Strona 4 z 4

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: ndz wrz 27, 2026 12:41 am
autor: Yonaka Levin
Po słowie „skurwysyn” zapadła cisza, która tym razem nie potrzebowała żadnego komentarza. Wszystkie spojrzenia zatrzymały się na aparacie leżącym na stole.
Nikon wyglądał, jakby ktoś próbował zakończyć jego karierę jednym, bardzo osobistym ciosem. Pęknięta obudowa, obtarcia na krawędziach, przekrzywiony element przy obiektywie. Aaron obrócił go ostrożnie w dłoniach, sprawdził komorę baterii, potem wsunął paznokieć pod klapkę.
— Karty nie ma.
— Oczywiście, że nie ma — mruknął Phil. — Bo czemu miałaby tam być...
Yonaka przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka. Lenonki znowu zsunęły się jej z nosa. Podniosła je jednym palcem, ale oprawka po chwili wróciła na swoje miejsce.
— Zacznijmy od tego, co każdy z nas faktycznie widział — zaproponowała. — Bez domysłów.
Phil założył ręce.
— Twarzy nie. Widziałem go dopiero, kiedy był już przy samochodzie. Czapka, kaptur, ciemna kurtka. Potem dostałem czymś w głowę i tyle.
Yonaka przesunęła wzrok na Effie.
— U mnie podobnie. Aparat był ważniejszy od walki. Za każdym razem, kiedy próbowałam go przytrzymać, walił fleszem. Nie próbował mnie obezwładnić. Próbował się wydostać.
— Czyli zawodowiec? — rzucił Aaron.
— Albo człowiek, który bardzo nie chciał dostać po ryju — zauważyła Effie z suchym śmiechem.
Kącik ust Taissy drgnął, ale tym razem nie skomentowała.
W pomieszczeniu wciąż wisiał ciężar tego, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej: włamanie, pościg, hospitalizacja, a teraz jeszcze pobity aparat i brak karty pamięci.
— A ja nadal nie rozumiem, jak on w ogóle dostał się do domu — odezwała się Effie. — Tylko Valentina ma klucze. Drugi komplet jest w sejfie. Wszystkie okna były zamknięte. — Przy ostatnich słowach ściszyła głos. Yonaka zauważyła, jak palce Effie zaciskają się mocniej, kiedy mówi o zamkniętych oknach, jakby sama myśl o nich nagle nabrała innego znaczenia.
— Mógł cię śledzić — padła jedna z możliwości. — Zwłaszcza jeśli wracałaś po alkoholu.
Effie zamilkła.
— Paparazzi potrafią być bezwzględni — powiedziała w końcu, ale tym razem zabrakło jej wcześniejszej lekkości. — Ale to już jest następny poziom.
— Albo ktoś go wynajął. — Ta możliwość została na stole dłużej niż poprzednie. Yonaka spojrzała na rozbity aparat w rękach Aarona. — Zdjęcia musiał zrobić wcześniej. Albo przynajmniej część. Po wejściu do domu nie zachowywał się jak ktoś, kto dopiero szuka okazji.
— To znaczy, że ktoś wiedział, gdzie będę.
— Tego jeszcze nie wiemy.
— Ale jeśli wiedział... — Effie urwała i przez chwilę patrzyła na Nikona. — To nie chodziło tylko o zdjęcia.
Nikt jej nie odpowiedział. Wystarczyło, że wśród nich znajdowało się narzędzie zbrodni, a kilka metrów dalej czekały rzeczy, które jeszcze niedawno należały do zwyczajnego wieczoru. Szklanki, butelki i ładowarki do telefonów. Wszystko wyglądało tak samo, tylko znaczenie nagle się zmieniło.
— Ale możemy sprawdzić, kto miał interes w tym, żeby wiedzieć — powiedziała Yonaka. — Mamy inicjały. — Wskazała ruchem brody lustrzankę. — R.T.O. Cholernie długie.
Phil przyciągnął nogi do siebie w siadzie tureckim.
