Strona 4 z 5

i'll be the day to your night

: wt wrz 29, 2026 6:06 pm
autor: Vincent Monroe
Poświęcenie jednego degenerata na rzecz jej szczęścia.
Nie miał pojęcia jak blisko sedna znalazły się jego słowa. Może gdyby mocniej interesowało go miejsce, w którym przebywał, byłby w stanie dowiedzieć się czegoś więcej. Może gdyby przyglądał się zdjęciom wystawionym w salonie, wykazałby większe zaangażowanie. Zorientował się, że obóz piłkarski, na którym była jej siostra, był całkiem długi - odkąd był w tym mieszkaniu po raz ostatni czy nie minął już ponad tydzień?
Ciężko było mu jednak się skupić.
Haze przekształciła się w jego ślepy punkt. Nie był w stanie dopuścić do siebie możliwości, że jej pojawienie się w jego życiu było czymś innym niż przypadkiem. Nie wtedy, gdy utrzymywanie jej blisko siebie stanowiło tak ogromne wyzwanie, nie wtedy, gdy unikała go jak ognia zawsze, gdy udało mu się do niej zbliżyć.
Myśl, że jej sumienie mogły zaprzątać rzeczy niezwiązane z tematem ich rozmowy nie pojawiła się w jego czaszce nawet jako bezsensowna aluzja. Rozmawiali wyłącznie o tym. O mężczyźnie w jej życiu, który przekształcił jej problemy z zaufaniem w zupełnie inną ligę przeszkód, które należało przeskoczyć. O tym, który położył na niej swoje dłonie, czym zupełnie nieświadomie podpisał na siebie swój wyrok.
Rozumiał, dlaczego nie chciała dawać mu na nic żadnego przyzwolenia. Rozumiał, dlaczego to mogło obarczać jej sumienie ciężarem, którego nie chciała nieść. W zasadzie mówił rację, wtedy, wcześniej - to nie była jej odpowiedzialność. A w chwili, w której nie odpowiedziała gdy nakazał jej wypowiedzenie swojej wątpliwości głośno, przestało to być nawet jej decyzją.
Świadomość ich obecnego położenia z trudem przebijała się przez kontekst rozmowy, a jednocześnie była niemożliwa do zignorowania w pełni.
Czuł ciepło jej ciała przy swoim, jej oddech na własnych ustach. Z tak bliska widział każdy pieg i każde, drobne znamię zdobiące jej bladą skórę, ślady łez znikające za krawędzią szczęki bądź w połowie długiej szyi. Widział, jak jej krtań poruszała się gdy przełykała ślinę, jak jej dłonie wczepiały w materiał kanapy tuż obok, w podświadomym poszukiwaniu kontaktu, na którym mogła się skupić.
Powinien dostrzec w tym coś więcej. W tej dyskusji, w tej abstrakcyjnej rozmowie, w której ważyły się losy człowieka, który nie wiedział nawet, kim był Vincent Monroe. Powinien cofnąć się, skupić myśli, odpowiedzieć racjonalnie, zakończyć ten temat. Wetknąć jedzenie pod jej nos i cierpliwie zaczekać, aż wreszcie się do niego zabierze - za minutę, pięć, pięćdziesiąt. Ukoić jej sumienie tym, czego od niego pragnęła - zsunięciem tego tematu na dalszy tor, niewchodzeniem w szczegóły, których nie chciała znać.
Zamiast tego, gdy w powietrzu wybrzmiała jej prośba, wypowiedziana tym cichym i melodyjnym głosem, jego głowa skinęła w przytaknięciu - a w tym odruchowym geście jego nos musnął jej własny, nim powrócił do bezpiecznej odległości, której definicja okazywała się bardzo płynna.
- Będziesz w stanie na mnie patrzeć wiedząc, że to zrobię? - skóra ciągnęła go w miejscu przyklejonego plastra, przypominając o efektach wczorajszego wieczoru, o krwi pokrywającej ścianę jego gabinetu i jego bok, krwi, od której przemoknięta była jego koszula. - Wiedząc, czym zajmuję się na co dzień?
Coś, co pozostawało między nimi niewypowiedziane - choć przecież to jego samochód staranował mężczyznę, który usiłował ją porwać. To jego dłonie uderzały o asfaltową nawierzchnię głową drugiego. To jego pistolet wystrzelił, nim przypadkiem znalazł się w posiadaniu Haze.
Haze, która właśnie przez niego znała już uczucie naciśnięcia na spust - uczucie, którego nie powinien poznać nikt, kto nie był częścią tego świata.
- Czy jestem kolejnym degeneratem, który przypadkiem znalazł się w swoim życiu? - dodał, kącik jego ust drgnął ku górze w świadomości tego, że odpowiedź na to pytanie tak czy inaczej powinna być twierdząca. Zaraz jednak ten grymas zniknął, zastąpiony przez zamyślenie i powagę. - Daleko mi do świętego, Violet.

