Strona 5 z 6

old ghosts came hunting

: sob mar 07, 2026 7:31 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Uśmiechnęła się słabo pod nosem na ten ryż z resztek. Ta absurdalnie przyziemna wizja pozwalała na moment przenieść się w inne miejsce. W coś cieplejszego, bardziej ludzkiego, zupełnie niepasującego do miejsca, w którym się znajdowali. Jakby jej umysł desperacko chciał uwierzyć, że taka scena naprawdę mogła kiedyś istnieć. On stojący w kuchni, wkurwiony na patelnię, coś przypalające się na kuchence i ta jego paskudna mina człowieka, który nigdy nie przyzna się, że coś spieprzył. Bo przecież on ma wszystko pod kontrolą.
  Kiedy mówiła wcześniej te wszystkie rzeczy, nie planowała rzucać na niego żadnego ciężaru. Znała go już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak działał. Że uczucia były dla niego trudn i newygodne. Niezręczne i czymś czego unikał, bo nie znał. Dla niej zresztą też nie były czymś naturalnym. Dlatego przez cały ten czas nauczyła się je rozpuszczać. Przemycała rzeczy cięższe w zdaniach pozornie lekkich, albo zasłaniała rzuconmi, mękkimi zaczepkami zaraz po nich bo te pozwalały mu je przyjąć bez konieczności reagowania wprost.
  Kiedy jednak wypowiedział jej imię, nie po raz pierwszy, to jak raz napięła się odruchowo. Miała teraz poczucie, że być może powiedziała za dużo, pojawiło się natychmiast. Nawet przez ten ułamek sekundy zdołała stwierdzić, że to był błąd. Że potraktowała go jak takie zwierzę zagnane w róg, bo był ranny i wyczerpany, a ona w tej chwili naciskała go czymś, a on nie miał dokąd uciec, nie miał jak tego od siebie odepchnąć.
.   Liczyła, że to zostawi. Pozostawi niepociągnięte, rzucone w eter. To niby nie była wielka deklaracja – jeśli spojrzeć by na to z boku, nie znając ich kontekstu. Ale ona wiedziała, żę to było ciężkie. Zdecydowanie nie ich
  Kiedy jego palce ujęły jej dłoń przy swoim policzku, poczuła jak coś w jej klatce piersiowej zaciska się boleśnie, a jednocześnie wszystko się uspokaja w niej. Choć była napięta, wierząc że było to rażące faux-pas w ich relacji, to patrzyła na niego, wyczekując reakcji.
  Nie spodziewała się jednak tego, co przyszło po tym. Ani tego tonu, ani tych słów. Jej serce zareagowało na słowa zanim głowa zdążyła je w ogóle przetworzyć. Targnął nią bolesny skurcz gdzieś w klatce piersiowej, który zaraz potem rozlał się czymś cieplejszym. Nie była osobą, która łatwo wierzyła w podobne obietnice. Życie bardzo wcześnie nauczyło ją, że ludzie mówią wiele rzeczy, których potem nie są w stanie spełnić. On jednak nie był 'ludźmi'. Był nim. I właśnie dlatego to zadziałało. Mocniej niż kiedykolwiek zdołałaby przypuszczać.
  Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć na jego słowa, zanim zdążyła przytaknąć tej jego prośbie, że ona też ma walczyć, on dodał coś, co sprawiło, że coś w niej nagle zamarło.
  Dlaczego nie powiedziałaś, że chorujesz?
  Potrzebowała sekundy, żeby w ogóle zrozumieć, co właśnie usłyszała. Galopada pytań przebiegła po jej umyśle, a ona nie miała odpowiedzi ani na nie, ani na to zadane przez niego.
  Bo skąd on wiedział? Przecież zadbała o to, aby właśnie nie wiedział. Nie zostawiła żadnych wyników badań, ani nie zostawiła żadnych dokumentów. Nie zapisywała terminów wizyt, bo nie chodziła na kontrole, nie robiła niczego, co mogłoby wzbudzić podejrzenia. Nie brała leków, nic.
  Skąd? Skąd wiedział?
  Nie było opcji, że to był trafiony strzał na chybił trafił. Zresztą – Damon nie stostował podchodów tylko zawsze pytał ją wprost. Nawet kiedy coś było niewygodne, albo raczej – zwłaszcza, jeśli coś było niewygodne.
  Nie spanikowała. Tak jej się wydawało.
  — Bo nie choruję — odpowiedziała, znacznie bardziej cierpko, niż by chciała. Niż w ogóle planowała. I dopiero kiedy wypowiedziała te słowa, zorientowała się, że jej wzrok uciekł gdzieś na bok. Że cofnęła głowę, wyślizgując się spod jego dotyku. Że była cały czas napięta, choć jeszcze chwilę temu tak bardzo lgnęła pod jego palce.
  Nie chciała go okłamywać, ale jednocześnie nie chciała mu o tym mówić. Dla niej to było już… nieistotne. Bo to był etap, którego nie dało się odwrócić. Moment, w którym poddała się jeszcze zanim naprawdę zaczęła walczyć. I nie było to bezmyślne, bezsensowne. Podjęła tę decyzję niemal od razu, choć nie bez przemyślenia. Opierając ją na własnym doświadzceniu i rysie z przeszłości.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: ndz mar 08, 2026 4:36 pm
autor: Damon Tae
Nie umiał w emocje, ale się uczył. Przez funkcjonowanie wśród ludzi, którzy byli w tym temacie trochę bardziej ogarnięci od niego, trochę wynosił. Kto z kim przystaje takim się staje, ale w jego przypadku szło to mocno topornie. Miał swoje zasady, miał swoje przyzwyczajenia oraz charakter, który był ciężki jeśli chodziło o wspólne funkcjonowanie, a jednak potrafił odnaleźć swoją łagodniejszą stronę, kiedy chodziło o Sennę. Wcześniej sam nie wiedział, że ją posiada. Nie była ona co prawda tak wyraźna jak u większości ludzi, ale była różnica między tym, jak się odnosił do niej, a do innych.
Nie zmieniało to jednak faktu, że dalej był… ciężki. Nie rozumiał, że czasami nie powinien być bezpośredni i brutalnie szczery, bo dla niego to było naturalne. Pytanie o rzeczy, gdy czasami należało się zamknąć, bo mógł kogoś zranić. Bo to nie był czas i miejsce. Zupełnie jak teraz.
Odkąd Gadżet powiedziała mu o tym, że Senna choruje i to nie na byle co, tylko ma poważny, złośliwy nowotwór, nie bardzo wiedział jak zareagować. Nie był nigdy emocjonalny. Nie dawał się ponieść emocjom. Nie płakał, nie załamywał się. Jego systemem obronnym było zwykle działanie, ale jak mógł działać, skoro nawet nie wiedział jak z tym walczyć. Sam nie mógł, ona musiała. A z tego co zrozumiał, nawet tego nie chciała.
Jak długo była chora? Dlaczego nic nie mówiła? Ile czasu jej zostało?
To był beznadziejny czas, aby o tym rozmawiać, ale i tak mieli całą, cholerną noc przed sobą i obydwoje musieli utrzymać przytomność do momentu w którym nie odzyskają sił, aby brnąć dalej, jak tylko zamieć się uspokoi. Rozmowa była najlepszą opcją. Problem w tym, że temat który wybrał raczej nie był na tą chwilę i warunki.
