Strona 4 z 5

you and i both know it ends in blood

: wt paź 13, 2026 8:48 pm
autor: Violet Haze
Nie krzywdź jej.
Jej pamięć żywo przypominała jej ten jeden obraz, te kilka słów, które do niej skierował. Te, które tak bezbłędnie weszły jej pod skórę, parząc bezpośrednio. Nie chciała, aby karał osobę, która była jej bliska, dla której była gotowa zrobić p r a w i e wszystko za błędy, jakie popełniła ona.
Każdy krok, który stawiał w jej stronę, odbierał jej kolejny skrawek przestrzeni, choć przecież wciąż miała ją za plecami. Otwarte drzwi, chłód wciskający się do środka, ciemność lasu, która jeszcze chwilę wcześniej wyglądała niemal jak obietnica wolności i bezpieczeństwa przestały mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie.
Rytm jego kroków rozchodził się w niej głębiej niż dźwięk butów stawianych na twardej posadzce, rozchodził się impulsem wzdłuż kręgosłupa, po nerwach napiętych do granic możliwości, aż ciało zaczęło odpowiadać na n i e g o własnym, pierwotnym językiem. Jej ramiona stwardniały, palce na ranie odruchowo zacisnęły się mocniej, a mięśnie zastygły pod skórą.
Nie wiedziała, z czym do niej szedł.
W pamięci miała tylko ciężką groźbę; nie tę, która dotyczyła niej samej. Niewypowiedzianą wprost krzywdę jej siostry.
Coś szarpało ją w stronę wyjścia, uparcie, niemal boleśnie; instynkt, który błagał ją, powtarzał jedno krótkie polecenie: uciekaj.
Wiedziała, że powinna. Wiedziała nawet, że być może nadal mogła; że prawdopodobnie by się jej to udało. Ale im bliżej był, tym mniej należało do niej własne ciało, aż w końcu została tam, gdzie stała, z drogą ucieczki otwartą tuż za plecami.
Nie potrafiła się odezwać; nie tylko fizycznie – poprzednie dwa urwane słowa dużo ją kosztowały. Nie potrafiła znaleźć niczego, co w ogóle powinna powiedzieć w takiej sytuacji.
Miał rację. Choć nie w pełni.
Miał rację w wielu innych miejscach; miał rację, że ona była winna jego krzywdy, a nieistotnym wydawało się być teraz powiedzenie mu, że nie odpowiadała za nią już tak wprost. Że prosty układ był prostym ledwie na początku. Zanim pokazał jej sposób, w jaki chciał ją traktować. Głos, jakim chciał do niej mówić. I sposób, delikatność, z jakimi potrafił i chciał jej dotykać.
Przestrzeń pomiędzy nimi skurczyła się do czegoś przerażającego, a razem z nią skurczył się też oddech w jej płucach. Serce uderzyło mocniej, potem jeszcze raz, posyłając pod skórę kolejne fale napięcia; czuła je w karku, w szczęce, w palcach, które zaciskały się na materiale przy ranie, a żołądek ścisnął się boleśnie.
Jego palce były ciepłe, lepkie od cudzej oraz jego własnej krwi; znajome w sposób, który tylko pogarszał to wszystko, bo pamięć zdawała się kojarzyć ten dotyk z zupełnie innymi jego wersjami. Ostrożnymi, delikatnymi, takimi, przy których nie musiała zastanawiać się, czy następny ruch będzie pieszczotą, czy karą, bo w pewnym momencie była wręcz pewna, że nie będą tym drugim.
Krzywda za krzywdę.
Brzmiało u c z c i w i e.
Nie wiedziała tylko, jak powinna właściwie zmierzyć krzywdę – czy to wymiana, w której za strach należał się strach, za ból należał się ból, a za upuszczoną krew dokładnie taka sama jaj ilość? Czy powinna policzyć każde uderzenie, które otrzymał przez decyzję podjętą kiedyś przez nią; czy każdą minutę spędzoną skrępowanym, może każdą ranę na jego ciele?
Uniosła powoli dłoń i oparła drżące palce, śliskie od własnej krwi, na jego nadgarstku. Dotyk Monroe palił jej policzki obcym ciepłem, rozchodzącym się pod skórą drobnym, nieprzyjemnym mrowieniem.
— Na całą twoją krzywdę — powiedziała, niemal szeptem; każda sylaba z boleśnie szorstkim trudem przeciskała się przez jej obolały przełyk. — Nie… — Głos załamał się gdzieś pomiędzy oddechem a kolejną sylabą, a pod powiekami zebrało się nagłe, gorące szczypanie. — Nie zasługiwałeś na nią. — Zwykłe cztery słowa zostawiły po sobie pieczenie głęboko w gardle i tępy ból przy każdym kolejnym przełknięciu.
there is, and always was, only one monster