fate full of monsters

i'll be the day to your night

: wt wrz 29, 2026 11:50 pm
autor: Violet Haze
Własne imię zatrzymało ją na chwilę, zanim dotarł do niej sens tego, co powiedział przedtem. Częściej była dla niego Bambi, jeszcze częściej Haze. Teraz zabrzmiało to inaczej, bez tej odrobiny miejsca, którą dawało jej niewinne przezwisko czy formalne nazwisko. Dopiero w tak nieodpowiednim momencie przyszło jej do głowy, że wolała, kiedy mówił Violet. Używał jej imienia zdecydowanie za rzadko i zdecydowanie w mało przyjemnych momentach.
Patrzyła na niego, przez cały czas niezmiennie, skoro o to zapytał. Z tej odległości nie umiała objąć wzrokiem całej jego twarzy naraz. Widziała cień rzęs, nierówny brzeg plastra nad brwią, linię jego szczęki z której zeszła część napięcia i usta, od których jeszcze przed chwilą dzielił ją właściwie tylko ruch głowy.
Nie uważała go za świętego. Nie próbowała nawet dopasować do niego tego słowa. Absolutnie. Jeszcze zanim go poznała, miała o nim pewne wyobrażenie i, paradoksalnie, było ono znacznie mniej wybaczające, niż obecne. Na własne oczy widziała, jak niewiele było trzeba, aby jego dłonie odebrały komuś życie. Na własne oczy widziała, w co potrafił się zmienić i jak bezwzględny stać, kiedy zwyczajny człowiek w takiej sytuacji zamarłby ze strachu lub uciekł. Była świadkiem jego zbrodni; tych samych, których nigdy nie wyznała policji, ani nigdy też nie zamierzała.
Nie uważała go za degenerata. Nie zgadzała się, by nawet postawić go obok tego, o którym faktycznie, gdyby nie jej własne poczucie winy, mogłaby tak powiedzieć.
Różnica była znacząca, choć możliwe, że tylko ona w tym pokoju potrafiłaby ją wskazać z pełnym przekonaniem.
Tamten mężczyzna potrafił sprawić, że traciła pewność nawet co do własnego nie. Monroe przed chwilą pozwolił jej uwierzyć, że może odmówić, że może decydować. Miał już swoje zdanie, oczywiście, słyszała je w każdym pytaniu, które zadawał. Ale czekał, kiedy milczała i próbowała znaleźć odpowiedź.
Pomyślała o tym, wciąż patrząc mu w oczy, i coś ścisnęło ją pod żebrami mocniej niż jego pytanie o to, czy po wszystkim będzie potrafiła na niego spojrzeć.
Zaskoczyło ją, o ile łatwiej było odpowiedzieć na pytanie dotyczące jego niż na wszystko, co przed chwilą dotyczyło byłego dyrektora. Jak prosto było zgodzić się lub odrzucić z pewnym określeniem; jednocześnie powinno ją przerażać, że to wszystko dyktowała jej własna, subiektywna ocena, oparta na tym, jak traktowali ją. Nie resztę świata.
Formalnie dyrektor w międzynarodowej korporacji miał wpływ na rozwój medycyny i rehabilitacji – pomagał ludziom, naprawiał życia. Monroe natomiast, z tego co jej powiedziano i co zdołała zauważyć – rujnował ludzi i zabierał życia.
Kiedy sprowadzała to do jednego, konkretnego przypadku, którym była ona sama, wszystko się odwracało. A ją zdawało się interesować wyłącznie to.
Vincent Monroe nie był, w istocie, święty. Ale był lepszy niż uważał.
Przypomniała sobie deszcz na szybie samochodu podczas tamtej burzy. Już wtedy próbowała powiedzieć mu coś podobnego. Wiedziała o nim znacznie mniej; teraz niektórych obrazów nie mogłaby już odsunąć, nawet gdyby chciała. Odpowiedź dotycząca byłego dyrektora kosztowała ją niemal wszystko, co miała w sobie dzisiaj. Ta dotycząca Vincenta przyszła wcześniej, niż zdołała się przed nią zawahać.
— Już ci to mówiłam. — Kącik jej ust drgnął ledwie zauważalnie. — Nie jesteś taki zły, jak o sobie mówisz
Miała więcej niż jeden przykład, które pozwalały jej to mówić. Więcej niż jeden realny powód, by wciąż móc na niego patrzeć i widzieć go spoza zasłony z krwi i przemocy. Być może była naiwna; być może była po prostu fatalistką, która chwytała się i kurczowo trzymała dobroci, którą jej okazano – nie zastanawiała się na tym.
Wiedziała, jak czuła się przy jednym, jak czuła się przy drugim.
Przesunęła kciukiem po jego policzku, po fakturze skóry, która zdążyła zrobić się dziwnie znajoma pod jej palcami
— Więc będę mogła na ciebie patrzeć — dodała. Musnęła jeszcze raz, ostrożnie opuszkami jego skórę. — Pokazałeś mi już kilka powodów, po których mogłabym przestać. — To, że pozostawała przy nim dało się jeszcze zrzucić na karb zadania. To że wciąż mogła na niego patrzeć, cóż – odrębna kwestia. — Ale nie przestałam.
Choć może powinna. Byłoby prościej.
oh but who are we without what we've been through

