Strona 4 z 4

get you off my mind

: pn lis 02, 2026 9:58 am
autor: Laurent Ashcroft
Zareagował miękkim, cichym śmiechem na śmiałą sugestię Logana. Gdy ten stał nagi na środku pokoju, trudno było się z nim nie zgodzić. Żaden pogodynek nie mógł równać się z tym widokiem. Niewielu ludzi zresztą czuło się tak pewnie i swobodnie nago jak Logana. Cóż. Niewielu wyglądało tak dobrze. Laurent przygryzł dolną wargę, obcinając go głodnym spojrzeniem. Podobał mu się jeszcze bardziej z tym zadziornym, gorącym uśmiechem. Już żałował, że musiał wypuścić go z łóżka. Było jeszcze tak wcześnie. Za oknem robiło się dopiero jasno. Lance zdecydowanie częściej o tej porze zasypiał, niż wstawał.
Obserwował, jak Logan się ubiera, ale sam dalej tonął w pościeli i ani myślał wstać z ciepłego łóżka. Uśmiech na jego ustach tylko się poszerzył, kiedy Callahan go poinstruował. Czego jak czego, ale pewności siebie na pewno kowbojowi nie brakowało.
— Że tak lubisz się rządzić, też nigdy bym nie pomyślał — przeciągnął się, poprawiając kołdrę i podciągając ją nieco wyżej, bo przez otwarte okno do środka wdarło się poranne, chłodne powietrze. — I że przez to możesz być jeszcze bardziej seksowny — podsumował, uśmiechając się do niego szeroko.
Wysunął się spod kołdry i miękkim krokiem zbliżył do mężczyzny, nim ten zdążył przekręcić klucz w zamku. Zarzucił mu ręce na ramiona i pocałował go krótko.
— Nie mógłbym przegapić lekcji z najlepszym trenerem — puścił mu oczko, przyjemnie podekscytowany perspektywą spędzenia razem czasu. W końcu pozwolił Loganowi udać się do pracy, a sam zakopał się w pościeli jeszcze na kilka cennych godzin.