you and i both know it ends in blood

: wt paź 13, 2026 10:37 pm
autor: Vincent Monroe
Na wyciągnięcie ręki.
Była tak blisko, że czuł pod swoimi palcami jej puls, zaszyty gdzieś w drżących ze strachu tkankach. Szaleńcze uderzenia zdesperowanego serca, które jako jedyne mknęło naprzód gdy reszta jej ciała zamarzała w miejscu. Chłód jej skóry i twardość kości, na którą napierała jego dłoń, trzymając jej szczękę w imadle.
Smutny, głupi kundel.
Patrzył na wilgoć gromadzącą się w jej oczach, na drżące usta usiłujące stworzyć jakąś odpowiedź, które mogłaby uratować ją z tej sytuacji. Czekał na nią. Na przepraszam, z którego mógłby zaszydzić. Na nie chciałam tego, któremu mógłby zaprzeczyć, przytaczając wszystko, co ich otaczało jako sensowny kontrargument. Na zrobiłam to dla niej, jakby nie był to pierdolony fakt, oczywistość, którą zawarła już w określeniu p r o s t y, jakby jakikolwiek pakt ze Scalvinim był prosty, nie tylko ten dotyczący jego i niewinnej dziewczyny porwanej przez Włoską mafię.
Miał odpowiedź na wszystko. Godzina uderzeń łomu przeciętych wątpliwymi żartami wypowiadanymi w języku, który mógł zwyczajnie w swoim odbiorniku wyłączyć, prezentowała dość szerokie pole na zajęcie myśli czymś innym. Wyczekiwał tej chwili. Chwili, w której będzie mógł zareagować, pokazać jej, w jaki sposób jej zdrada odbiła się na nim piętnem, odpowiedzieć jej dokładnie tym samym.
Nie podarowała mu nawet tego.
Wyduszone z niej słowa były urywane, wypowiadane z wyraźnym trudem, jakby dłoń Scalviniego zaciśnięta na jej gardle zostawiła w niej zupełnie innego rodzaju ślad. Nawet w tej ciszy, docierały do niego ze spowolnieniem, jego otumaniony i przepełniony emocjami umysł nie chciał ich analizować, chciał zmuszać ciało do działania - do kolejnego impulsu, kolejnego uderzenia.
Jego dłoń zacisnęła się mocniej, palce wpiły w policzki, jednak odruch, który pragnął pchnąć jej czaszkę prosto na futrynę, napotkał barierę szklistych łez, wydostających się spod jej powiek.
Quella stupida continuava a rimandare.
Patrząc pod odpowiednim kątem, nie mała racji. Pracując w tym fachu w ramach jakiegoś pieprzonego, karmicznego wyrównania z pewnością na to zasługiwał. Ale nie zasługiwał na zdradę - nie musiał jednak słuchać tego od niej.
Nie chciał tego od niej słuchać. To nie było jej miejsce, by to oceniać.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? - wycedził, pchnięciem spychając jej twarz, jej ciało na framugę - pchnięciem zdecydowanie zbyt delikatnym, jakby jego kości nie współpracowały z intencjami, jakby mięśnie odmawiały napięcia się tam, gdzie nakazywała im tego złość.
Smutny, głupi kundel.
- Po tym, jak wślizgnęłaś się do mojego klubu, do mojej loży, do mojego gabinetu i mojego życia? - Jego dłoń oderwała się od kobiecej szczęki, choć ciało naparło naprzód, nie pozwalając jej oderwać się od przejścia, nie pozwalając umknąć w żadną ze stron, choć przecież wiedział, że tego nie zrobi. Violet Haze była przecież tchórzem. - Po co zwlekałaś, Violet? Przecież wiesz, że przyszedłbym dużo wcześniej.
Jego palce zacisnęły się na metalu łomu, rozgrzanym od jego ciała i krwi, która zdążyła zastygnąć na jego powierzchni. Narzędzie błysnęło w powietrzu, jego poszkodowane żebra zaprotestowały gdy uniósł rękę w górę, gdy pchnął, pod wpływem impulsu.
Ostry koniec łomu wbił się we framugę, pół centymetra od kobiecego ucha. Zaczepił o ciemne pukle, przybijając je do drzewca, splątane, zlepione krwią z jego dłoni, która została również na jej policzkach, podbródku, malując skomplikowane wzory ze szkarłatu.
- Szybko owinęłaś sobie mnie wokół swojego palca - wycedził wściekle, łom utkwił drzewcu, trzymany jego dłonią, na przekór protestom ciała, dla którego nawet ten rodzaj napięcia powoli stawał się czymś zbyt trudnym, zbyt niemożliwym do podtrzymania. - Pierdolona profesjonalistka.
Był tak blisko, pochylony nad nią, że mógłby czubkiem nosa zawadzić o jej twarz, mógłby ustami musnąć jej własne. Jak wtedy, we wnętrzu jej salonu, pustego z uwagi na obóz piłkarski jej siostry. Siostry, która pewnie była już odeskortowana na miejsce przez Włochów, trzymających się swoich zasad.
- Musisz wymyślić coś lepszego, Haze. - jego głos obniżył się, gdy zdał sobie sprawę z jej bliskości, z gorąca jej ciała koło własnego, drżenia, które wyczuwał choć zdjął już z niej rękę. - Nie zasługiwałeś na nią to dość żałosne ostatnie słowa, nawet jak na ciebie.

make it worth my time

you and i both know it ends in blood

: śr paź 14, 2026 11:29 am
autor: Violet Haze
Huk łomu o framugę sprawił, że zacisnęła odruchowo, drżące palce na jego nadgarstku a oczy zaszkliły się prawie od razu przez zwyczajnie pierwotny strach. Serce podeszło jej prawie pod samo zbolałe gardło.
Bała się go teraz.
Tego, co zrobi za chwilę; tego, czy w ogóle jeszcze nad sobą panował, tego co widziała pod całą tą krwią, tego co miał w spojrzeniu Tylko wyjątkowo niesprawiedliwie jej ciało pamiętało zupełnie inaczej to wszystko – tę samą odległość, ale bez łomu wbitego obok głowy; jego oddech przy jej ustach; to samo ciepło dłoni. Ten jeden rodzaj bliskości, przy którym wcześniej jej ciało nie chciało się cofać. Nawet teraz, pod metalicznym zapachem krwi i potu, było w nim coś znajomego. Było coś, co jej własna skóra rozpoznawała szybciej niż zakodował rozsądek, co przyjęłą krótkim dreszczem pod jego palcami.
Wszystko, co chciałaby mu powiedzieć; odpowiedzi których się domagał wydawały się być niewystarczające. Wiele ze słów było protestem dla tego, co sam mówił. Chciało zaprzeczać oskarżeniom, które były odległe od prawdy, ale nie znajdowały ujścia i to nie przez zaciśnięte gardło. Nie przez to, że każde słowo kosztowało ją bólem.
Nie miała przecież prawa by go korygować.
Nie jako pierdolona profesjonalistka, za którą ją miał.
Choć było to tak sprzeczne z tym, o co spytał w swej wściekłości chwilę temu.
Bo, w istocie, po co zwlekała, skoro był to tylko prosty układ, a ona była profesjonalistką?
— Bo to przestało być prostym układem. — Musiałaby chyba krzyczeć, żeby zabrzmieć wyraźniej, a nie potrafiła już nawet nabrać dość powietrza. Rana w boku ciągnęła przy każdym głębszym wdechu, dlatego następne słowa zbierała powoli, jedno po drugim. — Bo przestałeś być ich Vincentem Monroe.
Ich.
Nie znanym do tej pory nazwiskiem i imieniem, które dostała razem z ich wersją wydarzeń; ich opisem i ich surową interpretacją, jakim był człowiekiem. Proste równanie, dopóki pozostawał kimś obcym. Złym człowiekiem, degeneratem, którego wtedy było prosto wymienić na kogoś bliskiego; kogoś niewinnego, kto nie był, obiektywnie, złym człowiekiem. Nie w zestawieniu z gangusem.
Tyle że później opis rozmywał się przez drobiazgi, które nie dotyczyły ogółu, a bezpośrednio jej. Rzeczy, których nikt jej o nim nie powiedział. Sposób, w jaki był, ale dla niej. Była ofiarą paradoksu, w którym to degenerat zaczął traktować ją wyjątkowo; jak człowieka, nie jak cień którym starała się być. Jak kogoś, kto mógł się poczuć wyjątkowo. Bezpiecznie. A za tym drugim tęskniła tak długo, że zaczęła wątpić całkowicie w jego istnienie.
— Zacząłeś być m o i m. — Na krótką chwilę spuściła wzrok, trafiając na jego szczękę, dopiero po wypowiedzeniu tych słów, ledwie słyszalnych, rozumiejąc, jak wiele mieściło się w jednym, głupio prostym zdaniu. — Moją własną wersją ciebie.
Tonem głosu, który przy niej łagodniał i pozostawiał po sobie przytulne echo. Dotykiem, który znała jako ciepło a nie nacisk; dłonią zatrzymującą się jeszcze zanim zdążyła się spłoszyć. Oddechem, który nieraz czuła zbyt blisko własnych ust, a jednak nigdy nie odbierał jej powietrza. Spojrzeniem opartym na niej, ale nie przekraczającym granicy między zainteresowaniem a bezczelnością. Troską, o którą nawet nie musiała prosić, której mogła powtarzać, ze nie potrzebuje, a która pokazywała jej, że nie musi z wszystkim mierzyć się sama. Złośliwie miękkimi żartami, które pojawiały się zawsze z pomocą, gdy zaczynała czuć się przytłoczona. Momentami denerwującym uporem, z jakim nie dawał się zbyć pierwszą, najłatwiejszą wersją odpowiedzi.
Obecnością, która nie domagała się wdzięczności za to, że po prostu trwała.
— Ale to nie ma znaczenia — dodała ciszej, ponosząc spojrzenie na jego ciemne oczy. — Dałam im cię skrzywdzić.
I było w tym coś obrzydliwie niesprawiedliwego. Nierówność w tym, jak to on pilnował jej nawet wtedy, kiedy chodziło wyłącznie o kilka słów w barze; jak nie pozwalał Jessice zrobić z niej widowiska i wchodził pomiędzy nie, zanim ona zdecydowała się znosić kolejne upokorzenie w milczeniu. Jak później stanął między nią a czymś znacznie gorszym, przyjmując na siebie to, co mogło dosięgnąć jej; wychodząc z ranami z sytuacji, z której ona wyszła bez jednego fizycznego śladu. Dbał o to, żeby krzywda jej nie dosięgała, a ona ostatecznie sama oddała go ludziom, przed którymi powinna była go ochronić.
Z dnia na dzień pogłębiał się dług, którego wiedziała, że nigdy nie spłaci, a mimo wszystko wciąż brała i brała. Każdego, kolejnego dnia.
forever in debt