i'll be the day to your night

: śr wrz 30, 2026 1:44 am
autor: Vincent Monroe
Znajome słowa brzmiały pokrzepiająco, a zarazem powierzchownie. Nie byłby w stanie w nie uwierzyć, nieważne jak bardzo nakłaniałby go do tego jej aksamitny głos i kącik ust, nieśmiało drgający ku górze w akompaniamencie wydawanego przez nią werdyktu.
Prawda była jednak taka, że Haze nigdy nie poznała go od tej strony - a w chwilach, w których jej przebłyski przedzierały się do jej codzienności, jej ciało reagowało trwogą.
Wszystko, co zrobił dotychczas w jej towarzystwie miało swoje uzasadnienie. Upokorzenie radnego Benneta, który usiłował za wszelką cenę ukraść jej odrobiny świętego spokoju własną obecnością spotkało się z jej mocniejszym wciśnięciem w oparcie kanapy. Zmuszenie blondynki do przyznania się do błędu poskutkowało jej dyskomfortem i potrzebą chwycenia za chusteczki, byle tylko zetrzeć rozlany napój własnoręcznie. Gdy w jego dłoni zaś znalazła się broń, Haze potrafiła skupić się na krwi na jego policzku ale widział każdy moment zawahania gdy prosił ją o wejście do samochodu i tę cholerną sztywność, która opanowała ją w momencie zagrożenia.
Sęk w tym, że to nawet nie zadrapywało powierzchni tego, do czego był zdolny.
Wszystkie te przejawy swojego degeneractwa w jego słowniku były niemal szarmanckie. Były walką o szacunek, który jej się należał bądź eliminowaniem bezpośredniego zagrożenia jej życia metodami, które ona była w stanie tolerować. Haze nie była w stanie określić, czy faktycznie nie był taki zły, jeśli nigdy nie dostrzegła potencjału jak z ł y potrafił być.
Podejrzewał, że nigdy nie wypowiedziałaby tego na głos gdyby wkroczyła do jego gabinetu dziesięć minut wcześniej. Nigdy nie czułby na swoim policzku dotyku jej chłodnych palców, łaknących schowanego w nim ciepła.
A nawet jeśli zdołałaby je z siebie wydusić, założyłby się o wysokie pieniądze, że było to elementem jej strategii przetrwania.
Haze potrafiła się dostosować. Gdy ktoś nagabywał ją w klubie, wciskała się w oparcie losowej loży i liczyła na to, że sobie pójdzie. Gdy ktoś rozlewał na nią piwo, rzucała się po chusteczki, skłonna wymamrotać przeprosiny. Gdy ktoś chwytał ją za ramię, pozwalała ciągnąć się w stronę samochodu, a z jej ust nie wydostawał się ani jeden odgłos sprzeciwu.
Wierzył, że była w stanie go tolerować. Odwrócić wzrok wtedy, gdy było to potrzebne. Uciszyć podszepty sumienia gdy jego wyrażenie na głos mogło zwrócić na nią niepotrzebną uwagę kogoś, kto stwarzał realne zagrożenie.
I z jakiegoś powodu ta myśl zostawiała w nim dyskomfort.
Jej słowa uświadomiły mu, że nie pokazał jej powodów, dla których mogłaby przestać patrzeć. Pokazał jej najbardziej przemyślaną, cierpliwą i najbardziej ułożoną wersję siebie, jaką potrafił stworzyć, byle tylko istota tak delikatna, jak Violet Haze, była w stanie przetrwać w jego otoczeniu.
Jego usta drgnęły ku górze w oszczędnym uśmiechu, w oczach błysnęło coś łagodnego, coś ciepłego, coś skrojonego jak zawsze dla niej, co nie miało nic wspólnego z tym, kim był w czasie, w którym nie czuł na sobie jej spojrzenia. Sięgnął do dłoni, którą trzymała przy jego policzku - chwycił ją za nadgarstek, delikatnie odklejając od swojej skóry.
- Obawiam się, że możesz być beznadziejna w ocenie innych ludzi - odrzucił zaczepnie, przesuwając jej rękę w swoją stronę. Jego usta musnęły kobiecy nadgarstek, w miejscu, w którym gdyby tylko się zatrzymały, wyczułyby jej mknący do przodu puls. - Dopiszę to do rozległej listy twoich wad, tuż obok krzyżówek.
Wyprostował się, dopiero teraz orientując, że jego sylwetka była lekko zgarbiona - byle tylko być bliżej, mieć jej twarz przy własnej, chłonąc jej zapach i obietnicę smaku jej ust. Rana w jego boku upomniała się o swoim istnieniu gdy wymykał się z jej przestrzeni, a może to coś w jego trzewiach szarpało się w niemal fizycznym doznaniu sprzeciwu gdy odsuwał się o te parę centymetrów.
- Nie wyjdę stąd, dopóki tego nie zjesz - dodał, skinieniem głowy wskazując otwarte pudełko ze śniadaniem, które prawdopodobnie nie interesowało w tej chwili żadnego z nich.

you think you've seen enough, it barely scratches the surface

i'll be the day to your night

: czw paź 01, 2026 9:19 pm
autor: Violet Haze
Beznadziejna w ocenie innych ludzi.
Violet skuliła się odrobinę, choć widziała już, że Vincent się z nią tylko droczył.
Gdyby tylko wiedział..
Gdyby wiedział, po co zjawiła się w Rapture, być może nie mówiłby tego z takim rozbawieniem. Nie trzymałby jej ręki. A już na pewno nie pochylałby głowy, żeby pocałować ją w nadgarstek, w miejsce, w którym puls przyspieszył pod jego ustami tak wyraźnie, że przez sekundę była przekonana, iż musiał to poczuć.
Patrzyła na niego bez słowa. O rozległej liście wad i krzyżówkach usłyszała już z opóźnieniem; kącik ust drgnął jej mimo wszystko, choć nie potrafił ubrać się całkowicie w uśmiech.
Jeszcze chwilę wcześniej widział ją zapłakaną, słuchał o byłym dyrektorze i o rzeczach, które nadal odzywały się w jej ciele. Nie odtrącił jej po tym wszystkim; pozwolił jej trzymać dłoń na swojej twarzy, sam starł jej niejedną łzę z policzka, a obrzydliwość widział nie w niej, a w innej osobie. Zastanawiając się dłużej nad tym, to były oprawca trafił na tę samą listę u Monroe, co dwie wcześniejsze, które w jakiś sposób zaszkodziły jej. Gdzieś pod czaszką, w zamkniętej na klucz części siebie, poczuła się dobrze z samą tylko myślą, że niemal odruchowo nie pozwalał jej robić krzywdy.
Stłamsiła to w sobie szybko, zanim to uczucie zdołałoby się wylać z odmętów umysłu i przelać falą dreszczu, który absolutnie nie miałby niczego wspólnego ze strachem, po jej ciele.
Nie powiedziała mu jednak wszystkiego.
Powtarzała sobie, że nie skłamała. Tamten mężczyzna naprawdę odebrał jej wiele z tego, co kiedyś przychodziło bez zastanowienia, a Vincent naprawdę nie zrobił nic, przez co powinna bać się właśnie jego. Tyle że pozwoliła mu przyjąć to jako odpowiedź również na pytanie, dlaczego od niedawna już świadomie próbowała trzymać go na dystans. Wysłuchał jej, uwierzył, został. Ona siedziała teraz naprzeciwko niego, czując na skórze ślad pocałunku, i nadal nie umiała dołożyć brakującej części.
Wróciły do niej jego wcześniejsze słowa o poświęceniu jednego degenerata za czyjeś życie. Wtedy mówił o byłym dyrektorze. Nie chciała myśleć, jak łatwo na początku przyszłoby jej podstawić pod to twierdzenie osobę Monroe, kiedy jego nazwisko nie łączyło się z twarzą, uśmiechem, zapachem, c z u ł o ś c i ą.
Siostra miała wrócić do domu. On miał trafić w ich ręce. On był z opisu degeneratem bardzo wysokiej klasy. Miałaby oddać światu przysługę. Zupełnie jak on, gdyby pozbył się jej byłego pracodawcy.
Popatrzyła na własny nadgarstek, potem na niego.
Nie uważała Vincenta za świętego; jeszcze przed chwilą przyznała sama przed sobą, że są rzeczy, o które wolałaby go nie pytać. Mimo to nie potrafiła tak po prostu okłamywać siebie, że da radę wyłączyć własne sumienie i dopełnić wymiany, którą i tak już niepotrzebnie długo opóźniała.
Żołądek zasupłał się boleśnie, protestując na sam widok jedzenia. Groźba Vincenta nieszczególnie na nią działała, bo jakżeby miała podziałać na kogoś, kto tak naprawdę nie chciał, aby wychodził?
Sięgnęła po śniadanie, głównie po to, by nie znalazł okazji i powodu, aby spytać, dlaczego znowu zamilkła. Wzięła mały kęs; przełknięcie go zajęło jej chwilę. Gardło miała również ściśnięte, ale to mogła przecież łatwo usprawiedliwić tym, co przed chwilą faktycznie mu powiedziała
— A ty myślisz, że masz dobry radar do ludzi? — spytała, dość szybko żałując pytania. — Domyślam się, że raczej mało komu ufasz. — Co było raczej zrozumiałe, jeśli próbowało się zlepić wszystko to, czego się o nim dowiedziała lub zaobserwowała w jakiś szkic jego życia i pracy. — Ale biorąc pod uwagę, że naćpałeś się whisky z prochami, którą dostałeś, mogłabym wytknąć tobie, że też jesteś niespecjalnie świetny w ocenie innych ludzi. — W tym jej samej. — Dopiszę to do rozległej listy twoich wad, chociaż nie wiem czy się zmieści przez twoje ego.
and you know nothing john snow

