Strona 4 z 5
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: ndz paź 25, 2026 9:58 pm
autor: Hunter Robertson
— W ogóle nie umiesz się bawić. — rzucił, wywracając oczami. Noc w lesie to zawsze jakieś ciekawe doświadczenie i próba swoich umiejętności przetrwania, a nigdy nie wiadomo kiedy nadejdzie apokalipsa zombie i trzeba będzie jakoś sobie radzić. I z kim miał się sprawdzić jak nie z najlepszym przyjacielem?
— Ambrose… ughh… uwielbiam Cię, ale czasem powinieneś dostać lanie. Teraz świat stawia na tolerancję i traktowanie ludzi jak równych sobie, a ty… to nie jego wina, że nie ma tyle pieniędzy co ty. Poza tym pewnie nie uważa ich za coś najważniejszego w życiu i widzi szczęście w innych rzeczach? Może też powinieneś? I nie musisz traktować go jak przyjaciela. Po prostu odpuść mu, bo po co tworzyć nieprzyjemną atmosferę w domu? — westchnął, patrząc na przyjaciela. Ile razy by nie próbował go przekonać, ten wiedział swoje, więc postanowił odpuścić, ale dopiero po tym razie. Jak tak bardzo uwielbia sobie psuć humor to proszę bardzo. Wcale by się nie zdziwił, gdyby te kłótnie były prowokowane przez Sinclaira, który potem opowiadał jak tamten go bardzo denerwuje.
— Myślisz, że to zrobi na mnie jakieś wrażenie? — zapytał i parsknął śmiechem. Czemu niby dotykanie mięsa miałoby mu przeszkadzać? Surowego by nie zjadł, ale dotykanie? Przecież nie zrobi mu krzywdy. Ach ten Ambrose, taki delikatny jak dziewczynka. Jego rodzicom zdecydowanie coś poszło nie tak.
— No już się tak nie przemęczaj. Talerze wystarczą. — rzucił, kręcąc głową i przemieszał jedzenie na patelni. Warzywa w końcu zrobiły się miękkie, kurczak wyglądał na usmażonego i ryż na szczęście się nie rozgotował, więc nie było tragedii i parę chwil później jedzenie znalazło się na ich talerzach. Gordon Ramsay może nie byłby dumny, ale przynajmniej będą najedzeni i niczym się nie zatrują. — Możemy zjeść przed telewizorem. Możesz wziąć piwa? — zapytał, łapiąc za talerze z jedzeniem i ruszył z nimi do salonu, ustawiając je na niewielkim stole przed kanapą. Rozsiadł się wygodnie i sięgnął po pilota, odpalając pierwszy lepszy kanał na którym leciał jakiś film, a nie dziwny teleturniej czy wiadomości. — Chcesz potem popływać czy boisz się, że znowu Cię coś zaatakuje? — zapytał, sięgając po talerz i pochłaniając pierwszy kęs jedzenia, które było całkiem smaczne. Może jednak nie jest taki beznadziejny w gotowaniu jak mu się wcześniej wydawało? Ale zawsze to była jakaś wymówka, żeby pójść na obiad do brata albo mamusi, nie musiał jednak się do tego przyznawać, prawda?
Ambrose Sinclair
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: ndz paź 25, 2026 11:22 pm
autor: Ambrose Sinclair
-Umiem. Ale nie w dziczy, bo tam nie ma niczego ciekawego. Naprawdę Hunter, ty czasami powinieneś się puknąć w łeb, wiesz? Zaproponuj mi jakąś imprezę, to wtedy porozmawiamy o zabawie - odpowiedział, wzdychając. I to niby on był niereformowalny? A Robertson to co sobą reprezentował, skoro w głowie to mu były jakieś hulanki po lesie, najlepiej jeszcze z zaledwie podstawowym wyposażeniem, jak nóż i krzesiwo. A co to oni, ludzie pierwotni? Niczego innego nie wynajdą, skoro koło już jest, umiejętność rozpalania ognia podobnie. Nie musieli się cofać w czasie, żeby dobrze się bawić i Rose miał zamiar to przyjacielowi udowodnić.
