Strona 4 z 4

sunshine, you're here

: pt paź 02, 2026 12:19 am
autor: Lucien Spencer
Emocje i pragnienia, jakie wywoływała w nim Zoya, były silniejsze od niego, o czym dziewczyna już nie raz zdążyła się przekonać. Tym bardziej w chwilach, takich jak ta, przychodziło mu staczać wewnętrzną walkę z rozczarowaniem, które po każdym takim zajściu dawało coraz większe powody do frustracji. W tej chwili pocieszał go jedynie fakt, że znów mógł mieć ciemnowłosą przy sobie.
Doskonale wiedział, co czuła na użycie słowa męczące. Po jego głowie również mimowolnie zaczęły pląsać ochoczo coraz bardziej absurdalne pomysły, by w końcu dojść do spełnienia. Na te jej zaśmiał się cicho pod nosem.
— Zapłacę. I dopłacę za dyskrecję — przytaknął zachęcony, bo to brzmiało jak dobry plan.
Na jej śmiech zawtórował jej tym samym. Bo Zoya miała rację. Rzeczywiście niewiele już mu brakowało. I dobrze było wiedzieć, że nie był w tym s a m.
— No wiesz, każda cierpliwość ma swoje granice — uśmiechnął się łobuzersko, ale w jego głębszym spojrzeniu znalazło się coś bardzo świadomego, czego nie potrafił już ukryć — oczekiwanie i nadzieja, że szli w dobrym kierunku.

Po kąpieli i rozmowie z Zoyą, ubrany już w swoje ciuchy, poczuł się trochę lepiej. Potrzebował już tylko wrzucić coś na ruszt, ale jego humor już teraz, przy pomocy ciemnowłosej, uległ poprawie. Dla odmiany, przed ponownym wyjściem do braci nie czuł już żadnego skrępowania, podążając za Zoyą do salonu.
Określenie szwagrze nadal dziwnie brzmiało w jego uszach, niemniej postanowił je zignorować, po całym dniu spędzonym w towarzystwie Weasleyów dochodząc do wniosków, że na Rona ewidentnie należało brać poprawkę.
Niestety, miejsce, które mu tak ochoczo wskazał między sobą, a Zacharym, niekoniecznie mu odpowiadało, toteż przeniósł wzrok po wolnych miejscach, ostatecznie decydując się na zajęcie kawałka podłogi przy stoliku kawowym, tuż nieopodal Alexa.
— Siedź, siedź, tu będzie w porządku — stwierdził lekkim tonem i jakby nigdy nic usadowił się na skrawku dywanu, po czym skierował wzrok na telewizor.
W duchu był wdzięczny, że nie postanowili puścić Zachowi ostatniego wyścigu z pierwszej połowy sezonu, w której spieprzył na całej linii. W Misano, jak na warunki i samopoczucie w niedzielne popołudnie, poszło mu wybitnie dobrze, więc miał czym się pochwalić. Nie zawsze miewał tak wysoko punktowane weekendy.
Wzrok Zoi, z którym spotkał się na kilka sekund, wiele tłumaczył, dlatego gdy wzruszyła ramionami, uśmiechnął się do niej kącikiem ust na znak, że wszystko było w porządku. Przyzwyczajony był do osądzających spojrzeń, więc starał się zachowywać naturalnie.
Gdy Ronald zwrócił uwagę Zachowi na dobry moment, Lucien mimowolnie podniósł spojrzenie, by zobaczyć, jak jego samochód mknie po wewnętrznej i zgrabnie zdobywa nową pozycję. W międzyczasie nieznacznie ściągnął brwi na syk najstarszego brata, ale odwrócił głowę dopiero w chwili, gdy dostał kawałek z pizzą, za którą rzucił Alexowi krótkie dzięki i w końcu zabrał się za jedzenie.
Był w trakcie przeżuwania kolejnego kęsa, kiedy usłyszał swoje imię. Na głos Zoi przeniósł na nią swobodne spojrzenie, przez ułamek sekundy zastanawiając się, czy nie była to jakaś podpucha, ale… nie miał przecież nic do ukrycia.
— W przyszłym tygodniu, na Sachsenring w Niemczech. Wyjeżdżam w środę wieczorem — powiedział, znów pakując kawałek capricciosy do ust. Nie zdążył dobrze przeżuć, kiedy po chwili do jego uszu dotarło kolejne pytanie, tym razem ze strony Zacha.
Na to niespodziewane wtrącenie w rozmowę spojrzał odruchowo na mężczyznę, na chwilę zwalniając przeżuwanie. Brat dziewczyny instynktownie wzbudził w nim wzmożoną ostrożność, toteż dał sobie krótką chwilę na przemyślenie odpowiedzi, zanim połknął kęs. W tym czasie poprawił się na miejscu, pozostając tak, jak zawsze, opanowanym i swobodnym, jakby wszystko po nim spływało.
— Jeśli policzyć to w dniach to mniej więcej pół roku spędzam poza Toronto — odparł zgodnie z prawdą. Dopiero niby przypadkowe napomknięcie o Zoi zatrzymało go na pół sekundy dłużej i odrobinę ściągnął brwi. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że był w tym momencie bacznie obserwowany. — Nie, raczej nie było tego w planach, ma swoją pracę — uznał, co chyba dla każdego było naturalne. Nie wymagał od niej żadnych poświęceń. — To, że w ogóle znalazła się w Misano to czysty przypadek — zauważył zaraz, biorąc w dłoń następny kawałek. — Poza tym transmisje na żywo chyba mimo wszystko ciekawiej się ogląda, niż bezpośrednio z trybun, gdzie widzisz tylko niewielki ułamek toru — skwitował ostatecznie i bez skrępowania wziął do ust kolejną porcję jedzenia.
To nie tak, że nie chciał jej wcale na wyjazdach, ale wiedział, jak to wyglądało w rzeczywistości — nawet będąc na miejscu w towarzystwie, miał wobec pracodawcy i przed wyścigami tyle zobowiązań w ciągu dnia, że łatwo można było się rozmijać. Nie widział sensu angażowania bliskich w każdy taki weekendowy maraton, przyzwyczaił się już do wsparcia na odległość. Zoya, chodząc głównie sama po padoku, strasznie by się wynudziła. I, co najważniejsze, miała też swoje życie, co szanował i w które nie zamierzał ingerować.
O ile Lucien do tej pory zachowywał się całkiem naturalnie, tak Alex na chwilę całkowicie pozbawił go rezonu. Na kilka sekund znieruchomiał i wstrzymał powietrze, zdumiony nie tyle samym pytaniem, co tokiem myślenia mężczyzny. Momentalnie też spojrzał ukradkiem na krztuszącą się z wrażenia dziewczynę, która dała mu znak, że
— Myślę, że to jeszcze nie jest odpowiedni moment na podejmowanie tak poważnych decyzji — odparł w końcu po namyśle, starając się z tego rezolutnie wybrnąć. — Na razie nie mogę sobie pozwolić na takie zobowiązania. No i, jak wcześniej wspomniałem, w sezonie więcej mnie w tym domu nie ma, niż rzeczywiście jestem — wzruszył ramionami, jakby to nie od niego zależało. Na to składało się naprawdę wiele czynników.
Mimo tego, co działo się między nim a Zoyą, na ten moment nie mógł się konkretnie zdeklarować co do ich relacji. Zależało mu przede wszystkim na tym, żeby mieć ją w swoim życiu na tyle, na ile mogła i chciała. Zasady, na jakich mieli się opierać, wciąż pozostawały nieokreślone, ale musieli wkrótce poruszyć i ten temat. Stworzyć niepisaną umowę, dzięki której każde z nich pozna swoje prawa. Do siebie i wszystkiego, co i c h dotyczy.

