Strona 5 z 8

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt sty 16, 2026 12:52 am
autor: Milo Rivera
Milo nie byłby w stanie określić jak wiele myśli, z czego większość bezsensownych i przypadkowych przeleciała mu przez głowę bez jednego choćby przystanku. O ile było mu wiadomo, nie miał również astmy, a jednak płuca nagle zaprotestowały tak, jakby zapomniały jak prawidłowo zaczerpnąć powietrza.
(...) grzeczny chłopiec.
Zniechęcenie go do prowadzenia dyskusji nie należało do łatwych osiągnięć, Rivera kłócił się niekiedy dla sportu, próbując różnych argumentów i bardziej skomplikowanej erystyki, gdy akurat miał chęć i dobrego partnera, ale żeby całkowicie odebrało mu mowę? Rzadkość.
Nie wiedział z jakiego powodu akurat ten zwrot tak bardzo wybił go z rytmu ani dlaczego mrowiły go policzki i pierś gdy wywabiał go z pamięci raz po raz, pewnym natomiast było to, że działał zaskakująco intensywnie i trafiał w punkt, o którego istnieniu Milo nie miał dotąd pojęcia.
Zawinięty we własne ramiona, za zasiekami kolan i schowaną za nimi połową twarzy Rivera obserwował plamki na skórze Dylana i myślał. Bardzo dociekliwie, od każdej strony, i pewnie gdyby mógł podpiąłby swój dylemat pod analizator stanów logicznych, gdyby takie zjawiska kwalifikowałyby się pod takie narzędzia. Cudownie proste, fizyczne rozwiązanie, ale niestety jego problem posiadał bardziej złożoną naturę.
Piegi Gauthiera z pewnością miały swój własny fanklub i dedykowane tablice na Pintereście.
Tego również był pewien, im dłużej je obserwował, grupował i liczył dla spokoju, a dobił już do ponad pięćdziesięciu gdy przyznawał mu niemrawo rację; bezpieczne słowo. Sam był przecież pomysłodawcą, to on powinien był przecież forsować zasadność jego używania.
Pomimo hojnej zachęty, Milo postanowił jednak, że dla niego era dotykania się zakończyła, podobnie jak dzień i kiedy doliczył do zgrabnej setki, wymamrotał coś na temat konieczności prysznica.
Linux nie był potrzebny 一 wtrącił nagle, gdy szukając dla nich ręczników grzebał po szafie z ostrożnością i architektonicznym zamysłem wyciągając kolejne elementy upchniętych po zakamarkach ubrań. Konstrukcja groziła zawaleniem, nie wątpił, że podczas dzielenia pokoju Diego po prostu wywlókł wszystko na środek, zabrał swoje do siebie, a resztę wepchnął byle jak licząc na to, że nikt nigdy więcej nie zajrzy do środka. 一 Nie było źle. Po prostu Diego jest za ścianą, a ja szczerze wątpię, żebym należał do szczególnie cichych. Łap.
Rzucił w niego ręcznikiem, wielkim, turkusowym i puchatym; dawniej sam go używał, a że wielkością przypominał żagiel, Milo owijał się nim trzy razy.

Mała łazienka na lewo, między pokojem Estelli i kuchnią. I nie siedź za długo, bo jak wykorzystasz całą wodę i zleje mnie zimną, to będziesz spał na kanapie.


Milo znajdował się w bardzo komfortowym, rozmiękłym stanie półśnienia. Z nałęczką w postaci przykrótkiego, beżowego ręcznika na głowie i cały owinięty kołdrą niczym peleryną siedział na materacu wczytany w jeden z komiksów, choć głównie przyglądał się obrazkom. W takim świetle widział słabo, a ponieważ pozbył się już soczewek i nie chciało mu się szukać okularów, był zmuszony liczyć na bardzo wątpliwej wiarygodności wspomnienia fabuły.
Słyszał jak wchodzi po drabinie, dlatego gdy klamka cicho szczęknęła, nawet nie podniósł wzroku znad książki. Potrafił już poznać go po krokach, po oddechu, do którego dopasowywał własny ilekroć rzadko zdarzało im się dzielić łóżko. Nawet po sile z jaką odstawiał kubek z herbatą.
Uchylisz okno? 一 wymruczał na wydechu, z brodą wspartą o jedno podciągnięte kolano, stopa drugiej nogi wystawała mu spod kołdry kawałek dalej. Spod ręcznika wystawały mu wilgotne włosy, dość jednak osuszone, by zacząć zawijać się w znajome skręty, a granatowa koszulka z pomarańczowym rantem i wielkim napisem Left My Heart In California nosiła z przodu wilgotny ślad. Wypadek w trakcie mycia zębów, zapomniał już jak wysoko ustawili tu umywalkę.
I zgasisz światło? 一 zawiadywał kolejne decyzje-prośby, z nosem nadal wciśniętym w komiks, jakby utknął w wyjątkowo wciągającym zwrocie akcji. Pewnie łatwiej byłoby w to uwierzyć, gdyby choć raz przewrócił kartkę, a jego oczy nie spoglądałyby nieruchomo w jedną ramkę z boku prawej strony.
Chcę spróbować dzisiaj czegoś nowego.
Objawienie przyszło dokładnie tym samym sposobem - i zupełnie płaską intonacją jak wszystkie poprzednie komendy - przez co prościej mu było udawać, że naprawdę wczytał się w X-Menów. Tym razem uzmysłowił sobie, że dla wiarygodności powinien obrócić stronę i zanim zdecydował się łaskawie wyjawić tajemnicę, musiał zaakcentować to dramatycznym szelestem papieru.

Nie będę spał w długich spodniach i możemy przeskoczyć cały ten etap, gdzie ty się przesuwasz, ja się odsuwam, ty i tak przylepiasz mi się do pleców, a ja warczę. Może być?
Dopiero wtedy opuścił komiks i spojrzał mu prosto w oczy, rzeczowo i tak, jakby właśnie omawiali skomplikowany projekt naukowy z uwzględnieniem Rufusa, a nie konfigurację w jakiej zamierzali zasnąć.



Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt sty 16, 2026 2:46 am
autor: Dylan Gauthier
Pomimo wcześniejszych ustaleń miał nikłą nadzieję, że na decyzję położenia się spać będą mogli po prostu zakopać się w pościeli tak jak siedzieli, bez potrzeby wstawania, przebierania się czy pakownia pod prysznic. Przyjemne upojenie zarówno alkoholem, jak i Milo, złączyło siły z żelaznym uściskiem lenistwa, wymagając od niego wyjątkowych pokładów siły by z ciężkim westchnieniem zebrał się z miejsca i wykopał ciuchy na zmianę z ustawionego pod ścianą plecaka. Nowa, bardziej otwarta komunikacja była mile widziana; przyjął wyjaśnienie z pomrukiem akceptacji, przy okazji zgadzając się zarówno z pomysłem by wziąć pod uwagę śpiącego za ścianą mężczyznę, jak i faktem, że niezaprzeczalnie Milo nie należał do osób cichych. W więcej niż jednym kontekście. Wymknął się na dół, nagle wyjątkowo świadom późnej godziny i każdego skrzypiącego kawałka podłogi, kiedy starał się nie obudzić reszty domowników. Pomimo wewnętrznej walki piętro wyżej, po wejściu pod strumień wody docenił możliwość puszczenia w odpływ stresu spinającego mu barki od momentu wpakowania się w pierwszy tłum na lotnisku w Toronto, oraz wyciszenia się chociaż na kilka minut by poukładać sobie w głowie ostatnie wydarzenia dnia. A także przygotować sobie plan na następny dzień.
Wdrapał się z powrotem na piętro odziany w jeden dodatkowy element garderoby w postaci spodni dresowych, z pojedynczymi kropelkami wody uciekającymi mu z podsuszonych ręcznikiem włosów na odkryte barki. Po zamknięciu za sobą drzwi przetarł sobie ramię i wycisnął końcówki włosów trzymanym w ręce t-shirtem, z którego zakładania zrezygnował już po wyjściu spod prysznica. Momentami zapominał o tym, że nie jest w Kanadzie, a za oknem nie znajdowały się zaspy śniegu grożące złapaniem zapalenia płuc nawet we własnym łóżku. Na tym samym złapał się, kiedy polecenie Rivery w pierwszej chwili miało spotkać się z protestem, który umarł na jego ustach, i odrzucając wilgotną koszulkę na górkę stworzoną z reszty swoich ubrań podszedł do okna.
- Jak obiecasz, że nim nie wyleziesz w środku nocy - odparł, spoglądając na ciemną, cichą okolicę po wpuszczeniu do pokoju podmuchu świeżego powietrza. Było chłodne, ale wciąż pachniało słońcem, bardziej przywodząc na myśl lato niż środek grudnia. - Nie potrzebujesz go do czytania? - wytknął, spoglądając znacząco na raczej mało przydatny komiks w jego rękach. Znał jego tempo czytania, to tutaj sugerowało jego odwrotność. - Jeszcze jakieś życzenia? - dopytał, mimo wszystko rozglądając się za włącznikiem światła i chociaż brzmiał przy tym jakby Milo kazał mu wysprzątać cały dom na błysk, przed zgaszeniem lampy spojrzał na niego by sprawdzić na ile faktycznie czegoś nie potrzebował. Wolałby ogarnąć to teraz niż później znowu musieć wstawać. Stanął z palcem na włączniku i spojrzał na mężczyznę pytająco, gdy ten zaczął wykładać swoją propozycję. Złapał z nim kontakt wzrokowy, lekko zmrużył oczy i podłapawszy powagę sytuacji dał sobie chwilę na przemyślenie warunków.
- Powarczeć trochę możesz, to nawet urocze - odbił, znacznie bardziej odporny na jego gierki, niż z początku, kiedy jeszcze starał się dawać mu przestrzeń we własnym łóżku. - Ujdzie - zdecydował w końcu w temacie całej propozycji i, korzystając z faktu, że ten przestał czytać, zlał pokój w ciemnościach. Zamrugał by oswoić się z ograniczoną widocznością i wymanewrował przez pole minowe stworzone z własnej kurtki, ramoneski Diego i skarpetek Milo, by ponownie opaść na już znajomy materac. Oczywiście od zewnętrznej, przyzwyczajony do instynktu tego gremlina by pakować się między niego a ścianę. Przetoczył się ze swoją poduszką bliżej owiniętego w kołdrę mężczyzny i otworzył ramiona. Po dłuższej chwili wiercenia się, rozdzielania kołdry i szukania kompromisu dostatecznie wygodnego dla obu zainteresowanych, Dylan ponownie owinął się wkoło niego jak ośmiornica i z jednym ostatnim westchnieniem pokój w końcu wypełniła cisza.

Trwała aż do pierwszych promieni słonecznych, wpadających przez niewielkie okno i zalewających pokój ciepłym, złotym blaskiem. Gauthier poruszył się niespokojnie z gwałtowniejszym wdechem, wracając do świata żywych bez potrzeby ustawiania budzika i stawiania na nogi reszty domostwa. Odetchnął już lżej, spokojniej, marszcząc brwi jeszcze zanim otworzył oczy z powodu znajomego mrowienia w ręce, która zdążyła stracić i odzyskać krążenie kilkukrotnie w trakcie nocy. Kiedy jego powieki już dały radę rozsunąć się, by dać mu przywitać się z porankiem, pierwszym co zobaczył były ciemnobrązowe sprężynki łaskoczące go w usta. W trakcie nocy musiał przekręcić się na plecy i wylądował z Milo przyciśniętym do swojej klatki piersiowej, na wpół opierającym ciężar na jego ręce. Dopiero później rozejrzał się wkoło i pozwolił, by wspomnienia z poprzedniego dnia rozgoniły pierwsze zdezorientowanie i uświadomiły mu gdzie i dlaczego się znajduje. Wolną dłonią, ledwie na wpół obudzony, odgarnął loki z czoła zwiniętego na sobie mężczyzny, tylko by te wróciły na swoje miejsce, jako że nie miał nawet planu na ich inne ułożenie. Przesunął opuszką palca w dół jego nosa, aż do czubka, a kiedy zaczął nabierać energii do wstania i rozpoczęcia dnia, lekko ścisnął Riverę w pasie by spróbować go rozbudzić. Zwykle postarałby usunąć się bezgłośnie i bez potrzeby wyławiania go z krainy snów, jednak tym razem musiał przynajmniej dać mu znać jakie ma plany.
- Milo - zaczął cicho i zaakcentował to buziakiem w czubek jego głowy. - Skarbie, chéri, mon amour, idę pobiegać. Nie musisz wstawać - zapewnił od razu, jako że chociaż sam był entuzjastyczny na szansę przebieżki bez brodzenia w śniegu po kolana, nie oznaczało to że Milo musiał zrywać się razem z nim. Zwłaszcza, że kładli się spać o zapewne nieludzkiej godzinie. Ciężko stwierdzić, nie patrzył na zegarek od momentu, gdy jeszcze siedząc w El Suspiro ukradkiem robił zdjęcia małego inżyniera i jego perfekcyjnie chrupkiej konstrukcji z churrosów.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt sty 16, 2026 3:48 am
autor: Milo Rivera
Nawet zwykle miotający się godzinami pod pierzynami Milo zasnął tej nocy nadspodziewanie prędko, psiocząc na Gauthiera tylko jeden raz, gdy przydusił go pod żebrami w morderczym uścisku, który musiał być albo skurczem albo odruchem. Żadnych posykiwań, narzekań, wywijania się i uciekania wraz z kołdrą na drugi skraj łóżka, pod ścianę - bo to pod nią preferował spać i był wdzięczny, że Dylan konsekwentnie trzymał się tego podziału. Rivera po prostu znieruchomiał na krótko po tym jak odpłynął śnić swoje pozbawione snów sny, ślinić się na poduszkę i raz na jakiś czas podkopywał Gauthiera pod kołdrą w kolano albo łydkę, w zależności od tego na co natrafił. To zawsze była ta prawa, niespokojna stopa.
Kiedy nad ranem najpierw wszystko się pod nim poruszyło, a następnie materac zgrzytnął jak pokutująca dusza, Milo zmarszczył nos i wymamrotał coś na odczepnego, z pewnością nie po angielsku i niezbyt przychylnie. Salwował się następnie naciągnięciem kołdry na grzbiet, opasał zbyt ruchliwego jak na tę porę dnia Dylana udem i po dramatycznym, bardzo głębokim westchnieniu przez nos, znów znieruchomiał z zadowoleniem, sądząc, że problem sam się rozwiązał.
Milo.
Dźwięk zaatakował go od strony prawego ucha, więc Rivera zasłonił je z cichym, rozdrażnionym cmoknięciem nawet nie kłopocząc się uchylaniem powieki. Nie miał bladego pojęcia która była godzina, ale był przekonany całym sobą, że zbyt wczesna aby rezygnować z błogiej drzemki.
Skarbie, chéri, mon amour...
Tym razem ni to syknął ni zgrzytnął zębami, nie czując się ani jak skarb, ani chéri, a już na pewno nie jak mon amour. W tym momencie był tylko śpiący i bardzo nieszczęśliwy, że świat stał się nagle tak niewygodnie werbalny.
Idę pobiegać. Nie musisz wstawać.
Mhmm 一 wymruczał bardzo elokwentnie w odpowiedzi, zupełnie nie rejestrując sensu zawartego w komunikacie. Zamiast tego przeciągnął się na rozkosznie ciepłym, gwarantującym wygodę ciele pod sobą i sięgnął na oślep prawie trafiając Dylana palcem wskazującym w oko. Całą dłonią zasłonił mu twarz i mało brakowało, a znów przywitałby się ze snem, jednak przez zamglony lenistwem umysł przepchnęło się wreszcie zrozumienie.
Idę pobiegać.
Milo momentalnie poderwał się do siadu natychmiast tego żałując; świat zawirował gdy jego błędnik dostał kociokwiku, niematerialna dusza niemal opuściła ciało, a oczy oberwały słońcem radośnie i bezlitośnie wpraszającym się przez uchylone okno do środka. Aż syknął boleściwie i natychmiast zasłonił je przedramieniem, wydając z siebie kolejne kilka beznadziejnie zrozpaczonych, boleściwych dźwięków.