-Jestem tolerancyjny. Ostatecznie jeszcze go nie wywaliłem z domu, a to chyba coś, nie? Ale mogę mieć swoje własne zdanie - wzruszył ramionami. Oczywiście nie widział niczego złego w takim traktowaniu swojego minionka. Był jego służbą, więc czego oczekiwał? Może jeszcze Sinclair miał mu pomagać w codziennych obowiązkach? Nie jego pracą było gotowanie, czy sprzątanie. - Och, ale ja ani trochę nie narzekam na atmosferę w domu. Momentami naprawdę wyśmienicie się bawię - odpowiedział. Kosztem Valentine, ale tego pewnie Hunter się domyślał. Cóż, faktycznie jeśli chodziło o jego podejście do tego chłopaka, Ambrose był wyjątkowo niereformowalny. Tak został wychowany i tak wydawało mu się, że jest w porządku. Że byli ludzie wyżej i niżej, nic pomiędzy.
-Jesteś obrzydliwy. Przypomnij mi, czemu ja się w ogóle z tobą zadaje - skrzywił się. Fuj. Naprawdę tamten lubił, jak przwalało mu się mięsem w twarz? Mało fajny fetysz, trzeba przyznać. Rozumiał, że każdy miał swoje dziwactwa, ale to już była przesada.
Zerknął sceptycznie na jedzenie, które dostał na talerzu. Nie pachniało najgorzej, musiał to przyznać. No i ostatecznie nikt nie kazał mu wcześniej biegać za kurą, by ją upolować. Duży plus.
Postawił piwa, o które poprosił Hunter i dołączył do niego na kanapie przed telewizorem.
-W wodzie nie ma robali. A jeśli jakieś będą, będziesz je wyławiał - skomentował, ostatecznie siadając po turecku, przez co trochę popchnął przyjaciela. Ta kanapa zdecydowanie była za mała. I jak on miał na niej spać?
-Zjadliwe - skomentował, kiedy spróbował ostrożnie posiłku. Naprawdę nie było takie złe, jak mógł początkowo podejrzewać. - Nawet całkiem - dodał. No dobrze, Hunterowi mógł powiedzieć komplement. - Poszukaj czegoś głupiego. Może jakiś program na TLC? Tam zawsze lecą zabawne rzeczy.
Hunter Robertson
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 5:06 am
autor: Hunter Robertson
— Ale imprezkę możemy mieć nawet co tydzień jeśli chcesz, a do takiego lasu pewnie wybierzemy się raz na ruski rok. W życiu trzeba spróbować kilku rzeczy przed śmiercią, wiesz? — powiedział, kręcąc głową. Nawet nie pytał co było na liście Ambrose, bo pewnie wszystko dotyczyło jego kariery, chociaż był ciekawy czy jest tam coś o związkach przed którymi się ostatnio tak bronił.
— Nawet nie chcę wiedzieć… — westchnął. Tak, Ambrose na pewnie zajebiście się bawił kosztem swojego służącego, ale nawet nie tracił czasu na tłumaczenie mu jak bardzo nie podobało mu się takie zachowanie. Nie ważne co powie on i tak zrobi swoje, więc po co się produkować? Ale trochę szkoda mu było chłopaka, który musiał dla niego pracować.
— Bo jestem przystojny i dobrze wyglądam w ubraniach od Ciebie? No i jestem jak twój starszy brat, którego nigdy nie będziesz miał, więc nie narzekaj. — odparł, wzruszając ramionami. Sam się czasem zastanawiał jakim cudem Ambrose był jego bliskim przyjacielem, skoro mieli różne podejście do ludzi, którzy mieli mniej pieniędzy. Dla niego nie było różnicy czy ktoś jest bogaczem i co tydzień jeździ na weekend do innego kraju, czy ledwo wiąże koniec z końcem i musi pracować na trzy etaty, żeby mieć na jedzenie i rachunki. Liczyło się to jakim ktoś był człowiekiem i co sobą reprezentował. Ambrose najwidoczniej coś takiego w sobie miał, ale czasem powinien zostać wyjaśniony i to porządnie.