you and i both know it ends in blood

: pt paź 16, 2026 3:04 am
autor: Vincent Monroe
M o i m.
Jej słowa nie miały sensu na tak wielu płaszczyznach, że mógłby spędzić następne dziesięć minut zaprzeczając na tysiące sposobów - zaczynając od tego odruchowego, w którym pragnął przytoczyć jej jej własne słowa. Nie był jej, nawet jeśli nie takie znaczenie chowało się w tym, co mówiła. Nie był j e j, ponieważ ona nie była jego, ponieważ zapewniła go, że nigdy nie będzie.
A on nie wierzył, zaślepiony pięknym opakowaniem chowającym zatrute wnętrze.
Nie istniała też wersja Vincenta Monroe stworzona wyłącznie dla niej, nie naprawdę. Była tylko iluzją, pod którą chowały się te same emocje, drzemiące gdzieś pod powierzchnią, gdzie czasem mogła je dostrzec. Jej wersja Vincenta Monroe była niczym innym, jak niepełnym elementem układanki, tymi elementami jego osobowości, które zdecydował się jej pokazać a nie tymi, które wychodziły na światło dzienne samoistnie.
Sam nie rozumiał, dlaczego pragnął w ogóle poznać jakiekolwiek odpowiedzi.
Jego wersja Violet Haze wystarczała mu w zupełności. Ta, w której była profesjonalistką, wysłaną prosto do jego klubu, jego loży, jego życia. Kobietą, która wymieniła go w prostym układzie, która nie chciała podarować mu nawet szczerości gdy tkwił przed swoim oprawcą wyłącznie po to, by nie czynić dodatkowej niewygody drugiemu obiektowi wymiany.
I Violet Haze musiała zniknąć.
Ten fakt wydawał mu się jedynym obiektywnym w całym morzu mocno subiektywnych doznań. Jedyną, klarowną myślą przyświecającą gdzieś nad wzburzonym morzem jego furii, kierującą go w stronę odpowiedniego brzegu.
Był też tak prosty do spełnienia, na tak wiele sposobów.
Nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na to, jak drobna i krucha była. Nie dostrzegał, że palce jego jednej dłoni mogły z łatwością zacisnąć się na kobiecej szyi, na której wciąż tkwiły pręgi po innej, należącej do innego mężczyzny. Widział jej urywany oddech, jej klatkę piersiową unoszącą się spazmatycznie, jedną z rąk przyciśniętą do rannego, krwawiącego boku, który pamiętał uderzenie narzędzia, które teraz tkwiło tuż koło jej twarzy.
Narzędzia, na którym wystarczyło wzmocnić swój chwyt, wykonać ten sam ruch, który wykonał jego niedoszły kat, by Violet Haze wreszcie zniknęła.
A jednak jego wersja była niepełna. Układanka, którą tak pieczołowicie rozrywał i zlepiał ze sobą, tworząc nowy obraz brunetki w głowie, nadal wydawała mu się krzywa, niewłaściwa. Wszystkie jej elementy znajdowały się na swoim miejscu i brakowało w niej miejsca na te zgubione.
Na to, że zwlekała, choć nie musiała.
Na nożyczki, którymi dźgnęła w obce kolano i rzuciła w jego kierunku wiedząc, jaki los przyjdzie jej za to zapłacić.
Na układ, który wcale nie był taki prosty.
Ciemne oczy wpatrzone w niego jakby to światło na drodze, od którego zamarła, było blaskiem tej samej myśli prowadzącej go ku jej zagładzie.
Ciepło kobiecej dłoni, zaciśniętej wokół męskiego nadgarstka.
Usta tkwiące tak blisko, że każde wypowiedziane przez nią słowo niemal namacalnie czuł na własnej skórze.
Jej zapach, złożona mieszanka perfum, kosmetyków i mieszkania, do którego go zaprosiła.
Ta miękkość w jego sercu, miejsce stworzone wyłącznie do niej, które wcześniej zburzył wyrzucając składające się na nie cegły, a które wciąż tkwiło gdzieś za jego mostkiem.
Violet Haze musiała zniknąć.
A on nie potrafił zmusić swojego ciała do działania. Nie potrafił jej skrzywdzić, nie był w stanie jej zabić.
I ta myśl wzbudziła zupełnie innego rodzaju falę wściekłości, która przetoczyła się przez jego odrętwiałe tkanki, na nowo pobudzając je do życia. Sprawiła, że cofnął się, jak oparzony, od framugi przy której jego ciało tworzyło klatkę, w której była zamknięta. Fala bólu przemknęła po jego mięśniach gdy uderzył plecami o jej naprzeciwległą stronę.
Smutny, głupi kundel.
- Wynoś się - warknął, niemal przez zaciśnięte zęby, choć wypowiedzenie jednego słowa nie powinno go tyle kosztować. Łaska, na którą nie zasługiwała, słabość, której nie powinno w nim być, powinien ją wyplenić.
Wypleni. Z czasem. Na razie potrzebował, by zeszła z jego oczu.
- Wracaj do swojej siostry - dodał, zmuszając swoje odrętwiałe ciało do działania. Pochwycił ramię kobiety, które, jak dostrzegł dopiero teraz, również mógł opleść swoimi palcami bez większego trudu. Była tak cholernie delikatna, miał wrażenie, że gdyby włożył w to więcej siły, mógłby złapać je jak pieprzony patyk.
Szarpnął, siłą wypychając ją poza barierę drzwi, której najwyraźniej sama nie potrafiła przekroczyć.
Nie chciał już więcej jej słuchać, widzieć, nie chciał czuć jej zapachu. Nie chciał mieć w głowie żadnej wersji Violet Haze.
- Nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy - wycedził, samemu wsuwając się głębiej w stronę śmierdzącego posoką pomieszczenia, w stronę jednej, żałosnej żarówki rozświetlającej mrok.
Tam, gdzie było jego miejsce od samego początku.