Ale z drugiej strony… czy kiedykolwiek będzie?
Bo nie choruję.
Tak samo, jak on się nie wykrwawiał.
W dalszym ciągu nie spuszczał z niej spojrzenia. Brew mu nawet nie drgnęła na jej odpowiedź, ani na to, jak automatycznie się wycofała w odruchu obronnym. Sygnał na to, że kłamała. Może nie ogarniał czegoś takiego jak takt, ale potrafił rozpoznać, kiedy ktoś nie mówił prawdy. Sprawdzało się podczas przesłuchań i gdy musiał wyciągać informacje z niczego nieświadomych ludzi.
Szpiczak plazmocytowy, dobrze mówię? — rzucił, a jego głos na ułamek sekundy stwardniał, jakby nabrał siły tylko po to, by wymówić nazwę nowotworu. A pamięć miał fotograficzną. Pamiętał wszystko co zobaczył, usłyszał i przeczytał. To była jedna z kilku rzeczy, która czyniła go świetnym agentem.
Odetchnął ciężej, bo chociaż w dalszym ciągu czuł zmęczenie, to teraz czuł dodatkową motywację, aby nie zasypiać i nie słabnąć. Rozmowę, którą sam zaczął. Chęć poznania tego, co kierowało jego partnerką w momencie, jak usłyszała diagnozę.
Może by się sam domyślił, gdyby miał nieco więcej empatii i zrozumienia w sobie.
Każesz mi walczyć, a sama się poddałaś bez podjęcia cholernej rękawicy — wyrzucił z siebie, przesuwając ciemnym spojrzeniem po jej twarzy, obserwując każde drgnięcie mięśni. Drgnął, próbując poprawić swoją pozycję, ale wtedy ból ponownie rozszedł się po całym, obolałym ciele, przypominając mu o tym, dlaczego jeszcze nie powinien się ruszać, dopóki koniecznie nie musiał.
Tylko, że miał to w dupie.
Zacisnął zęby i uparcie, powoli podniósł się na rękach, opierając się o ziemię przedramionami.
Co jeśli powiem, że ja nie chcę być bez ciebie? To już bez znaczenia? — spytał, tak samo irytująco spokojnie jak zawsze. Nie tylko ona się przywiązywała. Nie miał na tym świecie nikogo, poza nią. Osobą, która całkiem niespodziewanie wślizgnęła się do jego życia i osiadła w jego codzienności. Niezrażona jego zachowaniem i próbami odepchnięcia, wytrwale przy nim siedziała… tylko po to, aby dowiedział się, że zaraz może ją stracić i nie może nic z tym zrobić.
Z Korei mógł ją wyrwać. Mógł zabić każdego, kto podniósł na nią rękę i przyczynił się do jej cierpienia, ale leku na nowotwór nie miał. Jedyne co, to mógł próbować z nią porozmawiać i przekonać, aby nie przekreślała wszystkiego.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: pn mar 09, 2026 2:28 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Nie była zaskoczona, że jej nie uwierzył. Kto jak kto, ale Damon nie należał do ludzi, których można było zbyć jednym zdaniem. Może nie czytał ludzi jak otwartą księg, a już na pewno nie ją, gdy chodziło o relacje, bo emocje czy taka zwyczajna subtelności zwyczajnie nie były jego językiem, ale kłamstwo pewnie rozpoznawał bezbłędnie, bo było częścią jego pracy. Wiedział więc jak wyglądało, wiedział jak brzmiało i wiedział kiedy ktoś próbował przykryć je czymś, co miało wyglądać na obojętność. Dlatego jej odpowiedź właściwie od razu była skazana na porażkę. Ale spróbować przecież musiała.
  Nie miała przygotowanego scenariusza na tę rozmowę. Wiedziała oczywiście, że nie będzie mogła odkładać jej w nieskończoność, bo objawy w końcu przestałyby mieścić się w wymówce ze zmęczenia, niewyspania czy przeciążenia pracą. Ale w jej głowie wciąż istniało przekonanie, że ma jeszcze trochę czasu albo że zanim ten moment nadejdzie, sprawy same ułożą się w taki sposób, że rozmowa stanie się zbędna, bo po prostu za późno na jakiekolwiek dyskusje. Mogłaby wtedy powiedzieć, że nie wiedziała. Że coś przeoczyła. Cokolwiek, byle nie znaleźć się w sytuacji takiej jak ta, gdzie on patrzył na nią wprost, a ona nie miała żadnej odpowiedzi, która byłaby jednocześnie prawdziwa i do przyjęcia dla niego. I nie byłoby zrywaniem swojej własnej zbroi.
  To wszystko był zbyt osobiste. To jej choroba i jej ciało, które powoli zaczynało się poddawać. Ta narastająca z każdym tygodniem niemoc też była jej. W końcu całe życie walczyła o kontrolę nad samą sobą. Miała na tym punkcie obsesję, bo odkąd kiedyś zabrano jej ją siłą i nauczyła się jak wygląda sytuacja, w której ktoś inny decyduje o twoim ciele, o twoim życiu i o twoich granicach, nie chciała jej oddawać komuś innemu. Nawet w formie dyskusji. Chociaż tutaj wiedziała, że ta dyskusja była jedynie pojęciem względnym.
  Nie odezwała się więc, kiedy wypowiedział nazwę choroby. Nawet nie zastanawiała się już skąd wiedział. Niejednokrotnie naruszał jej prywatność i decyzje, jeśli uważał, że było to konieczne. I zazwyczaj robił to w przekonaniu, że działa w dobrej wierze. Że pomaga. Dokładnie tak samo jak z tamtą nieszczęsną premią świąteczną.
  Nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć, bo mimo wszystko miał rację. Nie podjęła rękawicy i nie spróbowała walczyć. Ba, nawet tego nie uwzględniała. Ale nie dlatego, że była głupia czy zdesperowana, nawet nie dlatego, że nie bała się śmierci, a nawet jej wyglądała. Wbrew pozorom nie była to decyzja podjęta w panice czy bez zastanowienia.
  — Nie zrozumiałbyś — powiedziała w końcu, nie patrząc na niego.
   Dla Damona wszystko musiało się mierzyć według skali logiki: jeśli istnieje leczenie, jest nawet przeżywalność, to się leczy. Jeśli jest szansa by przeżyć, to się walczy. Z jego perspektywy pewnie było to racjonalne i sensowne, a jej wybór – durny. Ale wiedziała, że gdyby spróbowała mu to wytłumaczyć, to skończyłoby się jak zwykle. Nie zrozumiałby i wciąż naciskał na to, co logiczne. Co dobre dla niej, z tego swojego głupiego przekonania, że robi właściwą rzecz.
  Ale zacięła się na jego ostatnich słowach. Wyraźnie napięła się w ramionach, a jej spojrzenie mimowolnie wróciło na jego twarz na ułamek sekundy. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy dobrze usłyszała. To, co powiedział było zbyt otwarte, zbyt odsłaniające jak na niego. Przez moment nawet próbowała ocenić, czy była to faktycznie szczerość, czy raczej prowokacja. Przyjęła tę drugą opcję, bo była wygodniejsza, bo ta pierwsza nie pasowała do jego profilu.