Całe szczęście Sinclair nie marudził jak bardzo jedzenie mu nie pasuje przy którym się przecież tak cholernie napracował, a na jego zdolności (raczej ich brak) to naprawdę spory wyczyn. W sumie został tak jakby zmuszony do gotowania, bo tak z własnej woli to raczej niechętnie by się do tego zabrał.
— Wyluzuj. W wodzie jedyne czego powinieneś się obawiać to rekiny, ale w tym jeziorze ich nie ma, więc luźna guma. — rzucił, pochłaniając kolejny kęs jedzenia.
— Czyli damy radę przeżyć bez wynajętej kucharki? — zapytał, zerkając na niego. Jeśli kolejne próby gotowania pójdą im tak dobrze to chyba nie umrą z głodu. Po słowach Ambrose zmienił kanał na TLC i akurat leciała „Wiza na miłość”. — Myślisz, że mógłbyś wziąć udział w czymś takim? — zapytał, odkładając pilot na bok i zabrał się za jedzenie, które popijał co jakiś czas piwem.
Ambrose Sinclair
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 12:51 pm
autor: Ambrose Sinclair
-Ty się nie martw o listę rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią. Zapewniam cię, że jest całkiem pokaźna, ale zdecydowanie nie ma na niej szlajania się po lesie. Przecież tam są robale. Niby jak chcesz mnie przed nimi uchronić, co? - spytał patrząc na przyjaciela. To było niedorzeczne. Robertson nie był w stanie zapewnić go, że z nim nic mu nie groziło, jeśli brać pod uwagę owady. One latały według własnych zasad, a już jedna osa go dzisiaj ugryzła. Nie było mowy, aby nastawił się po raz kolejny. Uwielbiał swojego przyjaciela i mógł tak powiedzieć jedynie o nim, ale czasami aż prosiło się by trzepnąć go po łbie.
-Kiedyś do mnie przyjdziesz to zobaczysz. Poza tym Hunter, litości, nie robię mu niczego złego. Nie każę mu skakać do studni, wieszać się, czy coś - wzruszył lekko ramionami. Równie dobrze mógł być dla Valentina gorszy, ale miał jakieś tam granice, które zachował. Nie chciał go u siebie w domu, ale też nie chciał, by jego sumienie przejmowało się kimś takim, jeśli stanie mu się coś poważnego. Jak dobrze, że Sinclair znał sposoby, aby komuś dopiec bez użycia dużej ilości siły. Przynajmniej tej fizycznej.
-No dobrze, masz rację. Nigdzie indziej nie znajdę tak dobrze zbudowanej osoby, która będzie się tak łatwo oddawała pod wszelkie przymiarki. Tak nawiasem będziesz mi niedługo potrzebny, ale dam ci znać, kiedy zbliży się termin - rzucił, uśmiechając się szeroko. Rose mógłby podać jeszcze więcej powodów, dla których przyjaźnił się z chłoapkiem, ale te, które wymienił drugi mężczyzna były najważniejszymi. - I chwała wszechświatowi. Nie potrzebuję kolejnej osoby w domu. Cenię sobie spokój, więc dobrze bracie, że mieszkasz gdzie indziej - odpowiedział, lekko go szturchając. Hunter znał go najlepiej, bo to właśnie jemu dał się poznać.
-Dlatego mogę pływać - rzucił, przełykając ostatni kęs. Było całkiem smaczne, o czym jasno świadczył fakt, że chłopak zjadł wszystko. Był raczej niejadkiem, który dbał o swoją figurę, więc widok pustego talerza powinien schlebiać Hunterowi. - Ale musimy chwilę odpocząć. Nie wskoczę do wody zaraz po jedzeniu. To wpływa niekorzystnie - uprzedził, wstając. Przeciągnął się, mrucząc cicho.
Opadł na kanapę, zerkając na telewizor.
-A co to w ogóle jest? Tak, wiedzę, TLC, ale nie oglądam tego często. Tyle, co jak są programy o sukniach ślubnych i innych modowych rzeczach, które lubię. No i jeszcze Słodki biznes. To by się spodobało twojemu nowemu chłoptasiowi - powiedział, patrząc na ekran. Upił łyk piwa, które powoli zaczynało się kończyć.