Pojebało cię? 一 zapytał na dzień dobry, tonem sugerującym, że nadal liczył na wytłumaczenie nieśmiesznego żartu. To, że żadne nie nadeszło wydusiło z niego cierpiętniczy, godny pokutnika warkot i Milo z rezygnacją złamał się przez pół niczym bezkostna ryba, po czym mlasnął całym sobą oraz twarzą prosto w pościel. 一 Nie możesz iść sam 一 wyjęczał ledwie zrozumiale, bo wszystko wpadało w filtr z pierzyny i bawełnianej poszewki. 一 Jak puszczę cię samego, to przegoni cię cała pieprzona ulica.
Nie był zachwycony tą wizją, choć niemal w podobnym stopniu załamywała go konieczność towarzyszenia mu w tej przyjemności. W Toronto szczęśliwie omijał go zaszczyt uczestnictwa w porannych treningach, z których Gauthier wracał lśniący od potu, zdyszany i rozanielony, w sam raz na okładkę nowego Forbesa, jako flagowy Mr. Bright and Shine. On natomiast dla równowagi witał go spod kokonu z koca, w dwóch niedopasowanych skarpetkach, podbarwionymi niedospaniem oczami i przekrzywionymi okularami na nosie. Czasami nawet w czystym swetrze, ale w życiu nie podkusiło go, by wyściubić nos z mieszkania w dzień wolny tylko po to, by spocić się na chodniku ze smoothie z jarmużu w ręku.
Wyglądało na to, że tym razem nie miał wyboru.
Przetarł sobie jedno oko, potem drugie, ziewnął prosto w kołdrę z jaką nadal się nie rozstał i spojrzał na Gauthiera z oczywistym wyrzutem.

Wystarczy ci kwadrans? 一 zapytał kapitulując, bo wobec irracjonalnego skoku entuzjazmu jaki parował z Dylana każdym porem na samą myśl o przebieżce w cieple oferowanym przez ulice Sacramento Milo nie miał najmniejszych szans. Potrafił liczyć, więc nie miał złudzeń. 一 Tylko, hmm, dookoła i z powrotem?
Był naiwny wierząc, że po czymś takim ktokolwiek puści go znów pod kołdrę; reszta domowników co prawda jeszcze przewracała się na drugi bok, ale po powrocie zapewne znajdzie się bity tuzin zajęć, którym będzie musiał sprostać jeżeli marzyło mu się śniadanie.

Okay, podaj mi, mhmm, te, no, spodnie. Bluzę. Która jest w ogóle godzina?
Nie wiedział czy tak naprawdę chciał zostać oświecony, zapytał pro forma i dopiero gdy wsuwał na siebie skarpetki dotarło do niego, że zazwyczaj gdy budził się w tej części domu zimą słońce patrzyło na niego z nieco wyższego pułapu.

Dylan...? 一 ton jego głosu podniósł się z pół oktawy, znacząco i wyczekująco. 一 Która jest godzina?