Zoyka

sunshine, you're here

: pt paź 02, 2026 10:46 am
autor: Zoya Weasley
Wiedziała o tym. Zaraz po zakończeniu wyścigu w Misano na fanowskiej grupce zaczęły krążyć memy z Lucienem z masą serduszek i słowami dopingu przed kolejnym spotkaniem w Niemczech. Zoya nawet jeśli nie chciała, przeglądała te wszystkie rewelacje na tyle często, że algorytm wciąż uparcie podsuwał jej następne treści związane ze Spencerem.
— To już niedługo — skomentowała i lekko pokiwała głową, po czym zwyczajnie sama ugryzła kawałek pizzy.
Tak naprawdę za zaledwie cztery dni znowu miał wyjechać, a wraz z tym czekało ich kolejne, rychłe rozstanie, dodatkowo podszyte emocjami związanymi z nadchodzącym wyścigiem. Na razie jednak perspektywa wyjazdu/albo wyjazdów Luciena nie zdążyła szczególnie Zoi dokuczyć.
Owszem, podświadomie wiedziała, że będzie tęskniła, ale wciąż działała w niej pewna blokada. Chyba jakaś świadomość, że ich relacja z założenia dawała sporo swobody i sprawiała, że nie pozwalała sobie przywiązywać do jego nieobecności zbyt dużej wagi.
Dopiero pytanie Zacharyego, na które zresztą Zoya również znała odpowiedź, trochę zmąciło jej dotychczas dobry nastrój. Pół roku to przecież długo. I choć wcześniej naprawdę tego nie analizowała, teraz mimochodem pomyślała, że tak długa przerwa w z w i ą z k u rzeczywiście stanowiła wyzwanie. Dla kogoś kto w tym związku rzeczywiście był.
Po raz kolejny ostentacyjnie urwała zębami kawałek pizzy i przyjrzała się najstarszemu bratu, który najpierw potaknał, a potem rzucił kolejnym - zdaniem Zoi - odrobinę dokuczliwym i niepotrzebnym pytaniem. Tym razem więc skupiła się na mimice Luciena. I znowu, znała odpowiedź, choć na wzmiankę o pracy, niekontrolowanie prychnęła. Wówczas Alex posłał jej pytające spojrzenie, na co ściągnęła brwi i kiwnęła, niemo mu odpowiadając nieważne.
Potem zwróciła twarz w stronę Luciena, który z sensem opowiadał o lepszych wrażeniach z oglądania transmisji w telewizji. Rzeczywiście razem z Adeline musiały wejść do budynku, aby móc na bieżąco śledzić wyścig.
Zresztą... i tak pewnie źle czułaby się z myślą, że mężczyzna miałby zapraszać ją na każde spotkanie. Po pierwsze wiązałoby się to z kosztami, na które najpewniej nie byłoby jej stać, a świadomość, że za każdym razem płaciłby Lucien, z pewnością budziłaby w niej dyskomfort. Po drugie, no, czy rzeczywiście była mu tam potrzebna? Miał przecież własne zobowiązania wobec Mercedesa i nie sądziła, aby jej obecność mogła mu w czymkolwiek pomóc. Poza kibicowaniem, oczywiście.
Pod tym względem byli zgodni.
Kiedy tym razem z ust Alexa padło pytanie, a ona niefortunnie zachłysnęła się kawałkiem pizzy, przez chwilę nie była nawet w stanie odpowiedzieć. Dopiero gdy w końcu wyrównała oddech dotarło do niej, że rozmowa przeskoczyła na dziwne tory.
Dostrzegła przy tym, że Lucien na kilka sekund znieruchomiał. Nadal emanował charakterystyczną dla siebie charyzmą, ale Zoya chyba zdążyła nauczyć się wychwytywać te ledwie zauważalne zmiany w jego mimice. Wydawał się zaskoczony, ale równocześnie zrozumiał aluzję, którą z takim trudem usiłowała mu przekazać.
A potem z jego ust padła odpowiedź. Zoya przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, ale i tak jej kącik ust drgnął w niewielkim uśmiechu. Właściwie poczuła ulgę. Podobało jej się to, co powiedział. Szczególnie dlatego, że Lucien nie dał się sprowokować Alexowi i nie rzucił pod wpływem sytuacji, że ich relacja jest czymś, czym właściwie nie była.
Ale... raptem parę sekund później przez jej głowę przemknęła iskierka zawodu. Mimowolnie westchneła, jakby sama przyłapała się na tej niedorzeczności i ponownie sięgnęła po kęs pizzy. Otwarta relacja bardzzo jej przecież odpowiadała. Ba, dawała swobodę i nie wymagała składania obietnic, na które nie była przecież gotowa.
Tak to tłumaczyła.
— Jeżeli zmierzasz do tego, aby ustalić, czy jesteśmy razem, to odpowiem ci, zanim zdążysz zadać kolejne głupie pytanie — zwróciła się niby obojętnie do brata, wciąż z pełnymi ustami. — Nie jesteśmy — oznajmiła hardo, po czym bez większego namysłu wepchnęła sobie kolejny kawałek ciasta do ust. — Co tam u Suzie? — mlasnęła z przekąsem, wyraźnie i całkiem celowo zmieniając temat.
Alex na moment się speszył i tym razem to on nerwowo ugryzł kawałek pizzy. Mruknął coś pod nosem, że znowu byli w separacji, na co Zoya najchętniej kazałaby mu pilnować własnych relacji. Ostatecznie jednak powstrzymała się od komentarza i popatrzyła przepraszająco na Luciena, a potem odruchowo na Zacharyego.
— Z tego, co rozumiem, to dla ciebie, to najbardziej wygodne, Lucien..
Kąśliwą wypowiedź, na którą sama Zoya rozchyliła usta, przyćmił niezawodny Ronald.
— Czyli co, nie jesteś naszym szwagrem? — wtrącił niespodziewanie oraz mało inteligentnie, jakby dopiero jego neurony zderzyły się ze sobą i zrozumiał sens poprzedniej wypowiedzi. — Co za dno. Zoya czemu go nie przeleciałaś?
Zoya wyraźnie zniesmaczona, aż rzuciła swój kawałek pizzy na talerz. Pomijajac fakt, że najchętniej przeleciałaby Luciena już dawno, to to pytanie, zważywszy na otaczające ich rodzinne perypetie, było bardzo nietaktowne. Czyli po prostu całkiem w stylu Ronalda Weasleya.
W tym momencie nawet Zachary w stanowczy sposób - aby zwrócić bratu uwagę na ten wszechobecny niesmak - uderzył go otwartą dłonią w kark. Ten jednak wydawał się oburzony i postanowił dalej kontynuować.
— Zoya ci się nie podoba, Lucien? — wypalił dalej bez wyczucia. — Wiem, że ma skoliozę. W liceum skarżyła się koleżankom, że nie lubi swojego biustu, a do tego ogólnie jest strasznie wredna. Czasami bywa też agresywna. Potrafi obrazić się o kompletną bzdurę i… nie wiem czemu nie je mięsa. W dodatku potrafi wypić tyle co robotnik na budowie... Do tego dochodzi astma i klaustrofobia. No właściwie chodząca katastrofa, ale ma też kilka zalet. — Ronald spojrzał na Zoyę z wyraźnym współczuciem. Ta natychmiast zerwała się z miejsca i wściekła, postawiła stopę na stole pomiędzy kartonami pizzy, po czym jednym susem doskoczyła do bliżniaka, który w ostatniej chwili zdążył przeskoczyć przez oparcie kanapy.
— Jesteś już martwy. — Wycelowała palcem w Rona i z zadziwiającą sprawnością ruszyła wzdłuż mebla. Przebiegła po poduchach, po czym przeskoczyła nad kolanami Zacharyego, aby następnie znaleźć się tuż przy najmłodszym z braci. Ten natychmiast zawrócił i, o zgrozo, schował się za Lucienem! Chwycił go za ramiona, szarpnął do góry, zmuszając tym samym do wstania, i użył jako żywej tarczy! — Chodź tu!
Nie zważając na obecność Spencera, rzuciła się do przodu, ale zamiast dopaść brata, z impetem uderzyła twarzą w klatkę piersiową Luciena. Mimo to wyciągnęła ramiona na boki i spróbowała dosięgnąć ukrywającego się za nim Rona.
— No, dobra! — Niespodziewanie Alex zerwał się na równe nogi. — Idziemy do centrum na festiwal pieczonego ziemniaka? — zapytał ni z gruchy, ni z pietruchy.
Poprzednia wiadomośćNastępna