Hunter Robertson
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 4:38 pm
autor: Hunter Robertson
— Wszędzie są robale, wiesz? Nawet tutaj zaraz może jakiś wylecieć i ugryźć Cię w dupę, ale z niej już niczego nie będę wysysał i będziesz musiał sobie jakoś poradzić. — rzucił, krzywiąc się. Nawet jeśli był bardzo otwarty i wiele rzeczy mu nie przeszkadzało, tak zbliżanie twarzy do tyłka przyjaciela nie wchodziło w grę.
— Mam patrzeć, jak mu dokuczasz? Nie wariuj. — mruknął. Jak już miałby się wybrać do Ambrose, pewnie kazałby mu się uspokoić za każdym razem, jak według niego przesadzi. Nigdy nie rozumiał radości płynącej z dokuczania komuś, bo nie miał tyle samo pieniędzy co on. Przecież przy Ambrose to jakieś trzy czwarte społeczeństwa jak nie więcej. Jeszcze rozumiałby to jakby Valentin był naprawdę okropną i denerwującą osobą, a on był po prostu prowokowany przez Sinclaira i próbował się bronić. Czemu bezpodstawnie miałby dokuczać swojemu pracodawcy, ryzykując wyrzuceniem z pracy siebie i matki?
— No i po co to mówiłem. — zaśmiał się, teatralnie uderzając się w czoło. Przymiarki nie były złe, jeśli szły sprawnie, a znając profesjonalizm Sinclaira na pewno szybko się uwinie, nie tracąc niepotrzebnie czasu na coś do czego potem nie będzie go potrzebował. — No bardzo miły jesteś dla brata. Czemu właściwie wciąż mieszkasz u rodziców? Ja w twoim wieku już dawno mieszkałem sam. — odparł, zerkając na przyjaciela. Skoro tak mu przeszkadzała służba wybrana przez rodziców, na swoim mógł wybrać kogo tylko chciał i nikt nieproszony by mu nie przeszkadzał. O wiele prostsze i przyjemniejsze rozwiązanie.
— Nikt Ci nie każe od razu iść pływać. — uspokoił go, połykając ostatnie kęsy jedzenia i odłożył talerz na stolik, sięgając po sok. Dobrze, że oboje się najedli, ale czy teraz do końca wyjazdu to on będzie musiał gotować? Jeśli tak, pewnie codziennie będą jedli to samo, bo aż tak dobrze sobie nie radził.
— Wiza na miłość? Nie oglądałeś tego nigdy? — zdziwił się. Sam nie oglądał telewizji zbyt często, a TLC na jego ekranie pojawiała się niezwykle rzadko, ale kilka programów ogarniał. Nie był to jakiś wysoki poziom, ale po ciężkim dniu można obejrzeć, żeby się odmóżdżyć. — Hudsonowi? To nie jest mój nowy chłoptaś. Właściwie… nie rozmawiamy od świąt… — mruknął, opierając policzek na dłoni. Sama myśl, że student go ignorował tyle czasu strasznie go bolała, bo nie rozumiał dlaczego. Może skrzywdził go tamtej nocy i tamten bał się mu o tym powiedzieć? A może rzeczywiście był w tych sprawach beznadziejny i nikt mu nie powiedział, żeby nie zrobić mu przykrości?
Ambrose Sinclair
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 5:07 pm
autor: Ambrose Sinclair
-Już nie udawaj, że nie chciałbyś zobaczyć mojego tyłka z bliska. Obaj wiemy, że jest idealny. A jeśli jeszcze raz wspomnisz mi o wchodzących tu robalach, postaram się byś nie miał więcej żadnych klientów w swoim studiu - odpowiedział. Wzdrygnął się na samą myśl, że coś mogłoby po nim w nocy chodzić. Jak nic zanim pójdą spać, Hunter będzie musiał dokładnie sprawdzić cały dom, aby mieć pewność, że nic nigdzie nie wtargnęło. Zdecydowanie Ambrose nie chciałby się obudzić z czymś obrzydliwym na twarzy, nie mówiąc już o tym, że jakieś ohydztwo mogłoby wejść mu do buzi. No i czemu w ogóle o tym teraz myślał?! Wszystko wina Huntera.
