Strona 5 z 5

old ghosts came hunting

: sob mar 07, 2026 7:31 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Uśmiechnęła się słabo pod nosem na ten ryż z resztek. Ta absurdalnie przyziemna wizja pozwalała na moment przenieść się w inne miejsce. W coś cieplejszego, bardziej ludzkiego, zupełnie niepasującego do miejsca, w którym się znajdowali. Jakby jej umysł desperacko chciał uwierzyć, że taka scena naprawdę mogła kiedyś istnieć. On stojący w kuchni, wkurwiony na patelnię, coś przypalające się na kuchence i ta jego paskudna mina człowieka, który nigdy nie przyzna się, że coś spieprzył. Bo przecież on ma wszystko pod kontrolą.
  Kiedy mówiła wcześniej te wszystkie rzeczy, nie planowała rzucać na niego żadnego ciężaru. Znała go już wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, jak działał. Że uczucia były dla niego trudn i newygodne. Niezręczne i czymś czego unikał, bo nie znał. Dla niej zresztą też nie były czymś naturalnym. Dlatego przez cały ten czas nauczyła się je rozpuszczać. Przemycała rzeczy cięższe w zdaniach pozornie lekkich, albo zasłaniała rzuconmi, mękkimi zaczepkami zaraz po nich bo te pozwalały mu je przyjąć bez konieczności reagowania wprost.
  Kiedy jednak wypowiedział jej imię, nie po raz pierwszy, to jak raz napięła się odruchowo. Miała teraz poczucie, że być może powiedziała za dużo, pojawiło się natychmiast. Nawet przez ten ułamek sekundy zdołała stwierdzić, że to był błąd. Że potraktowała go jak takie zwierzę zagnane w róg, bo był ranny i wyczerpany, a ona w tej chwili naciskała go czymś, a on nie miał dokąd uciec, nie miał jak tego od siebie odepchnąć.
.   Liczyła, że to zostawi. Pozostawi niepociągnięte, rzucone w eter. To niby nie była wielka deklaracja – jeśli spojrzeć by na to z boku, nie znając ich kontekstu. Ale ona wiedziała, żę to było ciężkie. Zdecydowanie nie ich
  Kiedy jego palce ujęły jej dłoń przy swoim policzku, poczuła jak coś w jej klatce piersiowej zaciska się boleśnie, a jednocześnie wszystko się uspokaja w niej. Choć była napięta, wierząc że było to rażące faux-pas w ich relacji, to patrzyła na niego, wyczekując reakcji.
  Nie spodziewała się jednak tego, co przyszło po tym. Ani tego tonu, ani tych słów. Jej serce zareagowało na słowa zanim głowa zdążyła je w ogóle przetworzyć. Targnął nią bolesny skurcz gdzieś w klatce piersiowej, który zaraz potem rozlał się czymś cieplejszym. Nie była osobą, która łatwo wierzyła w podobne obietnice. Życie bardzo wcześnie nauczyło ją, że ludzie mówią wiele rzeczy, których potem nie są w stanie spełnić. On jednak nie był 'ludźmi'. Był nim. I właśnie dlatego to zadziałało. Mocniej niż kiedykolwiek zdołałaby przypuszczać.
  Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć na jego słowa, zanim zdążyła przytaknąć tej jego prośbie, że ona też ma walczyć, on dodał coś, co sprawiło, że coś w niej nagle zamarło.
  Dlaczego nie powiedziałaś, że chorujesz?
  Potrzebowała sekundy, żeby w ogóle zrozumieć, co właśnie usłyszała. Galopada pytań przebiegła po jej umyśle, a ona nie miała odpowiedzi ani na nie, ani na to zadane przez niego.
  Bo skąd on wiedział? Przecież zadbała o to, aby właśnie nie wiedział. Nie zostawiła żadnych wyników badań, ani nie zostawiła żadnych dokumentów. Nie zapisywała terminów wizyt, bo nie chodziła na kontrole, nie robiła niczego, co mogłoby wzbudzić podejrzenia. Nie brała leków, nic.