— Effie, ty go widziałaś?
— Nie. Ale przy vanie padło jedno słowo.
— Jakie?
— Ricardo.
Aaron sięgnął po laptopa z torby i usiadł przy stole pokrytym pendrive'ami, kablami USB różnych maści oraz powerbankami; skarbiec Phila i jego kanału YT.
— Imię czy nazwisko? — spytał Aaron.
— Tego już nie wiem.
Kilka kliknięć rozświetliło ekran. Lista otwartych kart zaczęła rosnąć.
— Toronto ma tylu paparazzi, że można by z nich zrobić osobną kategorię w spisie ludności. — Phil pociągnął nosem.
— Sprawdzę tych, którzy pracują nocą. Agencje, tabloidy, freelancerzy, wszystko. Jeżeli ktoś fotografuje celebrytów po godzinach, prędzej czy później zostawia po sobie jakiś ślad.
— Pomogę.
Krzesło zaszurało po podłodze, kiedy Phil przysunął się do Aarona. Jego mina sugerowała, że perspektywa przeszukiwania baz danych stanowi znacznie przyjemniejszą alternatywę niż ponowne spotkanie z człowiekiem, który zaatakował go pod komisariatem. To albo mrożonka zaczynała przeciekać przez pieluszkę.
Taissa uniosła palec.
— A ja mogę popytać po klubach. — Kilka spojrzeń powędrowało w jej stronę. — Mam kontakty — dodała z godnością, której trochę brakowało jej przez whisky. — W techno. Ludzie widzą wszystko. Zwłaszcza jeśli ktoś robi zdjęcia komuś, komu nie powinien.
— Effie ma za sobą wystarczająco dużo historii, żeby zainteresować paparazzi bez specjalnego zaproszenia — zauważył Phil.
— Zwłaszcza w tym całym electro punk rocku — dorzuciła Taissa.
Yonaka uniosła brew.
— Nadal próbuję zrozumieć, ile gatunków można upchnąć w jednym występie.
— Więcej, niż myślisz.
— Wspaniale. Jeszcze jeden problem do listy.
Taissa parsknęła śmiechem, a Yonaka na moment pozwoliła sobie na ten sam cień rozbawienia. Zaraz jednak poprawiła okulary i zza ciemnych szkieł dyskretnie zerknęła na Effie.
Nie mieli twarzy. Nie mieli nazwiska. Mieli tylko „Ricardo”, roztrzaskanego Nikona i kartę pamięci, która zniknęła dokładnie wtedy, kiedy najbardziej jej potrzebowali.
Telefon zawibrował w kieszeni. Tym razem nie wyciągnęła go od razu. Od kilku minut nerwowo wystukiwała wiadomości między kolejnymi pytaniami, wracając do ekranu za każdym razem, kiedy rozmowa schodziła na inny trop. Krótkie zdania. Nazwiska. Godzina spotkania.
W końcu pojawiła się odpowiedź.
Yonaka zatrzymała kciuk nad wyświetlaczem.
— Mam jeszcze jeden trop.
Aaron uniósł brwi.
— Policja?
— Mhm. Kilka osób, z którymi pracowałam przy Nangari.
Phil skinął głową. Aaron zrobił to samo. Effie spojrzała w jej stronę.
— To te wasze śledztwa okultystyczne?
— Kultystyczne — poprawił ją Aaron.
— No przecież właśnie mówię.
— I nie nasze, tylko Yonaki. Satanistyczne kulty są kompletnie poza naszą ekspertyzą. — Taissa zachichotała, po czym ze skrzynki schowanej za fotelem Effie wyciągnęła zakurzoną butelkę samogonu. Co ruskie, to ruskie. — Pojeby karmiły węże ludźmi.
Yonaka skwasiła się wyraźnie.
— To nie jest streszczenie, które zamierzałam wyjawiać Effie. W ogóle nic z tego miało nie wyjść.
— A powinnaś była! — Taissa odkręciła butelkę. — Yoki jest jak prawdziwy Ed Warren po skrzyżowaniu z Indianą Jonesem.
