Strona 4 z 4
This pain won't last forever
: sob paź 31, 2026 8:03 am
autor: Calder Soranzo
— Tak, wiem, wiem — odparł i zrezygnowany westchnął. Wiedział, że to było marzenie ściętej głowy, żeby Aven się nim interesował. Przecież ani nie leżało to w jego obowiązkach, ani sam pewnie nie miał na to ochoty, biorąc pod uwagę fakt, jak się wszystko między nimi koncertowo spierdoliło, kiedy jeszcze byli małżeństwem. Skłamałby jednak, gdyby powiedział, że nie cieszyłby się z każdej jego wiadomości, nawet jeśli miałyby to być tylko pytania o stan zdrowia albo przypomnienie o zabiegu czy lekach. Jakikolwiek kontakt z chłopakiem byłby dla niego dobry. Skinął lekko głową na jego kolejne słowa, bo nawet nie wiedział, co mógłby na to odpowiedzieć. — Może i masz rację — przyznał niechętnie. — Ale teraz jestem w takim momencie życia, kiedy wszystko wydaje się takie... okropne — dodał, krzywiąc się lekko. — Zupełnie jakbym wylądował na dnie jakiejś studni i nikt się tym nie zainteresował, nawet osoby, które przechodzą obok — powiedział. — Wiesz, co mam na myśli? Nie umiem ubrać tego inaczej w słowa — podsumował. Nie chciał mu się żalić ani wzbudzać jego litości, ale było mu dziwnie lżej, kiedy mógł mu to powiedzieć. Pewnie jakby chodził na terapię, to łatwiej by mu było sobie z tym poradzić. Nie mówił też tego po to, żeby wzbudzić jego litość albo sprawić, że ten będzie chciał teraz się nim zajmować. Nie zastanawiał się nad tym. Po prostu to powiedział i tyle.
Powiódł wzrokiem za Avenem, kiedy ten poszedł po naklejkę. Sam nie dowierzał w to, że rzeczywiście się o nią upomniał, bo to było co najmniej dziecinne. Gdy wrócił, wziął ją od niego, a widząc ten uroczy wzór, uśmiechnął się do siebie pod nosem. Skinął głową w podziękowaniu, po czym wyjął z kieszeni telefon i schował naklejkę pod etui.
— I to też mnie tak strasznie wkurwia... — zaczął. — Świadomość tego, że nijak nie mogłem temu zapobiec, jest naprawdę okropna. Człowiek nawet nie może się obwiniać ani znaleźć innego winnego, a może to by trochę ulżyło. Nie chcę mieć świadomości tego, że to tylko kwestia ślepego losu — westchnął. To, że padło akurat na niego, to rzeczywiście był pech. Szlag go trafiał, kiedy myślał sobie o tym, że to było tak losowe. — Z całą pewnością. Kto nie chciałby się cofnąć w czasie choćby raz, żeby zmienić jakąś swoją decyzję? — odparł. Zapewne każdy miał w życiu taki moment, który chciałby zmienić. On sam jakby się cofnął w czasie, to nie dopuściłby do tego, żeby Aven czuł się niechciany. Dbałby o to małżeństwo i pielęgnowałby w sobie uczucia do chłopaka. Niestety, wtedy tego nie zrobił i nie pozostawało mu nic innego, jak tylko pogodzić się ze swoim losem i przyjąć jak facet konsekwencje swoich zachowań.
— Mhm — mruknął w odpowiedzi i sięgnął po butelkę, żeby rzeczywiście się z niej napić. — Jak to nie? Przecież sam mówiłeś, że to aż pół litra — spojrzał na niego spod przymrużonych powiek. — A nie da się tego połączyć? No wiesz, dać tę krew komuś innemu, żeby nie poszła do odpadów? — zapytał. Pewnie nie, biorąc pod uwagę to, że był chory, nie wspominając o tym, że chlał i brał leki. Był zaskoczony, kiedy chłopak podał mu batonika. W pierwszej chwili chciał mu odmówić i go oddać, ale jeśli to miałoby trochę pomóc, to czemu nie spróbować. — Dzięki — powiedział po prostu, po czym odpakował batonika i ugryzł jego kawałek. — Hm? — mruknął z pełną buzią i odwrócił słodycz w jego stronę, jakby chciał mu zasugerować, że może się poczęstować, jeśli tylko ma ochotę.