i'll be the day to your night

: sob paź 03, 2026 10:30 am
autor: Vincent Monroe
Może spoglądając na to pod innym kątem, dostrzegłby jak idealna w swojej roli była Violet Haze.
Kobieta, którą przepełniał strach, ale ten strach nie dotyczył jego - gdyby tak było, wylądowałaby w miejscu pełnym osób takich jak ona, osób, którym nie poświęcał zbytecznej uwagi. Sęk w tym, że potrafiła przejrzeć przez fasadę, którą zbudował wokół siebie, dostrzegała w nim coś więcej niż krew, w której zanurzone były jego dłonie, coś więcej niż drobne blizny sporadycznie przecinające atramentową skórę, zniekształcające wypisany na niej tatuaż.
A jednocześnie ciągle się bała.
Nie jego, ale wyczuwalny przez niego strach podświadomie szufladkował jej gdzieś daleko od potencjalnego zagrożenia. Instynkt nakazywał mu zwiększoną czujność, lecz ta nie była w niej ulokowana - zamiast tego skupiała się na wszystkich wokół, którzy wpływali na jej dyskomfort, którzy mogliby przeszkodzić mu w tej skomplikowanej próbie zyskania sobie jej zaufania.
Wciąż nie wiedział dlaczego tak bardzo mu na nim zależało.
Mógłby wytłumaczyć to pociąganiem, o które oskarżał go Avis. Jej głosem, który wybrzmiewał w Rapture tamtego wieczora. Ciemnych włosach ułożonych w sposób, który wydawał się idealny w swojej niedbałości. Jej długiej szyi i odsłoniętych przez sukienkę obojczykach. Pełnych ustach, wykrzywionych w wyrazie permanentnego niezadowolenia.
Pociąganie nie tłumaczyło jednak uporu, z którym nieustannie obracał się w jej stronę nawet wtedy, gdy ona sama zwracała się do niego plecami. Pociąganie nie było długoterminowe, pozwalało się roztrzaskać odrzuceniu, zamiast przeradzać w coś na wzór chorobliwej obsesji. Pociąganie nie pozwoliłoby mu tkwić obok, z zaledwie centymetrem przestrzeni dzielącym jego usta od jej i odsunąć się, zamiast sięgnąć po coś, czego pragnął od samego początku.
Może właśnie dlatego Haze była tak idealna.
Jednocześnie spragniona jego dotyku i napięta jak struna zawsze, gdy jego dłonie sięgały w jej kierunku. Zakradająca się na zaplecze by przynieść mu obiad po tym, gdy przez tydzień nie dawała znaku życia. Skłonna do naciśnięcia na spust by uratować go przed kulą, by zaraz potem zniknąć w chwili, w której drzwi do łazienki odcięły go od reszty apartamentu.
Dlatego nie dostrzegał w niej zagrożenia, na które tak przeczulony powinien być. Była zbyt chaotyczna, jej cele całkowicie niepragmatyczne, jej chęci okraszone ciężarem wspomnień, które trzymały ją w miejscu nawet, jeśli coś w jej oczach błagało o krok do przodu.
- To była impulsywna decyzja - żachnął się w odpowiedzi, patrząc, z jakim trudem wzięła pierwszego gryza przyniesionego przez niego śniadania. Nie było to wielkie osiągnięcie, ale coś w jego wnętrzu odczuło ulgę na ten widok. Podejrzewał, że od wczoraj nie jadła nic.
Pociąganie pewnie nie przywiązywałoby do tego szczególnej wagi.
Byłoby zbyt zajęte jej palcami, ocierającymi wierzchem usta.
- Kiedyś tak nie było - wyznał w zamyśleniu, gdy pochylił się już nad stolikiem by sięgnąć po swój kubek z kawą. Napój był już zimny, ale upił łyk, licząc na to, że ten gest w jakiś sposób pomoże mu w utrzymywaniu tego dystansu, na który się zdecydował. - Kiedyś była nas trójka. Gdy byłem młodszy.
Westchnął, unosząc dłoń by przeczesać palcami włosy, które w jego subiektywnym odczuciu z pewnością były już nieułożone. Odstawił kubek na swoje udo, przenosząc wzrok na opakowanie tkwiące na jej kolanach.
- Lojalność prędzej czy później traci na znaczeniu w tej branży - rzucił oszczędnie, ze skwaszonym wyrazem twarzy. Szczegóły wzbudzały niepotrzebne wspomnienia, pełne rozgoryczenia, wściekłości i żalu, krwi znów zbyt obfitej i rozległej, niż być powinna. - Ufam Avisowi. Do pewnego stopnia - dodał, natychmiast się poprawiając. - Jest ambitny, ale niewystarczająco by chcieć mnie zastąpić. Przynajmniej na razie.
Jego palce zabębniły w papierowy kubek, wzrok błądził gdzieś po jej sylwetce, nie zatrzymując się w jednym miejscu zbyt długo. Każdy jej aspekt wydawał się trudny do tolerowania, gdy nosił na sobie wspomnienie jej palców na swoim policzku, jej ust tak blisko swoich, że czuł na nich kobiecy oddech.
- Byłoby na tyle - dodał, prezentując pełną listę osób, którym ufał - nieszczególnie długą. - Cała reszta ma swoje pragmatyczne powody do trzymania się blisko. Niektóre jawne, niektóre ukryte. Trzymam ich w tym samym miejscu.