goodbye

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 16, 2026 5:51 pm
autor: Violet Haze
Uległość.
Tym jednym słowem można było ją opisać. Uległość kształtowała jej osobę, jej wybory. Uległość była bezpieczna. Wybierała ją już świadomie, by uniknąć konfliktu. Konflikt wywoływał krzywdę. Uległość także, choć pozornie mniej dotkliwą.
Przez ostatnie miesiące coraz skuteczniej odzwyczajała się od własnej woli. Świat miał dla niej miejsce i nie pozostawiał wiele przestrzeni na negocjowanie jego granic.
Powoli więc nauczyła się więc zginać, zanim ktoś zdążył ją złamać. Mówić tak, zanim nie pozostawiono jej wyboru. Odsuwać własne potrzeby na bok, bo przynajmniej wtedy mogła wmówić sobie, że decyzja należała jeszcze do niej. Jej miejsce zaznaczono brutalnie i konsekwentnie, aż w końcu przestała o nie walczyć, a jedynie odsuwała się już z odruchu.
Ta sama uległość podpowiadała jej teraz, że powinna posłuchać.
Wielki, zły mężczyzna stał przed nią cały we krwi i kazał jej odejść. Dotknął jej, wypchnął za drzwi, mówił że ma się wynosić – tylko posłuszeństwo mogło ją uratować,
Vincent Monroe był horrorem, którego nie musiała sobie wyobrażać, bo widziała go własnymi oczami. Mężczyzną, którego należało się bać; mężczyzną, od którego należało uciekać, kiedy był wściekły; dziękować losowi, że w ogóle na tę ucieczkę pozwalał.
Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz niemal natychmiast, gdy znalazła się za progiem. Wdarło się pod materiał ubrania, prześlizgnęło po rozgrzanej skórze i splątanych włosach, niosąc ze sobą wilgoć, zapach mokrej ziemi i lasu. Wiatr był porywisty, błogo czysty po ciężkim, metalicznym zaduchu, który został w magazynie.
Stała już po drugiej stronie drzwi. Zaledwie kilka kroków dzieliło ją od ciemności, w którą wcześniej tak rozpaczliwie chciała uciec; od przestrzeni, która jeszcze chwilę temu wydawała się wolnością.
Nie mogła go winić za to, że chciał ją przepędzić. Nie śmiała się nawet próbować bronić tak nieistotnymi szczegółami, jak to że zwlekała; że próbowała go odpychać; że próbowała się odciąć; że chciała zmienić ten prosty układ; że to nie ona napisała tę wiadomość – to było nieistotne, bo pozwoliła go skrzywdzić.
Teraz miała żywy dowód tego, że było to niewybaczalne. Monroe słaniał się na nogach a jeszcze chwilę wcześniej gniew zdawał się trzymać go w pionie lepiej niż kości i mięśnie; Był cały we krwi. Miał ją na ubraniu, na dłoniach, na twarzy; zaschniętą miejscami ciemniejszymi smugami i świeżej tam, gdzie nadal połyskiwała wilgotno w mdłym świetle magazynu. Nie potrafiła już rozpoznać, ile z niej należało do Scalviniego, a ile do niego
Mogła powtarzać sobie, że nie zadała żadnego z tych ciosów własną ręką. Że nie chciała, żeby tak się skończyło. Że próbowała zmienić warunki, przeciągała je, szukała innego rozwiązania. Żadne z tych zdań nie potrafiło jednak zmienić obrazu stojącego przed nią mężczyzny.
Jego ciężkiego oddechu; drżenia jego mięśni; tego jak brzmiał.
To wszystko ciążyło jej tak głośno, że błagająca o posłuszeństwo i ucieczkę uległość, nie potrafiła się przebić i nakłonić jej do bezpiecznego zachowania.
Postąpiła o krok. Nie w stronę lasu, ale przejścia; w stronę buchającego z wnętrza budynku fetoru zgnilizny.
— Pójdę — odezwała się cicho, przesuwając się jeszcze odrobinę bliżej progu. — Jak będę miała pewność, że ktoś już przy tobie jest. — Przystanęła na samej granicy, czując na plecach chłód powietrza i gorąc zaduchu z magazynu na twarzy. — Masz prawo mnie nienawidzić, Vincent. Masz prawo nie chcieć mnie widzieć. — Głos zadrżał jej nieznacznie, ale nie cofnęła się. — Ale nie odejdę, dopóki nie będę wiedziała, że jesteś bezpieczny. — Wtargnęła w przestrzeń magazynu, zamykając za sobą drzwi.
To było niebezpieczne; wiedziała o tym. Wiedziała też, że powinna była uszanować jego prośbę rozkaz i naprawdę chciała to zrobić, a l e nie potrafiła tak po prostu odejść, kiedy nie wiedziała, co stanie się z nim później.
Nie potrafiła nie odwrócić się teraz, tak samo jak nie potrafiła wcześniej, kiedy walczył z Lucą. Za każdym razem chodziło przecież o jedno i to samo.
O niego.
O to, czy nadal stoi. Czy oddycha. Czy ból, który próbował ignorować, nie okaże się silniejszy od uporu, którym tak długo trzymał własne ciało w pionie. O to, czy jeśli spuści z niego wzrok choćby na chwilę, nie okaże się, że była to właśnie ta chwila, w której wydarzyło się coś, czego nie będzie już mogła cofnąć.
Mogła więc się bać się Vincenta Monroe, ale bardziej bała się jednak tego, że coś mu się stanie.
no good in goodbye