Aven Corvelli
This pain won't last forever
: sob paź 31, 2026 11:34 am
autor: Aven Corvelli
Miał nadzieję, że w końcu mężczyzna zrozumie, że nic nie ugra. Dawanie Calderowi kosza wcale nie sprawiało mu przyjemności. Wiedział, że go tym krzywdzi, ale niestety, Soranzo musiał pogodzić się z faktem, że między nimi nic już nie będzie i ruszyć dalej. Nie było sensu latami liczyć na coś, co nigdy się nie wydarzy. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie fakt, że mężczyzna musiał przyjechać na zabieg i nie trafiłby na niego, nawet nie wiedziałby, że Aven w ogóle wrócił do Toronto.
— To minie. Być może będziesz potrzebował pomocy, ale minie. Może… — urwał, nie będąc pewnym, czy powinien to proponować. — Może powinieneś pomyśleć o jakiejś terapii? — zapytał. — Na pewno by ci to pomogło. Zarówno uporać się z zaakceptowaniem choroby jak i przepracowaniem… Innych spraw — powiedział. Nie chciał tak bezpośrednio mówić, że chodziło mu o rozpad ich małżeństwa. Uważał jednak, że mężczyzna miał na głowie parę spraw, z którymi niekoniecznie potrafił uporać się sam, a był pewien, że z pomocą specjalisty by mu się to udało. — Tak, wiem — powiedział. Sam też miewał takie momenty, kiedy czuł się naprawdę źle. Zwłaszcza zaraz po rozwodzie. Wyniósł się do innego miasta, gdzie nikogo nie miał. Był kompletnie sam, życie mu się całkowicie posypało i stracił osobę, która była dla niego całym światem i którą bezgranicznie kochał. Jego takie rzeczy również przytłaczały, a co za tym szło, pozbieranie się po tym wszystkim też przyszło mu z trudem. Nie obyło się również bez pomocy specjalisty.
— Niestety, tak już w życiu bywa. Dzieją się rzeczy, na które nikt nie ma kompletnie żadnego wpływu. Wiem, że to nie fair, ale nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić — westchnął cicho. — Najważniejsze, że w twoim przypadku chorobę można trzymać w ryzach dzięki leczeniu i nie wpływa mocno na jakość życia. Oczywiście, jeśli robi się wszystko zgodnie z zaleceniami — powiedział. Nie zdziwiłby się, jakby Calder się wkurwił, jak jeszcze raz usłyszy coś odnośnie przestrzegania zaleceń, bo Aven pod tym względem był jak katarynka i w kółko to powtarzał. Chciał jednak, żeby Soranzo wbił sobie do głowy jak bardzo ważne to było. Inaczej nie zacznie się czuć lepiej, a co więcej, tylko może pogorszyć swoją sytuację i jeszcze bardziej podupaść na zdrowiu. — Chyba każdy chciałby mieć taką możliwość — stwierdził i wzruszył ramionami. Każdy doświadczył czegoś, co wolałby, żeby potoczyło się w inny sposób, a co za tym idzie, chciałby coś pod tym względem zmienić. Niestety, życie polegało na tym, że człowiek bardzo często uczył się na swoich własnych błędach i na wyciąganiu konsekwencji ze swoich działań.
— Nie, nie da się. Jesteś chory, więc takiej krwi nie można wykorzystać — powiedział i wzruszył lekko ramionami. Wydawało mu się to logiczne, ale najwyraźniej nie dla każdego takie było. Zmarszczył czoło, kiedy mężczyzna tak nadstawił mu batonika. Spojrzał na niego i pokręcił lekko głową na boki. — Nie, dzięki. Akurat nie mam ochoty na nic słodkiego — odparł wymijająco. Prawda jednak była taka, że po prostu nie byli w relacji, w której mógłby pozwolić sobie na coś takiego.
