one weekend. no disasters. hopefully.
: śr sie 12, 2026 8:58 pm
Mógł jeszcze nie tak dawno temu rozważać, czy lepszą opcją na wyjaśnienie jej, że nie potrzebował żadnego lekarza było rzucenie jej na pożarcie szopom, czy może jednak ogłuszenie i wrzucenie do jeziora. Mógł też rozważać tę nieco mniej ostateczną wersję, wedle której miałby po prostu zostawić ją w samochodzie i zaczekać aż sama miałaby dojść do wniosku, że nie było sensu dalej się upierać. Ale jednocześnie chyba ani przez moment nie zakładał nawet, że przez tę idiotyczną sprzeczkę mieliby się rozstać. Spakować psy i bagaże z powrotem do bagażnika, dochodząc do wniosku, że jednak woleli wściekać się na siebie w domu niż tutaj – być może. Ale… skoro potrafili zejść się ponownie po tym, jak wyjechał i przepadł bez wieści na ten nieco przydługi rok, to chyba śmiało można było założyć, że podobna głupota nie powinna realnie zagrażać ich relacji…
I tak, niewątpliwie miał te irytującą przypadłość – żeby to jedną... – przez którą miał w zwyczaju bagatelizować wszystko, co mogłoby dotyczyć jego samego. Nawet jeśli lekarz również potwierdził, że gdyby faktycznie zamierzał czekać z wizytą do kolejnego dnia, sytuacja prezentowałaby się nieco mniej kolorowo niż na świeżo. Może i wciąż jeszcze obeszłoby się bez amputacji, ale potencjalnie rozwijające się zakażenie – a podobno wiele wskazywało na to, że jak najbardziej powinien się go spodziewać – trudno byłoby już zignorować i udawać, że absolutnie nic się nie stało. Widocznie wciąż jednak było to za mało, żeby miał tak po prostu przyznać, że to nie on miał rację i że – wbrew jego wcześniejszym protestom – dobrze się składało, że Elsa była tak uparta.
Chyba też niespecjalnie brał pod uwagę to, co ona sama zdążyła już zauważyć, a co mogło chyba zalatywać swego rodzaju hipokryzją. Bo oczywiście, że gdyby odwrócić sytuację i gdyby to ona została pogryziona przez szopa, czy choćby jakiegoś bezpańskiego psa, najpewniej nawet nie pytając jej o zdanie zapakowałby ją do samochodu i wywiózł do najbliższego szpitala. Ale to przecież było zupełnie co innego. Przynajmniej wedle jego wyjątkowo pokrętnej logiki, zgodnie z którą takie działanie może i byłoby tym najbardziej oczywistym gdyby to jej coś się stało. Tymczasem póki sprawa dotyczyła jego… mógł dalej upierać się przy tym, że nie wydarzyło się absolutnie nic. A przynajmniej nic, czym należałoby się jakoś bardzo przejmować i co miałoby usprawiedliwiać marnowanie czasu na wizyty u lekarza.
Nie zamierzał zmieniać zdania również w momencie, gdy odczytała mu ten lekarski bełkot, wysłuchując go z uwagą porównywalną do tej, z jaką tych parę lat temu mógłby słuchać jej wykładu na temat jakichś wybitnie nudnych matematycznych wzorów. Możliwe, że nawet rytm wybijany palcami o tapicerkę mógł być bardzo podobny do tego stukania o blat stołu, które niejednokrotnie miała okazję słyszeć w szkolnej bibliotece, gdy zaczynał naprawdę niecierpliwić się tym, że wciąż musiał tam siedzieć. Bez słowa – jeśli nie liczyć tego wymruczanego pod nosem, które mogłoby brzmieć mniej więcej jak bzdury – zgarnął te cholerne papiery z deski rozdzielczej, wciskając je zaraz do schowka. Bo jednak istniała jakaś szansa na to, że właśnie tam podzielą los tych wszystkich rzeczy, które po wsadzeniu ich w to miejsce jakby przestawały istnieć i odnajdywały się po latach, kiedy ktoś w trakcie porządków decydował się przekopać ukryte tam skarby. Albo – jak w tym wypadku – śmieci.
