Strona 4 z 5

see what is left of us, how we ended

: wt wrz 01, 2026 8:02 pm
autor: Vincent Monroe
Przyglądał jej się bez oporów gdy odwróciła się tyłem, nieświadoma jego wzroku podążającego za każdym jej ruchem. Mógłby wyjaśnić, że zwyczajnie był uważnym rozmówcą, bądź też nie miał nic lepszego do roboty poza tkwieniem obok i schnięciem, ale racjonalność tych wymówek w niczym nie tłumaczyła jego nagle zdobytej spostrzegawczości.
Patrzył na jej dłonie, metodyczne ruchy wykonywane nad deską do krojenia. Ciemne włosy opadające na ramię gdy pochyliła się nad blatem - część z nich wciąż mokra, część sucha w plątaninie prostych pasm i podkręconych końcówek.
Zwyczajność tej chwili nie umykała jego uwadze.
Tkwił w kuchni kobiety, która nie chciała przyjąć od niego nawet butelki wody nie mówiąc o pozostaniu w apartamencie nawet, gdy zaoferował, że sam z niego wyjdzie. Znał się na ludziach - ale coraz bardziej umacniał się w przekonaniu, że nie znał się na ludziach takich jak Violet Haze.
Może dlatego, że dotąd żadnej takiej osoby innej nie spotkał. Była tylko ona, z chaosem podejmowanych przez siebie decyzji i tą dziwną grą w zimno-gorąco, która doprowadzałaby go do frustracji gdyby nie widział, że nie robiła jej z premedytacją.
I gdyby nie widział tego uśmiechu, do którego wcześniej nie wiedział, że w ogóle bywała zdolna.
Odnotował subtelną zmianę w jej głosie gdy wspomniała o siostrze. Dwa do dwóch dodały się w jego głowie z pewnym opóźnieniem, tak jak buty leżące w przedpokoju czy druga para zamkniętych drzwi, które nie prowadziły do jej sypialni.
Mieszkała z siostrą.
Coś cięższego na moment zagościło w jego klatce piersiowej wracając do wspomnienia jej ojca, który nie tak dawno zmarł. Potrzeba zajmowania się czternastoletnią siostrą z pewnością wymuszała w człowieku zmianę priorytetów.
Były s a m e.
Jego serce zamarło na jedno uderzenie. Czy już tydzień temu była na obozie piłkarskim? Czy tkwiła w domu, w jej mieszkaniu, podczas gdy on usiłował zatrzymać ją przed powrotem do niego dla jej bezpieczeństwa? Nawet przez myśl nie przeszło mu, że mogła mieszkać z członkiem rodziny. Powinien sprawdzić ją lepiej, powinien wiedzieć lepiej.
Wyczuł moment, w którym zmieniła temat. Podjął się go, nie zamierzając wracać do tego, o czym ewidentnie nie chciała w tej chwili rozmawiać. Był obcym w tym mieszkaniu, jak i w rzeczywistości, w której znalazła się nagle, zmuszona do przyjęcia roli, na którą być może nie była gotowa.
Nawet jemu zdarzało się czasem znać swoje miejsce.
- Nie sądzę, żeby kiedykolwiek ci się to udało - odrzucił z nutą prowokacji, przyglądając jej się gdy przekładała jakieś warzywa do miski, jego brew uniosła się lekko gdy studiował jej czerwoną zawartość. - Chyba, że twój obiad będzie zawierał podejrzaną ilość jabłek z pestkami.
Jego wzrok leniwie prześlizgnął się po jej profilu, przez długą szyję, materiał zarzuconej koszulki aż po dłoń, którą wskazała jedną z szafek. Westchnął ostentacyjnie, jakby przymus ruszenia się z miejsca stanowił dla niego ogromny problem, nim oderwał się od blatu, o który siedział oparty i podszedł bliżej.
- Moja użyteczność może się na tym skończyć - odrzucił za nią zaczepnie, wchodząc do wąskiej przestrzeni kuchni. Nie stanowiła szczególnie wysokiej przeszkody - stając za nią, sięgnął do górnej szafki i wyjął z jej wnętrza dwa talerze ponad jej głową, odkładając je następnie na blat.
Gdy się odwrócił, stała tuż przy nim.
Na tyle blisko, że w kuchennym świetle dostrzegał znów ten cholerny ślad, ten cień na jej policzku, który nie był wyłącznie przywidzeniem w półmroku samochodu i którego nie zmył deszcz. Oderwał od niego wzrok, unosząc go wyżej, spoglądając w te ciemne tęczówki nim za nimi, dotarł do trzymanego w jej dłoni noża.
- Dla ciebie będę odważny - rzucił sarkastycznie, wyciągając rękę po ostrze, którym potrafił się posługiwać, choć nigdy nie robił tego w kuchni. - Któreś z nas w końcu musi, bambi.