Calder Soranzo
This pain won't last forever
: ndz lis 01, 2026 8:15 am
autor: Calder Soranzo
— O terapii? — spojrzał na niego, jakby Aven powiedział coś tak nieprawdopodobnego, że aż bolało. Nie wyobrażał sobie, że miałby iść do kogoś i zwierzać z tego, jak się czuł. — Nie sądzę, że by mi to pomogło. Dobrze wiesz, jak bardzo nie lubię rozmawiać o swoich uczuciach, samopoczuciu i tak dalej. Poza tym, dlaczego miałbym otwierać się przed kimś, kogo w ogóle nie znam i liczyć na to, że mi to pomoże? — dodał. W ogóle nie uśmiechało mu się to, że miałby chodzić do psychologa, bo to po prostu nie było w jego stylu. Cóż, najwyraźniej za to w jego stylu było to, żeby mieć głęboką depresję i być alkoholikiem. Potrzebował pomocy, ale najpierw musiałby chcieć o siebie zawalczyć. Już samo to, że chodził regularnie do psychiatry i brał od niego leki, to było wiele jak na niego. I pewnie by do niego nie chodził, gdyby nie fakt, że jego rodzice postawili mu taki warunek, jeśli chciał, żeby dalej mu pomagali. To było dla niego upokarzające. Skinął lekko głową, kiedy chłopak powiedział, że wiedział, jak to było. — Domyślam się, że na tobie również się to odbiło. Przecież byłeś tak samo we mnie zakochany, jak ja w tobie — zaczął. — Może w pewnym momencie nawet bardziej — powiedział cicho. Zdawał sobie sprawę z tego, że była taka chwila, kiedy jego uczucia mocno osłabły i nie kochał go tak mocno, jak na początku ich związku i strasznie tego żałował.
— Powiedziałbym, że idealnie by było, jakby na chorobę trzeba było sobie zasłużyć i tylko źli ludzie by chorowali, ale wtedy nic by się nie zmieniało, bo i tak by mnie dopadło — wymusił śmiech. To miał być żart, ale zapewne w ogóle nie był zabawny. Zaraz zdał sobie z tego sprawę i westchnął ciężko. Niestety, ale świat nie wyglądał tak, jak go sobie człowiek projektował w swojej głowie. Trzeba było się dostosować i bardzo często było tak, że życie toczyło się zupełnie nie tak, jak się planowało. — Daję słowo, że jak jeszcze raz usłyszę o tych zaleceniach, to stanę okoniem i nie będę się do nich dostosowywał — westchnął. No, tyle tylko, że i tak zapewne nie będzie tego robił. Samo to, że nie miał zamiaru przestawać chlać, świadczyło o tym, że nie chciał o siebie dbać i że nie dbał o to, żeby było z nim dobrze. Jednak na tym etapie swojego życia czuł się tak, jakby nic nie miało sensu i jakby walka o siebie nie była istotna. — Niestety. Nie znam nikogo, kto nie żałowałby czegoś z przeszłości — powiedział. Każdy człowiek cofnąłby się w czasie, żeby zmienić swoje decyzje, nawet jeśli to byłby jakiś drobiazg, o którym nikt inny oprócz tej osoby już nie pamiętał.
— No tak, całkiem logiczne. Wygląda na to, że nawet przy okazji nie stać mnie na dobry uczynek — pokręcił głową na boki. Daleki był od tego, żeby pomagać innym. Nawet jak było go stać na to, żeby realnie pomagać i wpłacać na jakieś zbiórki i fundacje, to tego nie robił, bo nie interesowało go dobro innych osób. Wychodził z założenia, że nie warto było wyrzucać pieniędzy na chorych ludzi, a teraz sam był chory. Kto by pomyślał, że życie będzie takie przewrotne? — Pewnie — powiedział po prostu i wzruszył ramionami, po czym sam ugryzł kawałek batonika.
— W jakiej dzielnicy mieszkasz? — zapytał. — Mieszkacie — poprawił się i skrzywił się delikatnie. — Macie jakieś zwierzę? Pamiętam, jak ci zależało na tym, żeby mieć kota albo pieska — uśmiechnął się do niego. Niestety, ale nigdy się go nie doczekał, bo Calder zarzekał się, że nie chciał mieć żadnego pupila, bo te tylko brudziły i śmierdziały. I chyba dobrze, że się na to nie zdecydowali, bo przy rozwodzie mieliby pewnie z nim problem.