you and i both know it ends in blood

: sob paź 17, 2026 12:58 pm
autor: Vincent Monroe
Tak wiele wysiłku kosztowało go puszczenie ją wolno.
Nie powinien tego robić. Wściekłość wciąż buzowała w jego wnętrzu, wciąż napierała, podsuwając wszystkie inne, potencjalne scenariusze do głowy. Wciąż pragnęła zatopić w niej swoje zęby, pokazać dokładnie co jego wersja Vincenta Monroe robi z ludźmi, którym wydawało się, że mogą poświęcić jego życie jakby było ich do wydania.
Gdzieś pod tym jednak, w tym zdradzieckim miejscu wykrojonym dla niej z jego serca, chowało się wszystko to, czego nie chciał w chwili obecnej czuć.
Chował się żal i ból, zupełnie niezwiązany z jego ciężkim oddechem i przykrywającym go szkarłatem. Zerwane przywiązanie, którym zdążył spleć swój los z jej, rozgoryczenie jątrzące się jak ropa w miejscu urwania.
Ta absurdalna zawiść, świadomość tego, że nikt w jego życiu nie wybrałby go tak bezwarunkowo, jak Haze wybrała swoją siostrę - coś, co było absolutnie jasne dla całego społeczeństwa, ale jemu zawsze umykało, bo nigdy nie był jego częścią, nie do końca.
I te wszystkie emocje były jak brak tlenu. Gasiły płomienie jego furii, przekształcając go z horroru w coś dużo mniej ognistego, dużo bardziej zgaszonego. A on potrzebował furii. Potrzebował tego ognia, ponieważ wyłącznie ten ogień utrzymywał go teraz w pionie na przekór wszystkim ciosom zadanym na przestrzeni tej godziny przez martwego już mężczyznę.
Potrzebował, by zniknęła.
Myśl, że miałby przyjąć jej pomoc była nieakceptowalna. Myśl, że mógłby jej wymagać spotykała się z tak ogromnym protestem jego ciała i duszy, że wolałby położyć się na ziemi i wyzionąć ducha wyłącznie na przekór pieprzonej Violet Haze. Nie chciał jej tutaj.
Nie chciał, żeby widziała, co udało jej się osiągnąć. Nie chciał by dostrzegała człowieka pobitego, złamanego, bezbronnego.
Chciał, żeby się go b a ł a.
- Gówno mnie obchodzi czego chcesz ty, Haze - wycedził, odgłos zamykanych drzwi wzniecił znów małe ognisko gdzieś za jego mostkiem. Nawet teraz go nie słuchała. Nawet, gdy wciąż był dla niej realnym zagrożeniem, gdy wciąż dzierżył kawałek metalu, który rozorał wcześniej jej bok.
Może wyczuwała jego słabość. Jak pieprzona zwierzyna, wiedząc, że w tej chwili drapieżnik miał zbyt wielkie problemy, by się nią przejmować.
- Nie chcę cię - warknął, odwracając się w jej stronę choć już był zwrócony twarzą do Scalviniego, którego telefonu potrzebował, po który jednak musiał się schylić. - Nie ty decydujesz o tym, co się teraz stanie. Już nie.
Wspomnienie jej dłoni wygładzających pieprzone, kolorowe plastry przemknęło przez jego umysł zupełnie nieproszone. Wtedy to wydawało mu się naturalne, oddać się jej opiece, czerpać korzyści z troski, którą rozciągnęła w jego stronę.
Teraz to wszystko było jak nasączone trucizną jabłko skierowane w jego stronę. Owoc, który przyjął chętnie i z radością, nie dostrzegając, że coś było z nim ewidentnie nie tak.
- Nie ma żadnej wersji mnie, która byłaby twoja - dodał wściekle, znów znajdując się w tej pieprzonej framudze, znów, jakby odruchem ciała, na który nie miał zupełnie wpływu, wkraczając do jej przestrzeni.
Tak, że jego wzrok był w stanie dostrzec pośród plam krwi te drobne piegi, które wyryły się w zapisanej w jego głowie mapie jej twarzy.
Romantyczny amator.
Cofnął się, grymas wstrętu przewinął się przez jego twarz, dłoń dzierżąca łom uniosła się w górę. Uniósł go, jak sposób, by trzymać ją na dystans, jak broń, którą mógł wymierzyć w jej stronę. Nie chciał widzieć jej pieprzonych piegów.
Nie chciał jej tutaj.
Nie chciał jej.
- Wracaj do swojego żałosnego życia, Violet. - jego głos wybrzmiał zimno, choć gdzieś pod spodem czaiła się jego jadowita natura. Łom uniósł się wiedziony jego dłonią, jego zaostrzona końcówka zatrzymała gdzieś przy kobiecym gardle, zmuszając ją do przylgnięcia do drzwi, za które pragnął ją wyrzucić. - Zanim zmienię zdanie.