  Skąd? Skąd wiedział?
  Nie było opcji, że to był trafiony strzał na chybił trafił. Zresztą – Damon nie stostował podchodów tylko zawsze pytał ją wprost. Nawet kiedy coś było niewygodne, albo raczej – zwłaszcza, jeśli coś było niewygodne.
  Nie spanikowała. Tak jej się wydawało.
  — Bo nie choruję — odpowiedziała, znacznie bardziej cierpko, niż by chciała. Niż w ogóle planowała. I dopiero kiedy wypowiedziała te słowa, zorientowała się, że jej wzrok uciekł gdzieś na bok. Że cofnęła głowę, wyślizgując się spod jego dotyku. Że była cały czas napięta, choć jeszcze chwilę temu tak bardzo lgnęła pod jego palce.
  Nie chciała go okłamywać, ale jednocześnie nie chciała mu o tym mówić. Dla niej to było już… nieistotne. Bo to był etap, którego nie dało się odwrócić. Moment, w którym poddała się jeszcze zanim naprawdę zaczęła walczyć. I nie było to bezmyślne, bezsensowne. Podjęła tę decyzję niemal od razu, choć nie bez przemyślenia. Opierając ją na własnym doświadzceniu i rysie z przeszłości.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: ndz mar 08, 2026 4:36 pm
autor: Damon Tae
Nie umiał w emocje, ale się uczył. Przez funkcjonowanie wśród ludzi, którzy byli w tym temacie trochę bardziej ogarnięci od niego, trochę wynosił. Kto z kim przystaje takim się staje, ale w jego przypadku szło to mocno topornie. Miał swoje zasady, miał swoje przyzwyczajenia oraz charakter, który był ciężki jeśli chodziło o wspólne funkcjonowanie, a jednak potrafił odnaleźć swoją łagodniejszą stronę, kiedy chodziło o Sennę. Wcześniej sam nie wiedział, że ją posiada. Nie była ona co prawda tak wyraźna jak u większości ludzi, ale była różnica między tym, jak się odnosił do niej, a do innych.
Nie zmieniało to jednak faktu, że dalej był… ciężki. Nie rozumiał, że czasami nie powinien być bezpośredni i brutalnie szczery, bo dla niego to było naturalne. Pytanie o rzeczy, gdy czasami należało się zamknąć, bo mógł kogoś zranić. Bo to nie był czas i miejsce. Zupełnie jak teraz.
Odkąd Gadżet powiedziała mu o tym, że Senna choruje i to nie na byle co, tylko ma poważny, złośliwy nowotwór, nie bardzo wiedział jak zareagować. Nie był nigdy emocjonalny. Nie dawał się ponieść emocjom. Nie płakał, nie załamywał się. Jego systemem obronnym było zwykle działanie, ale jak mógł działać, skoro nawet nie wiedział jak z tym walczyć. Sam nie mógł, ona musiała. A z tego co zrozumiał, nawet tego nie chciała.
Jak długo była chora? Dlaczego nic nie mówiła? Ile czasu jej zostało?
To był beznadziejny czas, aby o tym rozmawiać, ale i tak mieli całą, cholerną noc przed sobą i obydwoje musieli utrzymać przytomność do momentu w którym nie odzyskają sił, aby brnąć dalej, jak tylko zamieć się uspokoi. Rozmowa była najlepszą opcją. Problem w tym, że temat który wybrał raczej nie był na tą chwilę i warunki.
Ale z drugiej strony… czy kiedykolwiek będzie?
Bo nie choruję.
Tak samo, jak on się nie wykrwawiał.
W dalszym ciągu nie spuszczał z niej spojrzenia. Brew mu nawet nie drgnęła na jej odpowiedź, ani na to, jak automatycznie się wycofała w odruchu obronnym. Sygnał na to, że kłamała. Może nie ogarniał czegoś takiego jak takt, ale potrafił rozpoznać, kiedy ktoś nie mówił prawdy. Sprawdzało się podczas przesłuchań i gdy musiał wyciągać informacje z niczego nieświadomych ludzi.