Aven Corvelli
This pain won't last forever
: ndz lis 01, 2026 7:07 pm
autor: Aven Corvelli
— Tak, o terapii — odpowiedział. Sądząc jednak po reakcji Caldera, nietrudno było się domyślić, że ten pomysł niekoniecznie mu się spodobał. Jakoś nie był zaskoczony, bo na tyle na ile go znał, to doskonale wiedział, że to nie było w jego stylu. — Nie wiesz, dopóki nie spróbujesz. I tak, wiem jaki jesteś. Nie zmienia to jednak faktu, że jakbyś wyrzygał z siebie to wszystko, co ci leży na sercu i siedzi w głowie, to na pewno by ci ulżyło — powiedział i wzruszył lekko ramionami. Nie miał jednak zamiaru go na to uparcie namawiać, bo mimo wszystko każdy był kowalem swojego własnego losu. Jeśli mężczyzna nie chciał iść na terapię, to wiedział, że nie było siły, która by go do tego zmusiła. Nie dało się pomóc komuś, kto tej pomocy nie chciał. Mimo wszystko uważał, że na pewno by to Soranzo pomogło. Może nie poczułby się od razu znacznie lepiej i nagle wszystko nie stałoby się idealne, ale miał przeczucie, że odczułby różnicę i co najważniejsze, odczułby ulgę, że w końcu to wszystko z siebie wyrzucił. — Owszem — przyznał. Logiczne, że rozpad ich małżeństwa oraz rozwód przeżył bardzo dotkliwe i nie było to dla niego łatwe. Samo podjęcie decyzji o tym, żeby ostatecznie się rozstać naprawdę wiele go kosztowało. — Patrząc na to jaki dla mnie byłeś, nie da się zaprzeczyć — westchnął cicho. Szczerze powiedziawszy, czasami czuł się przez to jak idiota.
— Już nie przesadzaj. To, że popełniłeś w swoim życiu błędy wcale nie robi z ciebie złego człowieka — powiedział i spojrzał na niego z politowaniem. Oczywiście, że to jak Calder go potraktował było podłe i nie zasłużył sobie na to, żeby w ogóle przez to przechodzić. Nie powiedziałby jednak, że mężczyzna był zły, a bardziej, że po prostu był pogubiony i sam nie wiedział czego chciał. Szkoda tylko, że Aven okazał się być jego królikiem doświadczalnym i sam na tym bardzo ucierpiał. — Dobrze, już nic nie mówię… — odparł i westchnął cicho. Wyglądało na to, że musiał się pilnować i nie powtarzać w kółko Calderowi, że ten musi przestrzegać zaleceń. Nie dość, że mężczyzna zapewne nasłuchał się tego od swojego lekarza prowadzącego, to teraz jeszcze musiał tego wysłuchiwać od niego. Nic dziwnego, że tak działało mu to na nerwy. — No właśnie. Chyba nie ma nikogo, kto by uważał, że jego życie jest w pełni satysfakcjonujące — stwierdził i wzruszył ramionami.
— Jest dużo innych sposobów na to, żeby zrobić coś dobrego — powiedział. Chociaż, jak już zdążył się przekonać kiedy jeszcze był z Calderem, mężczyzna raczej nie był zbyt skory do tego, żeby w jakikolwiek sposób pomagać innym. Po tym jak się rozstali, zaczęło do niego docierać pod jak wieloma względami się od siebie różnili. Można nawet było powiedzieć, że byli swoimi przeciwieństwami.
— The Junction — odpowiedział. — A ty? Przeprowadziłeś się czy nie? — zapytał. Jeszcze przed tym jak się zaręczyli zamieszkał z mężczyzną i był ciekaw, czy ten dalej mieszkał w tym samym miejscu, w którym mieszkali wspólnie, czy jednak nie był w stanie i wyniósł się gdzie indziej. — Mamy psa. Owczarka szetlandzkiego — odpowiedział. — Chociaż, chyba można powiedzieć, że jest mój — dodał. — Kupiłem go niedługo po tym, jak się wyprowadziłem. Potrzebowałem jakiejś motywacji do tego, żeby codziennie rano wstawać i żyć dalej. Zwłaszcza, że zmagałem się z głęboką depresją i czułem się naprawdę samotny. Nie chciałem codziennie wracać do pustego domu, w którym siedziałem sam ze swoimi myślami — powiedział i wzruszył ramionami. Poza tym, Calder nie chciał zgodzić się na żadnego zwierzaka, kiedy mieszkali razem, więc poniekąd skorzystał też z okazji, że się wyniósł i mógł sobie w końcu na jakiegoś pozwolić.