  Milczała jeszcze przez chwilę, próbując znaleźć coś, co mogłaby powiedzieć, aby zbyć temat. Już coś nawet zaczynało się układać w jej głowie, kiedy nagle rozległ się trzask. Drzwi chaty otworzyły się i ugięły się pod naporem wiatru, a zawierucha wdarła się do środka razem z zimnym powietrzem i śniegiem. W progu pojawiła się sylwetka starszego, białego mężczyzny, z siwymi włosami i zarośniętą brodą przyprószoną śniegiem. Uniósł on obie dłonie, widząc lufę broni wycelowaną w swoją stronę.
  — To ja. Wyciągamy was stąd — powiedział, ledwie słyszalny przez świst wiatru. Damon mógł w nim zidentyfikować faceta, który przedstawiał mu całą ekipę, ptórą spotkał jeszcze przed wylotem. Mężczyznę, który dowodził grupą i który był też pilotem.
  Senna spojrzała kontrolnie na Koreańczyka, ale fakt, że nie oddał on jeszcze strzału, pozwolił jej myśleć, że dwójka się znała. Oraz, że to cała ta pomoc, którą miał sprowadzić.
Do niewielkiego budynku dołączył też drugi mężczyzna z grupy, obrzucając wszystko kontrolnym spojrzeniem. Po tym naciągnął gogle termowizyjne z powrotem na oczy i wyszedł z budynku, unosząc karabin szturmowy.
  Roth zbliżył się do Damona, aby pomóc go dźwignąć. Transport blisko stukilogramowego faceta był wymagający, a Senna coś o tym wiedziała. To ona wlokła go, samodzielnie, do samochodu, a później kliniki Rohana, kiedy Koreańczyka położyło zakażenie.
  Ona przez cały czas monitorowała, co się działo; czekała tylko na jeden sygnał ze strony partnera, który zdradziłby, że to wcale nie jest pomoc. Nic takiego jednak nie przyszło. Podparła go jednak swoją osobą z drugiego boku, kiedy opuścili ówczesne schronienie.
  Nie wiedziała dokąd idą, ale cały czas monitorowała stan Damona. Wkrótce jednak las się przerzedził i mogli dostrzec sylwetkę bombowca nowej generacji, która rysowała się na tle wychylającego się słońca. Maszyna posadzona została na zaśnieżonej równinie, a samo lądowanie nie należało do najłatwiejszych, jeśli sądzić po śladach zostawionych za sobą.
  Ostatecznie weszli na pokład, do samego końca osłaniani przez drugiego z mężczyzn. Tae został posadzony, a wręcz rzucony na ławkę, którą zajmował wcześniej, natomiast Roth zwrócił się do okularnika, aby zaczął checklistę. Senna odruchowo zajrzała w stronę kokpitu, zaraz potem skupiając się już wyłącznie na Damonie.
  — Połóż się — powiedziała, kucając przy ławce. — Zdejmę ci opaskę uciskową, tylko potem się nie ruszaj. — Znów weszła w ten roboczy ton, roboczy ruch. Jak gdyby nie zostało między nimi nic w zawieszeniu.
  — Reyes cię połata — wtrąciła sympatyczna koleżanka Damona, zatrzymując się za Senną. — Będziesz jak ta lala, Rambo.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: wt mar 10, 2026 8:52 am
autor: Damon Tae
Miała rację. Nie rozumiał.
Dla niego to było nielogiczne. Zdawał sobie sprawę, że byli ludzie, którzy nie chcieli się leczyć, ale zwykle się nimi nie przejmował. W tamtym przypadku, to był ktoś, kto go nie obchodził. Kto nie miał z nim żadnej styczności. Ona jednak była mu bliska. Była częścią jego życia. Skoro już ją do siebie dopuścił, to nie chciał, aby tak po prostu zniknęła przez jakąś pojebaną chorobę. Nie po tym wszystkim co razem przeżyli. Nie po tym, jak chcąc nie chcąc, się przywiązał. Bronił się przed tym rękami i nogami, bo wiedział jak niebezpieczne to było w jego przypadku, a jednak nie umiał tego zatrzymać.
A teraz wychodziło na to, że nie tylko ją zostawiano. Jego też. Dlatego nie chciał się przywiązywać. Nie tylko dlatego, że to była słabość, którą można było potem wykorzystać przeciwko niemu. Ale też dlatego, że utrata osób na których ci zależy była zbyt bolesna. Był w stanie radzić sobie bez większego problemu z bólem fizycznym. Można było go bić, torturować i nękać, a on był w stanie to przeżyć, bo już przywykł do bólu. Ale ten emocjonalny? Nie wiedział jak radzić sobie z uczuciami, które były dla niego niezrozumiałe.
Po stracie ojca robił wszystko, aby już nigdy tego nie czuć. Do czasu się udawało.
Wykorzystał jej własne słowa przeciwko niej, ale to także zdawało się nie działać. Zdawał sobie sprawę z tego, że to stwierdzenie, a raczej pytanie do niego nie pasowało. Właśnie dlatego też go użył. Dla niego miały sporą moc, to strategicznie uznał, że dla niej również mogą.
Ale chyba nie miało to większego znaczenia.
Nie skomentował. Nie odezwał się.
Drzwi drgnęły, a on zareagował w oka mgnieniu. Mimo braku siły, instynkt zadziałał automatycznie. Schwycił za broń i wycelował lufę w stronę wejścia, gdzie pojawił się starszy mężczyzna. Na całe szczęście, już mu znany. Osoba oznaczająca pomoc.
Opuścił broń w momencie jak do środka weszła też druga osoba, która potwierdziła jego podejrzenia. Podniósł się z pomocą mężczyzny, zaciskając mocniej zęby, kiedy musiał oprzeć ciężar ciała na rannej nodze. Zakręciło mu się w głowie, ale był ostatnią osobą, która miałaby narzekać na swój stan.
Ale przynajmniej ta niekomfortowa rozmowa trzymała go przy świadomości.
Nawet po opuszczeniu chatki, rozglądał się na boki. Może i jego czas reakcji był opóźniony, ale czujność była niezachwiana. Była integralną częścią jego osobowości, a dopóki znajdowali się jeszcze na terytorium Korei Północnej, nie zamierzał jej tracić. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie wróg, a tutaj cała okolica była ryzykowna.
Gdy weszli na pokład, pierdolnął się na tą cholerną ławkę na której nie tak dawno temu się znajdował, gdy leciał w tą stronę. Rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych, ostatecznie swoje spojrzenie zatrzymując na Sennie.
Ostrożnie się ułożył na plecach, czując wszystkie mięśnie we własnym ciele.
Rychło w czas się pojawiliście, Gadżet — rzucił do nowej koleżanki, która pojawiła się obok. To była jego opcja „dzięki za ratunek”, ale i tak było całkiem miłe, jak na niego. — Jak udało wam się wylądować? — spytał, pozwalając Sennie na działania. Komu jak komu, ale ufał jej w stu procentach. W końcu nie raz i nie dwa go już składała.


Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: pn mar 16, 2026 6:00 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Uczucie ulgi pojawiło się dopiero wtedy, kiedy zamknęły się za nimi drzwi samolotu. Nie było to jednak takim prawdziwym rozluźnieniem, jakie człowiek odczuwał po wyjściu z zagrożenia, a raczej czymś mocno przytłumionym, jakby jej organizm dopiero po kilku sekundach zrozumiał, że nie siedzieli już w tej rozpadającej się chacie pośrodku północnokoreańskiego lasu. Niemniej jednak nie potrafiła pozbyć się napięcia, które wciąż trzymało jej ciało w gotowości., bo nie znała tych ludzi i nie ufała im.
