i'll be the day to your night
: wt wrz 29, 2026 6:06 pm
Poświęcenie jednego degenerata na rzecz jej szczęścia.
Nie miał pojęcia jak blisko sedna znalazły się jego słowa. Może gdyby mocniej interesowało go miejsce, w którym przebywał, byłby w stanie dowiedzieć się czegoś więcej. Może gdyby przyglądał się zdjęciom wystawionym w salonie, wykazałby większe zaangażowanie. Zorientował się, że obóz piłkarski, na którym była jej siostra, był całkiem długi - odkąd był w tym mieszkaniu po raz ostatni czy nie minął już ponad tydzień?
Ciężko było mu jednak się skupić.
Haze przekształciła się w jego ślepy punkt. Nie był w stanie dopuścić do siebie możliwości, że jej pojawienie się w jego życiu było czymś innym niż przypadkiem. Nie wtedy, gdy utrzymywanie jej blisko siebie stanowiło tak ogromne wyzwanie, nie wtedy, gdy unikała go jak ognia zawsze, gdy udało mu się do niej zbliżyć.
Myśl, że jej sumienie mogły zaprzątać rzeczy niezwiązane z tematem ich rozmowy nie pojawiła się w jego czaszce nawet jako bezsensowna aluzja. Rozmawiali wyłącznie o tym. O mężczyźnie w jej życiu, który przekształcił jej problemy z zaufaniem w zupełnie inną ligę przeszkód, które należało przeskoczyć. O tym, który położył na niej swoje dłonie, czym zupełnie nieświadomie podpisał na siebie swój wyrok.
Rozumiał, dlaczego nie chciała dawać mu na nic żadnego przyzwolenia. Rozumiał, dlaczego to mogło obarczać jej sumienie ciężarem, którego nie chciała nieść. W zasadzie mówił rację, wtedy, wcześniej - to nie była jej odpowiedzialność. A w chwili, w której nie odpowiedziała gdy nakazał jej wypowiedzenie swojej wątpliwości głośno, przestało to być nawet jej decyzją.
Świadomość ich obecnego położenia z trudem przebijała się przez kontekst rozmowy, a jednocześnie była niemożliwa do zignorowania w pełni.
Czuł ciepło jej ciała przy swoim, jej oddech na własnych ustach. Z tak bliska widział każdy pieg i każde, drobne znamię zdobiące jej bladą skórę, ślady łez znikające za krawędzią szczęki bądź w połowie długiej szyi. Widział, jak jej krtań poruszała się gdy przełykała ślinę, jak jej dłonie wczepiały w materiał kanapy tuż obok, w podświadomym poszukiwaniu kontaktu, na którym mogła się skupić.
Powinien dostrzec w tym coś więcej. W tej dyskusji, w tej abstrakcyjnej rozmowie, w której ważyły się losy człowieka, który nie wiedział nawet, kim był Vincent Monroe. Powinien cofnąć się, skupić myśli, odpowiedzieć racjonalnie, zakończyć ten temat. Wetknąć jedzenie pod jej nos i cierpliwie zaczekać, aż wreszcie się do niego zabierze - za minutę, pięć, pięćdziesiąt. Ukoić jej sumienie tym, czego od niego pragnęła - zsunięciem tego tematu na dalszy tor, niewchodzeniem w szczegóły, których nie chciała znać.
Zamiast tego, gdy w powietrzu wybrzmiała jej prośba, wypowiedziana tym cichym i melodyjnym głosem, jego głowa skinęła w przytaknięciu - a w tym odruchowym geście jego nos musnął jej własny, nim powrócił do bezpiecznej odległości, której definicja okazywała się bardzo płynna.
- Będziesz w stanie na mnie patrzeć wiedząc, że to zrobię? - skóra ciągnęła go w miejscu przyklejonego plastra, przypominając o efektach wczorajszego wieczoru, o krwi pokrywającej ścianę jego gabinetu i jego bok, krwi, od której przemoknięta była jego koszula. - Wiedząc, czym zajmuję się na co dzień?
Coś, co pozostawało między nimi niewypowiedziane - choć przecież to jego samochód staranował mężczyznę, który usiłował ją porwać. To jego dłonie uderzały o asfaltową nawierzchnię głową drugiego. To jego pistolet wystrzelił, nim przypadkiem znalazł się w posiadaniu Haze.
Haze, która właśnie przez niego znała już uczucie naciśnięcia na spust - uczucie, którego nie powinien poznać nikt, kto nie był częścią tego świata.