trust is a fickle thing

i'll be the day to your night

: sob paź 03, 2026 12:28 pm
autor: Violet Haze
Hasła impuls i Vincent Monroe z niewyjaśnionego i niezrozumiałego dla niej powodu pasowały do siebie niemal idealnie. A paradoksalnie – było to sprzeczne z tym, jaki był przy niej. Zawsze wyważony, zawsze spokojny, zawsze pełen klasy. Do pewnego momentu. Do momentu, w którym Anthony Bennet nie gnębił jej swoimi pytaniami i obecnością w loży; do momentu w którym Jessica nie zażądała, aby Violet wytarła z niej piwo, które sama wylała.
Wtedy był impuls.
Wtedy się zmieniał. W postać, która na moment przestawała być szarmancka – stawała się bezwzględna. Zdolna w ciągu paru ledwie sekund nagiąć rzeczywistość do własnej woli. Bez problemu, bez zawahania.
Pozwalało to jednak zastanowić się, ile razy podobny impuls pojawiał się wtedy, kiedy nie było jej obok. Ile razy ten opanowany, niemal zawsze nienaganny obraz Monroe pękał gdzieś poza jej wzrokiem, bez ostrzeżenia i bez kogoś, kto mógłby później opowiedzieć jej, co właściwie się wydarzyło
Miał więc w sobie miejsca, widziała je, w których coś puszczało. Granice, po przekroczeniu których uprzejmość i cierpliwość znikały dość szybko. I skoro widziała to już co najmniej dwa razy, trudno było wierzyć, że oba przypadki wydarzyły się akurat wtedy, kiedy stała obok.
Przestała żuć gdzieś przy całym podsumowaniu; wspomnienie ukrytych motywów nagle sprawiło, że kawałek jedzenia nagle zrobił się w ustach suchy i trudny do przełknięcia. Opuściła wzrok na opakowanie na kolanach, przesuwając kciukiem po zagięciu papieru, Nie powiedział przecież niczego, co dotyczyłoby jej. Nie patrzył na nią nawet w sposób, który sugerowałby podejrzenie. Mówił o swoich ludziach, o swojej pracy, o świecie, w którym każdy najwyraźniej przychodził po coś.
Tylko ona miała tę drobną, paskudną przewagę, że wiedziała już, jak bardzo się nie mylił.
Przełknęła w końcu i dopiero wtedy uniosła na niego wzrok. Miał ochotę zapytać, gdzie w takim razie trzymał ją. Pytanie niemal od razu pociągnęło za sobą następne, znacznie gorsze: gdzie trzymałby ją, gdyby wiedział. Gdyby wiedział, że pierwszy powód, dla którego w ogóle znalazła się w Rapture, nie miał nic wspólnego z przypadkowym zastępstwem, tylko z kimś, kto trzymał jej siostrę i potrzebował Vincenta Monroe podanego na tacy.
— Czyli zasadniczo otaczasz się ludźmi, którym nie ufasz — zauważyła w końcu, ciszej niż zamierzała, z cieniem uśmiechu, który miał zrobić z tego coś lżejszego. Nie zrobił. Mało prawdopodobne, kiedy poczucie winy ciążyło jej nad wyraz mocno. — Brzmi bardzo zdrowo. — Wątpiła, aby mocno go ta świadomość dotykała. Spodziewała się, że prędzej usłyszy, że takie są realia w tej branży, o której jednocześnie miała wiedzieć niewiele, ale tak naprawdę wiedziała zdecydowanie więcej, niż podejrzewał. Była zaznajomiona ze sposobem, w jaki ta branża zagrywała swoje karty. Nigdy tego nie chciała, ale realia zostały przed nią brutalnie wyłożone.
— Masz tylko jedną osobę, której ufasz, ale tak naprawdę nie ufasz jej w pełni, by przyjąć, że nigdy nie zdecyduje się zwrócić przeciwko tobie. — To było dość przykre. Z drugiej strony zaufanie było monetą, którą ona również niechętnie obracała. Do pewnego czasu. Do pewnej osoby. Bo czymże było wyjawienie i wyznanie własnej winy, którą zatruwało ją jej własne sumienie? Pokazanie brzydkiej rany z nieodległej przeszłości.
Zaufaniem.
Ale jednocześnie nie potrafiła wyznać tej drugiej – już bezpośrednio dotyczącej jego. Przez chwilę jeszcze obracała papier między palcami, jakby odpowiednio mocne skupienie na jego zagięciu mogło powstrzymać pytanie, które od kilku minut wracało uparcie i za każdym razem brzmiało trochę gorzej. Ostatecznie uniosła jednak wzrok.
— A ja? — wyrwało jej się, zanim zdrowy rozsądek zdołał przekonać ciekawość, że jest to skrajnie głupi pomysł. Zmarszczyła lekko brwi, niemal od razu żałując, że w ogóle otworzyła usta. — Skoro każdy, kto trzyma się blisko ciebie, czegoś chce… to gdzie w tym wszystkim trzymasz mnie?
It would have been easier if none of it mattered