— Nie wiem, czy to komplement...
— Największy, jaki dziś dostaniesz.
Korek wyskoczył z krótkim trzaskiem po pstryknięciu.
Yonaka wróciła wzrokiem do telefonu. Spotkanie jutro rano. Konkretne miejsce. Konkretna osoba. Jeden problem mniej.
Pozostawała Effie.
Powrót do domu odpadał. Sama myśl o tym, że ktoś mógł obserwować ją wcześniej, śledzić samochód, wejść do jej domu i czekać tam z aparatem, wystarczyła, żeby Yonaka spojrzała w stronę Effie. Jeszcze godzinę temu można było mówić o paparazzim, który przekroczył granicę. Teraz granica leżała już dawno za nimi.
— Nie chcę tam wracać — powiedziała Effie. Krótko. Bez żartu.
Yonaka nie potrzebowała więcej.
— Nie wrócisz.
Aaron oderwał wzrok od laptopa.
— A gdzie?
— U mnie przenocuje.
Taissa przestała pociągnęła z gwinta z miną pełną uznania lub rozbawienia — ciężko orzec w stanie upojenia. Phil spojrzał znad ekranu. Milczał najdłużej aż pełen ostrożności spytał:
— Na pewno?
— Jestem jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która jeszcze może legalnie prowadzić samochód.
— To... bardzo mocny argument.
— I jedyną, która nie planuje dziś zasnąć przy butelce alkoholu.
Taissa uniosła ją w geście protestu.
— Nie planuję.
Yonaka popatrzyła na nią przez chwilę.
— Właśnie dlatego się martwię.
Effie wypuściła powietrze, ale napięcie nie zeszło z jej twarzy. Yonaka znała ten rodzaj ciszy. Nie trzeba było powtarzać, że ktoś wszedł do jej domu. Nie trzeba było przypominać, że wcześniej tego wieczoru ścigały człowieka przez ogród, a potem znalazły się w szpitalu.
Telefon ponownie zawibrował. Tym razem schowała go od razu do kieszeni.
— Rano zjemy śniadanie i jedziemy na spotkanie. Policja już wie, że będziemy.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie usiąść w fotelu za biurkiem. Ból w skroniach pulsował pod włosami, żołądek nadal protestował po błyskach flesza, a okulary po raz kolejny zsunęły się z nosa. Nie poprawiła ich. Na stole, obok rozbitego Nikona, nad którym ślęczał Aaron z Philem, została pustka po karcie pamięci. A gdzieś po drugiej stronie miasta ktoś nadal mógł mieć jej zawartość.


🐍 Granger Ślizgon🐍

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: ndz wrz 27, 2026 1:17 am
autor: Effie Granger
Mimo pojedynczych żartów i śmiechów było czuć, że nerwy całej grupy nie opadły nawet pod wyraźnym wpływem alkoholu. Phil i Aaron siedzieli głowa przy głowie nad laptopem, wymieniając uwagi i podsuwając sobie pomysły, jak jeszcze przefiltrować wyniki wyszukiwania, by wypluły im coś interesującego. Taissa siedziała w imponującym rozkroku, dość ociężale stukając w ekran telefonu. Być może już pociągała za odpowiednie sznurki, o ile sznurki owe nie były jeszcze kompletnie naćpane na jakimś rave’ie.
I pośrodku tego wszystkiego siedziała Effie — blada, zabiedzona, w przepoconych i brudnych ciuchach, przykryta kapą, pod którą ktoś umarł…
Zmartwienie na buzi było wynikiem intensywnych rozmyślań, które nie przynosiły ani odkrywczych, ani przesadnie pocieszających wniosków. Wszystko zostało powiedziane. Ktoś musiał ją śledzić, ktoś musiał wykorzystać jej stan i wejść do domu po cichu. Czy była pewna, że każdej nocy, gdy wracała najebana z imprezy, zamykała za sobą drzwi na klucz? Może sama otworzyła intruzowi drogę do swojego domu, odzierając się z prywatności i poczucia bezpieczeństwa na własne życzenie?