you're already my poison

see what is left of us, how we ended

: wt wrz 01, 2026 10:04 pm
autor: Violet Haze
Z ulgą odnotowała, że przyjął odpowiedź albo przynajmniej nie znalazł powodu, żeby ją podważyć. Wystarczyło, że pozwolił jej zostawić fotografię, obóz piłkarski i wszystkie przemilczane rzeczy po drugiej stronie kuchni, a sam podjął zaczepkę, za którą mogła bezpiecznie podążyć.
Obserwowała, jak podnosi się z krzesła. Szafka, którą wskazała, znajdowała się bezpośrednio nad fragmentem blatu zajmowanym przez deskę, dlatego Vincent, zamiast czekać, aż ustąpi mu miejsca, wszedł w wąską przestrzeń za jej plecami.
Miała wystarczająco dużo czasu, żeby odsunąć się na bok.
Nie zrobiła tego.
Jego sylwetka przesłoniła część kuchennego światła, a uniesione ramię pojawiło się w jej polu widzenia, kiedy sięgał ponad jej głową do szafki. Nie dotknął jej, lecz znajdował się dostatecznie blisko, żeby wyraźnie słyszała szelest wilgotnego materiału jego koszuli przy każdym jego ruchu i czuła przyniesiony z zewnątrz zapach deszczu, zmieszany z tym jak pachniał on.
Jej ciało zareagowało napięciem, ale nie tym gwałtownym, odbierającym oddech i zmuszającym do ucieczki. Palce jedynie mocniej zacisnęły się na rękojeści noża, a ramiona zesztywniały na krótką chwilę. Zaczekała, aż wyjmie talerze i odstawi je na blat.
Na wypowiedziane przez niego dla ciebie będę odważny uniosły nieznacznie.
— Któreś z nas? — powtórzyła, spoglądając na jego wyciągniętą rękę. — To bambi zaprosiło cię do własnego mieszkania i właśnie zamierza dobrowolnie oddać ci nóż.
Pamiętała, jak sprawnie posługiwał się ostrzem i do czego wykorzystał je ostatnim razem. Ta świadomość powinna skłonić ją do cofnięcia ręki, lecz nie wywołała podobnego odruchu. Monroe pozostawał niebezpieczny również bez noża. W tej sytuacji mógł on być co najwyżej symbolem tego, jak wiele ostrzeżeń jej własny umysł zdążył przy nim zignorować.
Obróciła nóż rękojeścią w jego stronę i pozwoliła mu go odebrać. Następnie postawiła przed nim pierwszego przeciwnika w postaci obranej cebuli.
— Pokrój ją drobno, to akurat powinno odpowiednio zweryfikować twoją odwagę — poleciła, po czym cofnęła się o krok, zwalniając mu miejsce przy blacie. — Postaram się nikomu nie powiedzieć, jeśli zaczniesz przy tym płakać — Sama wyciągnęła patelnię, rozprowadziła po niej niewielką ilość oleju i włączyła palnik. — A powiedz mi jedno… Jak właściwie dożyłeś czterdziestki, nie potrafiąc gotować? — zapytała, zerkając na niego z ukosa.
Czterdziestka była oczywiscie celową przesadą. Nie dałaby mu tylu lat; nawet przemoczonemu, z mokrymi włosami opadającymi na twarz. Właśnie dlatego zaczepka pozostawała dostatecznie oczywista, żeby nie pomylił jej z rzeczywistą oceną. Dopiero po wypowiedzeniu pytania dotarło do niej, że nawet nie wiedziała w jakim był wieku.
I właśnie tak powinno pozostać. Nie potrzebowała wiedzieć ile miał lat, znać alergii ani wiedzieć w jaki żywił się człowiek niepotrafiący samodzielnie przygotować obiadu. Każda dodatkowa informacja sprawiała, że coraz trudniej było widzieć w nim wyłącznie c e n ę, a coraz łatwiej człowieka, którego życie rozciągało się daleko poza tym fragmentem przeznaczonym dla niej.
Powinna również spędzać z nim jak najmniej czasu, tylko tyle ile było konieczne, żeby w odpowiedniej chwili sprowadzić go we właściwe miejsce. Tymczasem każdą rozmowę przedłużała o kolejne pytanie, żart albo drobną zaczepkę, jakby bezwiednie szukała powodów, by jeszcze jej nie kończyć. Niezaprzeczalnie w Monroe był pewien zwierzęcy magnetyzm, któremu ulegała, jeszcze zanim w ogóle zdążyła zauważyć, że ponownie pozwalała mu znaleźć się zbyt blisko.
en garde

see what is left of us, how we ended

: wt wrz 01, 2026 10:34 pm
autor: Vincent Monroe
Obiektywnie rzecz biorąc, wpuszczenie go do jej mieszkania nie należało do rozsądnych decyzji - jeszcze mniej było wręczenie noża osobie, którą postrzegała za niebezpieczną. To bambi być może nie posiadało wystarczająco wykształconego instynktu samozachowawczego, ale zjadliwą uwagę zachował dla siebie.
Pojawiła się tylko w drapieżnym błysku w jego ciemnym spojrzeniu gdy odwróciła nóż, ostrze zwracając ku sobie - tylko po to, by mógł wygodnie sięgnąć po rękojeść. Odbierając od niej narzędzie zbrodni przedmiot, podrzucił go lekko w powietrzu. Ostrze błysnęło odbitym światłem kuchennej lampy nim złapał je ponownie, w jakiejś podświadomej próbie zamaskowania kompletnego upokorzenia, które miała przynieść mu pieprzona c e b u l a.
- Zdefiniuj drobno - mruknął, oceniając warzywo spojrzeniem. Jak dla niego, już było całkiem drobne, posiadał jednak wystarczająco intelektu by wiedzieć, że należało je pokroić.
Westchnął, jego dłoń zacisnęła się na nożu gdy przysunął sobie cebulę. Pierwsze nacięcie spotkało się ze stukotem noża uderzającego o deskę pod spodem gdy zorientował się, że cebula być może była nieco łatwiejsza w krojeniu niż to, do czego nawykł.
Jego brew wystrzeliła w górę na dźwięk tego bezczelnego założenia jego wieku. Nie oderwał jednak wzroku od wykonywanej czynności, na której jego poziom skupienia osiągał już maksimum tego, co było dla niego możliwe.
- Byłem chudym dzieciakiem. Za moich czasów nie było wiele jedzenia - odrzucił z przekąsem, odkrawając kolejny, zdecydowanie zbyt gruby kawałek cebuli. - Druga wojna światowa wszystko zabrała.
I wtedy, z trwogą, poczuł pieczenie wkradające się pod jego powieki. Oderwał się od deski do krojenia i na moment obracając się, odsuwając od cebuli, znajdując odpowiedni pretekst by to zrobić. Nie zamierzał przecież ronić pieprzonych łez nad deską do krojenia.
- Zawsze obrażasz ludzi, którym wręczyłaś nóż? - dodał beztrosko, choć ten, chwilowo, wylądował na blacie, nim wrażenie opuściło jego gałki oczne i sprawiło, że mógł powrócić do wykonywania tej jakże istotnej czynności w jakże pokraczny sposób. - Zaczynam myśleć, że wyciąganie cię z kłopotów to robota na pełen etat. - nóż znów błysnął w jego dłoni, choć fragmenty pociętego warzywa nieustannie ześlizgiwały się z deski do krojenia i umykały spod jego ostrza, doprowadzając go do szaleństwa. - Wydajesz się pakować w nie zawodowo.
Usatysfakcjonowany, odstawił ostrze na blat. Odwrócił się, plecami opierając na blat i spoglądając w jej stronę, poddając swoje kulinarne dzieło pod ocenę. Być może powinien przesunąć deskę w jej stronę by mogła przyjrzeć się zdecydowanie nierówno pokrojonej cebuli bez zbytecznego zbliżania się do niego.
Może w ogóle nie powinien tkwić w jej kuchni i gotować. Nie po tym wszystkim, co widziała, czego doświadczyła, co mogła wykorzystać. Nie po tym, jak odtrąciła jego dłoń i wyszła.
Nie potrafiłby ruszyć się z miejsca nawet, gdyby któraś z tych racjonalnych myśli wywalczyła sobie miejsce na przodzie jego umysłu.
- Jak studentka z USA wylądowała na scenie w Rapture? - zapytał, świadom tego, że nazwa, którą rzuciła wcześniej była nazwą uczelni. Przekrzywił lekko głowę, przyglądając jej się gdy oceniała jego wyczyn na desce do krojenia, zastanawiając się, co mogła studiować. Czym chciałaby się zajmować, gdyby miała taką możliwość.
Nie sądził, by był tym śpiew.
Nie tak naprawdę.