I oczywiście, że czuł się dostatecznie dobrze, żeby odkurzyć tę cholerną kanapę! A fakt, że ledwie po chwili wciągania psich chrupek musiał jednak zacząć posługiwać się lewą ręką… z pewnością można było usprawiedliwić tym, że prawa po prostu się zmęczyła. Na pewno nie chodziło o to, że pozostawiona przez szopa pamiątka mogłaby zacząć mu jakkolwiek dokuczać. Skądże…
– Wcale nie gwia… – zaczął, nadal zamierzając posługiwać się tym samym mrukliwym tonem głosu, którego pewnie nie powstydziłby się żaden obrażony pięciolatek, jednak… zanim miałby okazję dokończyć swoją wypowiedź, odwrócił się w jej stronę. A jednak trudno byłoby nadal utrzymywać ten sam ton, widząc jednocześnie ten malujący się na jej twarzy uśmiech. No i zapiekankę, która faktycznie wyglądała nie najgorzej. A już na pewno zdecydowanie lepiej niż wszystko to, co mogliby zjeść po powrocie do domku. Naburmuszenie musiało więc ustąpić miejsca krótkiemu westchnięciu – tym razem już zdecydowanie będącego oznaką kapitulacji, co do tego trudno byłoby mieć jakiekolwiek wątpliwości. Zwłaszcza, że zaraz po nim nachylił się nad tą swoją cholernie upartą dziewczyną, żeby cmoknąć ją czule w policzek.
– I tak mam zamiar powiedzieć Murphy’emu, że to przez ciebie prawie cała jego karma wylądowała w odkurzaczu, z którego już nie da rady jej odzyskać – oznajmił, tym razem przynajmniej pozwalając sobie na uśmiech i na to, żeby w jego wypowiedzi wybrzmiało już to typowe rozbawienie. Na pewno nie zamierzał też gardzić ani zapiekanką, ani tym schłodzonym energetykiem, obie te rzeczy odbierając od niej wraz z kolejnym buziakiem, tym razem pozostawionym w kąciku jej ust.
Choć oczywiście jednocześnie najwyraźniej nie miał też najmniejszego zamiaru przyznawać nagle, że to faktycznie ona miałaby mieć rację podczas tej idiotycznej sprzeczki. Bo przecież o wiele lepszym rozwiązaniem było przejście nad tym do porządku dziennego i uznanie, że zupełnie nic się nie wydarzyło, a oni mogli po prostu wrócić nad to cholerne jezioro i spędzić tam pozostałą część weekendu. Ale… chyba nawet nie powinna jej zbytnio dziwić ta strategia, prawda…?
Elsa Eriksen
I tak, niewątpliwie miał te irytującą przypadłość – żeby to jedną... – przez którą miał w zwyczaju bagatelizować wszystko, co mogłoby dotyczyć jego samego. Nawet jeśli lekarz również potwierdził, że gdyby faktycznie zamierzał czekać z wizytą do kolejnego dnia, sytuacja prezentowałaby się nieco mniej kolorowo niż na świeżo. Może i wciąż jeszcze obeszłoby się bez amputacji, ale potencjalnie rozwijające się zakażenie – a podobno wiele wskazywało na to, że jak najbardziej powinien się go spodziewać – trudno byłoby już zignorować i udawać, że absolutnie nic się nie stało. Widocznie wciąż jednak było to za mało, żeby miał tak po prostu przyznać, że to nie on miał rację i że – wbrew jego wcześniejszym protestom – dobrze się składało, że Elsa była tak uparta.
Chyba też niespecjalnie brał pod uwagę to, co ona sama zdążyła już zauważyć, a co mogło chyba zalatywać swego rodzaju hipokryzją. Bo oczywiście, że gdyby odwrócić sytuację i gdyby to ona została pogryziona przez szopa, czy choćby jakiegoś bezpańskiego psa, najpewniej nawet nie pytając jej o zdanie zapakowałby ją do samochodu i wywiózł do najbliższego szpitala. Ale to przecież było zupełnie co innego. Przynajmniej wedle jego wyjątkowo pokrętnej logiki, zgodnie z którą takie działanie może i byłoby tym najbardziej oczywistym gdyby to jej coś się stało. Tymczasem póki sprawa dotyczyła jego… mógł dalej upierać się przy tym, że nie wydarzyło się absolutnie nic. A przynajmniej nic, czym należałoby się jakoś bardzo przejmować i co miałoby usprawiedliwiać marnowanie czasu na wizyty u lekarza.