- Czy jestem kolejnym degeneratem, który przypadkiem znalazł się w swoim życiu? - dodał, kącik jego ust drgnął ku górze w świadomości tego, że odpowiedź na to pytanie tak czy inaczej powinna być twierdząca. Zaraz jednak ten grymas zniknął, zastąpiony przez zamyślenie i powagę. - Daleko mi do świętego, Violet.
fate full of monsters
Nie miał pojęcia jak blisko sedna znalazły się jego słowa. Może gdyby mocniej interesowało go miejsce, w którym przebywał, byłby w stanie dowiedzieć się czegoś więcej. Może gdyby przyglądał się zdjęciom wystawionym w salonie, wykazałby większe zaangażowanie. Zorientował się, że obóz piłkarski, na którym była jej siostra, był całkiem długi - odkąd był w tym mieszkaniu po raz ostatni czy nie minął już ponad tydzień?
Ciężko było mu jednak się skupić.
Haze przekształciła się w jego ślepy punkt. Nie był w stanie dopuścić do siebie możliwości, że jej pojawienie się w jego życiu było czymś innym niż przypadkiem. Nie wtedy, gdy utrzymywanie jej blisko siebie stanowiło tak ogromne wyzwanie, nie wtedy, gdy unikała go jak ognia zawsze, gdy udało mu się do niej zbliżyć.
Myśl, że jej sumienie mogły zaprzątać rzeczy niezwiązane z tematem ich rozmowy nie pojawiła się w jego czaszce nawet jako bezsensowna aluzja. Rozmawiali wyłącznie o tym. O mężczyźnie w jej życiu, który przekształcił jej problemy z zaufaniem w zupełnie inną ligę przeszkód, które należało przeskoczyć. O tym, który położył na niej swoje dłonie, czym zupełnie nieświadomie podpisał na siebie swój wyrok.
Rozumiał, dlaczego nie chciała dawać mu na nic żadnego przyzwolenia. Rozumiał, dlaczego to mogło obarczać jej sumienie ciężarem, którego nie chciała nieść. W zasadzie mówił rację, wtedy, wcześniej - to nie była jej odpowiedzialność. A w chwili, w której nie odpowiedziała gdy nakazał jej wypowiedzenie swojej wątpliwości głośno, przestało to być nawet jej decyzją.
Świadomość ich obecnego położenia z trudem przebijała się przez kontekst rozmowy, a jednocześnie była niemożliwa do zignorowania w pełni.
Czuł ciepło jej ciała przy swoim, jej oddech na własnych ustach. Z tak bliska widział każdy pieg i każde, drobne znamię zdobiące jej bladą skórę, ślady łez znikające za krawędzią szczęki bądź w połowie długiej szyi. Widział, jak jej krtań poruszała się gdy przełykała ślinę, jak jej dłonie wczepiały w materiał kanapy tuż obok, w podświadomym poszukiwaniu kontaktu, na którym mogła się skupić.
Powinien dostrzec w tym coś więcej. W tej dyskusji, w tej abstrakcyjnej rozmowie, w której ważyły się losy człowieka, który nie wiedział nawet, kim był Vincent Monroe. Powinien cofnąć się, skupić myśli, odpowiedzieć racjonalnie, zakończyć ten temat. Wetknąć jedzenie pod jej nos i cierpliwie zaczekać, aż wreszcie się do niego zabierze - za minutę, pięć, pięćdziesiąt. Ukoić jej sumienie tym, czego od niego pragnęła - zsunięciem tego tematu na dalszy tor, niewchodzeniem w szczegóły, których nie chciała znać.
Zamiast tego, gdy w powietrzu wybrzmiała jej prośba, wypowiedziana tym cichym i melodyjnym głosem, jego głowa skinęła w przytaknięciu - a w tym odruchowym geście jego nos musnął jej własny, nim powrócił do bezpiecznej odległości, której definicja okazywała się bardzo płynna.
- Będziesz w stanie na mnie patrzeć wiedząc, że to zrobię? - skóra ciągnęła go w miejscu przyklejonego plastra, przypominając o efektach wczorajszego wieczoru, o krwi pokrywającej ścianę jego gabinetu i jego bok, krwi, od której przemoknięta była jego koszula. - Wiedząc, czym zajmuję się na co dzień?
Coś, co pozostawało między nimi niewypowiedziane - choć przecież to jego samochód staranował mężczyznę, który usiłował ją porwać. To jego dłonie uderzały o asfaltową nawierzchnię głową drugiego. To jego pistolet wystrzelił, nim przypadkiem znalazł się w posiadaniu Haze.
Haze, która właśnie przez niego znała już uczucie naciśnięcia na spust - uczucie, którego nie powinien poznać nikt, kto nie był częścią tego świata.
- Czy jestem kolejnym degeneratem, który przypadkiem znalazł się w swoim życiu? - dodał, kącik jego ust drgnął ku górze w świadomości tego, że odpowiedź na to pytanie tak czy inaczej powinna być twierdząca. Zaraz jednak ten grymas zniknął, zastąpiony przez zamyślenie i powagę. - Daleko mi do świętego, Violet.
fate full of monsters