trouble might be your middle name

see what is left of us, how we ended

: śr wrz 02, 2026 1:15 am
autor: Violet Haze
Ostrze błysnęło w kuchennym świetle, a jej wzrok odruchowo podążył za jego krótkim lotem. Nie cofnęła się, chociaż palce znajdujące się przy krawędzi deski odsunęły się od niej o kilka centymetrów. Popis Vincenta obserwowała z uniesioną brwią, dopóki nóż ponownie nie znalazł się bezpiecznie w jego dłoni.
— Drobno oznacza, że kawałki nie powinny być widoczne z drugiego końca kuchni — wyjaśniła z powagą niewspółmierną do sytuacji.
Nie zamierzała instruować go przy każdym cięciu. Cofnęła się w stronę palnika i zajęła pozostałymi składnikami, chociaż jej uwaga nieustannie wracała do deski. Pamiętała oczywiście z jaką sprawnością posługiwał się ostrzem w okolicznościach znacznie mniej zwyczajnych i zdecydowanie mniej kuchennych. Szybko jednak okazało się, że doświadczenie to nie przekładało się na walkę z cebulą. Kolejne kawałki różniły się wielkością, część uciekała spod noża, a skupienie malujące się na jego twarzy sugerowało, że powierzyła mu zadanie wymagające znacznie większych kwalifikacji.
Kącik jej ust uniósł się bez jej pozwolenia i bez jej świadomości.
— Całe to doświadczenie wojenne i nic nie przygotowało cię na cebulę? — zapytała, kiedy odwrócił się od blatu.
Nawet nie pytała dlaczego przerwał pracę. Udawała, że wcale nie domyśla się, czym mogło to być spowodowane i bardzo uważnie obserwowała… rozgrzewającą się patelnię.
Uśmiechnęłaby się w rozbawieniu słysząc jego uwagę, gdyby nie fakt, że właśnie ten grymas dość konsekwentnie zajmował jej usta.
— Nie wszystkich — odpowiedziała niewinnie. — Tylko tych, którzy zaczynają od podrzucania noża, a kończą pokonani przez warzywo. — Zsunęła mięso na patelnię, a nagrzany olej odpowiedział głośnym syczeniem. — I nie przypominam sobie, żebym cię zatrudniała – już mówiłam, że zdecydowanie nie stać mnie na twoje usługi.
Monroe, być może, brał pod uwagę usługi pro bono
— Ale to byłoby całkiem sprytne z perspektywy biznesu, gdybyś miał wyciągać mnie z kłopotów, których sam byś był istotą.
Z trudem utrzymała neutralny wyraz twarzy, obserwując jego kolejne próby podporządkowania sobie fragmentów cebuli. Było w tej sytuacji coś absurdalnie zwyczajnego. Vincent Monroe, którego widziała wcześniej z krwią na dłoniach, stał teraz w jej kuchni i przegrywał walkę z czymś, co za chwilę miało wylądować na patelni.
Przyglądała się temu jeszcze przez chwilę, po czym westchnęła teatralnie i odłożyła łyżkę. Podeszła bliżej, wyciągając ku niemu otwartą dłoń, wnętrzem skierowaną do góry z zamiarem przyjęcia nie tyle samego noża, co całego zestawu wraz z jego nadgarstkiem.
Kiedy ją podał, ułożyła odpowiednio jego palce, a później nakryła jego drugą dłoń własną i poprowadziła nóż przez kilka krótszych cięć. Dopiero gdy kolejne fragmenty cebuli zaczęły wyglądać tak, jak powinny, wypuściła jego rękę z wyraźnym oczekiwaniem, że samodzielnie dokończy poprawki.
Dopiero wtedy odnotowała, jak niewielki dystans ich dzielił. Przed chwilą skróciła go sama, bez zawahania, a jej – zaskakująco – ciało nie odpowiedziało niczym poza świadomością ciepła jego dłoni pod własną.
Pytanie o Rapture przyszło więc w odpowiednim momencie, pozwalając jej zająć dłonie mieszaniem mięsa i skupić spojrzenie na patelni.
— Studentka skończyła studia, miała dobrą pracę, ale zostawiła to wszystko, aby móc spełnić marzenie o zostaniu gwiazdą w klubie, gdzie miała gwarantowane oblewanie piwem i nachalność polityków — odparła. — Powrót do Toronto i występy na scenie od zawsze były jej wielkim marzeniem, dlatego rzuciła zawód bioinżyniera, aby móc rozwinąć swoją karierę na estradzie. Zawsze marzyła, aby być mniej jak ktoś, kto ma wpływ na rozwój medycyny a bardziej jak Shakira.
I choć miał to być żart, smakował dla niej gorzko. Podała mu jednak prawdę, którą zrozumiał – był wystarczająco bystry, aby przefiltrować odpowiednio informacje, podczas gdy ona, nieco desperacko, chciała aby historia nie brzmiała na tak ciężką, jaką była dla niej w rzeczywistości.

