Strona 4 z 4

what a wild, bloody mess that you leave when you eat

: pn wrz 21, 2026 7:19 pm
autor: Violet Haze
— Szczura ma mój sąsiad, jak sam już wcześniej zauważyłeś — sprostowała, unosząc kącik ust w namiastce uśmiechu. Sama też tę obserwację odrzuciła, tłumacząc, że to pies, więc winna powinna leżeć po jej stronie. — Nie wiem tylko, co jest gorsze, Monroe. To, że sądzisz, że żyję ze szczurami czy to, że mimo tego nadal chciałeś przyjść z samego rana.
Jej dłoń znieruchomiała na krótką chwilę, z palcami zagłębionymi pomiędzy ciemnymi kosmykami. Było w tym określeniu coś niemiłego, mimo że przecież właśnie tym dla siebie byli. Jeszcze niedawno. Teraz wiedziała już, jak marszczył brwi, kiedy czegoś nie rozumiał, jak wyglądał, kiedy ból odbierał mu oddech i że kiedy był odurzony, stawał się nieznośnie i widocznie pazerny. On wiedział, gdzie mieszkała, jak reagowała na dotyk i najprawdopodobniej pamiętał o niej więcej rzeczy, niż zdążyła mu powiedzieć świadomie. W istocie zdawała sobie jednak sprawę, że określenie było dobrane świadomie z intencją podbicia stawki przy transakcji – tej samej, w której od początku miało chodzić o prawdę, a ostatecznie chodziło mniej o nią, a bardziej o fakt czy i na jakich warunkach przy nim zostanie; w zamian za to, że on w ogóle zdecyduje się odpocząć.
— Przecież już ustaliliśmy, że formalnie jesteśmy parą — przypomniała mu, podejmując przerwany ruch i zgarniając włosy z jego czoła. — Trochę za późno, żeby zasłaniać się teraz obcymi ludźmi.
Na żądanie historii zmarszczyła nos. Jego kolejne dodatkowe warunki rzeczywiście utrudniały sprawę, bo większość tego, co jako pierwsze przychodziło jej do głowy nie nadawało się na dobranoc. Albo kończyło się źle, albo w ogóle nie posiadało jeszcze zakończenia, co w jej przypadku najczęściej oznaczało mniej więcej to samo. Z drugiej strony – nie mogła mu przecież przyznać racji w twierdzeniu, że arsenał jej opowieści składał się wyłącznie z historii tragicznych i mało pokrzepiających.
Musiał mieć naprawdę porządnie wyrobione o niej zdanie, skoro zakładanie tego czy puli jej zainteresowań przychodziło mu tak łatwo. Ciekawe czy zdawał sobie sprawę z tego, jakie znaczenie nosiło słowo stereotyp.
— Oczywiście, że znam — obruszyła się jednak, bo podejrzliwość w jego spojrzeniu była zupełnie nieuzasadniona. Potrzebowała zaledwie kilku kolejnych sekund, aby znaleźć odpowiednią historię. — Był sobie łajdak. Bardzo pazerny i przekonany, że każde nie oznaczało jedynie początek negocjacji. Pewnego wieczoru zrobił coś wyjątkowo głupiego i wrócił do swojego domu ranny, naćpany i półnagi, a później terroryzował niewinną i jakże dobroduszną kobietę, która, szlachetnie odkładając rozwiązywanie krzyżówek i maraton koła fortuny, próbowała mu pomóc. — Westchnęła, by zaakcentować swoje przejęcie rolą jednej z postaci opowieści. — Kobieta miała tragiczny gust do ludzi, więc zamiast sobie pójść, opatrzyła go, oddała mu własną kurtkę, a nawet pozwoliła spocząć na swoich udach — kontynuowała, przesuwając opuszką kciuka po jego skroni. — Potem ten łajdak, któremu wciąż było mało, zażądał bajki, ale ponieważ nadal nie zamknął oczu, nie dowiedział się, że kończyła się dobrze.
Wolną dłoń uniosła dopiero, kiedy jego palce ponownie sięgnęły w stronę opadających nad nim kosmyków. Przechwyciła jego rękę w połowie ruchu, zamykając własną, znacznie mniejszą dłoń wokół jego palców, opuszczając ją z powrotem na jego klatkę piersiową. Kciukiem przesunęła odruchowo po zdartej skórze jego knykci.
— Jeśli uważasz, że to kiepska historia na dobranoc to poproszę twojego managera aby mnie zastąpił. Nie jest obcy i na pewno zna jakieś historie, które nie są depresyjne czy przygnębiające. — Choć prawdą było, że szczerze nie chciała opuszczać swojego stanowiska. Było jej dobrze w miejscu, w którym się znajdowała i próbowała nie zastanawiać, czy w ogóle powinno. Co było ironią losu samą w sobie, bo przecież to jemu wytknęła chciwość przez kwestię przedłużonych, niewinnych negocjacji – a to było niczym w perspektywie tego, co ona zaczynała łapczywie chwytać z każdym momentem, w pełni świadoma tego, że nigdy w pełni tego nie zwróci. Była więc nie tylko pazerna czy egoistyczna. Była tez najwyraźniej hipokrytką.
baby boy