  Dlatego praktycznie nie odsuwała się od Damona.
  Warowała przy nim niemal odruchowo, obserwując wszystko, co działo się w jego pobliżu. Każdy ruch, każdą postać przechodzącą obok ławki. I kiedy ktoś przechodził zbyt blisko nich, jej mięśnie mimowolnie się napinały. Jeszcze bardziej wtedy, gdy zatrzymała się przy nich kobieta i odezwała do Damona.
  — Ledwo — odpowiedział Roth, przechodząc obok nich, kiedy Damon zapytał o lądowanie.
  Syanna tylko kiwnęła głową, a na jej ustach pojawił się znaczący uśmiech.
  — Musisz naprawdę opłacać się Giovanniemu — rzuciła lekko zaczepnie.
  To zdanie mogło sugerować, że zmianę planów zarządził sam Włoch. Że ktoś na tyle wysoko uznał, że warto było ruszyć całą operację tylko po to, żeby wyciągnąć jednego człowieka z północnokoreańskiego piekła. Z drugiej strony trudno było powiedzieć, czy był to ratunek czy raczej kolejna inwestycja w dług do spłacenia. — Jak to szło? Ach, tak… — dodała po chwili — 'Ndrangheta nie wybacza zdrady. Nie zapomina lojalności. — Spojrzała tu na niego znacząco, nie dając jednak miejsca na odpowiedź, zaraz podejmując: — A teraz trzymajcie się mocno. Trzeba będzie ruszyć to bydle, bo już na pewno jesteśmy na radarze. Jak tylko się wzniesiemy, Reyes cię opatrzy.
  Inżynier oddaliła się w stronę innej ławki, którą zajęła wraz z rosłym towarzyszem. I inną osobą. Spojrzenie Senny przesunęło się na siedzącą obok nich ciemnoskórą kobietę, nieco starszą od nich. Domyśliła się, że to właśnie ona była wspomnianą Reyes. I to ona miała opatrzeć jego rany.
  Maszyna zadrżała ciężko, kiedy zaczęła nabierać prędkości, a wibracje rozeszły się po metalowej konstrukcji. Senna jedną ręką oparła się o podłogę, drugą stabilizując ciało Damona, żeby nie przesunął się z ławki. Dopiero kiedy Roth z kokpitu poinformował ich, że są już stabilni i zaraz opuszczą północnokoreańską przestrzeń powietrzną, rozluźniał się. I też tylko na moment, bo kobieta, którą wcześniej obserwowała, podeszła bliżej.
  — Dobra. Zajmijmy się tobą.
  Senna napięła się odruchowo. Wolałaby zrobić to sama. Wiedziała dokładnie gdzie i jak został zraniony. Wiedziała jak reagowało jego ciało i jakie rzeczy potrafił wytrzymać, a jakie potrafiły go złożyć szybciej niż wyglądało to z zewnątrz. Ale z drugiej strony, może lepiej byłoby oddać go w cudze ręce. Medyka? Lekarza… No, kogoś, kto miał, szczerze na to liczyła, znacznie więcej doświadczenia chirurgicznego niż ona i wszystkie jej improwizowane operacje wykonywane na Damonie w warunkach dalekich od sterylności.
  Dlatego się odsunęła, choć nie bardzo daleko. W zasadzie tylko tyle, żeby kobieta mogła pracować. Jej spojrzenie jednak ani na moment nie spadło z rąk obcej.
  — Jeśli jeszcze trochę intensywniej będziesz mi patrzeć na dłonie, to zaraz chyba zacznę się stresować — rzuciła w pewnym momencie Reyes, nawet na nią nie patrząc.
  Senna odsunęła się jeszcze o kilka centymetrów, ale nie przestała obserwować. Sprawdzała wszystko: ruchy, narzędzia, sposób w jaki kobieta oczyszczała ranę i zakładała szwy. Dopiero kiedy po dłuższej chwili Reyes wyprostowała się i zdjęła rękawiczki, napięcie w jej ramionach trochę opadło.
  — Będzie żył — oznajmiła spokojnie. — Więcej tutaj i tak nie zrobię. Potrzebuje odpoczynku i niech nawet nie próbuje obciążać tej nogi, bo pozrywa szwy szybciej niż je założyłam.
  Kiedy Reyes odeszła, Senna znów zajęła miejsce przy ławce. Usiadła na podłodze przy jego ramieniu, opierając bok głowy o nie w taki sposób, żeby móc jednocześnie obserwować jego twarz. Jej ręka powędrowała w górę niemal automatycznie w jego stronę. Wsunęła palce w jego włosy, a kciukiem zaczęła powoli i spokojnie gładzić jego skroń, ignorując drżenie własnych mięśni wywołane tym wszystkim. Wszystkimi przejściami, które miała za sobą, skrajnym wyczerpaniem, odwodnieniem i wygłodzeniem. Bestialstwem. Ale przede wszystkim tym, co działo się po wyjściu z piekła.
  Gładziła jego ciepłą skórę uświadamiając sobie, że wciąż tu był i walczył. Że być może go nie straci, że wyjdzie z tego, skoro już dostał pomoc. Zdarzenia z chaty w brutalny sposób uświadomiły jej, że jeszcze nigdy nie bała się aż tak o to, że ktoś znów zniknie z jej życia. Choć tu nie chodziło o byle kogo, o kogoś, tylko właśnie o niego.
  O kogoś kto wtargnął do jej życia, choć ani razu nie próbował tego zrobić. Nie w tak oczywisty sposób, taki którego nie mogłaby przeoczyć i odepchnąć od siebie.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: czw mar 19, 2026 10:20 am
autor: Damon Tae
Musisz naprawdę opłacać się Giovanniemu.
Całe szczęście — mruknął bez przekonania, podświadomie spodziewając się, że taka akcja miała swoją cenę. To, że ich wydostał z tego kraju, że kazał im wylądować… musiało nieść za sobą konsekwencje. Zgodził się na poświęcenie swojego własnego życia dla Salvatore’a, jak tylko postanowił ruszyć po swoją kobietę. I zrobił to bez większego wahania. Jakakolwiek więc nie miałaby to być cena, zamierzał ją zapłacić tak samo jak całą resztę, czyli bez mrugnięcia nawet okiem. Był człowiekiem słowa i jego nie łamał.
Jak już wstąpił do tego mafijnego światka, tak w nim tkwił do usranej śmierci. Powiedziałoby się, że z deszczu pod rynnę, od dyktatora do Diabła, ale jakby na to spojrzeć, to warunki swojej nowej umowy miał o wiele lepsze niż to, co było w Korei. Nawet jeśli dalej uchodziły za niezbyt zdatne do wspólnego życia ze względu na jego ciągłe wyjazdy.
Ale możliwe, że ta sytuacja dała mu coś do myślenia. I to sporo.
Napiął się momentalnie, odruchowo w momencie jak maszyna zadrżała i wszystko inne zaczęło wydawać dziwne dźwięki. Zupełnie jakby za chwilę miała się rozlecieć. Rozluźnił się dopiero kiedy byli ustabilizowani, a jakaś nieznana mu kobieta poderwała się z siedzenia, aby mu pomóc. Musiała być tutejszym medykiem.