see what is left of us, how we ended

: śr wrz 02, 2026 2:20 pm
autor: Vincent Monroe
Jego spojrzenie przeniosło się w stronę własnego dzieła, nabierając odpowiedniej dozy krytyki. Cebula była po prostu cebulą. Nie miało to dla niego znaczenia, czy kawałki były duże, czy małe - czy wszystko i tak nie mieszało się w jedną potrawę? Jakie to mogło mieć z n a c z e n i e?
- Podrzucanie nożem jest dużo prostsze niż sprostanie twoim wygórowanym oczekiwaniom względem cebuli - odrzucił zaczepnie, tonem, który wyraźnie sugerował, że miała otrzymać dokładnie tak pokrojone warzywo jak to zrobił dotychczas.
Po czym, całkowicie wbrew temu, znów sięgnął po nóż, a jego wzrok analizował zawartość deski pod kątem tego, w jaki sposób mógłby tę sytuacją n a p r a w i ć.
- Nie przypominam sobie wywożenia cię do lasu w trakcie czerwonych ostrzeżeń pogodowych - odrzucił beztrosko, pochylony nad tą pieprzoną c e b u l ą, chcąc, by wykonana przez niego robota była lepsza, satysfakcjonująca. Chcąc się do czegoś przydać, choć przecież w kuchni nie był nawet tymczasowym rezydentem. - Ale może jako sprytny biznesmen może powinienem to zrobić następnym razem. Zawsze miałem dryg do interesów.
I duszę wojownika. To właśnie przez nią westchnął, wciąż kontemplując kapitulację lecz nie poddając się jej całkowicie gdy jej twarz zjawiła się w rogu jego pola widzenia. Wyprostował się, odchylając nieco, na tyle, by zrobić jej miejsce - zakładając, że chciała go wyręczyć w zrobieniu tego, czego zrobić nie był w stanie. Jego wzrok powoli zsunął się na wyciągniętą w jego stronę rękę i wyciągnął własną, z trudem akceptując porażkę i pragnąc oddać jej nóż.
Drgnął, wyczuwając kobiece palce wspinające się po jego nadgarstku. Każdy z nich zostawiał po sobie ślad, nawet jeśli był niewidoczny gołym okiem. Każdego był świadom, gdy układała je na jego dłoniach, kierując nimi jakby należały do niej.
Może w pewnym sensie już należały, nawet jeśli nie potrafił tego przed sobą przyznać.
Napięcie wkradło się do jego ciała, świadomego jej bliskości, zapachu jej perfum przeplatanego z deszczem, kosmyków włosów sięgających do jego schnącej koszuli gdy pochyliła się nad deską. Z wysiłkiem oderwał od niej wzrok, skupiając się na tej cholernej cebuli, która nie była w stanie zajmować pełni jego skupienia gdy stała tak blisko, gdy czuł jej dłonie na własnych. Zmarszczył brwi, zmuszając się do obserwowania jej ruchów, po części pragnąć umieć je powtórzyć - po części zaś licząc na to, że może gdyby nie potrafił, pokazałaby mu je kolejny raz.
- Jeśli nauczysz mnie kroić warzywa, będę musiał nauczyć się rzucania nożami w rewanżu - mruknął, z sarkazmem wzniesionym jak tarczą - byle tylko nie dostrzegła tego, w jak niezdrowy sposób jego wzrok śledził ruchy jej dłoni, jednocześnie wcale nie będąc zainteresowanym to, co konkretnie robiła.
Byle nie przedarła się przez jego obojętną mimikę, byle nie dostrzegła tych wszystkich innych czynności, do których wolałby, by wykorzystała jego dłonie.
Chłód zakradł się w miejsce, w którym stała wcześniej. Wykorzystał jej dystans by, tym razem z dużą większą starannością, upewnić się, że pokrojona przez niego cebula do czegoś się nadawała - nawet jeśli nadal nie rozumiał, dlaczego miało to jakiekolwiek znaczenie.
- Nikt nie powiedział, że Shakira nie miałaby ogromnego wpływu na medycynę gdyby leżało to w spektrum jej zainteresowań - odrzucił ostrożnie, z uśmiechem tańczącym na ustach, choć jego umysł znów zanotował kolejny, drobny fakt na jej temat i wrzucił go do miejsca, które szybko stawało się dla niej zarezerwowane. - Nauka jest przereklamowana - westchnął z nutą rozbawienia, ale też tym pełnym ostrożności wyrazem twarzy gdy odwrócił się w jej stronę, wyciągając ku niej deskę z drobniej pokrojoną cebulą. - W laboratorium na pewno nikt nie oblałby cię żadnym piwem.