sunshine, you're here

: sob paź 03, 2026 10:09 pm
autor: Lucien Spencer
Przytaknął na to tylko krótkim mruknięciem. Dopiero w tym momencie przemknęła mu myśl, że ledwo zdążył z Zoyą dojść (taa, uhm) do porozumienia, a już musiał znowu wyjeżdżać. W tym tygodniu nie dane im będzie się sobą więcej nacieszyć, więc musieli wykorzystać ten czas na farmie, jak najlepiej się dało.
Wiedział, jak to wyglądało z boku. Zdarzało mu się już słyszeć zarzuty, że zachowywał się egoistycznie. Dla osób w z w i ą z k u, a zwłaszcza dla tej, która zostawała na miejscu, te wieczne delegacje i inne zobowiązania wobec fundacji czy sponsorów potrafiły dać w kość. Taki tryb pracy jego poprzednią relację doprowadził do bolesnego rozstania i właśnie przez wzgląd na tamte doświadczenia postanowił się nie wiązać.
Zoya natomiast sprawiała wrażenie, że go rozumiała. Od początku miała świadomość, jak ważna była dla niego kariera, a mimo wszystko nadal go c h c i a ł a. Nawet, gdy kierowali się ciążą, która ostatecznie okazała się tylko fałszywym alarmem, akceptowała jego wybór i chciała go poznawać. Teraz specjalnie przyjechała mu pomóc i zabrała go na wieś po to, żeby uniknął skandalu. Dbała o niego, choć wcale tego od niej nie wymagał. I cholernie doceniał to, co dla niego zrobiła.
Na pytanie o wspólne mieszkanie Lucien odpowiedział tak szczerze i ogólnikowo, jak potrafił. Alex jeszcze nie tak dawno zdawał się okazać sporą wyrozumiałość na wyczyny siostry i ich gościa, więc to niespodziewanie sugestywne pytanie przy pozostałych braciach trochę zbiło Spencera z tropu. Wybrnął odpowiedzią, w tym czasie przenosząc spojrzenie na każdego rozmówcę, dostrzegł więc u Zoi ten niewielki uśmiech. Który chwilę później zniknął, ustępując miejsca czemuś nie do końca dla niego jasnemu, bo zbyt szybko odwróciła wzrok.
Ta ledwie dostrzegalna zmiana wzbudziła w nim niewielkie wątpliwości, ale rozsądnie rzecz biorąc, nie popełnił błędu. Ich relacja nadal pozostawała na zbyt wczesnym etapie, żeby móc podejmować jakieś dalekosiężne decyzje. Choć tu trzeba przyznać, że poznanie bliskich to kolejny krok, który mieli już częściowo za sobą.
Kolejna wypowiedź Zoi sprawiła, że na ułamek sekundy podniósł na nią wzrok. Nie byli razem, to prawda. Z resztą, ani jej bracia, ani osoby z jego otoczenia nie musieli wiedzieć, co tak naprawdę między nimi się działo. Sami też przecież dokładnie tego nie wiedzieli i potrzebowali przestrzeni, by sobie to na spokojnie poukładać. A mimo to wypowiedzenie tych słów na głos gdzieś w środku niego wywołało dziwny dyskomfort. By tego po sobie nie okazać, nie mając gdzie uciec wzrokiem, wlepił swoje spojrzenie we własny talerz.
Zdezorientowanie. To chyba było najlepsze słowo na określenie tego, co czuł Lucien po usłyszeniu ataku ze strony Zachary’ego, na który rozchylił nieco wargi, spoglądając na mężczyznę. Osądzający ton wywołał w nim osobliwą presję, że oczekiwano po nim czegoś więcej, ale ułamek sekundy później przywołał się do rozsądku, że najprawdopodobniej zachowanie najstarszego Weasleya dyktowała troska o Zoyę. A dla Luciena liczyło się wyłącznie j e j zdanie.
— Raczej najbardziej racjonalne — poprawił go szybką ripostą, posyłając mu baczne spojrzenie, tuż, zanim Ronald wtrącił swoje trzy grosze, ostatecznie całkowicie odwracając uwagę od Zacha.
— Możesz mówić mi po prostu Luke — odparł, pod lekkim uśmiechem skrzętnie ukrywając pewne speszenie tą szybką wymianą zdań. Na szczęście umiejętność dostosowywania się do nieoczekiwanych zmian opanował do perfekcji.
Bezpośredniość najmłodszego brata, z jaką spotkał się po chwili, wywindowała jego brwi do góry. Najpierw popatrzył na niego, żeby po chwili przenieść wzrok na Zoyę, a potem znów wrócił do Ronalda, który zwrócił się bezpośrednio do niego. Odchrząknął na to, próbując znaleźć w głowie odpowiednie słowa.
Bo tak, podobała mu się Zoya. Inaczej już dawno byłby z powrotem w Toronto. Mimo popsutego auta i telefonu, miał możliwość skontaktowania się z innymi choćby przez zalogowanie się na swoim dysku google, żeby zadzwonić pod odpowiedni numer z zapisanej listy kontaktów i zostać ściągniętym z powrotem na miejsce. Mógł to zrobić, ale wybrał towarzystwo Weasleyów. Wybrał j ą.
Nie zdążył jednak na to odpowiedzieć, bo mężczyzna rozpoczął swój monolog, na który Lucien raz po raz z zaintrygowaniem potakiwał głową, próbując ukryć czające się w kącikach ust rozbawienie.
— Żywa reklama Zoi — mruknął pod nosem, spoglądając to na jej brata, to na ciemnowłosą, w której oczach nagle zapaliły się gniewne ogniki.
Szczerze mówiąc, cieszył się, że to nie on w tej chwili stanowił jej punkt zapalny, przyglądał się więc temu fascynującemu widowisku, dopóki… sam nie stał się tarczą.
Na szarpnięcie poderwał się na nogi i stanął pomiędzy nimi, przez chwilę nie wiedząc, co się dzieje, i podniósł ręce w poddańczym geście. A potem na moment stracił dech, gdy dziewczyna z impetem na niego wpadła, zapalczywie próbując dopaść ukrywającego się za nim brata.
— Hej, hej, spokojnie. Ron w zasadzie nie powiedział niczego takiego odkrywczego — kącik jego ust powędrował zadziornie do góry, bo większość z tego zdążył już doświadczyć, zauważyć bądź się dowiedzieć bezpośrednio od niej. A mimo to Lucien wciąż stał w ich rodzinnym salonie i nie zamierzał uciekać.
Ostatecznie sięgnął ją za nadgarstki i łagodnie przyciągnął je przed siebie, niejako zmuszając ją do wyprostowania się. Popatrzył na jej zaciśnięte tuż pod jego twarzą piąstki, ledwo powstrzymując się przed muśnięciem ich ustami. Przelotnie posłał jej uśmiech, po czym obrócił ją wokół własnej osi tak, że sekundę później stała odwrócona plecami do niego.
— Poza tym obawiam się, że za kratkami nie ma możliwości oglądania wyścigów — zasugerował spokojnie. Z perspektywy osób trzecich wyglądało na to, że ją spacyfikował. Jego dłonie stanowiły dla niej obręcze kajdanek na wysokości jej piersi, ponadto oplatał ją ramionami, a jej plecy przyparte zostały do jego torsu. Z tym, że nie używał siły, a jego ciepły oddech owionął jej szyję. W tym wszystkim było coś kojącego.
Czując na sobie spojrzenia innych, taktownie nie przedłużał tego momentu i puścił ją zaraz potem.
— A tobie chyba życie niemiłe, co? – rzucił Ronaldowi przez ramię i parsknął śmiechem, bo doskonale wiedział, z czym wiązało się prowokowanie kobiet. Zoya swoimi gwałtownymi reakcjami zdecydowanie wiodła prym.
— Przyzwyczajony jestem — wzruszył niedbale ramieniem.
W tym samym momencie odezwał się Alex z propozycją, na co Luke ściągnął brwi.
— A co to jest? — zapytał, a usłyszawszy krótkie wyjaśnienie, że miejscowi zorganizowali na pobliskim boisku lokalną imprezę z jedzeniem, piciem i kilkoma innymi atrakcjami. Całość miała zakończyć się dyskoteką z djem.
Lucien pokiwał z zaintrygowaniem głową, aż usłyszał podniesione głosy komentatorów w telewizji, na który momentalnie skierował wzrok. Ostatnie okrążenie i usilne próby wyprzedzenia na końcowych zakrętach, by potem dwa auta ruszyły koło w koło na ostatniej prostej. Każdy już znał zakończenie.
Ron w końcu wyszedł przed niego, zapominając o całej tej scysji z Zoyą, po czym poklepał go po ramieniu.
— No, to musimy to opić!
Lucien nie był w stanie opierać się zbyt długo. Nie pomogły mu żadne wymówki, że po ostatnim wieczorze wystarczyło mu już atrakcji, więc niedługo później wszyscy wspólnie wyszli na festiwal.

Mimo zmęczenia, Spencer bawił całkiem przyzwoicie. Nie dało się również nie zauważyć, że wszyscy Weasleyowie mieli nadzwyczaj mocne głowy, więc żeby nie doprowadzić się do stanu sprzed poprzedniej nocy, angażował się w każdą atrakcję na imprezie — od próbowania lokalnych przysmaków z ziemniaka, przez spacer po stoiskach z lokalnymi wyrobami, aż po taniec, na który wyciągnął Zoyę.
Tym razem obyło się bez większych niespodzianek i spytek, a atmosfera, nasączona alkoholem, sprzyjała udanej zabawie.
Do domu wrócił o własnych nogach. I choć nie odpowiadało mu, że Zoya nie mogła spać z nim w jednym łóżku, musiał się z tym pogodzić. Po wejściu do sypialni, gdy zapytała, czy czegoś potrzebował, zawahał się na ułamek sekundy, by następnie przytaknąć pewnie, że tak. Zanim zdążyła zadać kolejne pytanie, zmniejszył między nimi dystans, i, nie przejmując się uchylonymi na korytarz drzwiami, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Trwało to raptem kilka sekund, ale zawierało znacznie więcej, niż jakiekolwiek słowa, które w tym momencie niespiesznie dryfowały po jego umyśle. Przez te kilka godzin, mimo jej obecności niemal przez cały czas gdzieś w zasięgu ręki, zdążył się za nią stęsknić.
Pocałunek na osłodę musiał mu wystarczyć. Po nim mógł już spokojnie się położyć i oddać objęciom Morfeusza.