Violet Haze

you and i both know it ends in blood

: sob paź 17, 2026 10:30 pm
autor: Violet Haze
Wzdrygnęła się gwałtownie, kiedy metal znalazł się przy jej gardle. Plecy przywarły mocniej do drzwi, broda uniosła się odruchowo, a oddech zatrzymał w płucach. Jej własne ciało próbowało odsunąć ją jeszcze dalej, wcisnąć w powierzchnię za nią, która nie chciała już ustąpić; oddzielić od przedmiotu, którego ostrość pozostawała przecież namacalna pod dłonią przyciśniętą do boku.
Nie potrzebowała kolejnego dowodu, że mógł ją skrzywdzić.
Potrzebowała raczej jakiegokolwiek, który pozwoliłby jej uwierzyć, że tego nie zrobi. Jeszcze parę dni wcześniej znalazłaby ich wiele, na tyle żeby przynajmniej spróbować uspokoić własne ciało. Teraz nawet to, że wypchnął ją na zewnątrz, nie mogło znaczyć niczego więcej ponad to, co faktycznie zrobił w tamtej jednej chwili. Pozwolił jej odejść. Później znów znalazł się przed nią, z końcem łomu przy jej szyi i ostrzeżeniem, którego nie potrafiła potraktować jako czegoś wypowiedzianego wyłącznie po to, aby ją przestraszyć.
Był nieobliczalny.
Na tyle, że przez moment zapomniała nawet, co chciała zrobić; została tylko świadomość własnego gardła, nieprzyjemnie bliskiego metalu i tego, jak niewiele musiałby poruszyć ręką. Patrzyła na nią, na palce zaciśnięte na łomie, i nie potrafiła już przypisać do nich żadnej pewnej intencji.
A przecież znała te dłonie aż za dobrze.
Ta myśl była okrutna w swojej nieprzydatności w tej chwili. Pamiętała, jak ostrożnie potrafiły odsuwać włosy od jej twarzy, jak zatrzymywały się, kiedy się spłoszyła, jak pozwalały jej zdecydować, czy chciała sięgnąć po nie sama. Przecież nie wymyśliła sobie żadnej z tych rzeczy - nie dopisała łagodności do głosu, który był obojętny, ani troski do gestów, które niczego takiego nie niosły.
Nie mógł jej tego odebrać tylko dlatego, że teraz nie chciał, aby pamiętała. Nie mógł nawet jeśli nigdy więcej nie miałby już być dla niej taki.
Spojrzenie podniosło się z trudem ponad metal zatrzymując na jego twarzy. Przez chwilę chciała mu to powiedzieć; sprzeciwić się chociaż temu jednemu, skoro na całą resztę nie potrafiła znaleźć odpowiedzi, którą miałaby prawo mu podać. Nie zdobyła się jednak na nic poza ostrożnym przełknięciem śliny. Gardło zapiekło boleśnie, a odruch cofnięcia się przed nim znów wcisnął jej ramiona w drzwi.
Pamięć o tym, jaki dla niej był, nie potrafiła już zrobić z niego kogoś, przy kim czułaby się bezpieczna, ale nie potrafiła też sprawić, żeby przestała się o niego bać.
Jego nie chcę cię osiadło w niej ciężko; bardzo głęboko, zbyt głęboko jak na coś, na co powinna być przygotowana. Miał przecież powód; miał ich bardzo wiele, wszystkie pozostawione na własnym ciele, widoczne nawet pod krwią. Powinna była uszanować chociaż to, skoro nie potrafiła wcześniej uszanować zaufania, którym ją obdarzył. Odejść kiedy tego żądał i nie zmuszać go do patrzenia na osobę odpowiedzialną za jego krzywdę.
Ale wtedy zostałby tu sam.
Dla ratowania siostry potrafiła być bezwzględna, nawet temu nie zaprzeczy. Bezwzględna wobec niego; wobec człowieka, którego nie znała a który miał być po prostu zły. Wystarczyło, że jej bezpieczeństwo znaczyło dla niej więcej niż wszystko co mogło się z nim później stać.
Teraz również wiedziała co było ważne.
I ta sama bezwzględnośc nie pozwalała jej ustąpić, nawet kiedy jej własny strach tak rozpaczliwie próbował ją do tego przekonać.
— Boję się ciebie, Vincent — powiedziała cicho, głos jej zadrżał jak dowód dla prawdziwości; jak gdyby jej drżące ciało było niedostatecznym. — Ale bardziej boję się wyjść i znowu pozwolić, żeby stało ci się coś złego.
Przesunęła się ostrożnie wzdłuż drzwi, ze wzrokiem wracającym do ręki trzymającej łom. Wymknęła się, uchyliła pod łomem i obeszła go szerokim łukiem popełniając przy tym największy błąd z możliwych: spuściła spojrzenie z drapieżnika
Skierowała się ku Scalviniemu. Albo raczej do tego, co z niego zostało.
Dopiero z bliska zrozumiała, jak wiele szczegółów oszczędzała jej wcześniejsza odległość. Żołądek zacisnął się gwałtownie, a spojrzenie uciekło z resztek twarzy mężczyzny na zalane szkarłatem, postrzępione ubranie. Przykucnęła z trudem. Ból szarpnął bokiem, odbierając jej na chwilę powietrze.
Swój telefon znalazła w jego kieszeni; nie spodziewała się, że było inaczej.
Kiedy ekran rozjaśnił się wyprostowała się, odnajdując w jej pamieci telefon do managera Rapture, który jeszcze nie tak dawno temu sam się z nią kontaktował. Uniosła czujny wzrok na Monroe, pozostając tam, gdzie znalazła dla siebie odrobinę bezpieczniejszą odległość; gotowa umknąć, jak spłoszone zwierzę przed każda kolejną próbą natarcia z jego strony.
—Dzwonię po twojego managera.
Vincent Monroe

you and i both know it ends in blood

: pn paź 19, 2026 1:56 pm
autor: Vincent Monroe
Furia miała to do siebie, że ustępując, nie zawsze pozostawiała po sobie jakąkolwiek skruchę.
W tym paśmie zniszczenia, które pozostawiła po sobie nie było miejsca na emocje, które mogłyby pojawić się w jej miejscu - jakby cały ich zasób został już spożytkowany, zainfekowany przez złość i zużyty, pozostawiając po sobie odrętwienie.
Tkwiąc w miejscu, gdy go wymijała, nie był w stanie zdobyć się na zrozumienie, którego być może od niego oczekiwała. Nie był w stanie zaakceptować tego, że nie potrafiła w tej chwili uszanować nawet jego potrzeby pozbycia się jej z własnego życia - potrzeby tak wielkiej, że był skłonny ignorować słabość w jego ciele i zaryzykować, byle tylko dopiąć swego.
Byle tylko zniknęła.
Nie wiedział, jaki efekt powinny przynieść jej słowa. Otuchy? Świadomości tego, że nie była taką profesjonalistką, za którą ją uważał? Docenienia tego, że wyciągała w jego stronę swoją troskę i chciała upewnić się, że przetrwa to, co o n a mu zrobiła?
Zostawiały tylko irytację.
I coś innego, coś znacznie bardziej ponurego, co pojawiło się lodem w kontraście do ognia, który wypełniał go od środka jeszcze chwilę temu.
- Żebyś mogła uciszyć swoje sumienie? - zadrwił, ręka dzierżąca łom opadła wzdłuż jego ciała, jego wzrok przemknął w stronę kartonów, koło których się znajdował. - Nie jestem twoją odpowiedzialnością, Haze - dodał, przekrzywiając głowę gdy spoglądał na krwawe ślady pozostawione przez nią na kartonie ale też wszystkie śmieci, które zostały na nich pozostawione przez Scalviniego. - Nie jestem twój.
Łom z głuchym odgłosem spoczął na jednym z kartonów - jego dłoń przesunęła się po foliach, śmieciach i wszystkim, tym, co zostało, uznane za nieprzydatne. Palce znalazły jedną, długą trytytkę, dokładnie taką samą, jaką wcześniej był spętany.
Resztki złości tliły się pośród tego odrętwienia, błyszczały w jego ciemnych oczach gdy odwracał się do kobiety, grzebiącej w ubraniach Scalviniego w poszukiwaniu swojego telefonu. Wodził spojrzeniem po jej sylwetce, odsuniętej w obrzydzeniu od mężczyzny - po dłoni, która wreszcie znalazła urządzenie, akurat gdy przeszedł przez długość pomieszczenia i stanął obok.
Zadzwonię.
Jakby wynoś się było wypowiadane w innym języku. Jakby był tak skrzywdzony tym, co mu zrobiła, że nie potrafił wybrać numeru.
Jakaś absurdalna myśl podpowiedziała mu, że może praktycznie chciała zwyczajnie odzyskać swój telefon by nie kupować nowego.
- Myślisz, że sam nie mogę tego zrobić? - odrzucił, jego wolna dłoń sięgnęła w jej przestrzeń, zacisnęła się na kobiecym nadgarstku nim zdążyła wybrać numer.
Nie potrafiła mu dać nawet tego.
Nie potrafiła grać swojej roli perfekcyjnie tak, by mógł zacisnąć dłoń na jej gardle i pozbyć się jej z własnego życia permanentnie. Nie potrafiła opuścić go o własnych siłach. Nie potrafiła zrozumieć, że nie chciał jej troski, nie chciał jej opieki, nie chciał j e j, kobiety, którą wpuścił do własnego serca po to, by wyrwała jego kawałek ze sobą na odchodnym.
A teraz tkwiła w progu, chyba wyłącznie po to, by podziwiać efekty zniszczenia, które w nim zasiała.
- Dałem ci wszystko, czego chciałaś - wycedził, wyginając jej rękę, choć we własnej również czuł słabość. Wyginając ją tak mocno i tak daleko, aż jej dłoń rozwarła się a urządzenie wylądowało na podłodze - czy też odbiło się miękko od klatki piersiowej trupa. - I to, o co nie potrafiłaś poprosić.
Jego palce wczepiły się boleśnie w kobiecą skórę - szarpnął, ciągnąc ją w bok. Z dala od Scalviniego, z dala od wyjścia, które jej zaoferował, a którego nie przyjęła z jakiegoś popierdolonego powodu, którego nie zamierzał respektować.
- A ty sprzedałaś mnie jak bydło - syknął, gdy za jego pociągnięciem znalazła się obok, jego usta tuż obok ucha, któremu mógł przekazać dobitnie to, co powinna wiedzieć sama. - Wymieniłaś na kogoś innego.
Choć nogi pragnęły odmówić mu posłuszeństwa, pociągnął ją za sobą, podchodząc do metalowego słupa wciąż noszącego na sobie ślady jego krwi - tak jak podłoga, na której stali, tak jak powietrze, które było smrodem posoki przepełnione.
- Masz teraz czelność dyktować mi warunki, Haze? - warknął, ciągnąc za wygięty nadgarstek, aż jej ciało zderzyło się ze słupem - wtedy sięgnął po drugi, plastik błyszczał w jego dłoniach. - Kazałem ci uciekać.
Było w nim wystarczająco furii by utrzymać się na nogach - wystarczająco by chwycić jej ręce, by spiąć wokół nich kawałek plastiku, ignorując zapach jej włosów, ciepło jej ciała tkwiące tak blisko jego, z dzielących ich metalowym słupem.
- Mogłaś skorzystać z okazji, póki taka istniała.