i'll be the day to your night

: sob paź 03, 2026 1:21 pm
autor: Vincent Monroe
Wbrew pozorom jego obecna rzeczywistość właśnie taka była, bez podszewki ironii chowającej się gdzieś niżej - zdrowa.
Trzymanie ludzi w odpowiednim dystansie tworzyło układ, w którym każdy z obecnych był świadom intencji drugiego. Ludzie przetaczali się przez jego życie, lecz nigdy nie pozwalał im myśleć, by zajęli w nim istotne miejsce, co z kolei zawsze sprowadzało relacje do poziomu płycizny, w którym czuł się komfortowo.
Byli w jego życiu ludzie, do których zwracał się, gdy chciał się odstresować i ci, którym przedstawiał swoje pomysły na dalsze poczynania. Każdy spełniał jakąś rolę, jakąś funkcję, nikt nie posiadał jednak całości obrazu. Każdy z fragmentów jego obecnej rzeczywistości był zadbany w inny sposób, a on nie odsłaniał się w całości przed kimś, kto mógłby nie być tego warty.
Może poza nią.
Jego życie zawsze sprowadzało się do tego jednostkowego układu. Nigdy nie posiadał domu, w którym dobre intencje byłyby czymś oczywistym, gwarantowanym. Zawsze były częścią układu, który w każdej chwili mógł przestać obowiązywać. Zawsze dobro skierowane w jego stronę pochodziło od obcych - było też okupione czymś, co mógł zaoferować im w zamian.
Może poza Frankiem. Paroma lepszymi osobami, które nie zważając na wszystkie argumenty przeciw, wyciągały do niego rękę wyłącznie po to, by móc się na nim sparzyć. Jedni lżej, inni gorzej.
Posiadał naturalną zdolność do autodestrukcji, prędzej czy później paląc mosty wzniesione przez tych, którzy chcieliby dla niego lepiej. Dlatego preferował obecny układ.
Był niemal biznesowy.
- Lepiej zakładać po ludziach najgorsze - odrzucił, cytując ją w odpowiedzi znad krawędzi kubka. Jego wzrok spoglądał na kobiece palce, wyprostowujące zagięcie papieru w śniadaniowym opakowaniu. Zmusił się by go odwrócić, spojrzeć na coś innego - na jej twarz, wciąż noszącą na sobie ślady opowieści, którą mu zdradziła.
- To wszystko co znam - wyjaśnił, choć sam nie do końca pojmował dlaczego. Zabrzmiało to zdecydowanie żałośnie, co spróbował zamaskować wzruszeniem ramion. Nie czuł z tego powodu smutku ani rozgoryczenia, było to dla niego obiektywnym stwierdzeniem faktu, którym usiłował wyjaśnić, że wbrew pozorom zdrowotność tego układu wcale nie była odstępstwem od tego, w jaki sposób się wychował. - I ma to swoje plusy. Lubię być zaskakiwany pozytywnie, a nie negatywnie.
Parafraza jej słów przychodziła mu zaskakująco łatwo, choć chwilę wcześniej, nim poruszyła ten temat, nie pamiętał nawet dokładnie tego, co do niego mówiła poprzedniego wieczoru. Wróciło do niego wyłącznie teraz, strzępy wspomnień chaotycznie infiltrujące jego umysł tak, że nie był pewien która z tych myśli należała do niego, a która została mu przekazana przez siedzącą obok kobietę.
Jej pytanie go zaskoczyło - a może fakt tego, że odpowiedź okazała się skomplikowana, na moment wytrącił go z rytmu.
Nie była częścią tego świata w żaden sposób, trudno było mu więc określać do której kategorii należała. Ufał, że nie chciała wyrządzić mu żadnej krzywdy i temu, że z jakiegoś powodu wyrażała względem niego troskę. Nie ufał zaś temu, czy jej własne blizny nie spowodują, że znów zwróci się do niego plecami i ucieknie, zostawiając go z tyłu. Nie ufał też temu, czy gdyby dostrzegła jego prawdziwą twarz w sytuacji innej, niż taka, którą mogłaby usprawiedliwić sobie w logiczny sposób, jej chęć bycia blisko nie zniknęłaby bezpowrotnie.
- Nie wiem - odrzucił więc, zgodnie z prawdą, odstawiając kubek na stół. Kącik jego ust uniósł się zaczepnie w górę, nie chcąc, by traktowała jego słowa w pełni na poważnie. - Czego mogłabyś ode mnie chcieć, Haze?
Obiektywnie rzecz biorąc nie oferował jej zbyt wiele rzeczy, które zgadzała się przyjąć.
Nie akceptowała jego pomocy, nie przyjmowała ofert występów w Rapture, nie chciała nawet pozwalać mu, by pomógł jej z jej zdezelowanym samochodem. Większość ich relacji opierała się na jego potrzebie rozwiązywania problemów, które miała w życiu i jej ciągłym, upartym tkwieniem w tych problemach, byle tylko zostały jej własne.
- Więcej darmowych podwózek z podejrzanych miejsc? - wyliczał z rozbawieniem, opadając z powrotem na oparcie kanapy. - Nielimitowany zasób durnych plastrów? - jak jeden z tych, które zdobiły w tym momencie jego czoło. - Francuskie śniadania, które nieszczególnie ci smakują?