Następnego dnia czekało ich jeszcze trochę obowiązków. Lucien w towarzystwie braci czuł się już znacznie swobodniej, przez co łatwiej przychodziło mu z nimi żartować i rozmawiać na rozmaite tematy. Tylko co do Zacha nadal odczuwał pewien respekt i dystans.
Pracował więc na miarę swoich możliwości, z zaangażowaniem i otwartością przykładając się do pomocy w naprawie płotu czy porąbaniu drewna. Przy tym ostatnim, gdy doszedł do wprawy, zdążył sobie z Alexem urządzić małe zawody. I musiał przyznać, że wreszcie odnajdywał się w czymś, co sprawiało mu przyjemność, a przy tym zrobił sobie porządny trening. W tym celu bez skrępowania zdjął nawet koszulkę. Szło mu naprawdę dobrze, ale wystarczyło, że Zoya przemknęła mu gdzieś obok, żeby go zdekoncentrować i nie trafić w decydującym momencie.
Praktycznie przez cały ranek aż do obiadu mijali się gdzieś od czasu do czasu, zajęci swoimi obowiązkami, do których, rzecz jasna, przypisał ich Zachary. Dopiero w porze obiadowej usiedli obok siebie, gdzie Lucien w trakcie rozmowy pozwolił sobie pod stołem okazjonalnie przesunąć dłonią po jej udzie. Podczas posiłku zagadnął o konie pasące się na pastwisku, z czego po krótkim czasie wyniknęła jego nieumiejętność jazdy. Gdy Ron ochoczo zaproponował trening po obiedzie, Luke przyjął propozycję bardzo optymistycznie.
Na chwilę spotkał się z Zoyą w jej sypialni. Wiedział, że nie mógł sobie pozwolić na zbyt wiele, bo jej brat miał za chwilę po niego wpaść, ale to mu nie przeszkodziło w tym, by wpić się w jej usta przy pierwszej nadarzającej się okazji. Już prawie się zapomniał i tylko głośne tupanie w korytarzu oderwało go od Zoi, przez co momentalnie od niej odskoczył i narzucił pierwszy, lepszy temat, jaki przyszedł mu do głowy. Spodziewał się, że Ron nawet nie zapuka, ale sam fakt, jak bardzo był nieświadomy tego, co praktycznie im przerwał, sprawił, że zanim Lucien wyszedł, obdarzył Zoyę pełnym rozbawienia spojrzeniem. Na koniec puścił jej zawadiacko oczko i podążył za chłopakiem na pastwisko.

Ron bardzo skrupulatnie starał się zaznajomić go z teorią, by następnie przejść do części praktycznej. Słuchał go bardzo uważnie, uśmiechając się pod nosem na to, jak bardzo Weasley starał się mówić rzeczowym tonem i kryć podekscytowanie, że uczył czegoś samego Luciena Spencera.
Po pewnym czasie i przejechaniu się na karym Zefirze w zagrodzie pod bacznym okiem Rona, chłopak wyglądał na całkiem zadowolonego z rezultatu. A Lucienowi bardzo przypadł do gustu piękny, dostojny ogier. Stwierdził, że mimo swojego wieku, miał do niego cierpliwość i spisywał się świetnie.
Lekcje pochłonęły go na tyle, że nawet nie zdawał sobie sprawy, ile czasu minęło od obiadu. Na widok idącej w ich stronę Zoi, uśmiechnął się szeroko i wypiął dumnie pierś.
— Zobacz, Zoya. Siedzę na koniu — powiedział, unosząc wysoko brodę, tak w razie, jakby jeszcze nie zdążyła tego zauważyć. Trzymał w rękach lejce, nakazując zwierzęciu stać grzecznie.
— I to moja zasługa! — wyrwało się Ronowi, na co Spencer pokiwał z uznaniem głową, że owszem, zdecydowanie się z nim zgadzał. Gdy patrzył na Zoyę, uśmiech nie znikał z jego twarzy.
— Co tam masz? — zwrócił zaraz uwagę na trzymaną w jej rękach torbę.

Zoya Weasley

sunshine, you're here

: ndz paź 04, 2026 1:21 pm
autor: Zoya Weasley
W momencie, w którym Lucien wspomniał, że Ronald nie powiedział niczego odkrywczego, Zoya najpierw zdenerwowana zmarszczyła nos, a potem intuicyjnie zerknęła w kierunku Zacharego. Brat odwzajemnił jej osobliwe spojrzenie, po czym niby nonszalancko odwrócił głowę. Analizował sytuację, czuła to, jednak pochłonięta dalszą wojną z Ronaldem, nie miała na to wpływu.
Cóż, miała ochotę wydrapać bliźniakowi oczy, ale Lucien postanowił go wesprzeć, na co natychmiast spróbowała wyszarpać się z jego ramion. Kiedy jednak dosięgnął jej nadgarstków i przyciągnął do siebie, najpierw mruknęła niezadowolona, a chwilę później, wraz z dwójką z trzech braci, roześmiała się.
Potem zadrżała, czując oddech mężczyzny na szyi. Ale nie chciała pokazać rodzinie, że takie gesty ze strony Luciena potrafiły ją rozbroić, więc zacisnęła mocno usta. Niestety zaraz znowu niekontrolowanie zachichotała na dźwięk słów mężczyzny.
Nawet Alex wytknął w ich stronę kawałkiem pizzy.
— Nie licz, że złożymy się na kaucję — pogroził rozbawiony, po czym wziął kęs.
Gdy w końcu Lucien ją wypuścił i zdążył zaledwie zamienić zdanie z Ronaldem, Zoya i tak przemknęła obok jego ramienia i uderzyła brata w żebro. Ten właściwie już uniósł rękę, aby jej oddać, jednak Alex w porę kopnął go w piszczel. Mimo całego zamieszania Zoi nie umknęło, że Spencer również na krótką chwilę zastygł z uniesioną dłonią, jakby też chciał stanąć w jej obronie.
Ubranko na wyjście
Zoya nie była pewna, czy Lucien przepadał za takimi wiejskimi potupajkami jak festiwal ziemniaka, ale ostatecznie wszyscy naprawdę dobrze się zintegrowali. Nawet Zachary, który po paru szotach wyciągnął kija z tyłka i kilka razy sam zagadał do Spencera. Uraczył go z pozoru nieważnymi ciekawostkami na temat Huntsville i lokalnych atrakcji.
Dobrym zwieńczeniem całej soboty okazał się namiętny pocałunek z Lucienem, po którym Zoya wróciła do pokoju Williama bardzo rozanielona.

❀❀❀


Ubranko
W niedzielę w pierwszym odruchu zareagowała krzywą miną na wiadomość, że Ronald miał uczyć Luciena jeździć. W drugim jedynie cmoknęła z dezaprobatą. Czy chciała, czy nie, musiała przyznać, że jej bliźniak akurat na koniach znał się bardzo dobrze i niejednokrotnie popisywał się swoimi umiejętnościami. Do tego, od czasu do czasu przecież i tak instruował dzieci i wnuczęta sąsiadów.
Ronald Weasley nauczycielem. Dobre sobie; zakpiła w głowie i ostatecznie, jedynie ukradkiem zerknęła w kierunku zagrody, po czym wróciła do Alexa, z którym impregnowała belki w stodole.
Kiedy w końcu skończyli wszystkie obowiązki, poszła się przebrać i, jako że oficjalnie dostali zielone światło na wolny wieczór, przygotowała torbę na piknik. Ojciec-dyrektor Zachary Weasley musiał zawieźć dwa konie do Fenelon Falls, ponieważ jakiś ranczer z tamejszych stron pomyślnie przeszedł procedurę ich adopcji i umówili się na transport. Stamtąd miał pojechać już do siebie.
— Brawo! — krzyknęła, szczerze uradowana widokiem Luciena w siodle, który zdawał się czuć w nim całkiem swobodnie. Być może była to zasługa spokojnego ogiera, ale i tak była pełna podziwu, że zechciał spróbować. Zaraz przeniosła wzrok na Ronalda i potaknęła, kiedy rzucił, że to jego zasługa.
— Jedzenie. — Mechanicznie uniosła torbę, choć przecież przez płótno Lucien nie mógł zobaczyć, czy rzeczywiście znajdowały się w niej jakieś przekąski. — Pojedziemy na przejażdżkę wzdłuż rzeki — dodała neutralnie, po czym zbliżyła się do konia przywiązanego do pala. Najpierw spokojnie przywitała się z tarantowatą klaczą imieniem Sally, a następnie sprawnie wskoczyła w siodło.
— Pójdę po Bryzę — rzucił ochoczo Ron i nawet zdążył postawić krok w stronę dróżki do stajni, ale Zoya prędko ponagliła konia i zastąpili mu drogę.
— Ja i Lucien jedziemy na przejażdżkę. Ty idź porób coś innego — powiedziała, podkreślając każde słowo, aby mieć pewność, że brat zrozumiał aluzję. Na to Ronald natychmiast skrzyżował ramiona i dla odmiany spojrzał na Luciena, jakby oczekiwał od niego wsparcia. Gdy jednak nie doczekał się z jego strony żadnej aprobaty, westchnął i wytknął palec w stronę mężczyzy, przypominając mu, że chciałby przejechać się Mercedesem. Potem stwierdził, że i tak idzie zaraz do pracy, więc pomęczy Alexa.
Kiedy odszedł, Zoya spokojnie podjechała do Luciena i na moment sięgnęła po jego lejce. Jej dłoń niby przypadkiem musnęła jego ręke, zanim pomogła mu zawrócić Zefira i skierowała go w stronę wyjazdu z farmy.
Wkrótce znaleźli się na leśnej drodze, a pomiędzy pniami znajdowała się rzeka.
Zoya była pod wrażeniem tego, jak dobrze Lucien sobie radził, zwłaszcza że nie miał doświadczenia w jeździe konnej. Nie zamierzała jednak ułatwiać mu zadania i co jakiś czas celowo przyspieszała sprawdzając, czy za nią nadąży. Kiedy Zefir z niewiadomych przyczyn stawiał opór, zwalniała natomiast i pomagała Lucienowi zmotywowac zwierzę, aby ruszyło dalej.
Czasami jechała bliżej i zaczynała się z nim droczyć. Dźgała go palcem tu i ówdzie, albo układała usta w dzióbek, po czym posyłała mu zaczepne spojrzenie. Kiedy natomiast mężczyzna ryzykował i próbował dosięgnąć jej warg, po prostu odjeżdzała.
Przez większość drogi rozmawiali o przebiegu dnia. W pewnym momencie zeszli na temat Zacharego i jego nadgorliwości, z której troszeczkę zaczęli żartować. Zoya sama uśmiechała się szeroko, gdy wspomniała o żandarmskim podejściu brata do wszystkiego. Pomimo tego w końcu przyznała, że częściowo rozumiała jego zachowanie. Poinformowała Luciena, że od momentu wyprowadzki z Hunstville ich kontakt znacznie się pogorszył. Wspomniała, że to ona odsunęła go od siebie, co często jej to wypominał.