Violet Haze

you and i both know it ends in blood

: pn paź 19, 2026 5:37 pm
autor: Violet Haze
Z każdą kolejną chwilą podsuwał jej coraz więcej powodów, żeby wreszcie przyznała mu rację.
Nie było żadnej osobnej wersji Vincenta Monroe, którą mogłaby zatrzymać dla siebie; oddzielić od całej reszty, bo właśnie ta odpowiadała jej najbardziej. Przez długi czas potrafiła przecież patrzeć na te same dłonie i widzieć w nich coś zupełnie innego niż ludzie, którzy mieli powody się ich obawiać. Miała własne doświadczenia, własne wspomnienia; te wszystkie drobne rzeczy, które z uporem układała po stronie dowodów, że nie był aż tak zły, jak sam o sobie mówił.
Być może problem polegał na tym, że patrzyła wyłącznie ze swojej strony. Z tej, z której pozwalała sobie uwierzyć, że skoro przy niej potrafił być łagodny, to jego gniew zawsze będzie miał kogoś innego, ku komu mógłby się zwrócić. Widziała przecież, jak niewiele czasami potrzebował, żeby się zmienić; z jaką łatwością potrafił narzucić wszystkim dookoła własną wolę. Tylko przez długi czas korzystała z tego, że nie znajdowała się po niewłaściwej stronie.
A teraz była.
I mimo to jakaś jej część nadal pozostawała upiornie ślepa. Nadal próbowała szukać znajomego człowieka w twarzy, która coraz mniej jej go przypominała; zatrzymywać się przy wspomnieniach, jakby mogła nimi przesłonić to, co działo się tuż przed nią. Nie chciała pozwolić mu odebrać sobie tamtych chwil. Nawet kiedy sam, konsekwentnie, podsuwał jej kolejne powody, żeby przestała się ich tak kurczowo trzymać.
Nie jestem twój.
Zrozumiała przecież za pierwszym razem; rozumiała dlaczego tak twierdził. Nigdy nie nazwała go swoim; nie miałaby ku temu śmiałości; nawet po tym, co powiedział jej ledwie kilka dni temu. Ale nie musiał tego powtarzać – nie próbowała i nie zamierzała próbować wymusić na nim powrotu do czegokolwiek, co było wcześniej; nie oczekiwała, że wystarczy przynieść pomoc, aby znów chciał na nią patrzeć. Wiedziała, że straciła prawo do jego troski.
Potem przyszedł gwałtowny ból, coraz intensywniejszy, w miarę gdy jej ramię wyginało się pod nieludzkim kątem, a ona nie wiedziała, kiedy i czy w ogóle zamierzał przestać. Ta niewiedza z kolei była gorsza od samego bólu. Jej wolna ręka poderwała się do jego przedramienia, zaczepiła palcami o zbrukane zaschniętą krwią przedramię, niezdolna ani go odepchnąć, ani rzeczywiście zatrzymać.
Słyszała go.
Każde zdanie, również to wypowiedziane tak blisko ucha, że odruchowo odchyliła głowę. Nie potrafiła odsunąć się bardziej, więc zacisnęła tylko oczy na krótką chwilę, czując, jak strach podchodzi wysoko pod gardło.
Dał jej w s z y s t k o. A ona sprzedała go jak bydło.
Nie znalazła w sobie niczego, czym mogłaby uczciwie odeprzeć ten zarzut. Mogła przecież myśleć o wszystkich rzeczach, które komplikowały tę historię, ale żadna z nich nie zmieniała tego, gdzie się znajdowali. Ani tego, kto jeszcze niedawno tkwił przy tym samym słupie, niezdolny nawet zasłonić się przed kolejnym uderzeniem.
Zderzenie jej ciała z metalem wyrwało z niej krótki, zduszony dźwięk. Bok zapiekł gwałtownie, oczy zaszły wilgocią; przez chwilę próbowała tylko nabrać powietrza, nie znajdując sposobu, żeby zrobić to bez bólu. Jej ciało napięło się całe, reszta była rozmyta.
W tym wszystkim jedna sensowna prawda:
zasługiwała na krzywdę.
Wiedziała to jej głowa; rozumiało to sumienie. Sama nawet przyznała to na głos, dając przyzwolenie, którego on tak naprawdę nie potrzebował nigdy. Tylko że ciało niczego z tego nie rozumiało. Chciało, żeby ją puścił. Chciało odsunąć się od niego, znaleźć z powrotem przy drzwiach i mieć chociaż możliwość wykonania kroku, gdyby znów się zbliżył.
I mimo tego nie żałowała, że została.
Żałowała wszystkiego, co go tutaj sprowadziło. Tego, jak długo zwlekała; jak wiele rzeczy przemilczała i jak naiwnie wierzyła, że zdoła znaleźć rozwiązanie, które nikogo nie skrzywdzi. Nie potrafiła jednak żałować, że wróciła, kiedy zobaczyła, w jakim był stanie.
Nikt nie wiedział, że powinni po niego przyjechać.
Ta myśl uparcie wracała nawet teraz, kiedy nie mogła poruszyć rękami, kiedy patrzenie na niego kosztowało ją niemal tyle samo, co odwrócenie wzroku; chociaż jego słowa osiadły w jej ciele dreszczem, bardzo odległym od tego, który pozostawiał po sobie przyjemne mrowienie.
Była nawet wtedy, kiedy jej własne ciało zamykało się w tym samym schemacie, którego było nauczone. Kiedy próbowało znów ucisnąć ją całą do absolutnej uległości, z którą walczyła nie dla własnej autonomii, nie dla chęci poczucia się jak buntowniczka.
Dla niego.
— Zadzwoń chociaż do niego — powiedziała cicho, z trudem wydobywając głos z zaciśniętego gardła. — Proszę. — Nie powinna była mówić, że jest słaby. Był. Musiał być, nawet jeśli wciąż trzymał się na nogach. Jego ciało zlepione krwią, rozległe obrażenia, które widziała i których większości nie mogła dostrzec przez ubrania nie były przecież ozdobami, które wyglądały tylko groźnie. Były realnym zagrożeniem.
Takim samym jak on dla niej.