don't do that

see what is left of us, how we ended

: śr wrz 02, 2026 11:13 pm
autor: Violet Haze
Nigdy nie zakładała, że będzie jeszcze spędzała czas z jakimkolwiek mężczyzną w podobny sposób.
Vincenta nie znała szczególnie długo. Mogłaby policzyć wszystkie ich spotkania na palcach jednej dłoni, lecz każde z nich było na tyle intensywne, że niemal nosiło ciężar kilku tygodni zwyczajnej znajomości. Przy każdym kolejnym spotkaniu próbowała pozostawić go po właściwej stronie granicy, a on mimo wszystko wślizgiwał się coraz głębiej w przestrzeń, do której od dawna nikogo nie dopuszczała.
Ale najbardziej w tym wszystkim niepokojące było to, że coraz częściej robiła mu miejsce samodzielnie.
Nie każdy dotyk wywoływał w niej strach. Najgorsza była chwila przed nim, podczas której nie wiedziała jeszcze, dlaczego ktoś wyciągał rękę ani co zamierzał zrobić, kiedy już jej dosięgnie. Jej ciało nie czekało na aż intencja stanie się jasna. Nauczyło się, że niewinny ruch mógł zakończyć się zaciśnięciem palców, szarpnięciem albo odebraniem jej możliwości odsunięcia się; wiedziało, że należało napiąć mięśnie, zatrzymać oddech i przygotować się na najgorsze, zanim jeszcze rzeczywiście wydarzyło się cokolwiek.
Kiedy to ona wykonywała pierwszy ruch, nie było tej niewiadomej. Przed chwilą sama zbliżyła się do Vincenta, ułożyła jego palce na nożu i nakryła dłonie własnymi, dokładnie wiedząc, co chciała w ten sposób osiągnąć. Mogła przerwać w dowolnym momencie. Mogła odsunąć się, zanim go dotknęła, albo chwilę później, a on nie próbował jej zatrzymać. Kontrola pozostawała w jej rękach przez cały czas; ta sama, którą wcześniej odbierano jej tyle razy, aż jej brak zaczął wydawać się naturalną częścią cudzej bliskości.
Dlatego po tym dotyku nie pozostał strach, a jedynie ciepło utrzymujące się na opuszkach i słabe mrowienie.
— To wyjątkowo nieodpowiedzialna oferta — stwierdziła, spoglądając na niego z rozbawieniem, na sugestię dotyczącą szkoły rzucania nożami.
Nie odmówiła. Brak odmowy pozostawał dostatecznie wymowną odpowiedzią. Choć tak naprawdę nie brała tego na poważnie
Na uwagę o Shakirze uniosła wzrok znad patelni i przewróciła oczami, nie potrafiąc jednak całkowicie powstrzymać uśmiechu. Ten zniknął dopiero wtedy, gdy wspomniał o laboratorium.
Rzeczywiście nikt nie oblał jej tam piwem. Nie było pijanych klientów, nachalnych polityków ani ludzi obserwujących wszystko z drugiego końca sali. Były za to zamknięte drzwi gabinetu, człowiek posiadający większe znaczenie dla firmy niż ona i pewność, że cokolwiek zrobi, następnego dnia nadal będzie musiała usiąść naprzeciwko niego podczas zebrania. Prawdę powiedziawszy, piwo byłoby znacznie prostszym problemem.
— Ani nikogo, kto potem kazałby to posprzątać — przyznała, nie podnosząc na niego spojrzenia.
Przeniosła spojrzenie na poprawioną cebulę, a następnie klasnęła z przesadnie teatralnym uznaniem.
— Proszę, proszę. Jednak było warto mieć wobec ciebie wygórowane oczekiwania — pochwaliła, odbierając deskę. Zrzuciła jej zawartość do mięsa, a rozgrzany tłuszcz zasyczał głośniej. Dorzuciła pomidory i kilkukrotnie przeciągnęła łyżką po jej dnie, łącząc wszystkie składniki. Sos zaczął powoli gęstnieć, a ciepła para osiadła na jej twarzy, gdy pochyliła się, żeby sprawdzić smak. Dodała przyprawy, zmniejszyła płomień i postawiła obok garnek z wodą na makaron.
Następnie wyjęła z lodówki kawałek sera, z szuflady wyciągając tarkę, z którą ponownie podeszła do Monroe, wręczając mu jedno i drugie.
— Skoro opanowałeś cebulę, możesz awansować — oznajmiła. — Ser na drobnych oczkach. I bez podrzucania. — Zmrużyła nieco oczy, ściągając przy tym brwi, na moment wyglądając na groźną. Po tym ostrzeżeniu wróciła do dalszych kroków z przepisu. Większość w zasadzie była już zrealizowana. — A masz jeszcze jakieś wyjątkowe umiejętności, którymi chciałbyś się przede mną pochwalić równie mocno, co żonglowaniem nożem? — zagadnęła, zerkając na niego z ukosa.