what a wild, bloody mess that you leave when you eat

: wt wrz 22, 2026 1:48 am
autor: Vincent Monroe
Koncepcja nazywania czegoś szczurem względnie mu świtała, choć tkwiła pogrzebana pod setką innych, ważniejszych w tej chwili myśli - takich jak podziwianie tego, w jaki sposób miękkie, bursztynowe światło w pomieszczeniu otulało jej skórę, bądź jak delikatny był dotyk jej palców na wrażliwej od uderzenia skroni.
Szczerze mówiąc, nieszczególnie interesowały go żadne szczury. Grunt, że nie mieszkały razem z nią, choć koncepcję tego, czy nie mogły sobie wygryźć drogi do jej apartamentu zostawił sobie jako bardzo istotne przemyślenie na później. Na przykład gdy odrobinę się prześpi bądź przestanie być naćpany.
Nie rozumiał, czemu to jej tak przeszkadzało. Nie pamiętał też do końca, co chciała mu przekazać wtedy, gdy ten stan wreszcie ulegnie zmianie, ale pamiętał za to, że było to dość istotne.
- Para to dwójka ludzi albo zwierząt, które mogą być sobie obce - zacytował, na tyle, na ile był w stanie sposób, w jaki wcześniej odpowiedziała na podobny zarzut. Był przekonany, że wtedy to on podchwycił to, jak ich nazwała i to ona szybko to zbiła swoją książkową definicją. A może krzyżówkową? - To w końcu jesteśmy parą, czy parą?
Jego brwi zmarszczyły się nieco gdy zaczynała mówić, stanowiąc wizualny wyznacznik tego, jak ogromnego skupienia od niego w tej chwili wymagała posługując się taką ilością skomplikowanych słów. Nawet w tym stanie wiedział jednak, że ta historyjka była rzekomo o nim i wcale nie brzmiał na bohatera tej powieści.
Bardziej na złoczyńcę.
- Beznadziejna historia - zadecydował, wypowiadając swój werdykt jeszcze nim zdążyła ostrzec go, że pójdzie po jego managera jeśli nie spodoba mu się treść przekazywanej opowieści.
Stało to w bezpośrednim zaprzeczeniu do jej palców, chwilę wcześniej trzymającą jego dłoń. Może i zrobiła to wyłącznie po to, by spróbować uspokoić jego wędrującą w jej stronę kończynę, ale był w stanie potwierdzić, że nadal czuł jej dotyk na własnej skórze. Czyli ręki nie zabrała.
- Pomyślałby ktoś, że w parze ze śpiewem będziesz posiadała zdolności oratorskie - dodał w zamyśleniu, jego głowa pokiwała na boki w wyrazie rozbawionego niezadowolenia, zsuwając nieco kurtki, która tkwiła między nimi jak bardzo prowizoryczna bariera. - W tych wszystkich książkach, które czytasz, takie głupoty piszą?
Nie wiedział co prawda, czy czytała dużo książek, ale właśnie na taką wyglądała. Albo zarzucił jej to wcześniej? Albo odpowiedziała mu tym ona, na inne zarzuty? Zaczynał się w nich gubić, ale zdecydowanie wyglądała na książkarę.
Może to w tym samochodzie?
- Jeśli mnie zamordujesz, Haze, będę nawiedzał cię do końca życia - obiecał ciszej, jego głos przekształcił się w serię pomruków, gdy powieki zaczęły opadać coraz ciężej i tylko dłoń, w wyrazie tej słynnej mu już pazerności, pochwyciła jej palce w uścisku, który wkrótce również musiał zelżeć. - Szczury w mieszkaniu będą twoim najmniejszym problemem.
Resztki bursztynowego światła zniknęły, pogrążając jego świat w mroku. Ostatnim, co przedarło się przez grubą zasłonę jego zmęczenia i krążących w krwi substancji był zapach kobiecych perfum, ciepło jej ciała i delikatny ruch palców po jego skórze.