Nie zamierzał zmieniać zdania również w momencie, gdy odczytała mu ten lekarski bełkot, wysłuchując go z uwagą porównywalną do tej, z jaką tych parę lat temu mógłby słuchać jej wykładu na temat jakichś wybitnie nudnych matematycznych wzorów. Możliwe, że nawet rytm wybijany palcami o tapicerkę mógł być bardzo podobny do tego stukania o blat stołu, które niejednokrotnie miała okazję słyszeć w szkolnej bibliotece, gdy zaczynał naprawdę niecierpliwić się tym, że wciąż musiał tam siedzieć. Bez słowa – jeśli nie liczyć tego wymruczanego pod nosem, które mogłoby brzmieć mniej więcej jak bzdury – zgarnął te cholerne papiery z deski rozdzielczej, wciskając je zaraz do schowka. Bo jednak istniała jakaś szansa na to, że właśnie tam podzielą los tych wszystkich rzeczy, które po wsadzeniu ich w to miejsce jakby przestawały istnieć i odnajdywały się po latach, kiedy ktoś w trakcie porządków decydował się przekopać ukryte tam skarby. Albo – jak w tym wypadku – śmieci.
I oczywiście, że czuł się dostatecznie dobrze, żeby odkurzyć tę cholerną kanapę! A fakt, że ledwie po chwili wciągania psich chrupek musiał jednak zacząć posługiwać się lewą ręką… z pewnością można było usprawiedliwić tym, że prawa po prostu się zmęczyła. Na pewno nie chodziło o to, że pozostawiona przez szopa pamiątka mogłaby zacząć mu jakkolwiek dokuczać. Skądże…
– Wcale nie gwia… – zaczął, nadal zamierzając posługiwać się tym samym mrukliwym tonem głosu, którego pewnie nie powstydziłby się żaden obrażony pięciolatek, jednak… zanim miałby okazję dokończyć swoją wypowiedź, odwrócił się w jej stronę. A jednak trudno byłoby nadal utrzymywać ten sam ton, widząc jednocześnie ten malujący się na jej twarzy uśmiech. No i zapiekankę, która faktycznie wyglądała nie najgorzej. A już na pewno zdecydowanie lepiej niż wszystko to, co mogliby zjeść po powrocie do domku. Naburmuszenie musiało więc ustąpić miejsca krótkiemu westchnięciu – tym razem już zdecydowanie będącego oznaką kapitulacji, co do tego trudno byłoby mieć jakiekolwiek wątpliwości. Zwłaszcza, że zaraz po nim nachylił się nad tą swoją cholernie upartą dziewczyną, żeby cmoknąć ją czule w policzek.
– I tak mam zamiar powiedzieć Murphy’emu, że to przez ciebie prawie cała jego karma wylądowała w odkurzaczu, z którego już nie da rady jej odzyskać – oznajmił, tym razem przynajmniej pozwalając sobie na uśmiech i na to, żeby w jego wypowiedzi wybrzmiało już to typowe rozbawienie. Na pewno nie zamierzał też gardzić ani zapiekanką, ani tym schłodzonym energetykiem, obie te rzeczy odbierając od niej wraz z kolejnym buziakiem, tym razem pozostawionym w kąciku jej ust.
Choć oczywiście jednocześnie najwyraźniej nie miał też najmniejszego zamiaru przyznawać nagle, że to faktycznie ona miałaby mieć rację podczas tej idiotycznej sprzeczki. Bo przecież o wiele lepszym rozwiązaniem było przejście nad tym do porządku dziennego i uznanie, że zupełnie nic się nie wydarzyło, a oni mogli po prostu wrócić nad to cholerne jezioro i spędzić tam pozostałą część weekendu. Ale… chyba nawet nie powinna jej zbytnio dziwić ta strategia, prawda…?
Elsa Eriksen