you and i both know it ends in blood

: pn paź 19, 2026 11:04 pm
autor: Vincent Monroe
Zemsta była osobliwym zjawiskiem. Zawsze do niej dążył, zawsze wydawała mu się sprawiedliwa i wartościowa, a jednak nie zawsze pozostawiała po sobie coś, czego mógłby użyć by załatać uszczerbki wywołane aktem, który ją sprowokował.
Zwykle zostawała jednak satysfakcja.
Violet Haze zasługiwała na krzywdę, nawet nie jedynie w jego skrzywionej wersji moralności, która nie aplikowała się do zwykłego świata - tego, którego była częścią.
Nawet, jeśli na szali tkwiła jej siostra, miała inne wybory - nawet, jeśli ich nie dostrzegała. Mogła przyjść do niego, mogła zdradzić mu prawdę. Cholera, mogła zrobić to s z y b k o, niczym plaster oderwany pośpiesznie, jeden z tych, które z takim upodobaniem mu przyklejała.
Przecież przyjechałby już pół miesiąca temu.
Wtedy może ta zdrada nie byłaby tak dotkliwa. A może zemsta byłaby prostsza, pozwoliłaby mu być pozbawionym skrupułów, dałaby mu to, czego tak pragnął - sprawiedliwość, satysfakcję, coś ł a t w e g o. Pozbawiła tej sprzeczności, która teraz protestowała gdzieś za jego mostkiem gdy owijał kobiece nadgarstki plastikiem.
Nawet, jeśli musiała to zrobić, mogła zrobić to szybciej.
A teraz tkwił w tym magazynie, piwnicy, w miejscu, które miało być jego pieprzonym nagrobkiem, usilnie poszukując kary, którą mógłby jej wymierzyć, która byłaby satysfakcjonująca - i jednocześnie ciągle się pod tym powstrzymując. Teraz było zbyt późno, teraz jego posiniaczona i zakrwawiona skóra poza bólem pamiętała również jej dotyk, teraz jego płuca zaznały powietrza wypełnionego jej zapachem.
Teraz był jej uwiązany i jak wściekły pies, wyrażał niezadowolenie niezdolny do ugryzienia ręki, która należała do niej.
Smutny, żałosny kundel.
- Dlaczego miałbym tego nie zrobić? - odrzucił, słysząc jej żałosną prośbę, tak sprzeczną ze sposobem, w jaki wyrywała się spod jego uścisku.
Rzygał tym.
Troską, do której go przyzwyczajała - tą samą, która teraz brzmiała w jej głosie w sposób, w którym odruchowo doszukiwał się fałszu. Nie słyszał go wcześniej, wtedy, gdy przynosiła mu obiad bądź jej palce znajdowały się w jego głosach, a jednak tam był, więc teraz równie dobrze znów mógł być.
Życie jednego degenerata za jej szczęście.
Odsunął się od kobiecego ciała, podchodząc do leżącego obok Luci. Pochylił się, by kucnąć przy jego zwłokach - jedno kolano, na przekór jego uporowi, ugięło się pod nim, uderzając w podłogę. Zacisnął zęby, dusząc w sobie syk i sięgnął po telefon - jego wzrok prześlizgnął się po zmasakrowanym ciele i zatrzymał na tkwiących wciąż w jednym oczodole nożyczkach.
- Jedno z nas tutaj umrze, Haze, ale nie będę to ja - rzucił krótko, resztki złości zostały wyparte przez chłód i to odrętwienie, powoli przejmujące nad nim kontrolę. - Chyba, że wyhodujesz na tyle kręgosłupa by się uwolnić.
Nożyczki tkwiące w oczodole trupa, zmasakrowane ciało ich niedoszłego kata - opcja, którą przecież jej zostawiał. Mogła przysunąć do siebie truchło nogą, mogła w jakiś sposób wydobyć narzędzie z ciała, uwolnić się tak, jak uwolnił się on.
Bardziej adekwatną karą byłoby wyrządzenie jej tej samej krzywdy, którą Scalvini wyrządził jemu.
Najwyraźniej uczyniła go zbyt słabym, by mógł to zrobić. Najwyraźniej zamknięcie jej przywiązanej do słupa z narzędziem ucieczki tkwiącym w towarzyszącym jej trupie było szczytem tego, na co był w stanie się zdać.
- Byłoby szkoda, gdyby cały twój prosty układ poszedł na marne - dodał z drwiną, odwracając się - a raczej zmuszając swoje ciało do zwrócenia się do niej plecami, do ruszenia w stronę wyjścia, nieważne jak bardzo jego nogi usiłowały wrosnąć w podłogę. - Twoja siostra mogłaby tego nie znieść, gdybyś nigdy nie wyszła stąd żywa.

Violet Haze