Violet Haze

i'll be the day to your night

: sob paź 03, 2026 3:12 pm
autor: Violet Haze
Jej własne słowa zabrzmiały dziwnie w jego ustach. Tylko wtedy znaczyły coś trochę innego, wypowiedziane z tej bezpiecznej strony rozmowy, w której łatwiej było zauważyć cudzy brak zaufania niż przyjrzeć się temu, co sama zrobiła ze swoim. Teraz zabrzmiały niemal obco. Miała ochotę cofnąć kilka własnych mądrości.
I to miało być wszystko, co znał.
Jeszcze kiedyś uznałaby to przede wszystkim za smutne. Pomyślałaby pewnie, że musiało być paskudnie żyć w taki sposób, cały czas czekając, aż ktoś w końcu pokaże, po co naprawdę przyszedł. Dawna Violet mogła sobie na taki żal pozwolić; ba, dawna Violet wierzyła też, że potrafi rozpoznać człowieka, przy którym nie powinna zostawać a któremu można było zaufać
Teraz nie ufała nawet temu.
Teraz nie rozdawała swojego zaufania zbyt łatwo. Nawet, jeśli chciała spróbować. Problem tkwił w tym, że zdołało się to tak mocno wkodować w nią, że to nie był świadomy wybór a odruch.
Gorzej mogło smakować już tylko domknięcie, które oparło się na jej własnych słowach.
Lepiej było oczekiwać po każdym najgorszego, bo wtedy można było się jedynie mile zaskoczyć, a nie boleśnie rozczarować. Problem pojawiał się, kiedy próbowała to przenieść na jego znajomość z nią samą; gdzie niemal od razu widać było, że co do niej zdawał się tego nie stosować.
Zdawał się.
To sprowadzało się do tego jednego pytania – gdzie ona była w tym całym szczupłym gronie ludzi, którzy zawsze czegoś chcieli. Było to boleśnie trafne, bo nawet jeśli zaczynała mieć wątpliwości do tego, co powinna zrobić, to wciąż pierwszy powód, dla którego zjawiła się przy nim i starała się ściągnąć jego uwagę na siebie był bardzo, ale to bardzo interesowny.
Dopiero potem zmieniło się to w paradę sprzeczności; niekoniecznie wywołaną w całości naturalnymi odruchami.
Nie wiem powinno więc być bezpieczną dla niej odpowiedzią. Właściwie najlepszą, jaką mógł jej dać, skoro sama nie wiedziała, co zrobiłby z pełną wersją prawdy. Nie stawiał jej obok Avisa, nie mówił, że ufa, nie oddawał jej czegoś, czego być może nigdy nie dałby świadomie komuś, kto pojawił się przy nim z takim zamiarem jak ona. Nie powinna była chcieć niczego więcej.
Przez krótką chwilę rzeczywiście poczuła ulgę.
A zaraz po niej coś znacznie mniej szlachetnego.
Bo najwyraźniej jakaś jej część liczyła jednak na inną odpowiedź. Na własną osobną szufladkę, może nawet na brak szufladki właśnie dlatego, że była nią. To było wyjątkowo głupie; obrzydliwie zachłanne. Szczególnie przy tym wszystkim, czego mu nie powiedziała.
Mimo to jego nie wiem osiadło ciężko w jej piersi, zostawiając po sobie małe, drażniące rozczarowanie, którego wolałaby w ogóle nie zauważyć.
— Wydawało mi się, że to jasne czego od ciebie chce — pociągnęła dalej jego żart, choć bez większego humoru; mimo iż chciałaby, żeby na powrót zjawił się pomiędzy nimi i zmienił atmosferę na tę znacznie lżejszą. — Chciałam, abyś na siebie uważał. Nie posłuchałeś mnie. — Uśmiechnęła się bardzo oszczędnie – kąciki jej ust w wyrazie buntu zdecydowały się jedynie drgnąć. Nic ponad to. — Nie wiem skąd możesz mieć wokół siebie samych ludzi, którzy tylko czegoś od ciebie chcą, skoro nieszczególnie jesteś słowny — westchnęła.
Tak naprawdę to jej nie obiecał, że będzie na siebie uważał. Być może wpisał to na listę uprzejmości, które mówiło się do kogoś na pożegnanie, kiedy wracał nocną porą do siebie. Tak czy siak to nie są słowa, które powinna wypowiadać osoba, która jeszcze nie tak dawno temu posiadała znacznie mniej czystą zachciankę.
— I zdaje się, że jakiekolwiek śniadania będą nieszczególnie smakowały jedzone w pojedynkę — dodała, przesuwając dłoń wraz z tym, co trzymała, w jego stronę, w niewypowiedzianej ofercie poczęstowania go.
only one monster in this room

i'll be the day to your night

: sob paź 03, 2026 4:23 pm
autor: Vincent Monroe
Jego głowa przekrzywiła się nieco, dostrzegając niewyjaśniony cień przemykający po jej twarzy. Był krótki, zmiana mimiki tak subtelna, że przypominała innego rodzaju impuls - zbyt szybki, by mógł w stanie mu się przyjrzeć, by zdobył odpowiednią ilość informacji by go zinterpretować.
Haze nie tkwiła po stronie osób, którym nie ufał. Nie mógł jednak powiedzieć też, że była wśród tych, którym ufał.
Dlatego nie wiem było zupełnie racjonalną odpowiedzią.
Może gdyby uściśliła w jakich kwestiach rozciągał względem niej zaufanie, mogliby dotrzeć do jakiegoś rodzaju porozumienia. Zamiast tego tkwili na tej kanapie, w bezpiecznej odległości od siebie, podczas gdy jedno usiłowało przełknąć jedzenie jakby posiadało niepokojącą zawartość betonu w sobie, a drugie popijało kończącą się kawę.
W dodatku był środek dnia.
Było w tym coś abstrakcyjnego, w ich sposobie spędzania wspólnego czasu, który lawirował gdzieś między sobotnim śniadaniem przyniesionym do jej mieszkania a jej opatrywaniem rany zadanej przez nóż w półmroku jego gabinetu na zapleczu klubu.
Odruchowo brew znajdująca się zdecydowanie zbyt blisko plastra w dinozaury uniosła się w górę gdy podchwyciła jego żart. Z jakiegoś powodu jej odpowiedź wydawała mu się nieszczera. Zaledwie zasłona dymna, rzucona by nie dostrzegał tego słonia tkwiącego w rogu pomieszczenia, który zwykle lubił w nim przesiadywać i którego zwykle skrzętnie ignorowali.
Jego wzrok ześlizgnął się z jej twarzy w dół, podążył za szyją, przez ramię schowane pod wystrzępionym rękawem bluzy aż do śniadania, które usiłowała mu wepchnąć - byle tylko nie musiała jeść go sama.
I może gdyby był bardziej wyrozumiałym człowiekiem, świadomym tego, że jeszcze chwilę temu po jej policzkach spływały lśniące strużki łez i Haze mogła nie mieć ochoty ani na śniadanie, ani na więcej szczerości, której zasoby były na wyczerpaniu, przyjąłby od niej kartonowe pudełko. Zjadł trochę tego, co jej samej przychodziło z trudem.
Nigdy jednak do wyrozumiałych ludzi nie należał.
- Kazałaś mi na siebie uważać, nie moja wina, że nie do końca mi się to udało osiągnąć - upomniał ją, z błyskiem złośliwości w oku. Jego usta wygięły się w szelmowskim uśmiechu gdy, ignorując wyciągnięte w jego stronę śniadanie, powrócił spojrzeniem do jej twarzy, przyglądając się jej bez skrępowania. - Liczy się podjęta próba.
Miała rację - nie należał do słownych ludzi. Ona jednak nie wyglądała na typ, który szczególnie dbałby o dobrobyt poznanych przez siebie ludzi, którym uciekała z apartamentów. Powiedziała mu wczoraj, że darzyła go zaufaniem - zresztą, tego dowód tkwił tutaj, na wyschniętych śladach łez, które wciąż tkwiły na jej policzku, na spuchniętych oczach i spierzchniętych wargach.
Jakże to do niej pasowało, sprowadzenie wszystkiego, czego pragnęła do jego dobrobytu, na który nie miała zbyt wielkiego wpływu. Ominięcie pytania prostym, suchym stwierdzeniem wypowiedzianym w żartobliwym tonie, takim jak definicja, którą raczyła się podzielić z nim wczorajszego wieczoru.
- Ależ z ciebie altruistka - odpowiedział zaczepnie, jego łokieć wsparł się na szczycie oparcia kanapy, na której obrócił się nieco w jej stronę. We wpadających do środka pomieszczenia promieniach słońca nawet jej ciemne oczy zdawały się mienić setką barw, których zwykle nie dało się dostrzec. - Wystarczy, że wychodząc stąd będę na siebie uważał i będziesz już w pełni zadowolona?
Jego głowa znów przekrzywiła się nieco, obserwując ją pod innym kątem, spoglądając na ty tysiące mikroekspresji, z których składała się jej mimika - inny rodzaj zasłony dymnej, chowającej jej prawdziwe intencje. Zasłony, za którą nigdy nie potrafił przejrzeć na drugą stronę, uwięziony między wszystkimi sprzecznościami, którymi go karmiła.
- Niczego więcej ode mnie nie chcesz, Violet? - przytyk wybrzmiał w powstałej między nimi ciszy przy akompaniamencie jego palców, głucho bębniących o miękkie obicie kanapy w wyrazie oczekiwania.