Nią się lepiej zajmij — powiedział, swoje spojrzenie przenosząc na Amerykankę. Jak wiadomo, Damon był zdania, że sobie poradzi. Że nic mu nie jest i jak zawsze się z tego wyliże. Mówiło się, że wszystko się na nim goi jak na psie, chociaż już kilka razy był już na granicy, bo nawet psy dostają zakażeń bakteryjnych.
Niemniej ostatecznie pozwolił się opatrzeć. Co jakiś czas mocniej tylko zaciskał zęby, ale nie wydał z siebie żadnego większego dźwięku, który oznaczałby, że bardzo cierpi. Ale bolało jak sam skurwysyn. Może lepiej by było, jakby jednak odleciał, ale nie zamierzał w dalszym ciągu tego robić. Nawet jeśli było to względnie bezpieczne środowisko.
Gdy kobieta skończyła i odezwała się do Senny, odruchowo zerknął w stronę partnerki, powoli przenosząc wzrok na panią medyk.
Słyszę cię — mruknął, bo mówiła to tak, jakby go nie było. Może dlatego, że wiedziała, że jej zalecenia raczej były chuja warte i jak będzie chciał, to będzie sobie tą nogę obciążał. I że głównie zdanie Senny jakkolwiek się tu znaczyło. Teraz bardziej niż na początku, gdzie też miał je w głębokim poważaniu, bo przecież sam wiedział lepiej.
Reyes odeszła, a jego wzrok momentalnie przeniósł się z powrotem na Amerykankę. Przekrzywił głowę w jej stronę jak się zbliżyła, lustrując ją swoim ciemnym, łagodniejszym spojrzeniem, niż gdy ktokolwiek inny był w pobliżu. Automatycznie też wcisnął łeb w jej dłoń, gdy tylko wyczuł jej dotyk na sobie, jak gdyby to była jedyna odpowiednia odskocznia i rodzaj rozluźnienia, który akceptował.
Ostrożnie wyciągnął rękę w jej kierunku, aby sięgnąć do jej delikatnej skóry na policzku.
Przykro mi, Senna — powiedział, nie spuszczając z niej spojrzenia. Nigdy nie był emocjonalnym typem. Nie rozumiał wielu emocji, nie potrafił ich odróżnić. Nie miał w sobie zbyt wiele empatii, ale gdy chodziło o nią, potrafił wspiąć się na wyżyny swojego człowieczeństwa i dostrzec pewne rzeczy. — Wybacz, że nie byłem szybszy — dodał, wciąż gładząc kciukiem jej skórę. Jedno z wielu zadrapań, które miała na sobie.
Nie mógł cofnąć tego co się stało. Nie mógł się też tego spodziewać. Jego winą było, że nie zostawił jej w wystarczająco bezpiecznym miejscu, że nie była strzeżona. Wiedział, że jest ścigany, a jednak pozwolił sobie na osadzenie się w jednym miejscu. Na jakąś dziwną stabilność, której nigdy nie miał, bo… no właśnie obawiał się, że to się tak skończy. I teraz ona płaciła cenę za jego przeszłość.
Zabiję każdego, kto położył na tobie rękę. Przysięgam ci to. — Jego głos stwardniał, podobnie jak spojrzenie. Wiedział, że nie pozwoli, aby te zwierzęta długo chodziły po świecie. Nie po tym, co zrobiły.


Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: ndz mar 22, 2026 4:18 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Jego deklaracja wywołała w niej tylko jedną myśl.
      To niczego nie zmieni.
  Wiedziała o tym, aż za dobrze. Wiedziała, że nie dało się zrobić niczego, co wpłynęłoby na to, co się wydarzyło. Co zatarłoby boleśnie żywe wspomnienie męki i krzywdy. Zemsta nie była żadnym rozwiązaniem – przerabiała już to. Była już w piekle, była już niewolnikiem dla kogoś; była pozbawiona wyboru, decyzji i traktowana jej przedmiot. Bezwartościowe narzędzie bez uczuć; bez duszy, bez marzeń, bez obaw, bez niczego.
  I myślała nawet, że zdołała głęboko zakopać to wspomnienie; tak głęboko, aby nie wypełzało na wierzch w każdym momencie codzienności – Damon jej w tym pomógł. Bardzo nieświadomie, w zasadzie nie podejmując żadnych działań, które ściśle się wiązały z wymierzaniem sprawiedliwości.
  Ale to, co się stało w Korei Północnej wywlekło na wierzch wszystko to, a potem przysypało jeszcze większą ilością krzywdy.
  Wsunęła dłoń dalej na jego skalp, przeczesując jego włosy. Opuszki jej palców muskały znów spokojnie jego czaszkę w tym samym kojącym geście, z którym zapoznała go już dawno temu.
   — Dopiero co bałam się, że mnie zostawisz. — Jak wszyscy dotychczas. Zabrani przez śmierć czy własną decyzję. Dla niej to nie było różnicą, bo i jedno i drugie pozostawiło pustkę w jej życiu. — Nie każ mi znowu przez to przechodzić. I to tylko przez coś tak — zawiesiła głos, próbując odnaleźć słowo, które dobrze opisywałoby to, co się stało. Nie potrafiła jednak zamknąć tego w jednym czy dwóch określeniach, więc pozostawiła to niedopowiedziane.
  Senna miała jednak to do siebie, że o wszystko prosiła tylko raz. A to i tak dużo, jak na kogoś, kto zmierzył się z odebraniem kontroli. Więc gdyby Damon się nie zgodził, to wręcz oczywistym byłoby, że nie postawiłaby mu się.
  Nie potrafiła. Jej opór przecież zawsze był bezskuteczny, dlaczego kiedykolwiek miałoby być inaczej?
  Warunki do rozmowy były jednak niesprzyjające i odczuwała to. Odczuwała obecność innych osób, nie tak daleko od nich. I choć prawdopodobnie nie słyszeli tej rozmowy, choćby przez głośną pracę silników bombowca, to jednak znajdował się w otoczeniu, któremu po prostu nie ufała.
  Dlatego sprowadziła to do jednego, jakby chcąc uciąć temat:
   — Odpocznij, Demonie. Potrzebujesz tego. — Stracił sporo krwi, a adrenalina już dawno ustąpiła; leki przeciwbólowe, które dostał też musiały zrobić swoje. W końcu go przytłumić i wyciszyć; wbrew jego zakodowanej czujności.
  Jej palce głaszczące jego skalp nie były głupim odruchem, a celowym, strategicznym ruchem, który wyprowadziła już jakiś czas temu. Tak jak i wcześniej usypiała go zwykłym smyraniem skalpu, tak i teraz zagrała już tę kartę; dążąc do jego rozładowania i odpoczynku.
  Również była wykończona. Odwodniona, wygłodzona – choć Reyes wręczyła jej baton proteinowy, pozbawiona snu. Przymknęła jednak oczy dopiero, gdy jego oddech się uspokoił; gdy była pewna, że pozwolił sobie na odpoczynek – wciąż w ramach swojej własnej czujności.
  Oparła się o niego i trwała gdzieś w stanie przejściowym między snem a jawą. Nie jednak z czujności, a ze zwykłej obawy, że sen okaże się być kolejnym koszmarem.