surprise me

see what is left of us, how we ended

: czw wrz 03, 2026 12:05 am
autor: Vincent Monroe
Ucieszył się dostrzegając w jej oczach aprobatę.
Był przecież człowiekiem dumnym, o wygórowanym ego. Zleciła mu szalenie istotne zadanie poszatkowania c e b u l i, które w skali wszystkich jego życiowych osiągnięć nie plasowało się zbyt daleko od dna. A jednak widok uśmiechu na jej twarzy wywrócił coś w jego trzewiach na drugą stronę w sposób, który nie powinien mu się zbytnio podobać.
Bo nie miał prawa prowadzić do niczego dobrego.
Violet Haze przecież miała z n i k n ą ć, tymczasem on spędzał wieczór schnąc wewnątrz jej małej kuchni i krojąc cebulę. Nawet jego impulsywność powinna mieć jakieś granice, które utrudniałyby doprowadzenie do tego typu sytuacji, a jednak.
Przyjął od niej tarkę i kawałek sera, spoglądając z ukosa na podarowane mu przedmioty i dostrzegając szalenie groźny wyraz, który pojawił się na jej twarzy. Przebiegły wyraz wpełzł na jego usta gdy odwracała się i, dla samej zasady, podrzucił lekko kawałek sera w kompletnie bezużytecznej formie buntu.
- Jestem człowiekiem o wielu wyjątkowych umiejętnościach - odrzucił beztrosko, zabierając się do ścierania sera, które okazało się manualnie dużo mniej wymagającym wyzwaniem. - Umiem grać na pianinie i świetnie tańczę - wymieniał, z wzrokiem skupionym na wykonywanej przez siebie czynności. Zdecydowanie nie miał żadnego talentu w ścieraniu sera, który latał w każdym kierunku świata na blacie, jakby talerz nie był w stanie go okiełznać. - Potrafię ustrzelić cel z odległości sześćdziesięciu metrów i kantować w większości gier karcianych, jakie znam - kontynuował, z twarzą pełną powagi, choć żadna z tych umiejętności nie brzmiała na taką posiadającą zastosowanie w życiu codziennym - przynajmniej nie w codzienności, którą prowadziła Haze.
Może z wyjątkiem zręcznych palców.
Palce te ścierały ser z tym samym impetem i prędkością, z którą tę czynność rozpoczęły bo do umysłu nie dotarła jeszcze świadomość tego, że kawałka nabiału było już coraz mniej, a jego własna dłoń niebezpiecznie zbliżała się do ostrza.
- Największe wrażenie jednak mogę na tobie wywrzeć czymś innym - zakończył z wyraźnym wyrazem zadowolenia na własnej twarzy. Odwrócił się, odrywając wzrok na moment od tarki, wpatrując się w jej ciemne włosy opadające kaskadą na plecy, wciąż nieco splątane i wilgotne. - Potrafię gwizdać, w przeciwieństwie do niektórych, nieobdarzonych tym podstawowym talentem.
Karma uderzyła w niego niemal natychmiast, gdy wypowiedział ostatnie zdanie. Przybyła w postaci drobnego pieczenia bólu, gdy jego własna skóra otarła się o metalowe oczko, zdzierając knykieć zamiast kompletnej resztki sera, który usiłował w całości zetrzeć.
- Mogę też przelać za twoją kolację własną krew - westchnął, odrywając rękę od tarki by spojrzeć na zakres wyrządzonej sobie krzywdy.
W porównaniu do tkwiącego na jego dłoni bandaża, drobnego zadrapania równie dobrze mogło w ogóle nie być. Uniósł knykcia do ust w tym pierwszym, podstawowym odruchu - w drugim sięgnął zdrową dłonią do talerza z serem, przesuwając go powoli po blacie.
Nie miał pojęcia, co gotowała, ale sam zapach wydobywający się z patelni, której broniła własnym ciałem wydawał się mu wart więcej, niż drobnego punktu czerwieni na jego nawykłych do zdzierania knykciach.
- Którą z tych umiejętności chciałabyś, żebym ci zaprezentował? - zażartował, bo o ile miała przy sobie zestawu kart do pokera, żadnej z nich nie był szczególnie w stanie. - Ostatnia poszła mi świetnie.


i have lots of surprises

see what is left of us, how we ended

: czw wrz 03, 2026 7:33 pm
autor: Violet Haze
— I wyjątkowej skromności — przecięła jego zdanie, jeszcze zanim faktycznie zaczął prezentować jej listę swoich talentów.
Informacja o pianinie sprawiła jednak, że na moment oderwała wzrok od sosu. Spojrzała na jego dłonie, choć jedna pozostawała częściowo ukryta pod opatrunkiem, a druga zajmowała się właśnie ścieraniem sera z rozmachem zdecydowanie niewspółmiernym do stopnia trudności tego zadania. Wyobrażenie sobie tych samych palców przesuwających się po klawiszach przychodziło jej zaskakująco trudno. W znacznie bardziej naturalny sposób pasowały do trzymanego przez niego wcześniej noża, kierownicy albo broni, którą widziała w nich na własne oczy.
— Wiesz, że oszukiwanie staje się dużo mniej skuteczne, kiedy uprzedzasz o nim wszystkich potencjalnych przeciwników? — zauważyła, zerkając na niego z ukosa
Odwróciła się ponownie do kuchenki, wsypując makaron do gotującej się wody i mieszając go kilkukrotnie. Jej uwaga szybko jednak wróciła do Vincenta, gdy stwierdził, że największe wrażenie mógł wywrzeć na niej czymś jeszcze. Spojrzała przez ramię, tym razem z autentycznym zainteresowaniem, oczekując kolejnej umiejętności pokroju gry na instrumencie albo czegoś równie niespodziewanego.
Otrzymała gwizdanie.
Rozbawienie zniknęło z jej twarzy w jednej chwili. Zmrużyła oczy i posłała mu spojrzenie, które - gdyby posiadało podobne możliwości do jego strzeleckich - trafiłoby bez najmniejszego problemu również z odległości sześćdziesięciu metrów.
— To była poufna informacja — przypomniała mu z pełną powagą.
Nie miała pojęcia, dlaczego w ogóle zdradziła mu wtedy, że nie potrafi gwizdać. Najwyraźniej uznała chwilowo, że mogła powierzyć mu podobny sekret i nie ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji, co teraz należało dopisać do długiej już listy błędnych założeń dotyczących Vincenta Monroe. I teraz, gdyby czuła się przy nim odrobinę swobodniej, być może rozważyłaby sięgnięcie po ścierkę leżącą przy zlewie i zdzielenie go nią przez ramię. Myśl pojawiła się nawet dostatecznie wyraźnie, żeby jej spojrzenie przesunęło się na materiał, lecz ostatecznie poprzestała na morderczym patrzeniu.
Nie musiała jednak wymierzać sprawiedliwości samodzielnie, bo tarka zrobiła to za nią.
Zacisnęła usta, próbując zachować powagę, ale satysfakcja z wyjątkowo szybkiej odpowiedzi losu zdołała przedrzeć się na jej twarz.
— Karma — stwierdziła krótko, nie próbując już nawet maskować swojego zadowolenia z cudzej krzywdy.
Przeniosła spojrzenie z niego na talerz z serem, który przesuwał po blacie w jej stronę i przyjrzała się jego zawartości z podejrzliwością, po czym podsunęła Vincentowi listek papierowego ręcznika.
— Mam nadzieję, że twój naskórek został po właściwej stronie tarki — dodała. — Nie było go w przepisie, a jeśli znajdę jakiś fragment, trafi na twój talerz.
Zabrała starty ser poza zasięg jego dalszych kulinarnych eksperymentów, ale nie wróciła od razu do gotowania. Podeszła do jednej z szuflad, otworzyła ją i przez chwilę przeglądała znajdujące się wewnątrz opakowania, aż znalazła to, którego szukała. Wróciła do Vincenta z niewielkim, zapakowanym plastrem i wyciągnęła ku niemu otwartą dłoń.
Ujęła jego dłoń za palce i ostrożnie przyciągnęła bliżej, po raz kolejny tego wieczoru skracając dzielącą ich odległość z własnej inicjatywy. Starła pozostały na knykciu ślad krwi, odkleiła zabezpieczenie plastra i ostrożnie umieściła go na zadrapaniu. Kolorowy dinozaur wyglądał absurdalnie na dłoni człowieka, który jeszcze przed chwilą chwalił się umiejętnością trafienia w cel z odległości sześćdziesięciu metrów. Gest był absolutnie niepotrzebny, ale jego efekt bezcenny.
— Strzelanie już widziałam, w karty nie zamierzam grać z człowiekiem, który otwarcie przyznaje się do oszukiwania, a gwizdanie zostało właśnie objęte zakazem. — odpowiedziała na zadane wcześniej pytanie, nadal skupiona na wygładzaniu brzegów plastra. — Zaczniemy więc od pianina — Dopiero wtedy wypuściła jego palce i przyjrzała się efektowi swojego zabiegu z wyraźnym zadowoleniem. — Ale jako, że, tak się składa że akurat nie mam go w domu to będziesz musiał pogodzić się z tym, że dzisiaj nie zrobisz na mnie większego wrażenia. — Dopiero po tych słowach podniosła spojrzenie z iście męskiego opatrunku na jego twarz.
my stegosaurus