Pochłonięty pracą, uniósł głowę, dopiero kiedy poczuł na sobie ciężkie i uważne spojrzenie. Skinął Loganowi głową, zachowując obojętny wyraz twarzy. Przywitał się z nim już o poranku. Poza tym dostrzegł, jakiegoś faceta wyglądającego mu zza ramienia, jakby miał przed sobą interesujący okaz w zoo. Wyjął słuchawki z uszu i odłożył je na swoim udzie.
— Coś się stało? — uniósł głos, by przekrzyczeć wściekłe burczenie pracującego na pełnej mocy generatora.
— Nie! Nic. Gra wszystko. Generator sprawdzamy, czy działa — Greg odpowiedział szybko, nim się nie wycofał. Mogli śmiać się z Laurenta za plecami, ale przecież ostatecznie był ich szefem i żaden z pracujących na ranczu kowbojów nie był na tyle głupi, by bezpośrednio z nim zadrzeć. To Ashcroftowi wystarczało. Udawał nawet przed samym sobą, że nie dba o ich zdanie. Zarzuciliby mu to samo, co przez lata powtarzał ojciec.
Zignorował ich, ponieważ w tym momencie miał na głowie pilniejsze sprawy niż czyjeś podśmiechujki. Czasem czuł się znowu jak w szkole. Spędził w niej pierwsze lata, znosząc przytyki dotyczące swojego pochodzenia, przestarzałych manier czy akcentu. Zrobił wszystko, by uczniowie przestali się z niego śmiać, a nauczyciele wytykać braki. Teraz brzmiał i wyglądał jak facet urodzony w jednej z bogatszych dzielnicy Toronto. Osiągnął to wszystko tylko po to, by znów stać się obiektem kpin.
Tylko teraz nie był już nieśmiałym nastolatkiem i nawet jeśli nadal mogło go to zaboleć, to potrafił sobie też z tym radzić.
Ciekawość sprawiła, że zacisnął palce na słuchawkach i wychylił się lekko do przodu, wytężając słuch. Docierały do niego strzępki słów, ale łatwo mógł zrozumieć ich kontekst. Już gotów był wstać i wyjaśnić Noahowi, który z nich jest głupi, kiedy do rozmowy włączył się Logan. Laurent pochylił się jeszcze bardziej i wstrzymał oddech, choć to raczej generator utrudniał mu podsłuchiwanie. Uśmiechnął się kącikiem ust, gdy Callahan szorstko zakończył dyskusję, stając w jego obronie.
Miał wrócić do spisywania umowy, ale jeszcze raz podniósł wzrok, by natrafić na krzywy uśmiech Callahana. Wydął wargi, w ten sposób z psotnym błyskiem w oku posłał mu komicznego całusa.
Ta sytuacja utwierdziła go w przekonaniu, że podejmuje właściwą decyzję, czego skutki odczuł zmuszony do naprawy starej drukarki Brett. Nie zwlekał z przekazaniem Loganowi przygotowanej umowy. Nie chciał rozmyślać zbyt długo i zacząć liczyć straty czy wymieniać ryzyka. Pozwolił, żeby tę decyzję podjęło za niego serce. Nie żałował, kiedy zobaczył zdumienie na twarzy Logana. Nie dbał szczególnie o to, że zachował się właściwie. Dostrzegł jednak ulgę w oczach mężczyzny, którego kochał i tyle mu wystarczyło. Nie zastanawiał się nad ceną.
— Jestem zajebiście dobrym prawnikiem ale-
Urwał, bo Logan podniósł się od stołu, a chwilę później przycisnął ich wargi do siebie. Tym razem jego spontaniczną reakcją zaskoczony był Laurent, który zacisnął dłonie w pięści na jego koszulce i przytrzymał go tak jeszcze chwilę dłużej. Zawsze brał sobie trochę więcej. Serce znów zaczęło mu szybciej bić.
Pochylił się nad dokumentami i wskazał miejsca, które wymagały podpisu. Jego własny już tam był. Wyglądało na to, że na najbliższe pół roku naprawdę byli na siebie skazani.
— Nie czekajmy — odpowiedział na jego pytanie i kiedy Logan wkładał kapelusz, on dopiął kołnierzyk koszuli i poprawił mankiety. Nim wyszli, stanął oparty o drzwi i przyciągnął go do siebie do kolejnego pocałunku. — Słyszałem was w szopie — szepnął mu do ucha, tłumacząc, za co było to krótkie podziękowanie. Cmoknął go jeszcze krótko w ucho, a następnie pewnym krokiem wyszedł na zewnątrz. Zakurzony, szary Beau dreptał dumnie obok. Ruszył w kierunku zgromadzonych pod płotem wybiegu mężczyzn, którzy również zakończyli przerwę na lunch i czekali na polecenia Logana.
Laurent zignorował ich posępne i podejrzliwie spojrzenia rzucane spod rond kapeluszy. Czuł, bijącą od tych facetów niechęć. Nawet ich za nią nie winił. Stanął naprzeciw nich, jak w jakimś krzywym zwierciadle. Przedstawiali dwie skrajnie różne opcje. Oparty łokciami o płot Noah splunął przez ramię, jak człowiek przesądny na widok czorta.
— Wiem, że macie robotę, więc będę się streszczał — zaczął i na szczęście tyle wystarczyło, żeby skupił na sobie uwagę. — Wszyscy są? — upewnił się, spoglądając krótko na Logana i poczekał na potwierdzenie.
— Nawet nie wie, ile ludzi pracuje na tym ranczu — Gregg rzucił komentarz pod nosem, a paru facetów się zaśmiało. Lance zniecierpliwiony przeniósł na niego spojrzenie.
— Chcesz się dowiedzieć, co mam do powiedzenia, czy będziesz komentował każde zdanie? — zaczepił go, rzucając wymowne i odrobinę pobłażliwe spojrzenie, choć Gregg był dobre dziesięć lat starszy. Problem w tym, że ci kowboje nie mieli bladego pojęcia, jak to jest kończyć prestiżową uczelnię w tym kraju. Ich docinki były ledwie pozbawionym znaczenia ukąszeniami.
Laurent poczekał chwilę na odpowiedź, ale Gregg wolał już się nie wychylać.
— Zdaję sobie sprawę, że macie wątpliwości co do przyszłości. Sytuacja po śmierci mojego ojca przez chwilę była niejasna, ponieważ Logan w spadku po nim otrzymał połowę rancza — stwierdził, nie próbując zataić tej informacji i tym samym ostatecznie pozbawiając się możliwości szybkiego sprzedania całego obiektu, a potem po długiej batalii w sądzie ewentualnie spłaty Callahanowi połowy majątku, jeśli udałoby mu się udowodnić, że w ogóle do niego należy. Teraz miał i umowę i świadków. Laurent zresztą od początku nie był pewien, czy mógłby sprzeciwić się woli zmarłego ojca. Choć to rozwiązanie było kusząco proste. Nie poczekał aż zdumione pomruki umilknął. Mówił dalej. — I na wasze szczęście przekonał mnie, że będzie w stanie nim zarządzać tak, by zaczęło przynosić zyski. Zresztą od jakiegoś czasu kieruje tu niemal wszystkim, więc dla was niewiele się zmieni. Nadal będziecie musieli słuchać jego gderania — dodał, czemu towarzyszył głośny śmiech i szczekanie Beau. Żart był słaby, ale stojący przed nim mężczyźni mogli odetchnąć z ulgą, bo zachowają pracę, więc tyle wystarczyło, by atmosfera się rozluźniła. Logan dawał im poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. — Ustaliliśmy, że w piątek po robocie wypijemy szklaneczkę czegoś mocniejszego, by uczcić waszego nowego-starego szefa i pamięć mojego ojca, dlatego dajcie znać żonom i kochankom, że wrócicie do domu później.
— A panienki będą? — Brett zaśmiał się rubasznie, wyjmując z ust wykałaczkę.
— Jedna na pewno — Noah wskazał brodą na Laurenta, ukazując zęby w uśmiechu.
Lance pochylił się w kierunku Logana, który oczywiście o żadnej imprezie nie miał pojęcia, ale przecież zasługiwał na małe święto.
— Nie mam pojęcia, dlaczego chcesz użerać się z tą bandą wrednych skurwieli, ale powodzenia — zażartował, mówiąc specjalnie na tyle głośno, by faceci go usłyszeli. W odpowiedzi znów zarechotali, uznając słowa Laurenta za komplement. Klepnął Logana w ramię, posyłając krzywy uśmiech i ruszył w stronę domu.
— Ty szczwany lisie!
— Co nic nie mówiłeś! Baba mi w domu żyć nie dawała.
— Gębę na kłódkę trzymał.
— Dlatego taki głupio uśmiechnięty od rana chodził.
— Teraz to właściciel. Jeszcze bardziej będzie do roboty gonił.
Mężczyźni poklepywali Logana po plecach i nabijali wesoło najwyraźniej uspokojeni krótką przemową Laurenta, a przede wszystkim obrotem sytuacji. Ashcroft nie powiedział o kłopotach finansowych rancza ani o ich półrocznej umowie, bo to i tak było bez znaczenia, a potrzebowali podnieść pośród pracowników morale.

Logan Callahan