  Gdy maszyna po kilkunastu godzinach lotu wylądowała na bezdrożach arizony, pod nocną osłoną, można było opuścić jej pokład. Stanęli dokładnie w tym samym miejscu, z którego odlatywali, zatem pojazd, który należał do Damona i którym tu przybył, znalazł się w zasięgu.
  Syanna powiedziała Damonowi, aby skontaktował się z Giovannim po wszystkim, a potem życzyła powodzenia i zapowiedziała, że jeszcze pewnie się zobaczą.
  Realny problem był jednak taki, że nie mogli wrócić do Kanady. Nie tak od razu – Senna była bez dokumentów, a to znaczyło, że przejście graniczne między Stanami a północnym sąsiadem było problemem. Do rozwiązania w parę dni, po kontakcie z ambasadą. Dlatego jednak zatrzymali się w jednym z hoteli w przygranicznym Detroit.
  Czuła, że potrzebuje prysznica. Gorącej, niemal wrzącej wody, która sparzy boleśnie jej skórę, rozgrzewając do czerwoności. Dlatego kiedy tylko znaleźli się w środku, bez słowa przeszła właśnie do łazienki. Po zamknięciu drzwi przestała być tą cichą, wycofaną i stonowaną. Z nagłością i szarpnięciem ściągała z siebie rzecz za rzeczą, jak gdyby każda warstwa materiały na jej skórze była czymś obrzydliwie nieakceptowalnym.
  Nie poczuła jednak ulgi, kiedy gorąca woda spotkała się z jej skórą. A wręcz przeciwnie – ten brak ulgi zmienił się w frustrację. Niemal w rozpaczliwą, rozbrajającą bezsilność. Zbyt mocno pocierała namydloną dłonią skórę na własnym ramieniu, wkrótce szurając po niej już samymi paznokciami. Te rozorywały naskórek, zostawiając za sobą piekący, czerwony ślad.
  Ale wciąż nie dawało to ulgi.
  Z każdą kolejną sekundą czuła się coraz gorzej. Czuła, jak się rozsypuje, kawałek po kawałku wewnętrznie, kiedy z zewnątrz próbowała absolutnie wszystkiego, by zmyć z siebie brud. I choć jej skóra, jej włosy i jej paznokcie były formalnie czyste, to nie dla niej.
  Uderzyło w nią rozpaczliwe poczucie porażki. Ze światem, z samą sobą, z własnym ciałem z własnym umysłem. Miażdżące uczucie brudu i odebranej wartości sprawiło, że nogi się pod nią ugięły, sadzając w strumieniu gorącej, szumiącej wody.
  Łzy popłynęły po jej policzkach, parząc je jeszcze bardziej, niż wysoka temperatura wody w słuchawce.
  Nie płakała od dnia, w którym pochowała ojca, mając wrażenie, że wtedy wypłukała z siebie jakikolwiek żal. Ale rzeczywistość widziała to inaczej – rzeczywistość widziało to jako tamę, która w końcu, po latach ugięła się pod naporem wszystkiego tego, co powstrzymywała.


Damon Tae

old ghosts came hunting

: pn mar 23, 2026 8:28 pm
autor: Damon Tae
Damon nienawidził siedzieć bezczynnie. Nienawidził nie robić niczego. I przez to, że był za późno, że nie zdążył na czas, a przez jego przeszłość ona musiała przejść przez kolejne piekło, sprawiały, że chciał rozlewu krwi. Jedyne co mógł w tej chwili zrobić, to to, na czym znał się najlepiej - mógł podziałać. Zemścić się za nią, nawet jeśli ona nie miała na to siły, ani chęci. Bo chociaż czasu to nie cofnie, to mógł sprawić, że zapłacą za każdą krzywdę, jaką jej wyrządzili. Że będą cierpieć dokładnie tak samo.
Chciał, aby cierpieli.
Jak mógł pozwolić, aby coś takiego pozostało bez ukarania? Aby nie spotkała ich karma, która była w jego postaci? Był mściwym skurwysynem. I nigdy nie darował krzywdy, i to zwykle nie chodziło o niego.
Nie był geniuszem jak chodziło o emocje, ale nie był też idiotą. Senna była najbardziej ludzką osobą jaką znał. Człowiekiem, który był tak poturbowany i przekopany przez los, że aż dziw, że wciąż tu była i nie płakała. Widział jednak tą pustkę w oczach, zmęczenie całym tym piekłem, które miało miejsce. Widział jak słaba i złamana była, chociaż nie szlochała załamana w kącie. Była silna, a jednocześnie tak krucha.
Nie umiał w uczucia, ale widział wiele rzeczy.
Senna… — zaczął, gdy się odezwała, ale zaraz westchnął pod nosem. Raz jeszcze przesunął z niepasującą do niego delikatnością, kciukiem po jej delikatnym, zadrapanym policzku. — Piekło dla ciebie przejdę jeśli będzie trzeba. — I nie musiała o to prosić. Nie powiedział jednak, że nie zastosuje się do jej prośby. Zadeklarował jednak, że wiele był w stanie dla niej zrobić oraz poświęcić, bo nie było to problemem. Skoro już wdarła się do jego ciasnego kręgu osób, które wiele znaczyły, to zamierzał ją chronić za wszelką cenę.
Nawet jeśli wszechświat wciąż pokazywał, jak bardzo nie powinien był mieć kogokolwiek.
Nie chciał zasypiać. Nie teraz, kiedy czuł, że w dalszym ciągu powinien przy niej czuwać. Problem w tym, że wykończenie organizmu było… znaczące. Stracił dużo krwi, nie spał zbyt wiele, a wysiłek nawet przy jego wytrenowaniu był dość spory. To jednak miało nie mieć znaczenia. Do końca chciał czuwać, ale sęk w tym, że dziewczyna doskonale wiedziała jak go spać, zwłaszcza jak jego organizm potrzebował tego odpoczynku. Ale nie tylko jemu był potrzebny.
Zaśnij, Senna. Nic ci tu nie grozi — mruknął, przymykając powieki, które stawały się coraz cięższe. Z każdą kolejną sekundą coraz słabiej mógł je kontrolować, aż w końcu, nawet nie wiedział kiedy, wyłączył się. Chociaż wydawałoby się, że jego wrodzona czujność wciąż działała, tak większość funkcji w jego organizmie działała na automacie. W uśpieniu.
Jakby ktoś miał jednak zaatakować, i tak by się przebudził.
Większość lotu przespał, regenerując własny organizm oraz częściowo ciało. Chociaż to, będzie dochodzić do siebie przez dłuższy okres czasu niż te kilkanaście godzin. Gdy w końcu wylądowali, mogli odetchnąć. To nie Kanada, ale Ameryka wydawała się być bezpieczniejsza niż cholerna Korea Północna z którą zapewne jeszcze nie raz będzie mieć do czynienia. Smród się wciąż za nim ciągnął, bo pewni ludzie wciąż żyli.
Pożegnał się z ekipą, która pomagała mu w tej misji i podziękował im na ten swój upośledzony sposób - czyli praktycznie w ogóle. Przytaknął tylko głową na polecenie skontaktowania się z Giovannim i skierował się do swojego auta. Na całe szczęście był to automat, więc drugiej nogi praktycznie nie potrzebował.
