summer, pretty lover, won't you come my way?
: pt paź 30, 2026 2:46 pm
Grała nieczysto.
To prawda.
Ale przecież jakoś musiała sobie radzić. Archie już by default był od niej silniejszy i o wiele bardziej wysportowany. Gdyby tylko zaczęli w tym samym momencie, przecież nie miałaby z nim najmniejszych szans. Zawsze był od niej szybszy. Biegał lepiej. Ona za to potrafiła lepiej myśleć, ale akruat w tym przypadku na nic by jej się to nie zdało. Dlatego wyleciała jako pierwsza, zostawiając go z tyle. Wiedziała przecież, że ją dogoni. Wiedziała też, że pewnie to doda mu jeszcze większej motywacji, tak samo jak to jedno życzenie, które miało przysługiwać zwycięzcy.
W głowie jej się kręciło.
Nie widziała, gdzie płynęła.
Woda chlapała jej w twarz, a wzrok był już cały zamazany. To jednak pod żadnym względem nie przeszkadzało jej w tym, że bawić się przednio. Śmiała się głośno, a skóra wciąż przyjemnie mrowiła po tym, jak trzymał na niej swojej dłonie, jak przyciągał ją mocno do siebie, patrzył na nią swoimi pięknymi jasnymi oczami… Rozmarzyła się. Na moment kompletnie oddaliła myślami do ciepłych wspomnień i do był jej błąd. Tak się zakręciła na Millerze w jej głowie, że nawet nie zauważyła, że ten prawdziwy był tuż za nią.
Zorientowała się dopiero, gdy jego palce zacisnęła się na nagiej kostce.
— Nawet się nie wa… — nawet nie dokończyła. Miller szarpnął ją mocno do tyłu, przy okazji napędzając własne ciało. Abby momentalnie poleciała pod wodę. Całe szczęście w ostatnim momencie, w jakimś takin naturalnym odruchu nabrała więcej powietrza w płuca, a kiedy tylko się wynurzyła… — ARCHIBALD MILLER — ryknęła tak głośno, że kilka mew siedzących na łódce, która była coraz bliżej poderwało się do lotu. Brzmiało groźnie. Chociaż ci, co ją znali i to dobrze, bez problemu mogli wychwycić w jej głosie również rozbawienie. Bo chociaż warczała na Millera, tak naprawdę wciąż bawiła się przednio. Była zbyt pijana, by się smucić. Nawet przegraną pozycją.
Poza tym, o czym my tutaj… Abby Wallace nigdy się nie poddawała. Nie zniechęcały ją potknięcia, a raczej starała się w każdym z nich zobaczyć jaką nową szanse. Tu co prawda nie było ich za wiele, bo Archie już wyleciał do przodu, ale przecież zawsze w rekawie miała jeszcze swoje mniej czyste zagrania. I kiedy tylko Miller skręcił do wskazanej przez nią wcześniej łodzi…
— To nie ta!! — krzyknęła za nim, nie przestając poruszać rękami i nogami niczym żaba. — Płyniesz do złej łódki — chuj, że w pobliżu to była j e d y n a łódź i tak naprawdę nie dało się jej pomylić z niczym innym, jednak co robił każdy człowiek w takiej sytuacji? No wiadomo, że przystanął i musiał się rozejrzeć. Upewnić, że dobrze płynął, że obok nie było innego docelowego punktu. A kiedy tylko Archie przekręcił głowę, Abby przyśpieszyła, zanurzyła i… wynurzyła się tuż przed nim, ciężko łapiąc powietrze.
— Frajer! — dodała jakże pieszczotliwie, tym samym dając mu znać, że właśnie zrobiła go w bambuko. Wyleciała do przodu, odpychała się ile tylko miała siły w rekach od tafli wody i chociaż Miller dogonił ją na ostatniej prostej… jej dłoń finalnie jako pierwsza uderzyła o brzeg łódki. — PIERWSZA! — krzyknęła zadowolona, odwracając się w jego kierunku. Był tuż za nią. Wpłynął w nią z takim impetem, że oboje polecieli na ścianę żaglówki. Momentalnie poczuła, jak jej plecy uderzaja o twarde drewno. Całe szczęście była w takim wielkim stanie upojenia, że nawet się tym nie przejęła. Dzisiaj n i c ją nie bolało.
Nic też ją nie ruszało ani nie peszyło. Granice zostały zatarte do tego stopnia, że nawet się nie zaczerwieniła, kiedy jej dłonie zacisnęły się na ramionach Millera i przyciągnęła go w swoją stronę, zaglądając w jego piękne, niebieskie oczy.
— I co, Miller, jak smakuje przegrana? — prychnęła mu prosto w twarz. Ba, nawet dmuchnęła mu w twarz! Bezczelna. Kilka mokrych włosów podskoczyło na czole Millera, wywołując śmiech u Abby. — Wchodzimy na tą łódkę? — spytała po chwili, zadzierając do tyłu głowę. — Jakbyś wskoczył, to możesz mnie wciągnąć. No chyba, że mnie podsadzisz...

