A little party never killed nobody
: sob sty 24, 2026 9:12 pm
Może przeżywała za bardzo, ale dla niej było to… szokiem.
Cały ten wieczór, a także poranek. Ten kac moralny, którego doświadczała, jako osoba, która wcześniej nie miała styczności z takim imprezowym życiem. Nie mówiąc o tym, że nie całowała się zbyt często. W zasadzie mało kiedy, bo też miała jedynie jednego chłopaka i to na krótko, bo szybko wyszło, że raczej nie powinni być razem. Tylko, że nie chodziło w tej jej panice tylko o to, że miałaby się całować z Krossem. Chodziło o jej własną moralność.
Bo jakby się jej zapytać, to uważała, że mordę miał dobrą. Tylko charakter skomplikowany.
Może gdyby była jedną z jego znajomych, typowych nastolatek, która wiele już przeżyła, to nie reagowałaby aż tak. Ale nie była. I dla niego mogło to być komiczne, ale dla niej? Cóż, naprawdę czuła się źle z samą sobą.
Ciekawe kiedy przyjdzie jej wkurwienie na Marvina za to, że ją zostawił.
— No… nie jesteśmy kompatybilni. — Bo dla niego to pewnie miało żadne znaczenie. Liczyło się może głównie to czy ktoś był atrakcyjny czy chętny na mejkałt, ale ona wolała wymieniać ślinę z kimś, kto nie jest przypadkowy. Dla niej całowanie miało nieco większe znaczenie niż przypadkowe lizanie pod ścianą dla zabawy. Nie chciała tego robić z pierwszą lepszą osobą, nie mówiąc już o tym, że ta osoba kogoś miała. Szmatę co prawda, ale miała.
Dlatego też uważała, że cokolwiek zaszło między nimi, powinien być fair wobec swojej dziewczyny i jej o tym powiedzieć. Co prawda nie znała zasad między tą dwójką i ich układów, ale wydawało jej się, że szczerość w związku jest ważna, prawda? A oni jednak byli razem dość długo, więc to nie wydawała się być pierwsza lepsza zapchaj dziura.
Chociaż co ona o nich wiedziała.
Brew jej drgnęła wyżej na jego odpowiedź, ale chyba częściowo się tego spodziewała. Teraz tylko nie wiedziała dlaczego. Bo ona była suką? Czy dlatego, że miał gdzieś moralność i własne sumienie?
— Serio? — spytała. Ona na miejscu Maldity wolałaby wiedzieć niż być okłamywaną przez własnego faceta, że lizał się z inną laską. Jeszcze gorzej, jakby wiedzieli wszyscy dookoła, tylko nie ona.
No to wyglądało jak duży, czerwony red flag.
Gdy stwierdził, że żartował, w pierwszym odruchu poczuła ogromną ulgę. I nawet odetchnęła. W drugim jednak zastanawiała się czy teraz przypadkiem nie żartuje, bo zaczęła temat poinformowania Maldity, czy jednak faktycznie to był głupi, bardzo nieśmieszny żart. Bo ona naprawdę zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia.
Nie zdążyła jednak zarzucić mu głupich śmieszków, bo pociągnął wypowiedź dalej.
— Boże, nie chodziło mi o to, że jesteś syfem — zaczęła, krzyżując ręce na piersi. — Po pierwsze, masz dziewczynę, a ja czułabym się źle z samą sobą, gdyby cokolwiek zaszło, gdy ty jesteś w związku. Dlatego „nie ma szans” i „bo to ty”. Nie dlatego, że jesteś jakiś spaczony. Może dla was to normalne, że mimo bycia z kimś, to każdy z każdym się całuje i chodzi do łóżka, ale dla mnie nie — powiedziała unosząc jeden palec, lustrując go spojrzeniem. Nie pozwoliła mu jednak na to odpowiedzieć, bo ciągnęła dalej. — Po drugie — podniosła drugi palec — uważam, że jesteś całkiem spoko, jak nie udajesz niewiadomo kogo. Może nie pamiętam wiele, ale grało się fajnie, dopóki mnie nie zmiotło. Nie mówiąc o tym, że z jakiegoś powodu, to ty się mną zaopiekowałeś, a to oznacza, że masz ludzkie odruchy. Jeszcze trochę i pomyślę, że naprawdę jesteś miły pod tą całą otoczką. — Bo nie musiał. Był ostatnią osobą, którą by o to podejrzewała, a jednak to na jego kanapie się obudziła. Może z kiepskim żartem z rana, ale chociaż była bezpieczna. Chyba. Mogła tak przypuszczać. — Po trzecie… — podniosła trzeci palec. — cokolwiek. Jestem strasznie głodna — przyznała, z ciężkim westchnięciem.
Przeszła do stolika po szklankę z wodą, aby upić dwa łyki. Teraz nawet ból głowy nie był tak upierdliwy, gdy się wygadała, a stres z niej zszedł. Do szczęścia brakowało jej jedzenia. I…
— Gdzie mój telefon? — spytała, czując znowu narastającą panikę, bo nie miała go w kieszeni.