see what is left of us, how we ended

: pt wrz 04, 2026 11:51 am
autor: Vincent Monroe
Zmiana w nastawieniu Haze była diametralna.
Jej brwi ściągnięte w wyrazie niezadowolenia, usta wygięte w grymasie udawanej urazy. W jej ciemnych oczach błyszczały gromy niewiele różniące się od tych, których wcześniej się bała. Brakowało jej wyłącznie skrzyżowanych na piersi dłoni bądź noża, którego ostrze mogłaby wycelować w jego stronę. Dopełniłoby to obraz czyhającego na niego w kuchni zagrożenia.
Wyglądała u r o c z o.
- Nikt nie powiedział, że gram fair - odparł zgodnie z prawdą, przyglądając się efektowi natychmiastowego, karmicznego wyrównania.
Zadrapanie nie należało do głębokich i nie byłoby zdolne do wyrządzenia mu realnej krzywdy chyba, że wskoczyłby z nim do oczyszczalni ścieków. Jego dłonie nosiły ślady po innych krzywdach - niektórych zadanych jemu, innych zadanych przez niego. Drobne przetarcia i blizny znaczyły ich powierzchnię, z największą mającą wkrótce dołączyć do reszty - gdy tylko zdejmie wciąż noszony opatrunek.
Nie dbał o nie. Cieszył się wyłącznie, że kula, jakimś cudem, nie uszkodziła niczego witalnego i wciąż posiadał władzę w dłoni.
Przyjął od niej skrawek papierowego ręcznika, reflektując się, że być może nie życzyła sobie widoku krwi we własnej kuchni. Oparty plecami o blat, przyglądał jej się jak grzebała w szafkach, nie będąc w stanie jednak przewidzieć tego, co w nich szukała.
Jego brew uniosła się wyżej na widok kolorowego plastra, którego zdecydowanie nie potrzebował.
A dłoń, zdradziecka, natychmiast oderwała się od blatu i wyciągnęła w jej stronę, pozwalając jej się podnieść, pozwalając o siebie zadbać. Coś, czego nadal nie potrafił zidentyfikować znów chwyciło jego trzewia, zacisnęło na nich ostre szpony i wywróciło je do góry nogami - tak jak wtedy, w samochodzie, gdy poczuł mokrą chusteczkę na swoim policzku.
Nikt o niego nie dbał.
Ta jedna stała towarzyszyła mu od pierwszych chwil na tej Ziemi, które był w stanie pamiętać. Z początku wynikało to z braku odpowiedzialnych osób, które mogłyby mu pomóc. Z czasem jednak, gdy ten wymusił na nim naukę samodzielności i własnoręcznego dbania o swoje potrzeby, obrastał w coraz to grubszą skórę.
Teraz nawet, jeśli tacy ludzie byli obok, był już zbyt, chorobliwie niezależny i niechętny do okazywania słabości, nie mówiąc o ich akceptację przez przyjęcie oferty pomocy, by ich obecność zrobiła różnicę.
Haze zdawała się tego nie wiedzieć - lub w i d z i e ć.
Patrzył, jak wygładzała krawędzie kolorowego opatrunku tak pieczołowicie, jakby zależało od tego całe jego życie. Jego wzrok przez chwilę śledził kobiece palce na swojej dłoni nim uniósł się w górę, obserwując jej pochyloną nad nim twarz, wyraz skupienia i pewnej lekkości, która wkradła się do jej mimiki w trakcie dzisiejszego wieczoru.
- Mogłem się spodziewać, że nie interesuje cię taniec do odgłosów rozgotowywanego makaronu - westchnął, przebiegłość błysnęła w jego spojrzeniu gdy ostentacyjnie przeniósł je w stronę kuchenki - jedyny odgłos wybrzmiewający w mieszkaniu był bulgotem przyrządzanej potrawu. - Jakie byłyby twoje szczególne talenty, Haze?
Przekrzywił głowę, przyglądając jej się z bezczelnym wyrazem twarzy. Jego palce odruchowo prześledziły nową, gładką fakturę założonego na jeden z nich palca.
- Speedreading książek? Szydełkowanie? Układanie tych bezsensownych puzzli w jednakowym kolorze? - wymieniał, bezczelnie insynuując, że kobieta, której samo spojrzenie potrafiło podnieść temperaturę w jego żyłach mogła być n u d n a. Nachylił się nawet w jej stronę, w ten konspiracyjny sposób, jakby udało mu się zgadnąć nim zdążyła odpowiedzieć. - Krzyżówki?