Do docelowego miejsca dotarli po około dwudziestu pięciu minutach. Zoya jako pierwsza zeskoczyła z Sally, po czym przytrzymała Zefira, kiedy Lucien z niego schodził. Następnie podeszli z końmi bliżej rzeki i przywiązali je obok wody, aby mogły odpocząć.
Potem wyciągnęła z torby koc i zajęła się rozkładaniem pudełek z przekąskami. Kiedy w końcu usiedli, odkręciła słoik z powidłem, po czym nabrała odrobinę na rogalik i podetknęła Lucienowi pod usta.
— W zeszłym roku dostaliśmy od sąsiadów naczepę pełną jabłek i przez całą jesień robiliśmy z Williamem te przetwory. Wyszły naprawdę smaczne, chociaż nie wiem, czy to twoje smaki — rzuciła tę zupełnie nieistotną anegdotkę, po czym oblizała palce, na których zostało jeszcze trochę powideł i sięgnęła dla siebie po owsiane ciasteczko. Jedząc, odwróciła głowę w stronę lasku i przez chwilę w milczeniu o czymś rozmyślała. W końcu otrzepała dłonie z okruchów i znowu spojrzała na Luciena. — Powinniśmy porozmawiać? — zapytała trochę niepewna.

Lucien Spencer

sunshine, you're here

: pn paź 05, 2026 3:57 pm
autor: Lucien Spencer
Jazda koniem, choć robił to po raz pierwszy i wciąż nie czuł się zbyt pewnie, sprawiała mu sporo przyjemności. Ron, jakikolwiek nie był, tak dał mu naprawdę dużo cennych wskazówek. Lucien był mu wdzięczny za ten przyspieszony kurs, więc na wspomnienie o Mercedesie ostatecznie przytaknął mu, że następnym razem da mu kluczyki.
Zdecydowanie lubił uczyć się nowych umiejętności, czego nie potrafił ukryć przed Zoyą, na której widok wyprostował się dumnie na koniu. Za to na jej pomysł przystał z pełną aprobatą. Na jego twarzy zaś zawitało czyste rozbawienie, kiedy zagrodziła bratu drogę i posłała mu wymowne spojrzenie. Zdążył już polubić młodszego Weasleya, ale jego towarzystwo podczas przejażdżki zgodnie uznał za niekoniecznie w tym momencie pożądane, więc zmarszczył nos.
— Lepiej jej nie drażnić — odparł wymijająco lekkim tonem, po czym podniósł spojrzenie na Zoyę. W jego oczach tańczyły wesołe iskierki.
Spacer okazał się dla niego ciekawym wyzwaniem, zwłaszcza, że ciemnowłosa niczego mu nie ułatwiała. Sprawdzała go, zaczepiała frywolnie, a on i tak podążał za nią lub przy niej, ostrożnie, poddając się rytmowi poruszającego się konia. Zwierzę nie zawsze się go słuchało, ale pozostawał spokojny i ufny, nie chcąc wzbudzać w nim żadnych obaw. Poza tym, miał jeszcze Zoyę. Jej pomoc momentami oraz podpowiedzi były nieocenione. Kiedy Zefir przystanął, a ona podjechała do niego po raz kolejny, żeby zachęcić ogiera do dalszej jazdy, przez głowę Luciena przemknęło zadziwiające spostrzeżenie, że przy niej naprawdę nie musiał się niczym krępować. Nawet tym, że nie zawsze we wszystkim był idealny.

Miejsce, do którego ciemnowłosa ich przyprowadziła, było niezwykle urokliwe. Szum wody, cień lasu, dźwięk ptaków tworzyły bardzo sielską atmosferę. Mimo wychowania się w mieście, powoli zaczynała kiełkować w nim myśl, że wśród natury również potrafił się odnaleźć.
— Zazdroszczę ci, że się tu wychowałaś. To wszystko — tu wskazał rękami na całe otoczenie — miałaś na wyciągnięcie ręki — przyznał oczarowany, finalnie odwracając się w jej stronę. Następnie kucnął przy niej i pomógł jej rozłożyć wszystkie przygotowane przez nią rzeczy, swobodnie podbiegając przy tym winogrono.
Nawet ten owoc smakował tutaj zupełnie inaczej.
Po zajęciu miejsca sięgnął po niego raz jeszcze, po czym wyciągnął nogę przed siebie, drugą zginając w kolanie. Kiedy zobaczył przed twarzą rogalik z dżemem, bez namysłu wgryzł się w niego, po czym wziął go do ręki.
— Mmm, słodkie, choć takie nieoczywiste. Dodaliście do niego jakieś przyprawy? Wyczuwam… cynamon? — spojrzał na Zoyę podejrzliwie, a następnie sięgnął po nożyk, by nałożyć sobie więcej. Dobrze, że na farmie zapewniano mu ruch, bo inaczej po powrocie musiałby porządnie ruszyć z treningiem.
Chwilowe milczenie między nimi przychodziło im naturalnie. Mężczyzna w trakcie jedzenia rogalika przyglądał się pluskającej rzece, nie myśląc o niczym konkretnym. Zwyczajnie delektował się jednym z ostatnich letnich, ciepłych niedzielnych popołudni w Kanadzie. Gdy tak rozmyślał o zaletach czasu spędzonego w Huntsville, w tej chwili za nic nie chciał znaleźć się gdziekolwiek indziej.
Na pytanie Zoi, oderwał wzrok od krajobrazu przed nimi i utkwił go w ciemnowłosej. Pokiwał z wolna głową i przeżuł ostatni kawałek. Weekend powoli zbliżał się ku schyłkowi, a oni wciąż mieli do przedyskutowania kilka ważnych kwestii. Teraz, jak miał nadzieję, nic nie powinno im rozmowy przerwać.
— Zgadza się. Na razie ustaliliśmy, że nie zamierzamy razem zamieszkać — zwrócił uwagę z czającym się w kącikach ust uśmiechem rozbawienia na wspomnienie poprzedniego wieczoru i przesłuchania jej braci. Przetarł dłonią usta z okruchów, po czym podparł się dłonią za siebie, jednocześnie przekręcając się ciałem w jej stronę.
— Wczoraj podczas kolacji mówiłem poważnie — zaczął poważniejszym tonem, chcąc przypomnieć jej tamtą wypowiedź. — Nie chcę ci obiecywać czegoś, czego nie będę mógł spełnić. Wiesz dobrze, że wyścigi to całe moje życie, nie ma w nim miejsca na zbyt wiele zmian i nie na wszystko mogę sobie pozwolić, ale… — bezwiednie zwilżył wargi, na moment urywając i odwracając spojrzenie na jedną z miseczek leżących między nimi. W myślach dobierał właściwe słowa — …chciałbym, żebyś też była jego częścią. Na tyle, na ile mi pozwolisz. Na ile sama będziesz chciała. I dopóki będziesz chciała — wyznał ostatecznie, podnosząc na nią wzrok ponownie. Miał nadzieję, że jego komunikat był jasny i przejrzysty, ale to w jego jasnych tęczówkach odbijało się więcej, niż mówiły to słowa.
Czuł się zobowiązany, by wybrzmiało na głos, że nie zamykał jej w żadnych konkretnych ramach. Jego zachowanie nadal pozostawało względem niej transparentne — nie miał wobec niej szczególnych oczekiwań. Ich znajomość, pomimo nietypowych doświadczeń, których nie przechodziło się na wstępie, nadal według niego była w początkowej fazie. Logicznym więc było dla niego, że nie musieli spieszyć się z nazywaniem tego, co między nimi było, a po prostu chciał kontynuować ich poznawanie się i zbliżanie do siebie.
Jednocześnie musiał wziąć pod uwagę jej własne potrzeby, które szanował na tyle, że pozwalał jej wybrać, na jakich zasadach ich relacja miałaby się opierać. I jak długo miałaby trwać. On mógł tylko zapewnić ją o tym, że dopóki chciała, nigdzie się nie wybierał.
Po chwili nabrał głębiej powietrza, wyprostował plecy i ściągnął z siebie buty, po czym odwrócił się całym tułowiem w jej stronę i usiadł po turecku. Lżejsze spojrzenie, jakim ją teraz obdarzył, idealnie współgrało z igrającym na jego twarzy nieco zawadiackim uśmiechem.
— Potrzebujemy nowych zasad — oznajmił swobodnie. — Po pierwsze, szczerość. Mów mi, co czujesz. Kiedy coś ci nie będzie odpowiadać albo czego będziesz się obawiać. Albo kiedy coś będzie ci bardzo odpowiadać — tu uniósł sugestywnie brew. Naprawdę zależało mu na tym, żeby słyszeć od niej feedback. To pozwalało mu lepiej ją rozumieć oraz wiedzieć, jak postępować. Z tym nadal mieli trochę problemów, ale mieli ćwiczyć.
— Poza tym, nie chcę cię ograniczać, ale… — odetchnął głębiej, zbierając się w sobie, by powiedzieć to na głos — …nadal nie chciałbym się tobą dzielić. Te dwie rzeczy nie uległy zmianie — przyznał z rozbrajającą szczerością, spoglądając na nią sugestywnie.
Dobrze pamiętał moment, w którym je ustalili — na łódce, pod okiem jego znajomych, gdzie ich znajomość coraz bardziej zaczynała im się klarować. Kiedy po raz pierwszy naprawdę poczuł, że Zoya była dla niego ważna.