i'll be the ghost that haunts you

what a wild, bloody mess that you leave when you eat

: wt wrz 22, 2026 11:49 am
autor: Violet Haze
Wystarczyło jedno zdanie, żeby cała ta konstrukcja, którą postawiła na naiwnej iluzji, że poza tym gabinetem nie istniało nic innego, nic złego, rozsypała się równie szybko, jak powstała.
I nagle wszystko, na co przez ostatnie godziny pozwalała sobie z taką zachłannością, o którą przecież to jego oskarżyła w absurdalnej opowieści, przestało być niewinne i zaczęło mieć ciężar ceny. Jego dłoń zamknięta wokół jej palców – miała swoją cenę; jego spokojny oddech, który rozbijał się na jej skórze – miał swoją cenę; jego ciężar na jej udach, którego jeszcze chwilę wcześniej nie chciała się pozbywać – miał swoją cenę; i nawet ciemne pasma łaskoczące ją, gdy przesuwały się między jej palcami – też miały swoją cenę.
Mogła udawać, że zbierała wszystkie te momenty dlatego, że były przyjemne – bo były inne niż szara codzienność, bo nie były zagrożeniem – udawać, że skoro nie wiedziała, ile ich jeszcze dostanie, miała prawo zatrzymać dla siebie kilka następnych. Nie miała przecież żadnego prawa. Tym bardziej, kiedy wiedziała, że brała garściami coś, co miało swoją cenę, tworząc dług, którego nigdy nie będzie w stanie spłacić w najmniejszym nawet procencie.
Nie mogła sobie już wmówić niewiedzy. Wiedziała, że Vincent jej ufał, skoro pozwalał sobie zasnąć w jej obecności, choć chwilę wcześniej sam przyznał, że nie robił tego przy obcych. Wiedziała, że ufała jemu, skoro jej ciało coraz częściej przestawało przygotowywać się na cios, na ból, kiedy znajdował się tak blisko. I wiedziała również, że nie chciała jego krzywdy, a jednak gdzieś poza tym gabinetem nadal istniała dziewczynka, dla której miała być gotowa zrobić wszystko – by uchronić ją przed krzywdą; przed losem znacznie gorszym, przez który ją samą przeczołgało życie.
Opuściła spojrzenie na swoją dłoń – tę, która teraz już niemal machinalnie, bez właściwej intencji, wciąż sunęła opuszkami po jego skalpie. Znieruchomiała w połowie ruchu, jakby przywołana do porządku przez nią samą.
Dopiero wtedy naprawdę mu się przyjrzała. Sen wygładził napięcie z jego twarzy; szczęka nie była już zaciśnięta, brwi nie drgały przy każdym dźwięku, a jego oddech pozostawał spokojny i równy. Ten widok zaczął jej ciążyć; jej wnętrzności ścisnęły się wręcz boleśnie, supłając coraz ciaśniej pod tym obrazkiem – leżał przy niej niemal zupełnie bezbronny i najwyraźniej pewny, że kiedy zamknie oczy, nic złego nie stanie mu się właśnie z jej strony. Nie spodziewał się zagrożenia tak blisko.
Trwała przy nim nieruchomo jeszcze jakiś czas, chcąc aby na dobre pogrążył się we śnie; i każda kolejna minuta niemal fizycznie ją bolała. Godziła się na to, nie chcąc, aby przebudził się, kiedy ona będzie próbowała wyjść. Odczekała więc kolejny kwadrans, który rozciągał się w jej perspektywie ciężkimi godzinami, aż w końcu wysunęła się spod niego, jak najdelikatniej; z nabożną wręcz ostrożnością kładąc jego głowę na tej części siedzenia sofy, która wciąż była jeszcze ciepła jej obecnością. Wysunęła się za drzwi gabinetu i domknęła je za sobą powoli, żywego kroku podejmując dopiero wtedy.
Minęła każdego z ochroniarzy, nie zaczepiając żadnego z nich, by spełnić warunek w układzie, który zawarła z Monroe. W tym wypadku nie w obronie własnej autonomii czy po to, aby zrobić mu na złość – zwyczajnie nie chciała przyjąć tej przedłużonej formy troski, którą chciał ją objąć po jej wyjściu.

e o t