Szpiczak plazmocytowy, dobrze mówię? — rzucił, a jego głos na ułamek sekundy stwardniał, jakby nabrał siły tylko po to, by wymówić nazwę nowotworu. A pamięć miał fotograficzną. Pamiętał wszystko co zobaczył, usłyszał i przeczytał. To była jedna z kilku rzeczy, która czyniła go świetnym agentem.
Odetchnął ciężej, bo chociaż w dalszym ciągu czuł zmęczenie, to teraz czuł dodatkową motywację, aby nie zasypiać i nie słabnąć. Rozmowę, którą sam zaczął. Chęć poznania tego, co kierowało jego partnerką w momencie, jak usłyszała diagnozę.
Może by się sam domyślił, gdyby miał nieco więcej empatii i zrozumienia w sobie.
Każesz mi walczyć, a sama się poddałaś bez podjęcia cholernej rękawicy — wyrzucił z siebie, przesuwając ciemnym spojrzeniem po jej twarzy, obserwując każde drgnięcie mięśni. Drgnął, próbując poprawić swoją pozycję, ale wtedy ból ponownie rozszedł się po całym, obolałym ciele, przypominając mu o tym, dlaczego jeszcze nie powinien się ruszać, dopóki koniecznie nie musiał.
Tylko, że miał to w dupie.
Zacisnął zęby i uparcie, powoli podniósł się na rękach, opierając się o ziemię przedramionami.
Co jeśli powiem, że ja nie chcę być bez ciebie? To już bez znaczenia? — spytał, tak samo irytująco spokojnie jak zawsze. Nie tylko ona się przywiązywała. Nie miał na tym świecie nikogo, poza nią. Osobą, która całkiem niespodziewanie wślizgnęła się do jego życia i osiadła w jego codzienności. Niezrażona jego zachowaniem i próbami odepchnięcia, wytrwale przy nim siedziała… tylko po to, aby dowiedział się, że zaraz może ją stracić i nie może nic z tym zrobić.
Z Korei mógł ją wyrwać. Mógł zabić każdego, kto podniósł na nią rękę i przyczynił się do jej cierpienia, ale leku na nowotwór nie miał. Jedyne co, to mógł próbować z nią porozmawiać i przekonać, aby nie przekreślała wszystkiego.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: pn mar 09, 2026 2:28 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Nie była zaskoczona, że jej nie uwierzył. Kto jak kto, ale Damon nie należał do ludzi, których można było zbyć jednym zdaniem. Może nie czytał ludzi jak otwartą księg, a już na pewno nie ją, gdy chodziło o relacje, bo emocje czy taka zwyczajna subtelności zwyczajnie nie były jego językiem, ale kłamstwo pewnie rozpoznawał bezbłędnie, bo było częścią jego pracy. Wiedział więc jak wyglądało, wiedział jak brzmiało i wiedział kiedy ktoś próbował przykryć je czymś, co miało wyglądać na obojętność. Dlatego jej odpowiedź właściwie od razu była skazana na porażkę. Ale spróbować przecież musiała.
  Nie miała przygotowanego scenariusza na tę rozmowę. Wiedziała oczywiście, że nie będzie mogła odkładać jej w nieskończoność, bo objawy w końcu przestałyby mieścić się w wymówce ze zmęczenia, niewyspania czy przeciążenia pracą. Ale w jej głowie wciąż istniało przekonanie, że ma jeszcze trochę czasu albo że zanim ten moment nadejdzie, sprawy same ułożą się w taki sposób, że rozmowa stanie się zbędna, bo po prostu za późno na jakiekolwiek dyskusje. Mogłaby wtedy powiedzieć, że nie wiedziała. Że coś przeoczyła. Cokolwiek, byle nie znaleźć się w sytuacji takiej jak ta, gdzie on patrzył na nią wprost, a ona nie miała żadnej odpowiedzi, która byłaby jednocześnie prawdziwa i do przyjęcia dla niego. I nie byłoby zrywaniem swojej własnej zbroi.