Zoya Weasley

sunshine, you're here

: wt paź 06, 2026 12:05 am
autor: Zoya Weasley
Kiedy usłyszała, że zazdrościł jej wychowania w Huntsville, odpowiedziała mu jedynie szerokim uśmiechem. W tym momencie mimowolnie pomyślała o tym, że jeszcze parę tygodni temu próbowała mu wyjaśnić, dlaczego tak bardzo chciała, aby ich dziecko wychowało się w miasteczku. Teraz wydawał się w pełni to rozumieć i na swój sposób było to po prostu u r o c z e.
Obserwowała jak Lucien siedział z nią tak zwyczajnie na kocu, chłonął piękno otaczającej ich natury i oddychał świeżym, niczym niezmąconym powietrzem. Wiatr od czasu do czasu poruszył dłuższymi kosmykami jego włosów i właśnie wtedy Zoya zdała sobie sprawę, że ona sama nie czuła się tak mocno oczarowana miejscówką. Znacznie bardziej urzekło ją towarzystwo Spencera.
— Zgadza się. Cynamon. Bliżej świąt pozostałe słoiki wykorzystam do upieczenia szarlotek na bożonarodzeniowy kiermasz. Co roku odbywa się w tym samym miejscu co festiwal ziemniaka — rzuciła kolejną, pewnie nieistotną anegdotkę. Mimo wszystko przyjemnie było opowiedzieć mu o tym, co działo się w jej rodzinnym miasteczku. Dzięki temu miała wrażenie, że w pewnym sensie stawali się sobie jeszcze bliżsi.
Podczas chwilowego milczenia, po tym, jak zjadła już ciastko, zajęła się skubaniem winogron i wystawiała twarz ku ostatnim, przyjemnym promieniom słońca.
Dopiero jej bezpośrednie pytanie sprawiło, że ponownie spojrzeli w swoją stronę. Zaraz jednak zachichotała, rozbawiona wzmianką Luciena o braku perspektyw na wspólne zamieszkanie. Również od razu pomyślała o wczorajszym wieczorze. Wtedy, podczas tych niedorzecznych spytek, odczuła przede wszystkim zażenowanie, ale teraz tamta rozmowa wydawała się czymś zupełnie znośnym.
Wyprostowała się jednak, gdy zwrócił się ciałem bardziej w jej stronę i na powstrzymała się przed dalszym jedzeniem winogron. Trochę nazbyt wścibsko zaczęła wpatrywać się w jego oczy, choć na jej ustach jeszcze wciąż błąkał się nieznaczny uśmieszek.
C h y b a była gotowa na tę rozmowę i wbrew wszelkim oczekiwaniom, wcale się nie denerwowała. Pomimo tego na dźwięk kolejnych słów zacisnęła wargi i delikatnie przytaknęła. Lucien zabrzmiał odrobinę zbyt poważnie jak na otaczające ich, hehe, przepiękne okoliczności przyrody.
— Właściwie to... — Zastanowiła się przez chwilę i podobnie jak on wcześniej, również na moment odwróciła spojrzenie. Jej wzrok padł na stojące obok brzegu konie. Kiedy w końcu zebrała myśli, ponownie skierowała twarz w stronę Luciena. Zanim jednak się odezwała, jeszcze przez kilka sekund patrzyła mu tylko w oczy, przygryzając wewnętrzną stronę policzka. W końcu sięgnęła po kolejne winogrono i niespiesznie wrzuciła je sobie do ust. — W porządku — odparła krótko.
Chciałbym, żebyś też była jego częścią. Na tyle, na ile mi pozwolisz. Na ile sama będziesz chciała. I dopóki będziesz chciała.
Brzmiało to logicznie, a jednocześnie wcale nie zobowiązująco. Lucien zdawał się sugerować, że chciał, aby nadal pozostali na etapie poznawania się i stopniowego badania własnych granic. Nie miała więc żadnych zastrzeżeń do tego, co powiedział. Zgodziła się, to było jasne i właściwie wystarczające.
W opinii Zoi takie zasady wydawały się proste i pozbawione większych komplikacji. Nie widziała w nich niczego, co mogłoby sprawić im problem.
Rozumiała wszystko. Do czasu.
Na raptowną zmianę pozycji Luciena odruchowo zareagowała tym samym. Podwinęła nogi i usiadła przed nim po turecku, choć w przeciwieństwie do mężczyzny nie ściągnęła trampek. Widząc jego zawadiacki uśmiech w niemym pytaniu przekrzywiła głowę na bok.
— Nowe zasady? — zapytała, a następnie w skupieniu wysłuchała, jak wypunktował to, co miał na myśli. Wtedy Zoya delikatnie, acz urocza wydęła usta, po czym potaknęła na szczerość, na to, że miała mówić mu o tym, co czuła, o własnych preferencjach i obawach.— Czy z twojej strony mogę liczyć na to samo?
Sięgnęła po dłonie Luciena i zamknęła je w swoich. Jednocześnie intensywnie, po raz kolejny wpatrywała się w jego jasne, ciepłe oczy.
Lucien w oczach Zoi przez większość czasu wydawał się niezwykle opanowany. Z jednej strony miała wrażenie, że coraz częściej udawało jej się odczytywać jego emocje, a z drugiej wciąż gdzieś pozostawał dla niej zagadką. Obecnie wiedział o jej rodzinnych perypetiach i problemach znacznie więcej, niż ona wiedziała o nim.
Słysząc następne słowa, wyraźnie rozluźniła uścisk, po czym cofnęła ręcę i ułożyła je na własnych kolanach.
— Myślałam, że rozmawiamy o otwartej relacji — wtrąciła ostrożnie, a na moment uciekła spojrzeniem w niebo, chcąc oderwać wzrok od Luciena. Jego spojrzenie nagle wydało jej się zbyt trudne do zniesienia. Nerwowo przesunęła palcami po własnej nodze, po czym nabrała głębokiego oddechu i ponownie odnalazła jego wzrok. — Na dzień dzisiejszy nie chcę być w żadnym związku — Przełknęła ślinę. — A posiadanie siebie na własność jest dla mnie z tym równoznaczne. Jeżeli więc otwarcie powiemy, że nie chcemy się sobą z nikim dzielić, to kim będziemy, jak nie parą, Lucien? W takim układzie prędzej czy później zaczną pojawiać się oczekiwania i zobowiązania. A biorąc pod uwagę to, co przed chwilą powiedziałeś o karierze, myślę, że to ja mogłabym wyjść na tym najgorzej. Nie zrozum mnie źle, naprawdę cię lubię, ale nie zgodzę się na coś takiego, bo w takim u k ł a d z i e w końcu zaczniemy wywierać na siebie presję.
Nie chciała go zranić ani, co gorsza, sprawić wrażenia, że pragnęła spotykać się z wieloma mężczyznami jednocześnie. Zupełnie nie o to jej chodziło. Zoya miała jedynie nadzieję, że Lucien zrozumie, co próbowała mu przekazać.
Bała się.
Poprzednim razem, kiedy ustalali coś podobnego na łódce, znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. Była w ciąży. Wtedy, dla dobra dziecka, oboje podświadomie dążyli nie tylko do porozumienia, ale również - choć żadne z nich nie powiedziało tego wprost - do partnerstwa.
Teraz nie musieli do niczego dążyć. Mogli po prostu płynąć.
— Czuję, że zaczynam się do ciebie przywiązywać i właśnie przez to nie chciałabym nigdy stanąć ci na drodze do szczęścia — powiedziała z rozbrajającą szczerością.