Calder Soranzo
This pain won't last forever
: ndz lis 01, 2026 7:45 pm
autor: Calder Soranzo
— Czy na pewno to tego nie wiesz — odparł. — Sam nie wiem — dodał i westchnął. — Mogę o tym pomyśleć — powiedział, choć dało się wyczuć, że nie mówił tego z wielką chęcią. Oczywiście, że nie miał najmniejszej ochoty na to, żeby chodzić na terapię, ale skoro Aven mu to podpowiadał, to może nie byłoby głupio go posłuchać. Z drugiej strony psychiatra na każdej wizycie również mu mówił, że bez psychoterapii się nie obejdzie. Zapewne jakby jeszcze wiedział, że Calder ma problemy z alkoholem, to jeszcze namawiałby go na odwyk. To zdecydowanie by mu się przydało, bo z miesiąca na miesiąc pił coraz więcej i prędzej czy później dojdzie do jakiejś tragedii, zwłaszcza że teraz się okazało, że był przewlekle chory. Westchnął, kiedy Aven nie zaprzeczył. Czego się spodziewał? Że chłopak powie, że nie było sprawy i że wcale nie było mu ciężko? Widział przecież, jak cierpiał, kiedy traktował go w taki podły sposób. Nie był ślepy, choć udawał, że tego nie widzi i że problemu po prostu nie ma. — Ja... — urwał i odetchnął bezgłośnie. Ponownie chciał go odruchowo przeprosić, ale dał sobie siana, bo wiedział, że to i tak nic nie zmieni. Niezależnie od tego, jak wiele razy będzie mu powtarzał, że go przepraszał i że żałował, to nic to między nimi nie naprawi. Tego po prostu nie dało się poskładać do kupy, tym bardziej że wyglądało na to, że dla chłopaka to był już dawno skończony temat.
— No nie wiem — mruknął pod nosem. — Ja nie mam o sobie zbyt dobrego zdania — dodał cicho. Nic dziwnego, że postrzegał się w taki nieciekawy sposób, skoro był w depresji, a do tego miał takie wyrzuty sumienia przez to, jak potraktował swojego byłego męża. Poza tym zdawał sobie sprawę z tego, że nigdy nie był święty i że miał swoje za uszami. Wiele osób go nie lubiło i z wieloma osobami miał kosę. — Jak tak dalej będziesz mi to powtarzał, to jeszcze sobie pomyślę, że ci na mnie zależy i że się martwisz, a tego chyba byś nie chciał. Ostatnie, czego teraz potrzebujesz, to twój były mąż, który robi sobie nadzieję na coś, co nigdy się nie stanie — wysilił się na żartobliwy ton. Gdyby mógł siłą zmusić go do tego, żeby dał mu drugą szansę, to by to zrobił, ale wiedział, że to nie było coś, do czego można było kogoś przymusić. Jeśli ktoś miał komuś dawać szansę i wybaczać, to tylko z własnej woli, a tej w Avenie raczej nie było. — Nasze przez chwilę było. Na samym początku — uśmiechnął się do niego. Gdy zachłysnął się tak tą relacją i świata poza nim nie widział, to był naprawdę szczęśliwy z powodu tego, jak wyglądało jego życie. Miał wtedy wszystko to, czego potrzebował do szczęścia. Szkoda tylko, że potem na własne życzenie to rozpierdolił.
— Niby tak — stwierdził po prostu, chcąc najwyraźniej uciąć temat. On sam potrzebował pomocy, więc nie miał ochoty myśleć o innych. No i przede wszystkim był egoistą, którego nie interesowało dobro obcych ludzi. Nigdy nie miał takiego poczucia, że trzeba pomagać i czynić dobro.
— Ładna okolica — skomentował tylko. Na jego pytanie lekko się skrzywił w pierwszym odruchu. — Nie. Nadal mieszkam w naszym domu. Nie miałem głowy do sprzedaży i kupna czegoś nowego — dodał. I to chyba był spory błąd, bo każdy kąt tego domu przypominał mu o ich małżeństwie i o tym, że kiedyś było im tam dobrze. Jego matka ciągle mu powtarzała, że powinien się pozbyć tego domu i kupić sobie jakieś mniejsze mieszkanie, ale nie mógł się na to zebrać, bo miał wrażenie, że wtedy już kompletnie wyrzuci Avena ze swojego życia. — O proszę — powiedział, unosząc lekko brwi. Nie był tym zaskoczony. Nie spodziewał się natomiast tego, co powiedział jako następne, bo nie sądził, że chłopak tak się na niego otworzy. — To zrozumiałe — odparł i skinął lekko głową. — Widzę, że nam obu ten rozwód nie wyszedł na dobre... A przynajmniej wtedy, bo ty teraz pewnie masz bardzo szczęśliwe życie, skoro szykujesz się do ślubu — uśmiechnął się do niego, choć widać było, że było to wymuszone.