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt sty 16, 2026 4:08 pm
autor: Dylan Gauthier
Po uniknięciu o włos tymczasowego oślepnięcia na jedno oko, z dłonią Milo dosadnie starającą się go uciszyć, wypuścił krótki śmiech w niskim rejestrze i z poranną chrypką. Dodatkowa zachęta do pozostania w miejscu i odpuszczenia sobie treningu, w postaci zawijającej się wkoło niego nogi, była wyjątkowo przekonująca i mile widziana, ale nie dała rady do końca ostudzić jego entuzjazmu. Minęły długie miesiące od kiedy ostatnio mieli taką pogodę i, chociaż Dylan wciąż starał się trzymać względnej regularności, nawet jeśli wymagało to od niego kilku dodatkowych warstw odzieży, wykopywanie się z łóżka nad ranem w celu przemarznięcia było znacznie mniej kuszące. Teraz miał szansę nie tylko na pobieganie w komfortowych warunkach, ale także zwiedzenie okolicy na spokojnie, bez konkretnego celu i na świeżo, jako że pierwsze przytłoczenie bodźcami zdawało się minąć poprzedniego dnia.
- Dzień doberek tobie też - odparł na jakże uprzejme powitanie z jego strony i błysnął zębami w uśmiechu. Był święcie przekonany, że chodzi mu o sam pomysł biegania, co przerabiali już parokrotnie, stąd zmarszczył brwi w łagodnym zaskoczeniu na informację, że nie mógł wyjść z domu bez opieki. Zdaje się, że z poprzedniego dnia umknął mu pewien mały szczegół, który teraz powoli wracał na miejsce i wyciągnął z niego ciche "Och". Zdążył na tyle oswoić się zarówno ze znajomymi Milo, jak i samym Sacramento, by fakt bycia tam niezbyt mile widzianym dodatkiem, który trochę za bardzo odbijał światło słoneczne, odszedł na boczny tor.
- To się doskonale składa, skoro i tak idę biegać - zaoferował strzępy humoru, oglądając jego kryzys wywołany zbyt szybką pobudką z nieukrywanym rozbawieniem. Mógłby zrezygnować, czysto teoretycznie, dla spokoju wszystkich zainteresowanych, jednak szczerze nie widziało mu się odpuszczanie tej opcji. Dodatkowo wciąż nie do końca przyswajał tego całego zagrożenia, przez którym chciał chronić go Rivera. Dostał już wgląd w to, jak reagowali na niego mieszkańcy i niewątpliwie bawiłby się znacznie gorzej, gdyby nie miał za plecami zarówno Milo, jak i Diego, jednak wieczór zakończył się na tyle przyjemnej nocie by ponownie dał radę spuścić z tonu. Tak więc widział w tej chwili dwie opcje, albo wyjdzie i potencjalnie zaryzykuje spierdalaniem szybciej niż kiedykolwiek w swoim życiu, albo...
- Idziesz ze mną?! - podłapał, w tym samym stopniu zaskoczony, co bezgranicznie uradowany, podnosząc się do siadu i spoglądając na mężczyznę z góry. Absolutnie nic nie zrobił sobie z jego braku entuzjazmu, na spokojnie miał go w zapasie dla ich obu. - Do pół godziny - spróbował negocjować, przesuwając się trochę bliżej i podpierając się dłońmi o materac. - Dookoła i z powrotem - potwierdził za to bez dyskusji, chętnie przyjmując fakt, że nie uściślili dookoła czego tak właściwie planowali biegać. Pochylił się by przycisnąć wdzięcznego buziaka do czubka jego nosa i wstał z miejsca by znaleźć ciuchy na przebranie zarówno dla siebie, jak i dla Milo. Bez słowa podrzucił mu kolejną pożyczajkę z własnego bagażu, czarną, chociaż miejscami spraną już do ciemnej szarości, bluzę z wyszytymi na mankietach gwiazdami i drobnym półksiężycem z lewej strony. Kilka symboli w dole prawego rękawa składało się w nierówne "14", numer pod którym grał od liceum, i być może dlatego wybrał właśnie tą, chociaż personalnie tłumaczył to sobie tym, że była cieńsza od poprzedniej i oferowała mniejsze ryzyko niekomfortowego zgrzania podczas biegu.
Sam za to wciągnął przez głowę biały bezrękawnik i, znad zwiniętego materiału, który dopiero co przeciągnął poniżej nosa, rzucił okiem w stronę mężczyzny pochylonego nad skarpetkami. Jeśli miałby oceniać po tym jak zwykle budził się bez zewnętrznych bodźców, godzina była wczesna, jeśli nie bardzo wczesna. Pozwolił by koszulka opadła resztę drogi w dół i znalazł swój telefon w spodniach zwiniętych nieskładnie przy łóżku.
- Siódma - odparł neutralnym tonem, nieszczególnie zaskoczony tym faktem, chociaż asekuracyjnie zabrał drugą parę dresowych spodni na przeciwny koniec pokoju, by przebrać się w bezpiecznej odległości. Te były czarne, oddychające i sugerujące, że miał to w planach jeszcze kiedy pakował się na wyjazd. Na jego obronę, wtedy nie wiedział jeszcze, że będzie musiał chodzić po mieście nie oddalając się od Milo dalej niż na krok. - Ale! Wynagrodzę ci to. Zahaczymy o jakąś knajpkę, ja stawiam - zaoferował, bo chociaż Rivera szedł z nim z własnej nieprzymuszonej woli, kierował się chęcią zapewnienia Dylanowi bezpieczeństwa i zasłużył na docenienie. Oraz na przeprosiny za obudzenie go równo ze wschodem słońca po podróży przez pół kontynentu, emocjonującej wizycie w barze i rozmowie ciągnącej się daleko w teren ciszy nocnej. Wrócił do swojego plecaka po skarpetki i porzucił trampki na rzecz wygodniejszych butów do biegania. Nie musiał się tak szykować, skoro mieli wyjść tam tylko na chwilę i niedługo być z powrotem, jednak była to kwestia przyzwyczajenia.
- Gotowy? Rozgrzejemy się już na dole - stanął przy drzwiach z rękami na biodrach, podświadomie wchodząc w rolę trenera personalnego. Jeszcze nawet nie opuścili pokoju, a jego humor już był lepszy niż jakby w przyjemny, letni dzień wychodził z mieszkania w pojedynkę.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: sob sty 17, 2026 12:12 am
autor: Milo Rivera
Dylan Gauthier i jego osobowość golden retrievera w połączeniu z poranną chrypką i urokiem osobistym gwarantowanym przez artystyczny nieład wśród blond pasm nie był zjawiskiem z jakim Milo mógł mierzyć się z samego rana. Nie miał na to ani sił ani środków, był kompletnie bezbronny wobec widoku, zapachu ich domowych płatków mydlanych do prania, dźwięku łamiącego się głosu oraz dotyku, do którego lgnął przez rozespanie, bo tryb niedotykalski spał jeszcze głębokim snem tak, jak obaj powinni.
Na próbę rozbicia fali narzekań pojedynczym żartem odpowiedział niechętnym fuknięciem.
Do półgodziny i z powrotem 一 powtórzył za nim, celując w niego również palcem dla podkreślenia wagi tego postanowienia. To, że dobrał niepasujące skarpetki, w tym jedną z tych, które próbował przecisnąć należącą do Dylana, nie miało znaczenia. To, że w planie zabrakło uściślenia bardzo znaczącego szczegółu w postaci wokół czego Rivera wspaniałomyślnie zgodził się z nim orbitować na razie nie niepokoiło go tak, jak chociażby mocno rażące w oczy słońce. Nawet nie zorientował się kiedy Gauthier znalazł czas i sposobność by cmoknąć go w czubek nosa.
Z wdzięcznym westchnieniem ulgi przyjął od niego bluzę, w pierwszej kolejności zwracając uwagę na miękkość jaką zapewne zawdzięczała niezliczonym cyklom prania, przez co straciła nieco koloru, za to zyskała gładkość jaką jego skóra szczególnie lubiła. Dopiero w drugiej kolejności przyszło mu do głowy zbadać ją od strony wizualnej; obrócił ją w dłoniach tył na przód, przyjrzał się rękawom z bliska, palcami przebiegł po haftach ślepcząc przy próbie odkrycia w co układały się te wszystkie gwiazdki i inne kosmiczne cuda.
Ach. Czternaście.
Niewiele myśląc utopił się w bluzie moment później, uznając ją automatycznie za swoją nową własność.
Ledwie przepchnął uczochraną głowę a zaatakował go widok Gauthiera w... bezrękawniku i choć jeszcze chwilę temu miał zamiar wstać z materaca by zająć się sobą, skapitulował niemal natychmiast. To była jedna z jego większych słabości do których nigdy nie przyznał się otwarcie.
Milo uwielbiał oglądać go we wszystkim, co odsłaniało szerokie barki i wymodelowane ćwiczeniami mięśnie ramion, a gdy Dylan sięgał po te luźniejsze opcje, czasami można było przyuważyć kawałek klatki piersiowej.
Dokładnie tak, jak teraz.
Szlag.
Przygryzł dolną wargę, zassał się na niej bezlitośnie i nieobeznany z dyskrecją bezczelnie zmierzył go oceniającym spojrzeniem; niedospany kiepsko kamuflował swoje reakcje.