Lucien Spencer

sunshine, you're here

: śr paź 07, 2026 2:36 pm
autor: Lucien Spencer
Wzmianka o szarlotce wzbudziła w nim apetyt, ale na chwilę jego myśli zatrzymały się przy Bożym Narodzeniu. Grudzień zdawał się być dla niego tak oddalonym terminem, że nie mógł przewidzieć, co do tego czasu się wydarzy — czy w ciągu tych trzech miesięcy uda mu się wygrać mistrzostwa w każdej serii wyścigowej? Czy coś w jego życiu prywatnym i zawodowym zmieni się przez ten czas? Czy znajomość, która w tym momencie stanowi dla niego ważną część jego życia, przetrwa upływ czasu? Na żadne z tych pytań nie miał odpowiedzi.
Między innymi te właśnie myśli mimowolnie krążące po jego głowie sprowadziły go na ziemię, nadając ich rozmowie poważniejszego tonu. Pewne sprawy musiały paść na głos, a odwlekanie tego nie miało już większego sensu. Siłą rzeczy, oboje potrzebowali dowiedzieć się, na czym stali.
Paradoksalnie brakiem potrzeby wchodzenia w jakiekolwiek zobowiązujące relacje sam sobie narzucał ograniczenia. A przynajmniej żył w przekonaniu, że podkreślenie pierwszeństwa jego kariery nad wszystkim innym pozostawiało mu furtkę i było zachowaniem fair w stosunku do Zoi. To, jak zamierzała wykorzystać jego potrzebę posiadania jej w swoim życiu, pozostawiał już jej samej. Dlatego na jej krótką zgodę skinął tylko delikatnie głową.
Za to, gdy na nowe zasady zapytała go o wzajemność, nie miał co do swojej odpowiedzi żadnych wątpliwości.
— Oczywiście — przytaknął pewnym siebie głosem, a kiedy ujęła jego dłonie w swoje, bezwiednie kciukami zaczął delikatnie muskać jej skórę. — Nigdy przed tobą niczego nie ukrywałem — zauważył z łagodnym uśmiechem. Wyzwalała w nim pokłady szczerości, których sam się po sobie nie spodziewał. Niewielu osobom dawał się tak blisko poznać.
Jej nagłej nerwowości nie mógł nie zauważyć. Przyglądał się uważnie temu, jak nagle odsunęła dłonie, wyprostowała się i odwróciła od niego spojrzenie. Kiedy niespokojnie przesunęła palcami po swojej nodze, niepostrzeżenie przełknął ślinę, a jego mięśnie na karku i w ramionach uległy nieoczekiwanemu napięciu. Kiedy podniosła na niego wzrok ponownie, był przygotowany na to, co miała mu do powiedzenia.
Słuchał jej z uwagą, w milczeniu analizując jej słowa. Choć część niego początkowo w duchu sprzeciwiała się przed otwarciem się na innych, tak wraz z każdym kolejnym wypowiadanym przez nią słowem zaczynał rozumieć jej tok myślenia. On też nie miał ochoty wchodzić w związek, bo już samo to słowo jawiło mu się jako zobowiązanie, którego nie mógł spełnić. Bez wyłączności nie było związku. Bez związku nie było presji i wygórowanych oczekiwań. Właśnie tego przez ostatnie dwa lata starał się za wszelką cenę uniknąć.
Gdy skończyła, jeszcze przez kilka sekund siedział w ciszy, na moment odwracając wzrok, żeby sobie to uporządkować. W zamyśleniu potakiwał delikatnie głową, po czym nabrał głośniej powietrza i klepnął palcami o swoje kolana, chcąc się pozbyć z siebie dziwnego napięcia.
— No dobrze. Zero ograniczeń i presji. Nie mamy powodów, by się gdziekolwiek spieszyć — przytaknął finalnie, podnosząc na nią spojrzenie z lekkim uśmiechem, który skrzętnie miał zamaskować niezrozumiałe ukłucie rozczarowania.
Rzeczywiście, dopiero jej wypowiedź przypomniała mu, że podczas ustalania t e j zasady kierowali się przede wszystkim dobrem dziecka. Teraz ten ciężar spadł z ich ramion, nie musieli więc się nigdzie spieszyć.
A Lucien przecież nie chciał się nigdzie spieszyć. Nie posiadając wobec siebie żadnych oczekiwań, mogli poddać się temu, co było między nimi i przekonać się, do czego ich to zaprowadzi. Bez planowania i mieszania w to całego jego świata.
Na jej rozbrajającą szczerość kącik jego ust drgnął w nieznacznym uśmiechu. Podejście Zoi do kwestii jego szczęścia przepełniło go przyjemnym ciepłem, a cichy głos w jego głowie znów szepnął, że rozumiała go.
— Ja też nie chcę być powodem, który powstrzymuje cię przed spełnianiem swoich pragnień i marzeń. Dlatego zależy mi na tym, żebyś powiedziała mi, jeśli zaczniesz czuć, że jednak idziemy w innych kierunkach — wyznał łagodnie, z równą szczerością, opierając ramiona o kolana i jedną z dłoni zamykając swój nadgarstek.
Miał świadomość, że nawet t e n układ nie należał do idealnych, ale po ich poprzednich doświadczeniach i ucieczce Zoi, tym razem po prostu chciał usłyszeć jasny komunikat.
Zanim będzie za późno.
— A skoro pozostajemy w nieoficjalnej relacji to myślę, że nadal najlepiej będzie zachować dyskrecję, by zapobiec niepotrzebnemu zamieszaniu. Jeśli media wpadną na nasz trop, wpłynie to nie tylko na mnie, a ja nie chcę stawiać cię w niezręcznej sytuacji — powiedział, przechylając nieco głowę na bok. Ciemnowłosa przejmowała się jego karierą, ale tą wypowiedzią zamierzał zwrócić uwagę na istotny fakt, że nie tylko jemu coś groziło, gdyby ktoś przyłapał go na niestosownym zachowaniu.
W zasadzie wystarczyło niewiele, by znaleźć powody do plotek i szumu wokół jego osoby, co odbiłoby się także na niej. On również pragnął ją chronić za wszelką cenę przed konsekwencjami wynikającymi z poufałymi relacjami z nim. Powinni zachować większą ostrożność.
Przez kilka sekund patrzył na nią w nieznacznym zamyśleniu.
— Czyli — zaczął, jednocześnie postanawiając zmienić pozycję. Tym razem wyprostował nogi, znajdując sobie miejsce gdzieś pomiędzy pudełeczkami z jedzeniem — oficjalnie — przysunął się bliżej niej tak, że jego stopy w białych skarpetkach znajdowały się tuż obok jej ud — gdyby ktoś pytał — ujął w swoje ręce jedną z jej dłoni, którą ponownie musnął kciukiem — to przyjaźń jest chyba dobrym określeniem? — dopytał, patrząc na nią uważniej. Tak określiła ich podczas rozmowy ze swoimi braćmi. Taką wersję mogli przyjąć dla osób trzecich. — Wystarczy, że m y wiemy, jak duże to niedomówienie — mruknął i przyciągnął jej dłoń do swoich ust, by na jej brzegu pozostawić po sobie mokry ślad. Wraz z tym czułym gestem spojrzał na dziewczynę znad jej ręki, po czym pocałował ją ponownie, tym razem w okolicach nadgarstka, nadając temu bardziej zmysłowego charakteru.

friend with benefit

sunshine, you're here

: śr paź 07, 2026 11:05 pm
autor: Zoya Weasley
Nigdy przed tobą niczego nie ukrywałem.