Violet Haze

i'll be the day to your night

: sob paź 03, 2026 9:38 pm
autor: Violet Haze
— Pracowników też premiujesz za same próby, Monroe? — zapytała, spoglądając wymownie na niego. — Ale dobrze, niech ci będzie. Doceniam wysiłek.
Nie potrafiła całkiem pozbyć się rozbawienia, kiedy przyglądała się temu połączeniu szelmowskiego uśmiechu i pomarańczowego pterodaktyla. Mogłaby podważyć jego argumentację na kilka sposobów, zaczynając od rozciętego boku, a kończąc na zdartych knykciach, ale nie chciała już wracać do całego zestawu powodów, dla których poprzedniego wieczoru niemal dostała przez niego zawału.
Było jej dobrze z tym uśmiechem. Z jego złośliwością, która pozwalała przez moment zapomnieć, że jeszcze niedawno nie potrafiła wydusić słowa bez drżenia głosu.
Altruistka.
Gdyby tylko wiedział.
Nie mogła przyjąć tego określenia nawet w ramach żartu, choć to oczywiste, że właśnie nim było. Martwiła się o niego naprawdę; to nie ulegało żadnej wątpliwości i nie potrzebowała się nad tym zastanawiać. Problem zaczynał się przy wszystkim, co pozostawało obok tej troski i co tak starannie pomijała, wybierając słowa.
Chciała, żeby na siebie uważał. Chciała również, żeby został, choć powiedziała mu już wcześniej, że nie chciała jego wyjścia, a teraz nagle nawet to wydawało się czymś, do czego nie powinna była się przyznawać po raz kolejny.
Obiecała sobie przecież, że przestanie brać.
Ledwie kilka godzin temu.
I to nie w jakimś odległym przypływie rozsądku, który zdążyłaby zapomnieć, tylko po długich godzinach bycia przeżeraną na wskroś przez własne wyrzuty. A teraz siedziała z przyniesionym przez niego śniadaniem na kolanach i jego kawą na stoliku, po tym, jak wysłuchał rzeczy, których nigdy nie potrafiła powiedzieć nikomu, i jeszcze pytał, czy nie chciała dostać czegoś więcej.
Choć realnie poprosiła go o pomoc r a z, podczas burzy. Cała reszta pojawiała się, bo sam uznawał, że powinna; nie żądała podwózek, naprawionego samochodu, plastrów ani żadnej z interwencji – czy to wobec Benneta, Jessici czy jej ludzi. Choć za tę ostatnią powinna być wdzięczna jak za własne życie.
Tak czy siak to on jej to dawał, więc mogłaby więc próbować bronić się tym rachunkiem.
Tylko że nikt nie zmuszał jej do przesuwania palcami po jego włosach. Do zatrzymywania dłoni na policzku. Ani do tego, żeby teraz patrzeć na jego rękę i niemal fizycznie pamiętać, jak ciepło było pomiędzy jego palcami.
Opuściła wzrok.
Samo pytanie o to, czego chciała, powinno być proste. Jej gardło zdążyło się już jednak zacisnąć, zanim w ogóle spróbowała ułożyć odpowiedź.
Przez niemal rok nauczyła się, że jej własne chcenie było czymś, co należało schować. Nie miało wpływu na to, co wydarzy się dalej; potrafiło jedynie wszystko przedłużyć, kiedy próbowała je wypowiedzieć. Teraz odruchowo robiła dokładnie to samo. Próbowała zgadnąć, jakiej odpowiedzi spodziewał się Vincent.
— Nie wiem, czy powinnam chcieć od ciebie czegoś jeszcze — powiedziała cicho.
Nie to zamierzała powiedzieć.
Uniosła spojrzenie, niemal od razu czując potrzebę sprostowania; wycofania przynajmniej części tego zdania, zanim zacznie ją o nią wypytywać. Nie wiedziała nawet, którą część mogłaby uczciwie odwołać.
— Vincent… — zaczęła, ale urwała. Patrzyła przez chwilę na jego usta, później wróciła do oczu. Kącik jej własnych drgnął słabo, bardziej nerwowo niż z rozbawienia. — Cały czas pytasz mnie, czego chcę, czego potrzebuję. — Zawahała się, przesuwając kciukiem po zagięciu papieru. — Jakbyś ty nie chciał niczego. — Bo przecież nie musiał tu być. Nie musiał wracać za każdym razem, kiedy dawała mu wystarczająco dużo powodów, żeby sobie odpuścił. Nie musiał siedzieć teraz naprzeciwko niej, z pomarańczowym pterodaktylem przyklejonym do skóry i tą dziwną cierpliwością.
Uniosła lekko brwi.
— Więc może zanim zaczniesz wyciągać ze mnie kolejne odpowiedzi… — urwała na moment, pozwoliła sobie na niewielki, przepraszający uśmiech. — Powiesz mi, po co właściwie tak bardzo chcesz je znać?
i should go silent mode