Siódma! 一 prychnął z jakąś histeryczną nutką rozdzwonioną w głosie. 一 To będzie musiała być naprawdę zajebista kanapka, Dylan. Może nawet z krewetkami.
Nigdy nie powiedział mu tego wprost, ale dało się to zauważyć choćby po kilku wspólnych wypadach do marketu kiedy robili zakupy; Milo zwykle na dłużej zatrzymywał się na dziale z mrożonkami i oglądał - najpierw szufladę pełną skostniałych krewetek, a następnie cenę, tak, jakby obserwując wystarczająco długo mógłby ją zbić samą siłą woli.
Uwielbiał krewetki, ale najczęściej nie było go na nie stać, więc obchodził się smakiem.
Niechętnie wstał nie czując się nadto zachęcony, mimo, że wizję morderczej przebieżki przez osiedle obecnie delikatnie osładzała mu niepotwierdzona rekompensata zawierająca być może jakąś krewetkę czy dwie.



Kolejne trzaśnięcie agresywnymi promieniami słońca przez twarz odebrał już personalnie.
Skrzywił się w progu, przeciągając się strzelił wszystkimi stawami i w gauthierowej bluzie, niepasujących, za dużych spodniach dresowych w kolorze spłowiałego granatu i rozchodzących się, wiekowych butach sportowych przywitał poranek niemalże bezradnym szlochem.
Nie rozumiem jak może ci to sprawiać przyjemność 一 oświadczył bez ogródek, nie zamierzając nawet udawać, że jego podejście do joggingu uległo jakiejkolwiek zmianie. 一 Godzina jest chujowa, bieganie bez celu to straszna nuda, człowiek się poci i wypluwa płuca już po paru minutach i jeszcze jakby tego było mało, wracasz modląc się o szybką śmierć. Szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy ostatnio wstałem o takiej porze z innego powodu niż wykłady czy praca i chyba wolałbym, żeby tak zostało. Czy ty... czy ty się cieszysz? 一 Jego brew drgnęła ku górze, podobnie jak tonacja, bo spośród wszystkich nierealnych teorii z jakimi miał styczność - a miał jej całkiem sporo - ta wydawała mu się wybitnie absurdalna.
Gauthier wyglądał... jakby był dokładnie tam, gdzie powinien: pośrodku budzącej się do życia sennej okolicy, w pełnym słońcu, lśniący determinacją i entuzjazmem. W ostrzej kontrze do tego fantastycznego objawienia sterczał Milo przestępujący z rozdrażnieniem z nogi na nogę traktując to jako formę rozgrzewki.

Miejmy to za sobą 一 rzucił z rezygnacją prosto w przestrzeń, czując, że im szybciej będzie miał to z głowy tym szybciej wrócą do domu. I, być może, doczeka się tej kanapki. 一 Prowadź, tylko nie przesadzaj z tempem, hmm? Biegam szybko i niekoniecznie chodnikami, ale tradycyjny długodystansowy trucht mnie przerasta.
Męczył go już sam pomysł, każdej innej osobie kazałby spadać na szczaw i nawet nie pofatygowałby się otwieraniem oczu. Niestety akurat Dylana nie mógł puścić samego w dzicz tej okolicy, bo nawet jeżeli kilku z jego znajomych kojarzyło go już i wstępnie zaakceptowało jako przedłużenie jego własnej obecności, tak ich małe ghetto liczyło znacznie więcej osób niż garstka z El Suspiro.



Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: ndz sty 18, 2026 12:28 am
autor: Dylan Gauthier
Ciepłe promienie budzącego się słońca wynagrodziły mu potrzebę wczesnego wygrzebania się z pościeli, otulając jego skórę od postawienia pierwszego kroku na kostce w już znajomej, bocznej uliczce. Odetchnął głębiej, przymykając oczy i oczyszczając umysł, jako że następne pół godziny było tylko dla niego i otaczającego go miasta. I Milo, wyraźnie przeżywającego katusze z każdą mijającą sekundą. Słuchał jego narzekań z rosnącym uśmiechem, zaczynając truchtać w miejscu i rozciągać mięśnie ramion w kilku prostych ćwiczeniach przychodzących mu już praktycznie bezmyślnie. Zaczął biegać regularnie podczas rehabilitacji po wypadku, od coraz dłuższych spacerów na bieżni pod okiem specjalisty, aż do czasem kilkugodzinnych przebieżek w znacznie mniej kontrolowanych warunkach. Początkowo biegał, bo mógł i nie chciał tego stracić, jako że tym groziłoby zostanie w miejscu, dopiero z czasem dołączyła do tego sympatia, albo przyzwyczajenie. Ciężko stwierdzić. Tak czy siak większość wad wymienianych przez mężczyznę przestała być dla niego negatywnymi aspektami już lata temu.
- Po czym wnosisz? - odparł na pytanie, szerząc się praktycznie od ucha do ucha, gdy ponownie stawał w miejscu by zrobić kilka wykroków. - Radzę ci się jednak trochę przyłożyć do tej rozgrzewki, żebyś jeszcze przez następny tydzień nie modlił się o szybką śmierć. Chociaż kilka wymachów, no dawaj - spróbował go trochę zmotywować, nawet demonstrując poprawne machanie to jedną, to drugą nogą, w przód i tył, a potem na boki, utrzymując dłonie na biodrach. Był w stanie przymknąć oko na zalecane osiem do dziesięciu minut przygotowania do biegu, skoro nie planowali się szczególnie przemęczać, a jego wynegocjowany czas był wyjątkowo ograniczony, wymagał jednak przynajmniej podstawowego rozruszania się. Po części dla dobra Milo, po części ze świadomości, że jeśli sobie coś naciągnie to właśnie Dylan będzie musiał o tym wysłuchiwać przez następne kilka miesięcy, a szansa na ponowne wyciągnięcie go na poranny jogging spadnie poniżej zera. Teraz widział jeszcze minimalną możliwość na zarażenie go swoim małym hobby, a przynajmniej otwarcie sobie furtki by kiedyś to powtórzyli.
- A i zapomniałeś jeszcze o zakwasach następnego dnia - dorzucił do rozległej listy minusów, dla pewności, że wiedział dokładnie na co się pisze. - Będę musiał cię porządnie rozciągnąć, ale to później - mruknął, kończąc skróconą wersję rozgrzewki i wychodząc na główną ulicę, gdzie odwrócił się w kierunku odwrotnym od El Suspiro. Tamtą część okolicy mieli okazję zwiedzić, i to dość dokładnie, kiedy ich droga powrotna zajęła pięć razy dłużej niż powinna.
- Szybko - powtórzył po nim tonem, jakby mielił w głowie potencjalne znaczenie tego słowa, gładko przechodząc z marszu w spokojny trucht. Przy okazji zostawili wchodzące słońce za plecami, rzucając długie cienie na nierównych płytkach chodnikowych, z łagodnymi, chłodnymi podmuchami wiatru przeczesującymi ich włosy. Trafili na perfekcyjną pogodę, przynajmniej zdaniem Dylana, gdzie rześkie powietrze po nocy zachęcało do aktywnego ruchu by nadrobić braki w jeszcze zaniżonej temperaturze. Wątpił by mieli się za bardzo zmęczyć. No, przynajmniej on. - Udowodnij - rzucił, spoglądając na mężczyznę krótko, wyzywająco, a potem na odcinek chodnika do następnego skrzyżowania - plus minus sto metrów. - Złap mnie jeśli potrafisz - dodał i, nie dając mu żadnego innego ostrzeżenia, ani tym bardziej odliczania, puścił się sprintem prosto przed siebie z wyrywającym się z gardła śmiechem. Pozwolił sobie na odrobinę beztroski, podekscytowany z posiadania jego towarzystwa w tak niecodziennej sytuacji, niczym dziecko w piaskownicy dzielące się ulubionymi zabawkami z najlepszym przyjacielem. Wiedział doskonale, że wyciągnięcie go na wyścig w centrum Toronto graniczyłoby z niemożliwym nawet w najprzyjemniejszy, słoneczny dzień, po ośmiu godzinach snu i zdanych egzaminach, więc zamierzał korzystać póki sytuacja mu sprzyjała. Po części chciał sprawdzić jak szybko Milo naprawdę potrafił przebierać nogami, z drugiej strony nie planował z nim przegrywać, więc korzystając ze swojego małego oszustwa szybszego startu, włożył całą energię w próbę utrzymania prowadzenia.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: ndz sty 18, 2026 9:44 pm
autor: Milo Rivera
Wymachując od niechcenia rękami Milo zdawał się kwestionować nie tylko definicję dobrej zabawy według Gauthiera ale również swoją nieistniejącą asertywność względem niego. Powinien ją sobie wyhodować jak najprędzej, kolejnych pomysłów mógł przecież nie przeżyć.
Czuł również parujący z siebie sen i zapach świeżo wypiekanego pieczywa chwytający go za nos z piekarni ledwo parę kroków od miejsca w którym stali, i nagle całym sercem - oraz żołądkiem - zapragnął udać się w przeciwnym kierunku niż Dylan to sobie zaplanował. Sercem był przy słodkich, cynamonowych buñuelos smażonych w głębokim tłuszczu.
Jeżeli twoje cardio mnie zabije miej przynajmniej dość przyzwoitości by przekazać światu, że odszedłem w chwale godnej maratończyka, a nie jak płotka walcząca o ostatni oddech. 一 Bycie pogodzonym z przykrą koniecznością aktywności fizycznej nie było tożsame z entuzjazmem, a jemu ledwo starczało energii na to pierwsze. Przerażało go w tym momencie wszystko, od słońca pochylającego się boleśnie nisko nad miastem po pełne półgodziny truchtu za mężczyzną, który wyglądał jak wycięty z okładki pisma dla nastolatek podczas gdy on cierpiał z przynajmniej tuzina powodów. 一 Och wow 一 sarknął wyginając się z ugiętym w łokciu ramieniem, po skosie i z boleściwym grymasem na ustach. 一 Czuję się taki zmotywowany, mów mi jeszcze.
Żałował, że nie schował mu butów zeszłego wieczora.
Milo pożałował również kolejnych paru minut, kiedy Dylan radośnie wyrwał do przodu zostawiając go w tyle; po tym jak oberwał rykoszetem w konsekwencji swojego głupiego gadulstwa Rivera jęknął żałośnie, wbił zniechęcone spojrzenie w oddalające się plecy Gauthiera i rad nie rad, ruszył się z miejsca zanim widok białego chłopaczka radośnie truchtającego sobie po El Camino zachęciłby kilku nadgorliwych do wskazania mu właściwego kierunku.


Dylan prezentował się jak gwiazda spotu reklamowego zachęcającego do zdrowego trybu życia; nawet się zanadto nie spocił, kilka kropelek zaszroniło co najwyżej jego skroń, luźny bezrękawnik od czasu do czasu szarpał ciepły wiatr, a wypieki na twarzy jedynie dodawały mu młodzieńczego uroku. Przy umówionym skrzyżowaniu grupka dziewcząt (w tym nie taka znowu blond Beatriz Diaz) obrzuciła go głodnym spojrzeniem nawet się z tym nie kryjąc.
Zanim jednak te ciemnookie piranie rzuciły się na Gauthiera, Milo dopadł do niego dysząc, wypluwając płuca, świszcząc dychawicznie jakby miał atak astmy i zepsuł wrażenie. Nie celowo, choć gdyby miał więcej czasu na zarejestrowanie tej sytuacji pewnie wymyśliłby coś równie żenującego.
Zgięty w pół jedną ręką opierał się o słup światła dla pieszych, drugą o własne kolano, ale zaraz przykucnął czując, że serce usiłuje przecisnąć mu się przez gardło.
To jest mój... mój... koniec! 一 wychrypiał na granicy płaczu, czując jak powietrze szatkuje mu płuca przy każdym wdechu. Na kolanie miał zielony ślad po zdarzeniu z pasem zieleni, przez który próbował skrócić sobie drogę, ale potknął się o krawężnik i wyrżnął prosto w mlecze. Kaptur bluzy spadł mu na głowę w przechyle i może był to jakiś akt miłosierdzia; w przeciwieństwie do Gauthiera jego twarz przypominała dorodny okaz dojrzałego owocu granatu, a sam Milo sprawiał wrażenie jakby ledwie rozminął się ze stanem przedzawałowym. 一 Joderrr... nie... n-nie... ach-! O kurwa, czy... o boże, powietrza, powietrza! 一 dramatyzował histerycznie, a Beatriz skrzywiła się jakby zobaczyła karalucha. Ona i reszta dziewcząt spieszących zapewne na autobus do centrum uśmiechnęła się natomiast szeroko do Dylana, rzucając przelotnym cześć za jakie w tej dzielnicy można było nieźle oberwać nawet gdy było się całkiem miejscowym.
Milo podążył za nimi niedowierzającym spojrzeniem nadal niemal na klęczkach, gdy świadomość sytuacji dotarła do niego z koszmarnym jetlagiem. I dosłownie parę sekund później, gdy cisza wybrzmiała już na kilka sposobów, Rivera wybuchnął śmiechem trzymając się mocno pod żebrami. Nadal cienko u niego było z regularnym oddechem.

To ta blond... blondynka, dla której miałem cię zostawić 一 wychrypiał z mocno rozhuśtaną intonacją świadczącą o nieustającym problemie z opanowaniem zadyszki. 一 Beatriz. Kiedyś przychodziła do nas z każdą pierdołą, ale Diego dał jej kosza i przestała. Estella chyba nadal wierzy, że przesiadywała tam ze względu na mnie, co jak chyba właśnie zauważyłeś, jest raczej mało prawdopodobne.
Uśmiechnął się do niego z perspektywy krawężnika i wytarł spocone czoło rękawami przydużej bluzy naciągniętymi na dłonie; podobały mu się powyszywane fragmenty, nie wiedział tylko, że powstały pod ręką samego Dylana.

