it's hard to forget your past when it's written all over your body
: pt paź 30, 2026 8:03 pm
Dużo mówiła o nim.
O tym, czego nie powinien chcieć; co powinien zrozumieć, co powinien wreszcie od siebie odsunąć. Układała przed nim kolejne powody, coraz staranniej dobierając słowa, choć przecież wystarczyłoby jedno pytanie o nią samą, żeby cała ta przekonująca argumentacja zaczęła się rozsypywać. Wiedziała, dlaczego tak uparcie pozostawała po jego stronie rozmowy. Po swojej musiałaby przyznać, że ledwie chwilę wcześniej niemal ucieszyła się z czegoś, co dla niego mogło być kolejnym nieszczęściem.
Że nadal jej p o t r z e b o w a ł.
Czuła jak jego palce przesunęły się pomiędzy kosmykami i poczuła je również pod nimi, na odsłoniętej skórze. Mięśnie przy jej łopatkach napięły się odruchowo, ale zaraz później przebiegło po nich coś znacznie mniej niewinnego niż strach; drobny dreszcz, który zszedł niżej.
Przyjęła fakt o jej krzywdzie ze znajomym już ściskiem pod żebrami; przygotowana na wszystko, co mogło przyjść po nich; na akt oskarżenia, którego autorem była już i tak sama. Na kolejne potwierdzenie, że miała rację; i swój własny wniosek że nie powinna była pozwolić sobie nawet na tę krótką, bezwstydną ulgę.
Ale później powiedział również o sobie.
O nim samym, który skrzywdził ją.
Nie zgadzała się, oczywiście że nie. Protest miała już w zasadzie zbudowany i gotowy do przedstawienia mu (zabawne, że akurat tu potrafiła chcieć się sprzeciwić tak po prostu, bez strachu). Rozwarła nawet wargi, by mógł wybrzmieć, ale słowa uwięzły w jej gardle za sprawą tak prostego a dla jej ciała jakże skomplikowanego gestu. Ledwie muśnięcie, otarcie fragmentu skóry o skórę – ale to wystarczyło. Było wystarczające, by wytrącić jej sensowne argumenty z ręki. By nie mogła po nie sięgnąć uziemiona prostym, niemal niepozornym ruchem. Jej serce ścisnęło się rozpaczliwie; jej płuca nie chciały oddać oddechu.
Chciała go.
Nawet teraz, pomiędzy jednym przypomnieniem krzywdy a drugim, jej ciało znajdowało miejsce na coś tak prostego. Coś tak egoistycznego.
Pytanie dotarło do jej ucha, otoczyło je gorącym oddechem, który je przyniósł.
Przez chwilę milczała, z ustami rozchylonymi do odpowiedzi, która wydawała się zbyt mała wobec wszystkiego, co usiłowała w niej zmieścić. Czy myślała o nim? Znalazła czas?
— Tak — odpowiedziała szeptem; tak cicho, że odpowiedź mogłaby umknąć jej autorce. Jej palce zacisnęły się mocniej na ściskanym materiale sukienki.
Tak, kiedy rano robiła kawę i przegryzała zwykłą kanapką a nie rogalem z francuskiej brunchowni. Tak, kiedy siadała na kanapie w tym samym miejscu, które zajęła przy nim. Tak, kiedy nieudany muzyk zza ściany rozpoczynał swoją lekcję.
Tak, również wtedy, kiedy próbowała nie myśleć.
Podniosła spojrzenie do lustra. Odnalazła fragment jego twarzy przy własnej, ciemne włosy, znajomą linię policzka; i uznała że zdecydowanie łatwiej było patrzeć na niego w ten sposób. Łatwiej było powiedzieć to wszystko.
— Każdego dnia, Vincent. — Jego imię przeszło przez jej usta z tą samą miękkością, której przez tyle tygodni nie miała komu dać. Poczuła ją dopiero po chwili i niemal natychmiast zapragnęła cofnąć wzrok; schować się przed tym, jak wiele mogło zdradzić samo brzmienie tych kilku słów. — Zastanawiałam się, jak się czujesz. Czy twoje rany się goją. Czy… — urwała na krótko. — Czy w ogóle jeszcze czasami o mnie myślisz. — Chociaż nie powinna była chcieć, żeby to robił. Powinna życzyć mu spokoju, w którym nie musiałby wracać do jej twarzy i wszystkich rzeczy, które zaczęła dla niego oznaczać. Do jej zdrady; do krzywdy, do której doprowadziła. — Chciałam, żebyś znowu usiadł obok. Żebyś znowu powiedział mi jakie nudne jest moje życie, wypomniał mi krzyżówki, które tak naprawdę zaczęłam rozwiązywać tylko dlatego, że ty mi je zarzuciłeś. — Kącik ust drgnął jej, nie układając się jednak do uśmiechu.
Zamiast tego opuściła spojrzenie.
Szczerość była w zasadzie minimum, którą mogła mu podarować po tym wszystkim. Po tym jak brała i brała, każdego dnia okłamując go. Choć nie do samej intencji swojej obecności, nie całkiem, to wobec tego, co o nim postanowiono. Wspólnie z nią.
— Moja normalność przestała być normalna dla mnie — przyznała słabiej. — Stała się pusta bez ciebie.