taking care of things and people is my job

see what is left of us, how we ended

: pt wrz 04, 2026 1:21 pm
autor: Violet Haze
Pierwsze propozycje przyjęła w milczeniu, chociaż z każdą kolejną jedna z jej brwi wędrowała odrobinę wyżej. Speedreading, szydełkowanie, jednokolorowe puzzle. Otworzyła usta, zamierzając wreszcie zaprotestować, ale Monroe zdążył dorzucić jeszcze jedną.
Krzyżówki.
Szczytem jej możliwości miały być krzyżówki.
Nie wiedziała, czy faktycznie wyobrażał ją sobie pochyloną wieczorami nad kolejnymi hasłami, czy wybrał odpowiedź, która miała ją najbardziej zirytować – w końcu podobna rozmowa i podobne insynuacje towarzyszyły im podczas pierwszego spotkania. Choć teraz zdawało się to mieć nieco inny ciężar. Bezczelna zaczepka, za którą nawet nie potrafiłaby się teraz obrazić; w innym wykonaniu podobne uwagi mogłyby ją zwyczajnie drażnić. Jemu jednak pozwalała na nie coraz częściej – co więcej, nawet podobała jej się ta lekkość pomiędzy nimi.
Nie odsunęła się, gdy zmniejszył dzielącą ich odległość. Pozostała na miejscu nawet wtedy, gdy przy ostatnim oskarżeniu przechylił się jeszcze bardziej w jej stronę. Uniosła tylko brodę i przez moment patrzyła mu prosto w oczy, zastanawiając się, gdzie najłatwiej wbić szpilkę, żeby odwrócić przeciwko niemu całą tę rozmowę.
— Wiesz, jak na kogoś, kto od pierwszego spotkania uznał mnie za tak potwornie nudną, jesteś podejrzanie mocno zainteresowany odpowiedzią — zauważyła.
Nie dała mu jednak szansy na natychmiastowe wyciągnięcie z niej czegokolwiek więcej. Odwróciła się do kuchenki i zajęła makaronem, pozwalając, żeby pytanie pozostało bez właściwej odpowiedzi – w końcu, skoro mógł zgadywać, równie dobrze mógł robić to dalej.
Odcedziła makaron spaghetti, połączyła je z sosem, a później rozdzieliła pomiędzy dwa talerze. Porcja Vincenta od początku rosła znacznie szybciej, bo był niemal dwukrotnie większy od niej i zwyczajnie musiał jeść więcej. Inna sprawa, że po prostu nie chciała, aby wyszedł od niej głodny. Dorzuciła mu jeszcze odrobinę sosu, zanim posypała całość startym przez niego serem.
Przesunęła większy talerz w jego stronę.
— Szydełkować niestety nie potrafię — odpowiedziała w końcu, podając mu widelec. — A resztę będziesz musiał odkryć sam.
Problem. Będziesz musiał. Jakby zakładała, że Vincent będzie miał jeszcze okazję zadawać podobne pytania, a ona kolejne, żeby czasem udzielać mu odpowiedzi. Jakby dzisiejszy wieczór nie stanowił wyjątku, do którego doprowadziła burza i zepsuty samochód.
Za łatwo przyszło jej wypowiedzenie tej obietnicy dalszego ciągu. Tak samo jak za łatwo pozwalała mu stać w swojej kuchni, dokuczać jej i zajmować przestrzeń, do której jeszcze niedawno nie chciałaby wpuścić żadnego mężczyzny. Powinna pilnować się znacznie bardziej. Pamiętać, dlaczego znalazła się w Rapture i co miała ostatecznie zrobić, zamiast przyzwyczajać się do obrazu Monroe z kolorowym dinozaurem na palcu.
Tylko że jednocześnie była rozpaczliwie wręcz zachłanna na tę znajomość. Nie tylko na jego obecność pozbawioną krwi, broni oraz ludzi, ale na to, że był. W obojętnie jakim wariancie. Zachłanna na sposób w jaki na nią patrzył; na to, jak za każdym razem jej trzewia w reakcji na jego spojrzenie zaciskały się w ten inny, niezwiązany ze strachem sposób. Zachłanna na to, jak o nią dbał. Zachłanna na to, jak dobrze ją traktował. Jak nienaturalnie dla niej ją traktował.
Rozsądek podpowiadał jej, że prędzej czy później boleśnie zapłaci za tę zachłanność. Była już niemal pewna, że oddanie go w ręce ludzi, którzy przetrzymywali jej siostrę, nie spłynie po niej razem z pierwszą falą ulgi wywołanej odzyskaniem jej. Będzie żałowała ceny, którą kazała zapłacić Monroe i której świadoma była przez cały czas; przez każde ich słowo; przez każdą zaczepkę.
— Na razie możesz zacząć od sprawdzenia, czy gotowanie zalicza się do moich szczególnych talentów — dodała, podsuwając mu talerz odrobinę bliżej. starała się zachować wcześniejszą lekkość, ale świadomość, której pozwoliła przed chwilą wybrzmieć we własnej głowie, zdążyła już zatruć skutecznie wszystko w niej całej.
my greed is lethal