Byłem dzielny, doceń, bo boleję i nie zjadłem nawet marnej granoli przed wyjściem.


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: ndz sty 18, 2026 11:43 pm
autor: Dylan Gauthier
Z wiatrem odganiającym mu kosmyki włosów z twarzy, przyjemnym spięciem dociśniętych do szczytu możliwości mięśni i Riverą za plecami, pędził przed siebie bez szczególnego przejęcia światem wkoło siebie. Widział tylko metę, słyszał wyłącznie świst powietrza i drugą parę butów uderzających pospiesznie o podłoże. Gdy ten drugi dźwięk na chwilę ucichł, rzucił okiem przez ramię i prawie sam potknął się o krzywą płytkę chodnikową, rozproszony widokiem Milo personalnie witającego się z lokalną zielenią. Skomentował to rozbawionym prychnięciem i pokonał resztę drogi do skrzyżowania w całkiem akceptowalnym czasie. Wątpił by pobił jakikolwiek swój personalny rekord, ale i bez tego czuł się komfortowo rozgrzany, rozruszany i przede wszystkim wolny, pozwalając by satysfakcja po biegu wciągnęła szeroki uśmiech na jego twarz. Przeczesał palcami włosy, poprawiając chaos w jakim znalazły się w ciągu tych kilkunastu sekund, dopiero po dobiciu do końca trasy zwracając uwagę na fakt, że nie znajdowali się tam sami. Przepływając wzrokiem po nieznajomych dziewczynach bez nuty zainteresowania, przerzucił uwagę z powrotem na złożonego wpół Milo i pomiędzy własnymi, urwanymi oddechami, wyrwał mu się wesoły śmiech.
- Ej, nie było źle! Mniej leżenia na trawie i może byś mnie przegonił - pochwalił i wziął kilka głębszych oddechów by uspokoić rozpędzone bicie serca. Zmarszczył czoło, kiedy chłopak zszedł jeszcze niżej i podążył za nim, klękając na jedno kolano tuż obok by sprawdzić czy czasem nie przycisnął go za mocno na sam początek. Przechylił głowę, próbując zajrzeć pod kaptur zasłaniający jego twarz przed nieproszonymi oczami, a gdy usłyszał damski głos gdzieś nad sobą, podniósł wzrok w łagodnym zaskoczeniu. Krótkim wzniesieniem kącika ust odwzajemnił uśmiech i uniósł dłoń w ramach powitania, po czym wrócił do poprzedniego zajęcia, znacznie bardziej zainteresowany chłopakiem wypluwającym płuca na chodnik. Poklepał go współczująco po ramieniu, doskonale świadom, że sam musi przez to przebrnąć i nie bardzo jest w stanie mu pomóc. W tym wszystkim nie spodziewał się śmiechu wyciśniętego z resztek powietrza w jego ciele.
- Co? Która? - podłapał, unosząc z zaciekawieniem brwi i spoglądając za grupą oddalającą się do następnego zakrętu. Na pewno brakowało tam jakiejkolwiek blondynki. - Nie spodziewałem się, że poznam dzisiaj taką gwiazdę. Przygotowałbym się lepiej do walki o swoją pozycję - dodał, wracając na do niego już znacznie bardziej rozbawionym, niż zmartwionym spojrzeniem. Skoro był w stanie się śmiać to będzie żył. Poczuł jak kropla potu ścieka mu po boku twarzy i podniósł brzeg koszulki, by ją wytrzeć, po czym wytarł dłonie o spodnie.
- Jakbyś zjadł to żałowałbyś jeszcze bardziej - wytknął, nie tyle ze złośliwości, co z doświadczenia. Zbyt duży wysiłek zaraz po jedzeniu mógł skończyć się źle, personalnie wolał odkładać śniadanie na po treningu dla własnego bezpieczeństwa. - Ale radzisz sobie świetnie, jestem z ciebie dumny - przyznał, posyłając mu ciepły uśmiech i podnosząc się do pionu, by zaoferować mu pomocną dłoń. - I będę trochę bardziej litościwy, koniec uciekania - obiecał, wnosząc palce wolnej ręki w obietnicy harcerskiej, jako że celem wyjścia był spokojny bieg i naprawdę nie próbował go zabić. Po pociągnięciu go w górę złapał go za brzeg kaptura, żartobliwie naciągnął materiał niżej na jego oczy, odwrócił się na pięcie i po kilku krokach przeszedł z powrotem w spokojny trucht. - Jeszcze jakoś... dwadzieścia minut i dostaniesz swoje śniadanie - rzucił za siebie w ramach motywacji, zwalniając do biegu w miejscu by tym razem na niego poczekać.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: pn sty 19, 2026 1:11 am
autor: Milo Rivera
Milo wysłuchiwał złotych rad biegacza od Dylana ze stoickim spokojem, mimo, że cały aż się telepał od sprintu na start i zaczynał podejrzewać się o zaniedbania w temacie kondycji.
Mniej leżenia na trawie.
Jakbyś zjadł to żałowałbyś jeszcze bardziej.

Ale doczekał się za obietnicy śniadania i pochwały, która przyćmiła wszystko inne, łącznie z chwilowymi niedogodnościami.
Radzisz sobie świetnie, jestem z ciebie dumny.
Zawsze uważał to powiedzenie za metaforyczne, ale istotnie poczuł, jakby urósł o parę centymetrów. Nie miał pojęcia dlaczego - nie był na tyle mądry by rozpracować to samodzielnie - za każdym razem gdy Dylan chwalił go choćby jednym słowem, Milo przestawał podążać znajomym, wartkim potokiem matematycznych reguł, zasad i logicznych założeń, cichły plany i wizje wielkich projektów; zatrzymywał się na chwilę w swoim pędzie kalkulacji i zamiast spokoju, jaki zwykle przynosiło mu kierowanie się wraz z prądem swoich przyzwyczajeń, odczuwał satysfakcję. Zadowolenie, zupełnie nowe bo z samego siebie, a jak dotąd potrafił cieszyć się tylko tym co na zewnątrz.
Chciał być chwalony. Chciał zasługiwać na tę dumę, nawet jeżeli miałaby wynikać z rzeczy zupełnie błahych albo gdyby miał sobie za nią wyrzygać płuca na środku chodnika.
Dostanę kanapkę? Tę z krewetkami? 一 zapytał z nadzieją, powoli opanowując oddech, choć nie zbierał się jeszcze z kolan. Na razie czuł się komfortowo bliżej chodnika. Oczy pojaśniały mu naiwną wiarą w rekompensatę za trudy, w dobre serce Gauthiera i chrupkość krewetek, usta uchyliły się w uśmiechu wreszcie wyrażającym przynajmniej minimum entuzjazmu. Skoro miał coś, do czego mógł odliczać minuty i potknięcia, było mu znacznie prościej.
Podciągnął się po słupku i spionował, przeczuwając, że podobnie jak w hokeju celowe opóźnienia zafundują mu doliczony czas. Pewnym było natomiast, że nie mógł zostawiać go samego gdziekolwiek na dłużej niż dwie minuty, ale nie podejrzewał, że przyjdzie mu jeszcze opędzać go od dziewczyn, za którymi sam się niegdyś uganiał.
Przez kolejne kilka minut drobił koło niego czasami zostając z tyłu, a pomimo niedawnej małej euforii związanej ze śniadaniem, Milo miał ochotę rozwyć się na środku ulicy z żałości i tęsknoty za łóżkiem. Nie rozumiał jak człowiek mógł z własnego wyboru wyrywać się spod kołdry tylko po to, by udręczać się jakąś fakultatywną aktywnością, ani przyjemną ani konieczną. Jedynym co ratowało sytuację i sprawiało, że Rivera trzymał się nadal na nogach był widok Dylana od czasu do czasu zadzierającego koszulkę by wytrzeć sobie skroń albo czoło, odsłaniającego dolinki i górki mięśni brzucha i bliznę, na jaką od zeszłego wieczora stał się bardziej wyczulony. Nie szukał jej spojrzeniem celowo; po prostu teraz miał świadomość jej obecności i zerkał na nią tak jakby sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Oczy uciekały mu do tych przyjemnych widoków (na widok odrobinę ciemniejszych niż reszta włosków biegnących równiutkim zagonkiem aż poza horyzont dresowych spodni coś gwałtownie przewróciło mu się w żołądku i z pewnością nie było to w żaden sposób związane z brakiem śniadania przed wyjściem z domu) ilekroć dostawał szansę, raz czy dwa aż potknął się i klął pod nosem we wszystkich znanych sobie językach - angielskim, hiszpańskim i wyrwało mu się nawet po chińsku, czego nauczył go Lian podczas dłużących się zmian, choć jego nowo nabyta wiedza kończyła się ledwie na paru słowach.