Aven Corvelli
This pain won't last forever
: ndz lis 01, 2026 9:09 pm
autor: Aven Corvelli
— Jestem pielęgniarzem. Śmiem twierdzić, że w tych kwestiach raczej orientuję się nieco lepiej od ciebie — powiedział. Poza tym, sam chodził na terapię i doskonale wiedział, jak bardzo potrafiła pomóc. Gdyby nie to, zapewne stanięcie na nogi zajęłoby mu znacznie więcej czasu. Możliwe też, że w ogóle nie byłby w stanie tego zrobić. Na szczęście, nawet przez chwilę nie zastanawiał się nad tym, czy powinien skorzystać z usług specjalisty. Dobrze wiedział, jak bardzo to mogło pomóc, kiedy człowiek był w kryzysie i potrzebie. — Naprawdę dobrze by ci to zrobiło. Jeśli jednak nie wypali i nie będziesz widział poprawy, to po prostu możesz zrezygnować — wzruszył ramionami. W końcu to nie tak, że jak pójdzie na terapię, to potem do samego końca będzie musiał jakoś ją przetrwać. Mógł zrezygnować w każdej chwili, jeśli uzna, że to jednak nie jest dla niego. Gdy mężczyzna tak urwał, pokręcił głową na boki, jakby chciał mu dać do zrozumienia, żeby nie kończył. Chyba dobrze wiedział, co takiego Calder chciał powiedzieć. Niczego i tak to nie zmieni.
— Zdążyłem zauważyć — powiedział. — Aż ciężko w to uwierzyć. Kiedyś byłeś naprawdę pewnym siebie facetem — dodał i westchnął cicho. Przykro się patrzyło teraz na Caldera i na to, jak bardzo się stoczył pod tym względem. Kiedyś Soranzo doskonale znał swoją wartość, ale teraz w ogóle nie sprawiał takiego wrażenia. — Jesteś moim pacjentem. Oczywiście, że się martwię i zależy mi na tym, żeby leczenie przynosiło rezultaty i abyś poczuł się lepiej. Tak samo, jak zależy mi na zdrowiu każdego innego pacjenta, z którym mam do czynienia. To część mojej pracy — odpowiedział i wzruszył ramionami. Była to idealnie wymijająca odpowiedź, dzięki której uniknął przyznawania na głos, że rzeczywiście martwił się o Caldera. W jego głowie pojawiały się czarne scenariusze, jak to wszystko może się dla niego skończyć, jeśli ten nie weźmie swojej choroby na poważnie i nie zacznie przestrzegać zaleceń, do których koniecznie trzeba było się stosować. — Ale potem przestało — sprowadził go na ziemię. Owszem, na początku był przekonany, że w znalazł kogoś, kto jest dla niego idealny. Kochał mężczyznę do szaleństwa i wierzył w to, że z wzajemnością. Niestety, po czasie rzeczywistość wszystko zweryfikowała i ostatecznie zakończyło się tak, że każdy z nich poszedł w swoją stronę.
— Też tak uważam — kiwnął głową, zgadzając się z nim. — Jasne. Rozumiem — pokiwał głową. Nie był pewien, czy to dobrze. Patrząc na to, jak Calder wciąż nie potrafił pogodzić się z tym, że się rozstali, chyba lepiej by mu zrobiło, gdyby sprzedał ten dom w pizdu i przeprowadził się do nowego miejsca. Mieszkanie w ich wspólnym domu na pewno mu nie służyło. — Jego obecność bardzo mi pomogła. Może też jednak powinieneś pomyśleć o jakimś miziastym towarzyszu — odparł i uśmiechnął się delikatnie. — Nie, nie wyszedł — przyznał mu rację. Chociaż, w ogólnym rozrachunku, dla Avena to był dobry krok w przód. Inaczej by się wykończył przy Calderze i kto wie, jak mogłoby się to dla niego skończyć. — Nie mogę narzekać na to, jak wygląda. Mam wrażenie, że w końcu wszystko zaczyna się układać tak jak powinno — stwierdził. Nie miał zamiaru ukrywać tego, że po prostu było u niego dobrze. Nie miał również żadnych powodów, żeby kłamać i mówić, że tak nie było, byleby tylko Calder lepiej poczuł się z myślą, że jemu również było tak samo chujowo.