Prawie nie dotarły do niej słowa Yonaki; dopiero tekst o śniadaniu pomógł jej ułożyć wszystko w całość. W pierwszej chwili — ulga, w drugiej — jeszcze większa niepewność.
— Yonaka… — zaczęła Effie, zniżając nieco głos, kiedy z kolei reszta ekipy mówiła między sobą coraz głośniej (a Taissa coraz częściej rzucała zwrotami w ojczystym języku). — Skoro podejrzewamy, że ktoś śledził mnie wcześniej, śledził nas do szpitala, śledził Phila… to skąd pewność, że u ciebie będzie bezpiecznie? Przecież ten Ricardo czy jego przydupas mogą czekać w wozie po drugiej stronie ulicy, pojechać za nami… i pozbyć się problemu.
— Nie chciałam tego mówić, Effie, ale… gdyby chcieli cię w ten sposób skrzywdzić, mieli ku temu dużo lepszą sposobność wcześniej.
— Fakt — przyznała blondynka, okrywając się szczelniej. Ciężko powiedzieć, czy to reakcja organizmu na ból, stres i zmęczenie, czy faktycznie zrobiło się chłodniej. — Chyba zaczynam świrować. Wcześniej myślałam, że to jakieś cholerne demony chcą mojej duszy, teraz się okazuje, że to pismaki chcą mojej dupy… — Uśmiechnęła się krzywo do Yonaki, ale ta patrzyła na nią niemalże z niedowierzaniem. — Sorry. Żart sytuacyjny.
— Powinnyśmy się zbierać. To był cholernie długi dzień.
— Chwileczkę! — Effie podskoczyła na swoim fotelu jak oparzona, aż spadł otulający ją pled. Wykorzystała to do wykaraskania się ze swojego położenia, ściągnęła w końcu nogę z poduszek, ale wzrok Yonaki przytrzymał ją w miejscu. — Czy to bardzo zły pomysł, jeśli skoczymy po jakieś ciuchy dla mnie? Czuję się absolutnie obleśnie.
— Coś dla ciebie znajdę.
— Wybacz, ale w twoich raczej utonę. Kwestia wzrostu — dodała jeszcze, gdy Taissa, przysłuchująca się ukradkiem rozmowie, wciągnęła ze świstem powietrze. — Poza tym… — Spuściła wzrok. Na paznokciach nie została nawet odrobina lakieru, którą mogłaby w nerwach zdrapać. — Moja agama brodata. Norbert jest jeszcze bardzo młody… potrzebuje karmienia dwa razy dziennie.
— Nazwałaś gada "Norbert"?
— No — potwierdziła Effie. — A skolopendrę Jurek.

🐍 -5 punktów dla Slytherinu 🐍

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: ndz wrz 27, 2026 2:00 am
autor: Yonaka Levin
Yonaka próbowała zdecydować, czy bardziej dziwi ją nazwa gada, czy fakt, że po wszystkim, co wydarzyło się tego wieczoru, Effie nadal potrafiła przejmować się regularnym karmieniem jaszczurki.
— Norbert i Jurek — powtórzyła, jakby sprawdzała brzmienie obu imion. — Oczywiście. — Uśmiechnęła się lekko. — Zaczynam podejrzewać, że tylko ludzie tutaj mają normalne imiona.
Taissa rzuciła coś pod nosem po białorusku, a Aaron parsknął śmiechem znad laptopa. Yonaka wykorzystała ten moment, żeby podnieść się z fotela. Świat nieprzyjemnie przesunął się jej pod stopami, żołądek zaprotestował krótkim skurczem, ale po chwili podłoga przestała falować. Nie zamierzała sprawdzać, ile jeszcze razy tego wieczoru jej organizm zamierzał przypominać o głowie.