You were everywhere, especially where you weren't
O tym, czego nie powinien chcieć; co powinien zrozumieć, co powinien wreszcie od siebie odsunąć. Układała przed nim kolejne powody, coraz staranniej dobierając słowa, choć przecież wystarczyłoby jedno pytanie o nią samą, żeby cała ta przekonująca argumentacja zaczęła się rozsypywać. Wiedziała, dlaczego tak uparcie pozostawała po jego stronie rozmowy. Po swojej musiałaby przyznać, że ledwie chwilę wcześniej niemal ucieszyła się z czegoś, co dla niego mogło być kolejnym nieszczęściem.
Że nadal jej p o t r z e b o w a ł.
Czuła jak jego palce przesunęły się pomiędzy kosmykami i poczuła je również pod nimi, na odsłoniętej skórze. Mięśnie przy jej łopatkach napięły się odruchowo, ale zaraz później przebiegło po nich coś znacznie mniej niewinnego niż strach; drobny dreszcz, który zszedł niżej.
Przyjęła fakt o jej krzywdzie ze znajomym już ściskiem pod żebrami; przygotowana na wszystko, co mogło przyjść po nich; na akt oskarżenia, którego autorem była już i tak sama. Na kolejne potwierdzenie, że miała rację; i swój własny wniosek że nie powinna była pozwolić sobie nawet na tę krótką, bezwstydną ulgę.
Ale później powiedział również o sobie.
O nim samym, który skrzywdził ją.
Nie zgadzała się, oczywiście że nie. Protest miała już w zasadzie zbudowany i gotowy do przedstawienia mu (zabawne, że akurat tu potrafiła chcieć się sprzeciwić tak po prostu, bez strachu). Rozwarła nawet wargi, by mógł wybrzmieć, ale słowa uwięzły w jej gardle za sprawą tak prostego a dla jej ciała jakże skomplikowanego gestu. Ledwie muśnięcie, otarcie fragmentu skóry o skórę – ale to wystarczyło. Było wystarczające, by wytrącić jej sensowne argumenty z ręki. By nie mogła po nie sięgnąć uziemiona prostym, niemal niepozornym ruchem. Jej serce ścisnęło się rozpaczliwie; jej płuca nie chciały oddać oddechu.
Chciała go.
Nawet teraz, pomiędzy jednym przypomnieniem krzywdy a drugim, jej ciało znajdowało miejsce na coś tak prostego. Coś tak egoistycznego.
Pytanie dotarło do jej ucha, otoczyło je gorącym oddechem, który je przyniósł.
Przez chwilę milczała, z ustami rozchylonymi do odpowiedzi, która wydawała się zbyt mała wobec wszystkiego, co usiłowała w niej zmieścić. Czy myślała o nim? Znalazła czas?
— Tak — odpowiedziała szeptem; tak cicho, że odpowiedź mogłaby umknąć jej autorce. Jej palce zacisnęły się mocniej na ściskanym materiale sukienki.
Tak, kiedy rano robiła kawę i przegryzała zwykłą kanapką a nie rogalem z francuskiej brunchowni. Tak, kiedy siadała na kanapie w tym samym miejscu, które zajęła przy nim. Tak, kiedy nieudany muzyk zza ściany rozpoczynał swoją lekcję.
Tak, również wtedy, kiedy próbowała nie myśleć.
Podniosła spojrzenie do lustra. Odnalazła fragment jego twarzy przy własnej, ciemne włosy, znajomą linię policzka; i uznała że zdecydowanie łatwiej było patrzeć na niego w ten sposób. Łatwiej było powiedzieć to wszystko.
— Każdego dnia, Vincent. — Jego imię przeszło przez jej usta z tą samą miękkością, której przez tyle tygodni nie miała komu dać. Poczuła ją dopiero po chwili i niemal natychmiast zapragnęła cofnąć wzrok; schować się przed tym, jak wiele mogło zdradzić samo brzmienie tych kilku słów. — Zastanawiałam się, jak się czujesz. Czy twoje rany się goją. Czy… — urwała na krótko. — Czy w ogóle jeszcze czasami o mnie myślisz. — Chociaż nie powinna była chcieć, żeby to robił. Powinna życzyć mu spokoju, w którym nie musiałby wracać do jej twarzy i wszystkich rzeczy, które zaczęła dla niego oznaczać. Do jej zdrady; do krzywdy, do której doprowadziła. — Chciałam, żebyś znowu usiadł obok. Żebyś znowu powiedział mi jakie nudne jest moje życie, wypomniał mi krzyżówki, które tak naprawdę zaczęłam rozwiązywać tylko dlatego, że ty mi je zarzuciłeś. — Kącik ust drgnął jej, nie układając się jednak do uśmiechu.
Zamiast tego opuściła spojrzenie.
Szczerość była w zasadzie minimum, którą mogła mu podarować po tym wszystkim. Po tym jak brała i brała, każdego dnia okłamując go. Choć nie do samej intencji swojej obecności, nie całkiem, to wobec tego, co o nim postanowiono. Wspólnie z nią.
— Moja normalność przestała być normalna dla mnie — przyznała słabiej. — Stała się pusta bez ciebie.
You were everywhere, especially where you weren't