Calder Soranzo
This pain won't last forever
: pn lis 02, 2026 7:26 am
autor: Calder Soranzo
— Pewnie polecasz terapię każdemu, kto ma jakąś cięższą chorobę albo jest po stracie bliskich, mam rację? — zerknął na niego. Nie był głupi, domyślał się, że jak ktoś poważnie chorował, to zazwyczaj miał też problemy z zaakceptowaniem i przetrwaniem tego. Wtedy taka terapia na pewno się przydawała. Jemu też na pewno zrobiłoby to dobrze, gdyby tylko się do tego przełamał i był w stanie otworzyć się na obcą osobę. Nie chciał tego robić, ale może to nie byłoby takie głupie? Może nawet weźmie to pod uwagę. — Wiem, że nie muszę kontynuować, jeśli już zacznę, ale nie lubię zostawiać takich spraw niedokończonych. Sam nie wiem... Muszę to dobrze przemyśleć — westchnął. Weźmie to pod uwagę tylko dlatego, że to Aven mu to zaproponował. Nie chciał o siebie walczyć, bo nie miał już siły. Nie był nawet pewien, czy będzie w stanie regularnie się zbierać i chodzić do tego psychologa. Już na sam zabieg, który tak naprawdę ratował mu życie, ciężko mu się było zebrać i dotrzeć tutaj na trzeźwo.
— Trochę się pod tym względem u mnie pozmieniało — uśmiechnął się do niego smutno. Oj zmienił się i to bardzo. W ogóle nie przypominał tego człowieka, którym był kiedyś. Brakowało mu pewności siebie, energii do życia... Nie miał w sobie nic. Czasami czuł się tylko jak pusta skorupa, która musiała egzystować. Czasami z tego wszystkiego nachodziły go naprawdę natrętne myśli, ale na szczęście nigdy nie brał na poważnie tego, żeby ze sobą skończyć. Nie miałby po prostu odwagi, bo za bardzo bał się śmierci, nawet jeśli ta miałaby mu przynieść ulgę. — Wolałbym, żebyś powiedział, że troszczysz się tak o mnie, bo to ja, a nie dlatego, że to twój pracowy obowiązek — westchnął. — Ale tak, wiem, nie ma się co czarować — zrezygnowany pokręcił lekko głową na boki. Chciałby, naprawdę by chciał, żeby Aven ponownie się nim interesował i żeby znów byli razem. Może jakimś cudem dzięki temu, że teraz pewnie często się będą widywać przez te zabiegi, to jednak się do siebie zbliżą? Zapewne nie, ale i tak będzie sobie robił na to niepotrzebnie nadzieję. — Wiem — powiedział i westchnął zrezygnowany. Świadomość tego, że wszystko tak koncertowo spierdolił, przytłaczała go każdego dnia. Nie było takiego, kiedy by tego nie roztrząsał, choć przecież mięło już dobre parę lat.
— Pewnie myślisz, jak moja matka, że powinienem to sprzedać w pizdu i przeprowadzić się gdzieś indziej? Myślałem o tym, ale po prostu nie potrafię. Nie umiem. Za duży sentyment, co w sumie jest zabawne, bo nigdy nie byłem sentymentalnym gościem — odetchnął nieco głębiej. Nie to, żeby Avena to w ogóle miało interesować, ale miał takie poczucie, że był mu winien wyjaśnienia. — Dobrze wiesz, że nie przepadam za zwierzakami. Robią wokół siebie bałagan i kłaczą. Poza tym nie jestem teraz w dobrym stanie, żeby zajmować się żywą istotą — zaczął. — Choroba i te sprawy — dodał prędko, bo nie chciał, żeby chłopak chociaż przez chwilę sobie pomyślał, że miał jakieś problemy ze sobą. Taki pies tylko by się z nim męczył, bo musiałby czekać na to, aż łaskawie przestanie chlać i z nim wyjdzie albo chociaż wypuści go na ogród. Westchnął na jego słowa. To było przykre, że najwyraźniej ten rozwód zniszczył ich oboje, z tą różnicą, że Calder nie umiał się do dzisiaj po tym pozbierać. — Cieszę się, że jesteś szczęśliwy — uśmiechnął się do niego, choć po oczach widać było, że wcale go to nie cieszyło.
Aven Corvelli