-Przynajmniej zobaczyłbyś, że nie dzieje mu się żadna krzywda. Ja mu tylko pokazuję, że świat nie jest taki, jak mu się wydaje w tej jego główce - wzruszył ramionami. Sinclair nie widział niczego złego w tym, co robił. Jego zdaniem Valentin powinien zmierzyć się z prawdą. On jedynie mu w tym pomagał, pokazując, że niestety, ale status ma znaczenie, a każdy kto myślał inaczej, był zwyczajnie w błędzie. Pod tym względem Rose zdecydowanie był niereformowalny, nie mając nawet najmniejszego zamiaru zmieniać niczego w swoim zachowaniu.
-Jesteś mi to winien - uśmiechnął się do niego. Mógł zabrać go na wycieczkę do jakiejś willi, ewentualnie wypasionego domku, a nie na łono natury, gdzie musiał się mierzyć z jakimiś robalami. Po tym wszystkim tak drobna rekompensata zdecydowanie należała się chłopakowi. Poniesione straty i takie tam. Zresztą przymiarki w jego wykonaniu nie były niczym złym. Co prawda mogła mu się gdzieś igła omsknąć, jeśli tylko Robertson nie będzie wystarczająco posłuszny, ale poza tym Rose nie przewidywał rozlewu krwi. Lepsze z Hunterem, niż z tym jełopem u niego w domu.
-A po co mam się wyprowadzać, skoro mam niemal cały dom dla siebie? Poza tym skupiam się teraz na swojej karierze, nie mam czasu na szukanie domu - skomentował. To wymagało poświęcenia chwili, której Sinclair nie posiadał. Miał nawał pracy, a rodziców i tak nie było w domu specjalnie często. Matka co prawda bywała codziennie, ale jakoś się mijali.
-A po co miałbym to oglądać Hunter? - popatrzył na niego jak na głupka. Do miłości było mu daleko; kolejna rzecz, na którą Rose po prostu nie miał czasu. Zresztą był młody, musiał się wyszaleć, a nie jeszcze komuś wyznać, że go kocha. Brzmiało wystarczająco głupio, nawet w jego myślach. -Nie rozmawiacie? Co zrobiłeś? Albo co on zrobił? Myślałem, że dobrze wam się gada - powiedział, patrząc na chłopaka. Teraz trochę go zszokował i zirytował, że nie powiedział mu o tym wszystkim wcześniej. - No już, jak u spowiedzi.
Hunter Robertson
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 5:56 pm
autor: Hunter Robertson
— Swój tyłek pokazuj komuś innemu, ok? No ale co ja Ci poradzę, że robale są wszędzie? — westchnął, kręcąc głową. Pewnie były nawet w jego domu i o tym nie wiedział, bo ktoś je dla niego zabijał. Kto wie czy przypadkiem nie było tego na liście obowiązków dla tego chłopca, który teraz u niego pracował, bo wątpił, że Sinclairowie specjalnie zatrudniali jakiegoś typka od dezynsekcji, który latał za każdym robakiem po domu.
— Ale co Ci to przeszkadza? Daj mu robić swoje i niech sobie żyje jak chce. Nawet jakby wierzył, że w piwnicy żyją jednorożce, a w szafie jest wejście do Narnii to nie twój problem. Myślisz, że wszyscy twoi znajomi tak traktują służbę? — aż wolał nie myśleć ile biedaków jest tak traktowanych w domach tych bogaczy. Ambrose był jedyną taką osobą, którą znał, bo jak słyszał o reszcie to aż mu się robiło niedobrze. Niby mógł też zaliczać do tego Kola, ale on był spokojnym nerdem, który nie patrzył na to ile ktoś miał pieniędzy w kieszeni.
— No dobra. Ale żeby to były normalne ubrania, bo sukienek nie ubiorę. Moda w tych czasach wciąż mnie zaskakuje. — mruknął. Nie miał nic do ludzi, którzy mieli inny styl, ale sukienki wolał jednak zostawić dla kobiet. O wiele lepiej w nich wyglądały, bo męskie nogi nie były zbyt zgrabne.