Gdy dojechali do hotelu w którym się zatrzymali, wszedł do środka i pierdolnął się na szerokim łóżku, czując raz jeszcze jak wszystkie mięśnie go napieprzają. Odprowadził Sennę do drzwi łazienki, wcześniej się pytając czy coś może zrobić oraz czy czegoś potrzebuje. Zapytał się też czy chce coś zjeść, ale domyślał się odpowiedzi. Musiała tam jeść zapewne jakieś cholerne resztki, a przez stres oraz wydarzenia zapewne miała jeszcze bardziej ściśnięty żołądek niż kiedykolwiek wcześniej.
A mimo to zamówił przez telefon jakieś jedzenie, w nadziei, że zje chociaż kilka kęsów.
Gdy odłożył telefon, instynktownie spojrzał na drzwi łazienki z której długi czas nie wychodziła dziewczyna. Podszedł do nich i przyłożył ucho, jak gdyby chcąc usłyszeć czy wszystko jest okay. Szum wody odbijał się od ścian i to głównie on przebijał się przez drzwi.
Zapukał dwa razy.
Senna? — rzucił przez zamknięte wejście, ale nie usłyszał odpowiedzi. — Wchodzę — zapowiedział i gdy wszedł… zatrzymał się niemalże od razu, dostrzegając jej złamaną, kruchą postać pod strumieniami wody.
Jego stwardniałe, zwykle niewzruszone serce mocniej zadrżało w dziwny, nieznany dotąd sposób. Widział każdego siniaka, każde zadrapanie, wszystkie ślady, które nosiło jej ciało. Historia, której nie powinna była doświadczyć. Przemoc i bestialstwo ludzi, wśród których się wychował.
W milczeniu do niej podszedł i wszedł w swoich czarnych, znoszonych ubraniach pod prysznic, aby przy niej przyklęknąć. Sięgnął do niej ostrożnie, z delikatnością, którą zakładał tylko wobec niej i przyciągnął ją do swojej klatki piersiowej. Bez żadnego słowa.
Gładził ją przy tym ostrożnie po plecach.
I zamierzał siedzieć z nią pod tym strumieniem gorącej wody, tyle ile było trzeba.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: czw mar 26, 2026 2:17 pm
autor: Valkyrae Callahan
   Piekło dla ciebie przejdę jeśli będzie trzeba.
  Gdzieś głęboko, w jej podświadomości, wiedziała to. Ale była to ta wiedza, której nie chciało się do siebie dopuścić. Prawda, którą się negowało. Taka, która miała solidny fundament, nie do podkopania, a którą ze wszystkich sił chciało się odsunąć jak najdalej. Nie dlatego, że była niewygodna czy uwierała ją świadomość, że Damon mógłby – i w zasadzie: był – tak bardzo za nią, że przeszedłby absolutnie wszystko, włącznie ze wspomnianym piekłem, ale dlatego, że bała się konsekwencji tego, jak miała na niego działać.
  Nigdy nie chciała, aby ktokolwiek czymkolwiek dla niej ryzykował; nigdy nawet takiego scenariusza nie rozważała – w końcu niemal od samego początku nauczona była, że zdana była na siebie i jedynie na siebie. A teraz, kiedy w pamięci miała ten mrożący krew w żyłach widok; tę jego namacalną słabość, obawiała się, gdzie to może zaprowadzić.
  Mogłaby go stracić i to tylko i wyłącznie przez samą siebie.
  Czuwała przy nim przez niemal cały lot, choć raz przejmując jego rolę od niego samego. Niepoproszona, niepytana.
  Świadomie odsuwając sen, który mógłby przynieść tylko brutalne wspomnienie rzeczywistości. Powrotu myślami do faktów, do tego co się stało, a czego jeszcze nie była w stanie przeprocesować.
  Miejsce na to znalazła dopiero, gdy została sama, za drziwami łazienkowymi.
  Nie słyszała pukania, nie słyszała nawet jego słów.
  Szum wody był zbyt głośny, zbyt wszechobecny, wypełniał jej uszy i głowę, zagłuszając wszystko inne. Choć nawet gdyby usłyszała, to i tak nie byłaby w stanie zareagować. Była zamknięta gdzieś w środku siebie, w tym jednym punkcie, w którym wszystko się rozpadło i nie potrafiło już wrócić na swoje miejsce.
  Nie zareagowała więc też na moment, w którym drzwi się otworzył, a do pomieszczenia wszedł on.
  Zdała sobie sprawę z jego obecności, dopiero gdy wszedł w jej przestrzeń. Gdy drzwi kabiny rozchyliły się, wpuszczając chłodny podmuch, który zderzył się z parnym, gorącym powietrzem. Nie podniosła głowy, świadomie ignorując jego obecność. Ba, napięła się jeszcze bardziej w reakcji na to, że po prostu tu był. Blisko niej. Choć tym razem nie z poczucia zagrożenia, a wstydu.
  Czuła się brudna. Zużyta. Pozbawiona jakiejkolwiek wartości.
  I bała się, że spojrzy na nią w ten sam sposób.
  Zesztywniała jeszcze bardziej, kiedy to on przyciągnął ją do siebie. Jeden gest, który wlał do jej umysłu tak wiele myśli, skrajnie pomieszanych. Jak choćby ta, że nie powinien jej nawet dotknąć – nie dlatego, że ona tego nie chciała – a przez to, że przecież była brudna. I ta druga, która podpowiadała, że chciał mieć ją blisko, pomimo tego.
  Nie poprosiła o ten gest, ale gdy go zaznała, zrozumiała jak istotny był dla niej.
  Spięte mięśnie jej ciała rozluźniły się, a ona wsunęła się w niego bliżej, niemal chowając się w jego ramionach. Łzy dalej płynęły, cały czas nieprzerwanie, mieszając się z wodą spływającą po jej twarzy.
  — Nie mogę — wyrzuciła w końcu z siebie, głosem zdławionym, urywanym, takim jakby każde słowo musiało się przez nią przecisnąć siłą. — Nie mogę tego z siebie zmyć.
  Nie powiedziała tego do niego, nie wprost. Nie była to żadna prośba ani nie oczekiwała odpowiedzi. Bardziej stwierdzenie, bezradne i puste. Takie, po którym stwierdzało się, że nie powinno się tego mówić na głos.
  Jej palce na moment zacisnęły się mocniej na jego mokrej od wody koszulce, jakby w obawie, że jeśli puści, to rozsypie się jeszcze bardziej.
  Jego bliskość była tak samo kojąca, co i niekomfortowa.
  — Nie umiem tego wyłączyć — przyznała jeszcze ciszej, niemal bezgłośnie, z tą samą bezradnością, co wcześniej. Z tym samym, łamiącym się na sylabach głosem.
  Drżała, ale bynajmniej nie z chłodu. Każdy, najmniejszy mięsień jej ciała dygotał. Pod wpływem myśli, które rozlewały się po jej umyśle, zatruwając go swoją treścią. Rosnącej świadomości zepsucia i braku wartości.
  W końcu jak można było wierzyć, że miało się jakąkolwiek wartość, kiedy świat wokół traktował cię jak przedmiot. Bez uczuć, bez woli, bez możliwości decyzji. Coś, co można było wziąć, kiedy tylko się chciało.