Przez chwilę patrzyła na Luciena w milczeniu. Intensywnie zastanawiała się czy mówił prawdę. Wróciła pamięcią do wszystkich wspólnych zarówno lepszych, jak i gorszych momentów i rzeczywiście ani razu nie przyłapała go na kłamstwie. Ba, miała wręcz wrażenie, że zawsze udzielał jej szczerych odpowiedzi nawet wtedy, gdy nie zdążyła jeszcze o nic zapytać.
Ostatecznie więc Zoya skinęła głową i odwzajemniła jego łagodny uśmiech, dając tym samym do zrozumienia, że naprawdę nie mogła zarzucić mu braku szczerości. Nie zdawała sobie jednak sprawy z tego, że nie bywał taki wylewny wobec wszystkich ludzi.
Zoya nie miała też pojęcia, z jak wielką nerwowością Lucien oczekiwał tego, co zamierzała mu powiedzieć. Dopiero gdy ponownie nawiązali kontakt wzrokowy, dostrzegła, że siedział sztywno z wyraźnie spiętymi ramionami. Na krótką chwilę przygryzła więc policzek, po czym zaczęła mówić o wszystkim, co naprawdę myślała o zamkniętej relacji.
Szczerze obawiała się, że mężczyzna nie zrozumie jej toku rozumowania. Momentami sama nie potrafiła go pojąć. Czuła bowiem, że naprawdę chciałaby mieć Luciena blisko, a jednocześnie, co absurdalne, obawiała się tego przywiązania. Były to niezwykle intensywne emocje, z którymi stopniowo próbowała się oswoić.
Początkowe milczenie Spencera wydało się Zoi bardzo niepokojące. Przesunęła uważne spojrzenie po jego twarzy i spróbowała na zaś odgadnąć, co właściwie chodziło mu po głowie. Kiedy jednak niespodziewanie klepnął się w kolana, gwałtownie drgnęła, jakby zaskoczona i wybita z pantałyku.
Miała wrażenie, że nie do końca podzielał jej zdanie. Przez jego tęczówki chyba przemknęło rozczarowanie, ale nie chciała nadinterpretować tego osobliwego błysku. Ostatecznie ucieszyła się, że po prostu, że uszanował jej opinię.
— Myślę, że nawet bez związku jesteśmy w stanie sami wywnioskować, co powinniśmy, a czego nie powinniśmy sobie nawzajem robić — dodała, chyba tylko po to, aby rozwiać wszelkie obawy, które bardzo samoistnie, gdzieś zaplątały się w jej głowie. Przecież tak naprawdę nie chodziło o to, że byłaby skłonna dzielić się Lucienem z kimś innym, ale gdyby powiedziała to głośno i dosadnie, ewidentnie ograniczyliby się do tej zamkniętej relacji, o której wspomniał. Ta, w mniemaniu Zoi, była by już związkiem, czego na razie chciała uniknąć.
Nie była gotowa.
— Będziesz pierwszy, który się o tym dowie. Ty również się nie krępuj — zapewniła lekko, zupełnie nieprzejęta, jakby nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że kiedykolwiek mogliby gdzieś zbłądzić.
Mimo wszystko doceniała to, że słowa Luciena przynosiły pewne poczucie komfortu. Miała wrażenie, że nie zamierzał na nic naciskać i sam pozostawał otwarty na różne, inne możliwości. Zdawało się, że w wielu kwestiach myśleli podobnie i w równym stopniu zależało im na tym, aby zachować dobrą atmosferę,nawet w tak trudnym i być może trochę niezręcznym momencie.
Znowu zapomniała, że w Huntsville wszystko wydawało się prostsze. Poza kilkoma pełnymi dezaprobaty spojrzeniami Zacharego i paroma niewygodnymi pytaniami nie musieli mierzyć się z większymi problemami. Mieli ogromną przestrzeń nie tylko na rozmowę, ale także na zwyczajny odpoczynek. Pośród bezkresnych pól i lasów; pośród ranczerskich perypetii Weasleyów, nikt nie mógł zmącić ich spokoju. Byli odizolowani, z dala od ciekawskich spojrzeń gapiów i fanów, od blasku fleszy, a nawet od mediów społecznościowych.
Powaga powyższych tematów dotarła do Zoi dopiero wraz z następną wypowiedzią Luciena. Mimowolnie zesztywniała, a jej twarz zastygła w grymasie. Zacisnęła usta, układając je w wąską kreskę i mocniej wbiła paznokcie w kolana, nieprzerwanie, nieco intensywniej patrząc mężyźnie w oczy.
W jednej chwili przez jej głowę przemknęły wszystkie możliwe scenariusze; historie, które mogłyby wydarzyć się, gdyby ich romans ujrzał światło dzienne. Była niemal pewna, że farma i Weasleyowie obuchem oberwaliby jako pierwsi. Media z pewnością zaczęłyby prześwietlać pochodzenie Zoi i prędzej czy później dotarliby również do Baileyów, a wtedy zrobiłoby się już naprawdę nieciekawie.
Dopiero teraz w pełni pojęła, że z Lucienem powinni być jeszcze ostrożniejsi. Prawdę pisząc, mieli ogromne szczęście, że do tej pory nikt ich nie przyłapał.
Nerwowo przełknęła ślinę, po czym powoli skinęła głową. Podobało jej się to słowo. D y s k r e c j a.
— Tak, jak mówiłeś za pierwszym razem, kiedy przyjechałeś do Hunstville. Całe życie pracowałeś, aby znaleźć się w tym miejscu. Nie możesz tego zaprzepaścić. — Uśmiechnęła się łagodnie, ale z osobliwym i niezrozumiałym cieniem smutku w oczach. — Powiem ci więc, to samo co wtedy. Jeżeli mamy się widywać, to chroń mnie i moją rodzinę przed prasą tak długo, jak się da — poprosiła. — W zamian, jak kiedykolwiek wpakujemy się w kłopoty, będę robiła i mówiła przed reporterami to, co chcesz. — Miała deja vu. Tamtego pamiętnego dnia na farmie, była pewna, że w końcu ktoś się do nich dokopie. Dzisiaj miała nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, ale w pełni swiadoma domniemanych konsekwencji, niezmiennie pragnęła stać obok Luciena.
W momencie, w którym mężczyzna zmienił pozycję, Zoja mimowolnie zrobiła to samo. Przełożyła nogi przez jego uda, tak że pomiędzy nimi znalazła się większość pudełek z jedzeniem. Potem pozwoliła mu swobodnie ująć swoją dłoń i przez krótką chwilę obserwowała, jak przesunął kciuk po jej skórze. Przyjemne ciepło rozlało się gdzieś w jej wnętrzu, a część trosk, o których jeszcze przed sekundą myślała, rozpłynęła się pod wpływem tej drobnej, a jednak znaczącej czułości.
— Hmm... Przyjaźń — mruknęła. Zmrużywszy oczy, wyciągnęła szyję i spojrzała w niebo. Przyjaźń, jak absurdalnie i źle, to brzmiało. — W porządku. Przyjaźń z przywilejami — dodała, po czym parsknęła śmiechem na wzmiankę o niedomówieniu.
Zaraz mężczyzna ucałował jej dłoń i spojrzał na nią znad nadgarstka, na co znowu skierowała twarz w jego stronę. Naprawdę lubiła te małe gesty, którymi zwykł często ją obdarowywać. Czuła się wtedy taka w a ż n a.
Po raz kolejny ostrożnie zmieniła pozycje. Usiadła okrakiem na biodrach Luciena i ułożyła ramię na jego barku, przy czym wyswobodziła drugą dłoń z uścisku. Delikatnie pochwyciła nią jego policzek i nachyliła się, aby cmoknąć go w usta.
— Wiesz, Lucien — zaczyła niewinnym tonem, subtelnie muskając nosem koniuszek jego nosa. — Tylko nie wiem, o czym ty mówisz. Niby, jakie niedomówienie? Tylko raz ze sobą spaliśmy i byłam wtedy pijana. — Odchyliła się nieco i tym razem ułożyła również drugie ramie na karku mężczyzny. — Niewiele już pamiętam, więc może naprawdę łączy nas tylko przyjaźń, hmm?— zapytała, ledwo powstrzymując się przed uśmiechem. Zaraz wydęła usta, niby smutna, a potem uroczo zmarszczyła nos i znowu go krótko pocałowała.
Droczyła się. Oczywiście, że sobie z nim igrała, co tylko podkreśliła napadem chwilowego chichotu. Zaraz sięgnęła po winogrono, a następnie z rozbawieniem podała je Lucienowi do buzi. Drugie wzięła dla siebie.
— Może dla urozmaicenia naszej otwartej relacji powinniśmy wymyślić sobie jakieś inne zasady? — zaproponowała z nagłym przejęciem. Wyprostowała się. Wówczas spojrzenie Zoi nabrało nieco powagi. — Na pierwszym miejscu mamy szczerość. Na drugim dyskrecje. To może teraz coś, co będzie tylko i wyłącznie n a s z e, Lucien. Nie musi się nawet wpisywać w jakiś... — Urwała, po czym uniosła obie dłonie i zatoczyła nimi w powietrzu koło. — ...szablon. Przecież nie bycie w związku, wcale nie definiuje tego, że nie możemy mieć czegoś swojego.
Zoya nie była pewna, czy zdoła odpowiednio mu to wytłumaczyć. Wiedziała jednak, że pod połacią wszystkich tych poważnych i istotnych ustaleń powinno znaleźć się również miejsce na coś lżejszego. Skoro ich przyszłość była niewiadoma, potrzebowali również czegoś, co nie wymagałoby od nich większego zaangażowania.
— Na przykład dzwonimy do siebie tylko wtedy, kiedy godzina ma parzyste minuty. — Dotknęła palcem wskazującym dolnej wargi. — Albo! Co poniedziałek jedzmy razem wegetariańską kolację. W pierwszym tygodniu miesiąca wspólnie odwiedzajmy jakieś nowe miejsce, a w ostatnim spędzmy cały dzień w twoim mieszkaniu. — W dziwnej ekscytacji nagle uniosła obie ręcę. Spojrzała na niego z wyraźnym zadowoleniem, po czym nagle zmarszczyła brwi. — Jeżeli któreś z nas jako pierwsze zobaczy na ulicy różowy parasol, to druga osoba musi spełnić jej życzenie. Natomiast jeżeli się pokłócimy, to możemy tak jak filmach pogodzić się w łóżku, chociaż w naszym przypadku prawdopodobnie byśmy już więcej się do siebie nie odezwali — zażartowała, bo jak dotąd nadal nie mogli w pełni się sobą nacieszyć. — Ale może prysznic na zgodę? W tym chyba jesteśmy dobrzy. Ale koniecznie z truskawkowym płynem do kąpieli! Dodatkowo minimum trzy pocałunki w tygodniu. Lubię się całować. — Znowu znienacka go cmoknęła. — Czy to bezsensu?

Lucien Spencer