— Dobra. Zbieramy się. — Sięgnęła po płaszcz powieszony na haku przy szklanych drzwiach prowadzących z gabinetu do sklepu i dopiero wtedy przypomniała sobie o kluczach. Pęk nadal tkwił w kieszeni. Wyjęła go, odczepiła jeden z kluczy i podała Aaronowi. — Jakbyście wyszli, zamiast zarywać nockę, zamkniesz?
— Jasne.
— Rano będę go potrzebowała. — Aaron schował klucz do kieszeni, a Yonaka od razu odwróciła się do Phila. — A moje do Kujiry?
— Mam. — Sięgnął do kurtki i wyciągnął niewielki pęk. Metal zabrzęczał cicho, kiedy podał go Yonace.
— Dzięki.
Klucze przyjemnie ważyły. Zaciskając na nich palce na moment dłużej, niż było to potrzebne, odzyskała sprawczość. Kujira czekała przed lokalem. Samochód, droga do domu, zamknięte drzwi. Proste rzeczy. Dzisiaj brzmiały niemal luksusowo.
Phil, zanim się rozeszli, podszedł jeszcze do Effie. Uścisk był krótki, ale tym razem nie wyglądał na pożegnanie kogoś, kto po prostu wychodzi z baru. Bardziej na próbę upewnienia się, że po całym tym chaosie naprawdę wszyscy jeszcze są.
— Trzymaj się — rzucił cicho. — My nakarmimy Norberta.
Yonaka odwróciła wzrok, dając im tę krótką chwilę. Łatwo zauważyła, że Phil ze swoją mruczkowatą manierą polubił ich klientkę może ciut za bardzo. Po chwili podeszła do Effie z płaszczem przewieszonym przez ramię.
— Zanim wyjdziemy, opatulić cię trzeba jak człowieka, a nie jak eksponat z izby przyjęć — Rozłożyła materiał i upewniła się, że płaszcz dokładnie osłania Effie, poprawiając go tam, gdzie mógłby zsunąć się podczas drogi. Dopiero kiedy nic nie wystawało i nie zostawała żadna część ubrania mogąca przepuścić chłód, odsunęła dłonie. — Teraz lepiej.
Sama wróciła jeszcze na chwilę za ladę.
Nie szukała długo. Spod półki wyciągnęła niewielki papierowy woreczek, w którym przesypywał się susz o jasnym, lekko zielonkawym kolorze. Lawenda z cytrusową nutą. Zacisnęła papierowy brzeg i wsunęła go do kieszeni.
— Co to? — padło pytanie Effie. Stała w progu, obejmując się ciasno w luźnym pasie płaszcza. Wyglądała... tak krucho. I tak blado ze światłem wpadającym zza pleców z gabinetu.
Yonaka uniosła woreczek.
— Okadzenie? — Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
— Nie. Na oswojenie dzisiejszych myśli. I żebyś nie czuła cały czas środków medycznych. — Wzruszyła ramionami. — Co jak co, ale aromaterapię akurat lubię.
Nie próbowała dorabiać do tego żadnej mistycznej teorii. Lawenda nie rozwiązywała włamania, cytrusy nie znajdowały karty pamięci, a susz nie zastępował snu. Ale jeśli przez kilka godzin miał sprawić, że szpital przestanie być pierwszym zapachem, który przychodził do głowy, to dla Yonaki był wystarczającym powodem, żeby go zabrać.
Jeszcze raz sprawdziła kieszeń z kluczykami.
— Zanim pojedziemy do mnie, robimy jeden przystanek. — Spojrzenie skierowane w stronę Effie wystarczyło, żeby odpowiedź pojawiła się niemal natychmiast. — Pepe's Pizza. — Yonaka uśmiechnęła się szerzej. — Zasłużyłyśmy. — Żołądek przypomniał jej o sobie dokładnie w tej samej chwili, kiedy wspomniała o jedzeniu. Skrzywiła się lekko, ale po sekundzie wzruszyła ramionami. — I nie, nudności mnie nie przekonają. — Pokręciła głową, jakby właśnie odrzuciła wyjątkowo głupią sugestię. — Hawajska po takim dniu to kwestia przetrwania.


