur, opóźnienie albo ludzki błąd w postaci przeoczenia. Szkopuł w tym, że o takie potknięcia mógłby podejrzewać jakikolwiek inny biznes niż federalnych; a on sam od wielu lat nie wierzył już w przypadki pojawiające się dokładnie wtedy, gdy komuś próbowano wpakować kulę w głowę.
— Sprawdzają, czy odbierzesz i czy muszą wysłać tu kogoś, żeby dokończył robotę.
Przez chwilę przyglądał się Biance, szukając na jej twarzy właściwie sam nie wiedział czego. Zaprzeczenia, być może; kolejnej kąśliwej uwagi, która udowodniłaby mu, że nadal uważała swoich ludzi za bardziej godnych zaufania niż jego. Navarro jednak wyglądała tragiczni.
Powinien odczuwać satysfakcję. Jeszcze kilka dni wcześniej zapewne z przyjemnością patrzyłby, jak Navarro przekonuje się, ile naprawdę była warta lojalność ludzi, którym ufała. Byłaby to odpowiednio paskudna forma sprawiedliwości, niemal tak samo paskudna jak to, co sama zrobiła jemu.
Nie poczuł jednak niczego podobnego.
Być może dlatego, że nie patrzył już na agentkę Navarro.
— Wstajemy, Bianca — oznajmił, nie pozostawiając jej przestrzeni na wyrażenie sprzeciwu. Bez miękkości w głosie. — Tutaj nikt po ciebie nie przyjedzie. Przynajmniej nie po to, żeby ci pomóc.
A potrzebowała pomocy. Materiał koszulki, którym uciskał ranę, z każdą chwilą nasiąkał coraz głębszym szkarłatem. Odbezpieczył broń i wsunął ją niedbale do tylnej kieszeni spodni. Bez dalszych słów, bez pytania o zgodę, bezwzględnie wykorzystując jej osłabienie, którego dowody rozlewały się po podłodze i brudziły mu dłonie, wsunął jedno ramię pod jej kolana, drugie za plecy i podniósł ją z zakrwawionej podłogi. Własne żebra zaprotestowały tępym bólem, a rozcięty nadgarstek zapiekł pod ciężarem jej ciała.
— Strasznie ciężka jesteś — rzucił, sprzecznie z tym, co czuł na ramionach. Jej ciężar, chociaż istniejący, był nieznaczny.
Jej telefon został na podłodze, odwrócony ekranem do dołu. Jeżeli ktokolwiek zamierzał szukać Navarro po jego sygnale, urządzenie miało zatrzymać go w mieszkaniu przynajmniej na kilka dodatkowych minut. Opaska na kostce zdradzała wyłącznie jego położenie, ale nie mówiła niczego o kobiecie, którą zabierał ze sobą – zresztą, w głowach agencji najpewniej taka sytuacja nie miałaby miejsca.
Na klatce schodowej wciąż panowała cisza. Zszedł bez zatrzymywania się, przy każdym stopniu czując ciężar Bianki nie tyle w ramionach, ile w obolałych żebrach i rozciętym nadgarstku. Trzymał ją jednak pewnie, nawet kiedy krew z przesiąkniętego materiału zaczęła brudzić również jego skórę.
Przy samochodzie wyszarpnął kluczyki z kieszeni i otworzył drzwi pasażera. Ułożył Navarro na fotelu, odchylił oparcie, a następnie docisnął jej dłoń do prowizorycznego opatrunku, przytrzymując ją tam przez chwilę.
Zaufanie Ortedze pozostawało najgorszą decyzją, jaką podjął od wielu lat. Wracanie się po Navarro i zabieranie jej ze sobą miało wszelkie predyspozycje, aby zająć drugie miejsce.
— Znasz jakiegoś lekarza? Kogoś komu ufasz, ale nie jest z tej twojej zasranej agencji? Cokolwiek?
Godverdomme