you and i both know it ends in blood
: wt paź 13, 2026 8:48 pm
Nie krzywdź jej.
Jej pamięć żywo przypominała jej ten jeden obraz, te kilka słów, które do niej skierował. Te, które tak bezbłędnie weszły jej pod skórę, parząc bezpośrednio. Nie chciała, aby karał osobę, która była jej bliska, dla której była gotowa zrobić p r a w i e wszystko za błędy, jakie popełniła ona.
Każdy krok, który stawiał w jej stronę, odbierał jej kolejny skrawek przestrzeni, choć przecież wciąż miała ją za plecami. Otwarte drzwi, chłód wciskający się do środka, ciemność lasu, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała niemal jak obietnica wolności i bezpieczeństwa przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie.
Rytm jego kroków rozchodził się w niej głębiej niż dźwięk butów stawianych na twardej posadzce, rozchodził się impulsem wzdłuż kręgosłupa, po nerwach napiętych do granic możliwości, aż ciało zaczęło odpowiadać na n i e g o własnym, pierwotnym językiem. Jej ramiona stwardniały, palce na ranie odruchowo zacisnęły się mocniej, a mięśnie zastygły pod skórą.
Nie wiedziała, z czym do niej szedł.
W pamięci miała tylko ciężką groźbę; nie tę, która dotyczyła niej samej. Niewypowiedzianą wprost krzywdę jej siostry.
Coś szarpało ją w stronę wyjścia, uparcie, niemal boleśnie; instynkt, który błagał ją, powtarzał jedno krótkie polecenie: uciekaj.
Wiedziała, że powinna. Wiedziała nawet, że być może nadal mogła; że prawdopodobnie by się jej to udało. Ale im bliżej był, tym mniej należało do niej własne ciało, aż w końcu została tam, gdzie stała, z drogą ucieczki otwartą tuż za plecami.
Nie potrafiła się odezwać; nie tylko fizycznie – poprzednie dwa urwane słowa dużo ją kosztowały. Nie potrafiła znaleźć niczego, co w ogóle powinna powiedzieć w takiej sytuacji.
Miał rację. Choć nie w pełni.
Miał rację w wielu innych miejscach; miał rację, że ona była winna jego krzywdy, a nieistotnym wydawało się być teraz powiedzenie mu, że nie odpowiadała za nią już tak wprost. Że prosty układ był prostym ledwie na początku. Zanim pokazał jej sposób, w jaki chciał ją traktować. Głos, jakim chciał do niej mówić. I sposób, delikatność, z jakimi potrafił i chciał jej dotykać.
Przestrzeń pomiędzy nimi skurczyła się do czegoś przerażającego, a razem z nią skurczył się też oddech w jej płucach. Serce uderzyło mocniej, potem jeszcze raz, posyłając pod skórę kolejne fale napięcia; czuła je w karku, w szczęce, w palcach, które zaciskały się na materiale przy ranie, a żołądek ścisnął się boleśnie.
Jego palce były ciepłe, lepkie od cudzej oraz jego własnej krwi; znajome w sposób, który tylko pogarszał to wszystko, bo pamięć zdawała się kojarzyć ten dotyk z zupełnie innymi jego wersjami. Ostrożnymi, delikatnymi, takimi, przy których nie musiała zastanawiać się, czy następny ruch będzie pieszczotą, czy karą, bo w pewnym momencie była wręcz pewna, że nie będą tym drugim.
Krzywda za krzywdę.
Brzmiało u c z c i w i e.
Nie wiedziała tylko, jak powinna właściwie zmierzyć krzywdę – czy to wymiana, w której za strach należał się strach, za ból należał się ból, a za upuszczoną krew dokładnie taka sama jaj ilość? Czy powinna policzyć każde uderzenie, które otrzymał przez decyzję podjętą kiedyś przez nią; czy każdą minutę spędzoną skrępowanym, może każdą ranę na jego ciele?
Uniosła powoli dłoń i oparła drżące palce, śliskie od własnej krwi, na jego nadgarstku. Dotyk Monroe palił jej policzki obcym ciepłem, rozchodzącym się pod skórą drobnym, nieprzyjemnym mrowieniem.
— Na całą twoją krzywdę — powiedziała, niemal szeptem; każda sylaba z boleśnie szorstkim trudem przeciskała się przez jej obolały przełyk. — Nie… — Głos załamał się gdzieś pomiędzy oddechem a kolejną sylabą, a pod powiekami zebrało się nagłe, gorące szczypanie. — Nie zasługiwałeś na nią. — Zwykłe cztery słowa zostawiły po sobie pieczenie głęboko w gardle i tępy ból przy każdym kolejnym przełknięciu.
there is, and always was, only one monster
Jej pamięć żywo przypominała jej ten jeden obraz, te kilka słów, które do niej skierował. Te, które tak bezbłędnie weszły jej pod skórę, parząc bezpośrednio. Nie chciała, aby karał osobę, która była jej bliska, dla której była gotowa zrobić p r a w i e wszystko za błędy, jakie popełniła ona.