To prawda.
Ale przecież jakoś musiała sobie radzić. Archie już by default był od niej silniejszy i o wiele bardziej wysportowany. Gdyby tylko zaczęli w tym samym momencie, przecież nie miałaby z nim najmniejszych szans. Zawsze był od niej szybszy. Biegał lepiej. Ona za to potrafiła lepiej myśleć, ale akruat w tym przypadku na nic by jej się to nie zdało. Dlatego wyleciała jako pierwsza, zostawiając go z tyle. Wiedziała przecież, że ją dogoni. Wiedziała też, że pewnie to doda mu jeszcze większej motywacji, tak samo jak to jedno życzenie, które miało przysługiwać zwycięzcy.
W głowie jej się kręciło.
Nie widziała, gdzie płynęła.
Woda chlapała jej w twarz, a wzrok był już cały zamazany. To jednak pod żadnym względem nie przeszkadzało jej w tym, że bawić się przednio. Śmiała się głośno, a skóra wciąż przyjemnie mrowiła po tym, jak trzymał na niej swojej dłonie, jak przyciągał ją mocno do siebie, patrzył na nią swoimi pięknymi jasnymi oczami… Rozmarzyła się. Na moment kompletnie oddaliła myślami do ciepłych wspomnień i do był jej błąd. Tak się zakręciła na Millerze w jej głowie, że nawet nie zauważyła, że ten prawdziwy był tuż za nią.
Zorientowała się dopiero, gdy jego palce zacisnęła się na nagiej kostce.
— Nawet się nie wa… — nawet nie dokończyła. Miller szarpnął ją mocno do tyłu, przy okazji napędzając własne ciało. Abby momentalnie poleciała pod wodę. Całe szczęście w ostatnim momencie, w jakimś takin naturalnym odruchu nabrała więcej powietrza w płuca, a kiedy tylko się wynurzyła… — ARCHIBALD MILLER — ryknęła tak głośno, że kilka mew siedzących na łódce, która była coraz bliżej poderwało się do lotu. Brzmiało groźnie. Chociaż ci, co ją znali i to dobrze, bez problemu mogli wychwycić w jej głosie również rozbawienie. Bo chociaż warczała na Millera, tak naprawdę wciąż bawiła się przednio. Była zbyt pijana, by się smucić. Nawet przegraną pozycją.
Poza tym, o czym my tutaj… Abby Wallace nigdy się nie poddawała. Nie zniechęcały ją potknięcia, a raczej starała się w każdym z nich zobaczyć jaką nową szanse. Tu co prawda nie było ich za wiele, bo Archie już wyleciał do przodu, ale przecież zawsze w rekawie miała jeszcze swoje mniej czyste zagrania. I kiedy tylko Miller skręcił do wskazanej przez nią wcześniej łodzi…
— To nie ta!! — krzyknęła za nim, nie przestając poruszać rękami i nogami niczym żaba. — Płyniesz do złej łódki — chuj, że w pobliżu to była j e d y n a łódź i tak naprawdę nie dało się jej pomylić z niczym innym, jednak co robił każdy człowiek w takiej sytuacji? No wiadomo, że przystanął i musiał się rozejrzeć. Upewnić, że dobrze płynął, że obok nie było innego docelowego punktu. A kiedy tylko Archie przekręcił głowę, Abby przyśpieszyła, zanurzyła i… wynurzyła się tuż przed nim, ciężko łapiąc powietrze.
— Frajer! — dodała jakże pieszczotliwie, tym samym dając mu znać, że właśnie zrobiła go w bambuko. Wyleciała do przodu, odpychała się ile tylko miała siły w rekach od tafli wody i chociaż Miller dogonił ją na ostatniej prostej… jej dłoń finalnie jako pierwsza uderzyła o brzeg łódki. — PIERWSZA! — krzyknęła zadowolona, odwracając się w jego kierunku. Był tuż za nią. Wpłynął w nią z takim impetem, że oboje polecieli na ścianę żaglówki. Momentalnie poczuła, jak jej plecy uderzaja o twarde drewno. Całe szczęście była w takim wielkim stanie upojenia, że nawet się tym nie przejęła. Dzisiaj n i c ją nie bolało.
Nic też ją nie ruszało ani nie peszyło. Granice zostały zatarte do tego stopnia, że nawet się nie zaczerwieniła, kiedy jej dłonie zacisnęły się na ramionach Millera i przyciągnęła go w swoją stronę, zaglądając w jego piękne, niebieskie oczy.
— I co, Miller, jak smakuje przegrana? — prychnęła mu prosto w twarz. Ba, nawet dmuchnęła mu w twarz! Bezczelna. Kilka mokrych włosów podskoczyło na czole Millera, wywołując śmiech u Abby. — Wchodzimy na tą łódkę? — spytała po chwili, zadzierając do tyłu głowę. — Jakbyś wskoczył, to możesz mnie wciągnąć. No chyba, że mnie podsadzisz...