— Ale mimo wszystko to dom rodziców. Kup własny, znajdź własną służbę skoro musisz, zobacz jak to jest robić wszystko samodzielnie, a nie idziesz na łatwiznę. Nie planujesz chyba tam zostać do czterdziestki? — zapytał. Dobra, może nie myślał o tym kiedy rodziców widywał w domu naprawdę rzadko, ale co jeśli jego rodzice postanowią trochę odpocząć i zaczną spędzać czas w domu? Dalej nie będzie mu to przeszkadzało? A mieszkanie samemu przynosiło jeszcze jedne plus — nie będzie musiał widywać Valentina.
— Bo dobrze nam się gada. Po prostu… pomagał mi przed świętami ubierać choinkę, trochę przy okazji wypiliśmy i nas poniosło. Przespaliśmy się, a rano uciekł, jakbyśmy zrobili coś złego i teraz się do mnie nie odzywa. Wysyła jedynie jakieś zdawkowe odpowiedzi jak do niego piszę albo całkiem ignoruje moje wiadomości i tyle. Nie wiem już czy zrobiłem mu krzywdę czy po prostu nie chciał tego i woli mnie unikać. — westchnął, wzruszając ramionami. Po związku z Kolem gorzej ogarnia relacje między ludźmi i czasem gorzej mu idzie odczytanie emocji. Nie wiedział już czy Hudson jedynie go lubił, a ten seks wszystko skomplikował czy może spotykał się z kimś i nie chce go teraz widzieć, żeby nie zepsuć swojego związku. — Pomyślałem nawet, że byłem beznadziejny i nie chce mnie urazić. Dzwoniłem nawet do Kola zapytać jak mi szło kiedy byliśmy razem. To takie żałosne. — zaśmiał się, klepiąc się lekko w czoło. Przez Hudsona robił czasem głupie rzeczy, ale myślał, że to wina tego, że zwykle był odludkiem i tak otwarta osoba dziwne na niego działała. Zawsze się krępował kiedy ten łapał go za rękę, kiedy gdzieś szli. Chyba już nie rozumiał co się między nimi dzieje, skoro tu był z nim blisko, a kiedy ich poniosło nagle uciekł.
Ambrose Sinclair
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 6:48 pm
autor: Ambrose Sinclair
-Zwyczajnie denerwuje mnie, że się panoszy po moim domu. I jeszcze dostał pokój na dole. Na litość wszystkiego, niech zarobi na swój własny a nie - skrzywił się na samo wspomnienie Valentine, który pewnie teraz wesoło sobie latał po domu, który nigdy nie będzie do niego należał. Sama jego obecność w dziwny sposób drażniła Rose, który nie lubił nieudaczników i osób przegranych. Bo jakie aspiracje mógł mieć ktoś pokroju tego chłopaka? Miał wyjść na ludzi, myjąc u nich kible? Zdecydowanie wysokie progi sobie postawił. - Większość się do nich nie odzywa. Ten powinien się cieszyć, że poświęcam mu jakikolwiek czas - wzruszył ramionami. Jeśli chodziło o takie podejście, Sinclair był wyjątkowo niereformowalny. Mało go interesowało co takiego robili jego znajomi ze służbą, chociaż podejrzewał, że u wielu działo się to samo co u niego. I tak był przekonany, że w jego domu chłopakowi jest jak w raju. Kto inny oddałby służbie jeden z wolnych pokoi?
-Jesteś za szeroki w barach na sukienkę. Wiesz, jak źle by to wyglądało. Ale spódnica… masz proste nogi? - rzucił, śmiejąc się. Zlustrował przy tym przyjaciela tak, jakby faktycznie zastanawiał się nad możliwością ubrania go w coś, co teoretycznie było przeznaczone dla kobiet. Lubił eksperymenty, ale nie każdy był na nie gotów.
-Ten dom po części jest mój, bo ja go dostanę za jakiś czas. A skoro oni i tak tam nie mieszkają. Zresztą kiedyś to ja z pewnością wyjadę w inne miejsce. Jak tylko będę sławny - stwierdził. W życiu nie siedziałby ciągle na głowie rodziców. Problem polegał jednak na tym, że chociaż miał kasy jak lodu, tak nadal większość była rodziny. Nie odmawiali mu niczego, póki był i robił niemal wszystko, czego od niego oczekiwano. Wlał nie myśleć, co by się stało, gdyby nagle go od tego odcięli, bo uznałby, że już nie chce z nimi mieszkać. Tłumaczenie tego było zbyt skomplikowane, więc je sobie darował.