Ciekawe ile miała nieodebranych połączeń od ojca.
Evander Kross
Cały ten wieczór, a także poranek. Ten kac moralny, którego doświadczała, jako osoba, która wcześniej nie miała styczności z takim imprezowym życiem. Nie mówiąc o tym, że nie całowała się zbyt często. W zasadzie mało kiedy, bo też miała jedynie jednego chłopaka i to na krótko, bo szybko wyszło, że raczej nie powinni być razem. Tylko, że nie chodziło w tej jej panice tylko o to, że miałaby się całować z Krossem. Chodziło o jej własną moralność.
Bo jakby się jej zapytać, to uważała, że mordę miał dobrą. Tylko charakter skomplikowany.
Może gdyby była jedną z jego znajomych, typowych nastolatek, która wiele już przeżyła, to nie reagowałaby aż tak. Ale nie była. I dla niego mogło to być komiczne, ale dla niej? Cóż, naprawdę czuła się źle z samą sobą.
Ciekawe kiedy przyjdzie jej wkurwienie na Marvina za to, że ją zostawił.
— No… nie jesteśmy kompatybilni. — Bo dla niego to pewnie miało żadne znaczenie. Liczyło się może głównie to czy ktoś był atrakcyjny czy chętny na mejkałt, ale ona wolała wymieniać ślinę z kimś, kto nie jest przypadkowy. Dla niej całowanie miało nieco większe znaczenie niż przypadkowe lizanie pod ścianą dla zabawy. Nie chciała tego robić z pierwszą lepszą osobą, nie mówiąc już o tym, że ta osoba kogoś miała. Szmatę co prawda, ale miała.
Dlatego też uważała, że cokolwiek zaszło między nimi, powinien być fair wobec swojej dziewczyny i jej o tym powiedzieć. Co prawda nie znała zasad między tą dwójką i ich układów, ale wydawało jej się, że szczerość w związku jest ważna, prawda? A oni jednak byli razem dość długo, więc to nie wydawała się być pierwsza lepsza zapchaj dziura.
Chociaż co ona o nich wiedziała.
Brew jej drgnęła wyżej na jego odpowiedź, ale chyba częściowo się tego spodziewała. Teraz tylko nie wiedziała dlaczego. Bo ona była suką? Czy dlatego, że miał gdzieś moralność i własne sumienie?
— Serio? — spytała. Ona na miejscu Maldity wolałaby wiedzieć niż być okłamywaną przez własnego faceta, że lizał się z inną laską. Jeszcze gorzej, jakby wiedzieli wszyscy dookoła, tylko nie ona.
No to wyglądało jak duży, czerwony red flag.
Gdy stwierdził, że żartował, w pierwszym odruchu poczuła ogromną ulgę. I nawet odetchnęła. W drugim jednak zastanawiała się czy teraz przypadkiem nie żartuje, bo zaczęła temat poinformowania Maldity, czy jednak faktycznie to był głupi, bardzo nieśmieszny żart. Bo ona naprawdę zaczęła odczuwać wyrzuty sumienia.
Nie zdążyła jednak zarzucić mu głupich śmieszków, bo pociągnął wypowiedź dalej.
— Boże, nie chodziło mi o to, że jesteś syfem — zaczęła, krzyżując ręce na piersi. — Po pierwsze, masz dziewczynę, a ja czułabym się źle z samą sobą, gdyby cokolwiek zaszło, gdy ty jesteś w związku. Dlatego „nie ma szans” i „bo to ty”. Nie dlatego, że jesteś jakiś spaczony. Może dla was to normalne, że mimo bycia z kimś, to każdy z każdym się całuje i chodzi do łóżka, ale dla mnie nie — powiedziała unosząc jeden palec, lustrując go spojrzeniem. Nie pozwoliła mu jednak na to odpowiedzieć, bo ciągnęła dalej. — Po drugie — podniosła drugi palec — uważam, że jesteś całkiem spoko, jak nie udajesz niewiadomo kogo. Może nie pamiętam wiele, ale grało się fajnie, dopóki mnie nie zmiotło. Nie mówiąc o tym, że z jakiegoś powodu, to ty się mną zaopiekowałeś, a to oznacza, że masz ludzkie odruchy. Jeszcze trochę i pomyślę, że naprawdę jesteś miły pod tą całą otoczką. — Bo nie musiał. Był ostatnią osobą, którą by o to podejrzewała, a jednak to na jego kanapie się obudziła. Może z kiepskim żartem z rana, ale chociaż była bezpieczna. Chyba. Mogła tak przypuszczać. — Po trzecie… — podniosła trzeci palec. — cokolwiek. Jestem strasznie głodna — przyznała, z ciężkim westchnięciem.
Przeszła do stolika po szklankę z wodą, aby upić dwa łyki. Teraz nawet ból głowy nie był tak upierdliwy, gdy się wygadała, a stres z niej zszedł. Do szczęścia brakowało jej jedzenia. I…
— Gdzie mój telefon? — spytała, czując znowu narastającą panikę, bo nie miała go w kieszeni.
Ciekawe ile miała nieodebranych połączeń od ojca.
Evander Kross