🍕 Effie Granger 🍕

I feel your presence amongst us, you cannot hide in the darkness

: ndz wrz 27, 2026 2:32 am
autor: Effie Granger
Czuła się wyjątkowo głupio i niepewnie — i ciężko powiedzieć, czy to kwestia otulenia jej za dużym płaszczem, zupełnie jak dziecko, czy braku pełnego oparcia w zranionej stopie, przełamania pewnej bariery nawet przez Phila czy może kolejnego błysku troski w oczach Yonaki… ale Effie grunt znowu trochę usuwał się spod nóg.
Była przyzwyczajona do przekraczania granic w relacjach międzyludzkich. Zawsze pozwalała sobie na trochę za dużo w mowie i w gestach, nie przejmując się możliwymi konsekwencjami. Ale jeszcze parę tygodni temu nie podejrzewałaby, że gromada dziwaków polujących na duchy pod patronatem najbardziej sceptycznej specjalistki od nawiedzeń, jaką widział świat, stanie się jej tak bliska. Pożegnała się ze wszystkimi, nieco zakłopotana i rozczulona, po czym w końcu dwie postacie opuściły ramię w ramię LaVoodoo.
Zasadniczo Effie była bardzo wdzięczna za możliwe wytłumaczenie swojej ogólniej niezdarności kontuzją, ale kuśtykanie w stronę samochodu pod rękę z demonolożką odarło ją z resztek dumy. Westchnęła ciężko, lądując na siedzeniu pasażera. Wyciągnęła przed siebie nogi w szpitalnych papciach, które dostała w ramach pamiątki od pielęgniarza Teda.
— Jesteś stuprocentowo pewna, że powinnaś prowadzić? Bo wiesz, ja bym mogła…
— Wykluczone.
— Na pewno nie powinnaś męczyć wzroku — pouczyła ją Effie, jakby sama kilka godzin wcześniej nie biegała ze szkłem w nodze i nie sugerowała, że sama je sobie wyjmie. — Trzeba było zamówić ubera…
— Nie marudź i zapnij pasy.
Ku swemu własnemu zdziwieniu, Effie automatycznie zrobiła dokładnie to, o co została poproszona. Było kompletnie ciemno, dopóki światła Kujiry nie rozbłysły, wydobywając kształty innych samochodów, hydrantu i żelaznego kosza na śmieci. Mimo mroku Yonaka nie zdjęła okularów.
— Słuchaj, zanim ruszymy… — Granger odruchowo położyła dłoń na przedramieniu drugiej kobiety, nim ta zdążyła dotknąć drążka zmiany biegów. Poczuła na sobie ciężar spojrzenia zza szkieł, którego nie była w stanie dostrzec. Przełknęła ślinę i uśmiechnęła się półgębkiem. — Chcę to mieć z głowy, wiesz, te wszystkie rzewne przemówienia… dzięki temu zanim znajdziemy się u ciebie, to żenada trochę z nas obu wyparuje i może nie będzie niezręcznie. — Próbowała chyba zbudować wokół swoich zamiarów jakąś historię, żeby zabrzmieć mniej poważnie, może mniej ostatecznie, mniej patetycznie, ale tylko dalej robiła z siebie idiotkę. Nie pierwszy raz, więc miała nadzieję, że Yonaka chociaż trochę do tego przywykła. — Próbuję powiedzieć, że…
— Że też jesteś cholernie głodna? — Kącik ust demonolożki drgnął.
— Nie… — Effie parsknęła cicho. — Że ci dziękuję. Za dzisiaj… i tak ogólnie. Ale jest jedna sprawa, która nie daje mi spokoju.
— Hm?
— Ananas na pizzy? — Granger pokręciła z dezaprobatą głową. — Abominacja! Podwójne pepperoni to jedyny słuszny wybór.
koniec, a raczej ciąg dalszy wkrótce nastąpi
miłośniczka abominacji