  Bo nawet jeśli próbowała to rozłożyć logicznie, znaleźć jakikolwiek punkt, w którym mogłaby się jeszcze obronić, to kończyło się to w tym samym miejscu. W tym samym, powtarzającym się wniosku, którego nie potrafiła od siebie odsunąć.
  — Nie powinnam… — zaczęła, ale głos jej się załamał na tej jednej sylabie, jakby samo jej wypowiedzenie było już zbyt dużo. Przełknęła ciężko ślinę, czując gulę w zaciśniętym gardle, zanim spróbowała jeszcze raz. — Nie powinnam mieć cię przy sobie — powiedziała cicho, bez siły, ledwie przebijając się przez ciągły szum wody. — Nie po tym — dodała po chwili. Oparła czoło o jego obojczyk, pochylając głowę. Jak gdyby miała chować się przed ciężką prawdą, którą chciała mu przekazać. — Nie zasługuję na to — doprecyzowała w końcu, wypłukana już absolutnie z wszystkiego.
  Jej palce drgnęły lekko, jakby przez ułamek sekundy chciała się odsunąć. Ale nie zrobiła tego. Mimo słów dalej egoistycznie się go trzymała – tej jednej stałej, którą miała w życiu.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: czw mar 26, 2026 9:23 pm
autor: Damon Tae
Nie był człowiekiem, który się wzrusza czy rozczula. Nie był kimś, kogo łatwo w jakikolwiek sposób poruszyć emocjonalnie. Czasami wręcz wydawało się, że nie ma czegoś takiego jak człowieczeństwo czy zwyczajne, ludzkie sumienie. Nie odwracał głowy na okrucieństwo wobec niewinnych kobiet czy nawet dzieci. Nie drgała mu powieka w momencie jak ktoś kopał szczeniaczka. Ostatni raz jak faktycznie nie umiał poradzić sobie z własnymi emocjami było wtedy, jak stracił ojca - najważniejszą postać w jego życiu.
To nie była sytuacja gdzie chciał się rozpaść razem z nią. Niemniej, była na tyle mocna, że ruszała jego serducho na tyle, że go to obchodziło. Że chciał coś z tym zrobić. Zaangażował się w relację z Senną na tyle mocno, że nie umiałby już siedzieć obok i nic nie zrobić. Sęk w tym, że jego pomoc zwykle polegała na działaniu. Tak sobie radził ze wszystkimi niedogodnościami, tak sobie radził z bólem, dyskomfortem i wszelkimi negatywnymi emocjami.
Najchętniej by poszedł zabić każdego sprawce.
Ale wiedział, że teraz przede wszystkim musiał być tutaj. Przy niej. Przy jej drobnej, rozpadającej się postaci. Może nie wiedział wiele o relacjach, pocieszaniu i wsparciu, ale wiedział, że nie mógł jej teraz zostawić, gdy była na skraju… no wszystkiego.
I to miało być jego działanie. Po prostu siedzenie obok.
Trzymał ją w ramionach, gładząc spokojnym ruchem jej plecy. Jego serce biło bardzo miarowo, a on sam wydawał się wciąż być niewzruszony. Wydawałoby się, że przytula ją w niezręcznym, wymuszonym geście, ale ten kto go znał wiedział, że on takich momentów nie miał. To przy niej wchodził na wyżyny swojej emocjonalności i czułości, aby chociaż w małym procencie być dla niej takim wsparciem, jakim powinien być.
Na jego twarzy nie odbijała się praktycznie żadna emocja. Swoje spojrzenie miał wbite w bliżej nieokreślone kafelki, które znajdowały się w prysznicu, podczas gdy cały czas przyciskał do siebie łkającą dziewczynę. Nie odzywał się. Nie umiał mówić tak, jak się powinno.
To ona przełamała ciszę.
Jego wzrok dość automatycznie, spokojnie przesunął się z mokrych kafli na wtulone w niego ciało. Jedynie delikatna zmarszczka pojawiła się między jego brwiami, gdy usłyszał jej słowa. Nie musiała dokładnie określać co chciała z siebie zmyć. Nie miał pojęcia jak się czuła. Nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji, nie był w jej skórze i nie mógł sobie nawet tego wyobrazić, ale wydawał się rozumieć jak ciężkie i drastyczne to było przeżycie. Jak bardzo wpłynęło na jej psychikę i postrzeganie samej siebie.
Wystarczyło na nią spojrzeć. Była cieniem samej siebie. Złamaną dziewczyną, która nie zrobiła nikomu niczego złego, a którą skatowano fizycznie i psychicznie. W dodatku nie jeden raz.
Zacisnął mocniej szczękę, ale jego dłoń nie przestawała gładzić jej posiniaczonych pleców w ten sam delikatny, czuły wręcz sposób. Chciałby tam wrócić. Chciałby dorwać każdego, kto się dopuścił takich czynów, przez które ona się tak czuła. Przez kogo płakała w tak łamiący serce sposób.
Nie umiem tego wyłączyć.
Senna — odezwał się w końcu spokojnie, ale nie powiedział nic więcej.
Przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie, zamykając ciasno w ramionach. Brodę ulokował na czubku jej głowy, pozwalając jej na wylanie z siebie każdej złej emocji, która w niej siedziała. Zupełnie jakby miała przelać ją na niego. Bo w końcu byłby w stanie to wszystko znieść, aby tylko nie dźwigała tego ciężaru sama.
Jego palce delikatnie mocniej zacisnęły się na niej, podczas gdy druga wciąż ją gładziła, gdy usłyszał jej kolejne, złamane słowa. Z każdą kolejną chwilą coraz bardziej chciał wymierzyć sprawiedliwość i rozlać krew. Tyle, ile było potrzeba i więcej.
To nie ty powinnaś coś z siebie zmywać. — Tylko oni powinni spróbować zmyć to z rąk, ale wiadomo, że takie osoby tego nie zrobią. Oni nie czują, że zrobili coś złego, bo kobieta była tylko przedmiotem. W takim kraju dorastał. O tyle dobrze, że jego rodzina miała inne wartości, a kobieta, która go wychowała, przyłożyła się do jego spojrzenia na świat. Wyszło jak wyszło, ale przynajmniej miał w sobie jakiś kręgosłup moralny. Częściowo. — I nie decydujesz za mnie, Senna. Jestem i zostanę — powiedział tym samym twardym, ale na tyle spokojnym tonem, aby wiedziała, że nie mówi to tak samo na poważnie, jak wcześniej. Że dla niego nic się nie zmieniło.
Przeżyła piekło przez jego grzechy z przeszłości, a mimo to, nie powiedziała na niego słowa. Skazał ją na to wszystko. I nie wyobrażał sobie, aby jakkolwiek miałby ją porzucić. Był lojalny nie tylko wobec swojego pracodawcy, ale przede wszystkim wobec niej. Niezależnie od sytuacji.
Zasługujesz na wszystko co najlepsze i dołożę wszelkich starań, aby ci to dać. — Na razie szło mu beznadziejnie, ale Damon szybko uczył się na swoich błędach. I jeśli będzie musiał zaprzedać kolejny raz swoją duszę, to tak będzie, o ile zapewni jej bezpieczeństwo. — To, że tu jesteś, oddychasz i wciąż się trzymasz, to cholernie dużo. Będę więc z tobą, nawet gdy świat znowu będzie się kończył. — Niezależnie od tego, w jaki sposób to się stanie.

Valkyrae Callahan