Każdy krok, który stawiał w jej stronę, odbierał jej kolejny skrawek przestrzeni, choć przecież wciąż miała ją za plecami. Otwarte drzwi, chłód wciskający się do środka, ciemność lasu, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała niemal jak obietnica wolności i bezpieczeństwa przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie.
Rytm jego kroków rozchodził się w niej głębiej niż dźwięk butów stawianych na twardej posadzce, rozchodził się impulsem wzdłuż kręgosłupa, po nerwach napiętych do granic możliwości, aż ciało zaczęło odpowiadać na n i e g o własnym, pierwotnym językiem. Jej ramiona stwardniały, palce na ranie odruchowo zacisnęły się mocniej, a mięśnie zastygły pod skórą.
Nie wiedziała, z czym do niej szedł.
W pamięci miała tylko ciężką groźbę; nie tę, która dotyczyła niej samej. Niewypowiedzianą wprost krzywdę jej siostry.
Coś szarpało ją w stronę wyjścia, uparcie, niemal boleśnie; instynkt, który błagał ją, powtarzał jedno krótkie polecenie: uciekaj.
Wiedziała, że powinna. Wiedziała nawet, że być może nadal mogła; że prawdopodobnie by się jej to udało. Ale im bliżej był, tym mniej należało do niej własne ciało, aż w końcu została tam, gdzie stała, z drogą ucieczki otwartą tuż za plecami.
Nie potrafiła się odezwać; nie tylko fizycznie – poprzednie dwa urwane słowa dużo ją kosztowały. Nie potrafiła znaleźć niczego, co w ogóle powinna powiedzieć w takiej sytuacji.
Miał rację. Choć nie w pełni.
Miał rację w wielu innych miejscach; miał rację, że ona była winna jego krzywdy, a nieistotnym wydawało się być teraz powiedzenie mu, że nie odpowiadała za nią już tak wprost. Że prosty układ był prostym ledwie na początku. Zanim pokazał jej sposób, w jaki chciał ją traktować. Głos, jakim chciał do niej mówić. I sposób, delikatność, z jakimi potrafił i chciał jej dotykać.
Przestrzeń pomiędzy nimi skurczyła się do czegoś przerażającego, a razem z nią skurczył się też oddech w jej płucach. Serce uderzyło mocniej, potem jeszcze raz, posyłając pod skórę kolejne fale napięcia; czuła je w karku, w szczęce, w palcach, które zaciskały się na materiale przy ranie, a żołądek ścisnął się boleśnie.
Jego palce były ciepłe, lepkie od cudzej oraz jego własnej krwi; znajome w sposób, który tylko pogarszał to wszystko, bo pamięć zdawała się kojarzyć ten dotyk z zupełnie innymi jego wersjami. Ostrożnymi, delikatnymi, takimi, przy których nie musiała zastanawiać się, czy następny ruch będzie pieszczotą, czy karą, bo w pewnym momencie była wręcz pewna, że nie będą tym drugim.
Krzywda za krzywdę.
Brzmiało u c z c i w i e.
Nie wiedziała tylko, jak powinna właściwie zmierzyć krzywdę – czy to wymiana, w której za strach należał się strach, za ból należał się ból, a za upuszczoną krew dokładnie taka sama jaj ilość? Czy powinna policzyć każde uderzenie, które otrzymał przez decyzję podjętą kiedyś przez nią; czy każdą minutę spędzoną skrępowanym, może każdą ranę na jego ciele?
Uniosła powoli dłoń i oparła drżące palce, śliskie od własnej krwi, na jego nadgarstku. Dotyk Monroe palił jej policzki obcym ciepłem, rozchodzącym się pod skórą drobnym, nieprzyjemnym mrowieniem.
— Na całą twoją krzywdę — powiedziała, niemal szeptem; każda sylaba z boleśnie szorstkim trudem przeciskała się przez jej obolały przełyk. — Nie… — Głos załamał się gdzieś pomiędzy oddechem a kolejną sylabą, a pod powiekami zebrało się nagłe, gorące szczypanie. — Nie zasługiwałeś na nią. — Zwykłe cztery słowa zostawiły po sobie pieczenie głęboko w gardle i tępy ból przy każdym kolejnym przełknięciu.
there is, and always was, only one monster