-Nie chwaliłeś się, że go zaliczyłeś. Dobra robota. Jak było? - zainteresował się. Sam jakoś nie wyobrażał sobie, że nagle miałby spać z facetem. To jakoś takie… dziwne? - No to może do niego jedź? Pogadaj twarzą w twarz. Tak, żeby nie mógł uciec. Albo go olej, skoro się młody nie może zdecydować czego chce - stwierdził. Tak, on i jego podejście do relacji z ludźmi.
-Trochę bardzo żałosne. Co prawda nie wypowiem się na temat twoich umiejętności w łóżku, ale fakt, że jakiś koleś zwiał po wszystkim nie znaczy, że powinieneś w siebie wątpić - wywrócił oczami. Serio Hunter aż tak bardzo przejmował się tamtym chłopakiem? Ambrose zaczął podejrzewać, że jego przyjaciel po prostu się zakochał.
Hunter Robertson
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 7:34 pm
autor: Hunter Robertson
— No przecież pracuje u ciebie, więc na niego zarabia. Może chce być przy mamie? Nie denerwuj się tak na niego. Nie wiesz pewnie, co się u nich dzieje i może jego matka potrzebuje pomocy? Albo jest chora i on jej pilnuje. Pewnie nawet się nie zainteresujesz, tylko wydajesz rozkazy i mu dokuczasz. — powiedział. Ambrose był dorosły i nie powinien go pouczać, ale nie podobało mu się złe traktowanie innych ludzi. I to w żadnym wypadku. Nieważne, że Ambrose był bogaty, a Valentin był praktycznie na jego utrzymaniu i w każdej chwili mógł zostać przez niego zwolniony i wylądować na ulicy.
— Nawet o to nie pytaj… — mruknął. Nie miał zamiaru ubierać żadnych sukienek i spódnic. Nie da się namówić, nawet gdyby Ambrose załatwił mu za to górę pysznego jedzenia. — Czyli chcesz mi powiedzieć, że mnie zostawisz, by zamieszkać w jakimś Paryżu czy Mediolanie? No dzięki. Ale z ciebie przyjaciel. — zażartował, szturchając go lekko w ramię. Trochę się obawiał, że wszyscy jego znajomi gdzieś wyjadą i zostanie sam, by spotykać się z nimi raz na kilka lat, kiedy będą odwiedzali stare śmieci. Wiadomo, że nie będzie Ambrose'a zatrzymywał tu na siłę, bo jaką sławę mógł osiągnąć w tym miejscu, ale miał nadzieję, że to szybko nie nastanie.
— Ty tak na serio? — skrzywił się. Seks z Hudsonem, zwłaszcza kiedy ten zaraz od niego uciekł, nie był czymś, czym miał ochotę się chwalić. Niewiele też pamiętał ze względu na ich stan upojenia alkoholowego, ale mimo wszystko było mu naprawdę dobrze. W jego głowie co jakiś czas pojawiały się przebłyski tamtej nocy, a Hudson wijący się pod nim z rozkoszy był niesamowitym widokiem. Tak samo jak dźwięk jego cichych jęków i smak ust. To było coś, czego mu brakowało i czego nie mógł dostać w klubie z Gabrielem. Właściwie mógłby nawet zrezygnować z odwiedzania tego miejsca, gdyby Whittemore wyraził zainteresowanie jego osobą po ich zbliżeniu, a skoro uciekł, to chyba oznaczało jedno.
— Nie chcę mu przeszkadzać, kiedy jest zajęty nauką na studia. Dam mu jeszcze parę dni, bo może potrzebuje czasu do namysłu, ale nie chcę na niego naciskać, chociaż wolałbym wiedzieć, na czym stoję. — mruknął, wzdychając cicho. Hudson nie mógł mu od razu powiedzieć, że to był błąd i nie chce go na razie widzieć? Takie rzeczy chyba wie się od razu.