Jeśli chcesz mogę nauczyć cię poruszać się po dachach 一 zaproponował dobrodusznie, szukając czegoś, czym mógłby mu zrewanżować się za ten bieg. Jeżeli Gauthier wierzył w to, że kiedykolwiek będzie chciał to z własnej woli powtórzyć, zapewne wierzył także w świętego Mikołaja. 一 Ile jeszcze?


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sty 20, 2026 8:38 pm
autor: Dylan Gauthier
Być może miałby względem niego więcej współczucia, a po tak dramatycznej walce o oddech po stu metrach szybszego biegu nawet odpuściłby całkowicie i zmienił ich trening w spokojny spacer z powrotem do mieszkania, gdyby nie czerpał z tego tak wielkiej radości. Towarzystwo było przyjemne i mile widziane, oczywiście, jednak coś w Milo przybierającym kolor dojrzałej wiśni i składającym się wpół na chodniku bawiło go dostatecznie by stłumić część jego jestestwa odpowiedzialną za empatię. Podczas swojej małej ucieczki odkrył przy okazji, że w pewnym sensie wykładał teraz karty, bez dwóch zdań nadwyrężając tym samym tę chęć bronienia go przed resztą świata, która wyciągnęła Riverę z łóżka na kilka godzin przed czasem, i zamierzał korzystać z tego jak mógł.
Mimo wszystko miał jednak serce i, nawet jeśli jego niemalże sadystycznie rozbawiony uśmiech na to nie wskazywał, nieuleczalną słabość względem chłopaka przepacającego właśnie jego bluzę.
- Dostaniesz kanapkę z krewetkami - powtórzył, w końcu dając mu pełne potwierdzenie celu, dla którego być może było warto się jeszcze trochę przemęczyć. Dzięki dotacji od swojego ojca, korzystającego z szansy na wykręcenie się z potrzeby szukania przemyślanego i personalizowanego prezentu dla syna, porządnie oszczędzili na kosztach transportu i wyjazdowy budżet pozwalał na tak szalone wydatki jak garstka krewetek w kanapce śniadaniowej. Nie zamierzał informować go, że jakby poprosił, dostałby ją bez potrzeby wyciskania z siebie siódmych potów. Tak bawił się zdecydowanie dużo lepiej.
Po kolejnej krótkiej przerwie wymagającej od Milo nadrobienia drogi, Dylan zdecydował się na wolniejszy trucht tyłem, by móc komfortowo z nim porozmawiać. Zwłaszcza, kiedy rozpoczęty temat go zainteresował.
- Im częściej będziesz pytał, tym wolniej będzie leciało - odparł filozoficznie, z tego prostego względu, że nie chciało mu się wyciągać telefonu z zapiętej na zamek kieszeni spodni. Szacował, że mieli maksymalnie ostatnie kilka minut i nie omieszkał przeciągnąć tej tortury rozrywki odrobinę dłużej niż było to w planie. - I jak znasz wygodny skrót górą do jakiegoś swojego ulubionego lokalu to prowadź - dodał, uśmiechając się zaczepnie, w razie potrzeby przygotowując się mentalnie na możliwość zwiedzenia kilku dachów zanim wrócą do domu pani Flores. W tym celu musiał wyciszyć matkujący instynkt, chcący by Milo pozostał obiema nogami na ziemi i nie próbował igrać z grawitacją, oraz przypomnieć sobie kiedy ostatni raz sam gdziekolwiek się wspinał. Ta dziedzina raczej nie była jego forte.
- Właśnie... Nie wspominałeś, że konwencjonalne schody cię nudzą. Ogarnęłoby się u nas alternatywne wyjście oknem - rzucił żartobliwie, szczerze wątpiąc by właściciel ich budynku mieszkalnego miał docenić przebudowę elewacji, chociaż ze spojrzeniem zawieszonym na wysokości ramienia Milo, i przebijającym się w głosie spięciem, nie był w stanie w pełni stłumić faktu, że coś zaprzątało jego myśli. W ciągu ostatniej doby dostał wgląd w trochę odmienną wersję swojego chłopaka, uzupełniał jego obraz we własnej głowie o nowe elementy i niektóre kwestie zostawały z nim na dłużej. Jak chociażby dręczące go pytanie na ile Milo zapoznałby go z tą częścią siebie jakby nigdy nie odwiedzili Sacramento. - Masz w zanadrzu jeszcze-... - reszta zdania utkwiła mu w gardle i wydostała się w formie zdławionego stęknięcia, gdy nie patrząc za siebie potknął się o hydrant, z rozpędu przekoziołkował nad niewzruszoną bryłą metalu i wylądował po drugiej stronie w kupie obolałych kończyn. Przez chwilę nie ruszył się z miejsca, mrugając w próbie ponownego połączenia się z rzeczywistością po tym jak świat zawirował mu przed oczami. Dopiero po kilku sekundach wyczuł kolejno obdrapane dłonie i kolana, obolały kark i posiniaczone ego. - Żyję - sapnął, w razie jakby istniały jakiekolwiek wątpliwości względem tego stanu rzeczy. Jakby wierzył w jakiekolwiek siły rządzące wszechświatem, być może uznałby to za karmę za wyżywanie się nad niewyspanym Riverą. Tymczasem widział w tym wyłącznie znak, że chyba musi przestać biegać tyłem.

Milo Rivera