— A ty jak byś zareagował na moim miejscu? — zapytał, upijając kilka łyków piwa. Domyślał się, jaka będzie odpowiedź, ale skoro już zapytał, to niech Ambrose odpowie. Może sam był już za stary i nie rozumiał niektórych rzeczy w relacjach z ludźmi? Wcześniej był tylko on i Kol, a z nim wszystko było proste. Młodszy student był przeciwieństwem jego byłego, uwielbiał gdzieś wychodzić i robić ciekawe rzeczy. To było coś nowego, kiedy wcześniej spędzał czas w samotności, czasem dostając kilka godzin przytulania na kanapie i namiętny seks, zanim ten znikał na kilka dni w swojej pracy. Ale trwał w tym, bo bardzo go kochał, jednak taki związek musiał się w końcu wypalić. Tyle dobrego, że Hunter nie był kimś, kto wiecznie chował urazę, i normalnie się przyjaźnili.
Ambrose Sinclair
All ppl make mistakes but this one shouldn't happen
: pn paź 26, 2026 7:52 pm
autor: Ambrose Sinclair
-Naprawdę masz zamiar tak w nieskończoność go bronić? Jak ty go nawet nie znasz. Nie wiesz, jaki potrafi być denerwujący, tak się miotając od pomieszczenia do pomieszczenia. Nic, tylko patrzeć jak coś nagle zginie, bo przecież ludzie jego pokroju tylko patrzą, żeby coś ukraść - wzruszył ramionami. Denerwowało go, że jego własny przyjaciel brał stronę typka, który w ogóle nie powinien się pojawiać w życiu Sinclair. Czy to nie tak, że niezależnie od wszystkiego Roberts powinien stać po stronie Rose? -Nie mam zamiaru się nim interesować. Do jego matki niczego nie mam, ale on niespecjalnie mnie obchodzi - dodał. Jego życie, jego problemy, proste. Byleby tylko projektanta w to nie mieszał, bo on miał ważniejsze rzeczy na głowie niż wypytywanie jakiegoś frajera o przeszłość i teraźniejszość.
-Paryż jest zdecydowanie za bardzo przereklamowany. Ale taki Mediolan albo Japonia? Myślę, że tam spokojnie bym sobie poradził. Tam jest wielu światowej sławy przedstawicieli mody - uśmiechnął się patrząc na chłopaka. Ha, i on mu teraz wypominał bycie przyjacielem, a sam wcześniej stał po stronie wroga! Teraz to Ambrose mógł odczuć jedynie satysfakcję. - Zawsze możesz jechać ze mną. Jesteś całkiem dobry w tym co robisz, więc pracę z pewnością byś znalazł. A jeszcze znając kogoś takiego ja ja - zaśmiał się. Prawdą jednak było, że w dzisiejszych czasach znajomości były niezmiernie ważne. Jeśli nie miało się odpowiednich wtyk w różnych miejscach, człowiekowi było niebywale ciężko. Działało to również w drugą stronę, bo jeśli znało się za dużo odpowiednich osób, inni postrzegali cię przez ich pryzmat. Jak Rose przez pryzmat ojca, z czym starał się walczyć, chcąc osiągnąć coś samemu a nie dzięki nazwisku.
-No co? Przyjaciele nie rozmawiają o takich rzeczach? To chyba pokazuje zainteresowanie - stwierdził. On sam mógł się podzielić jakimiś szczegółami ze spania z koleżankami; nie widział w tym większego problemu. Co prawda nie było tego aż tak dużo, jak ludzie mogli podejrzewać, bo jakoś tak mało która była w stanie go zainteresować, ale przygody się zdarzały.
-Trochę pizda z ciebie, wiesz? Od razu powinieneś iść to wyjaśnić, a nie - powiedział. Nie to, aby sam był najlepszy w tego typu rzeczach, ale wiadomo, że doradzanie zawsze wychodziło najlepiej. - Masz dwie opcje. Albo to olewasz, albo idziesz wyjaśnić. Nie ma niczego pomiędzy. Lubisz go? Lubisz, to widać. Więc się zapytaj, bo inaczej będziesz myślał w nieskończoność - odpowiedział. Proszę, nawet Ambrose potrafił czasami sypnąć jakąś dobrą radą. A czy sam by się do tego zastosował, to już inna bajka.
Hunter Robertson