  To wszystko był zbyt osobiste. To jej choroba i jej ciało, które powoli zaczynało się poddawać. Ta narastająca z każdym tygodniem niemoc też była jej. W końcu całe życie walczyła o kontrolę nad samą sobą. Miała na tym punkcie obsesję, bo odkąd kiedyś zabrano jej ją siłą i nauczyła się jak wygląda sytuacja, w której ktoś inny decyduje o twoim ciele, o twoim życiu i o twoich granicach, nie chciała jej oddawać komuś innemu. Nawet w formie dyskusji. Chociaż tutaj wiedziała, że ta dyskusja była jedynie pojęciem względnym.
  Nie odezwała się więc, kiedy wypowiedział nazwę choroby. Nawet nie zastanawiała się już skąd wiedział. Niejednokrotnie naruszał jej prywatność i decyzje, jeśli uważał, że było to konieczne. I zazwyczaj robił to w przekonaniu, że działa w dobrej wierze. Że pomaga. Dokładnie tak samo jak z tamtą nieszczęsną premią świąteczną.
  Nie wiedziała, co powinna mu powiedzieć, bo mimo wszystko miał rację. Nie podjęła rękawicy i nie spróbowała walczyć. Ba, nawet tego nie uwzględniała. Ale nie dlatego, że była głupia czy zdesperowana, nawet nie dlatego, że nie bała się śmierci, a nawet jej wyglądała. Wbrew pozorom nie była to decyzja podjęta w panice czy bez zastanowienia.
  — Nie zrozumiałbyś — powiedziała w końcu, nie patrząc na niego.
   Dla Damona wszystko musiało się mierzyć według skali logiki: jeśli istnieje leczenie, jest nawet przeżywalność, to się leczy. Jeśli jest szansa by przeżyć, to się walczy. Z jego perspektywy pewnie było to racjonalne i sensowne, a jej wybór – durny. Ale wiedziała, że gdyby spróbowała mu to wytłumaczyć, to skończyłoby się jak zwykle. Nie zrozumiałby i wciąż naciskał na to, co logiczne. Co dobre dla niej, z tego swojego głupiego przekonania, że robi właściwą rzecz.
  Ale zacięła się na jego ostatnich słowach. Wyraźnie napięła się w ramionach, a jej spojrzenie mimowolnie wróciło na jego twarz na ułamek sekundy. Przez chwilę nawet zastanawiała się, czy dobrze usłyszała. To, co powiedział było zbyt otwarte, zbyt odsłaniające jak na niego. Przez moment nawet próbowała ocenić, czy była to faktycznie szczerość, czy raczej prowokacja. Przyjęła tę drugą opcję, bo była wygodniejsza, bo ta pierwsza nie pasowała do jego profilu.
  Milczała jeszcze przez chwilę, próbując znaleźć coś, co mogłaby powiedzieć, aby zbyć temat. Już coś nawet zaczynało się układać w jej głowie, kiedy nagle rozległ się trzask. Drzwi chaty otworzyły się i ugięły się pod naporem wiatru, a zawierucha wdarła się do środka razem z zimnym powietrzem i śniegiem. W progu pojawiła się sylwetka starszego, białego mężczyzny, z siwymi włosami i zarośniętą brodą przyprószoną śniegiem. Uniósł on obie dłonie, widząc lufę broni wycelowaną w swoją stronę.
  — To ja. Wyciągamy was stąd — powiedział, ledwie słyszalny przez świst wiatru. Damon mógł w nim zidentyfikować faceta, który przedstawiał mu całą ekipę, ptórą spotkał jeszcze przed wylotem. Mężczyznę, który dowodził grupą i który był też pilotem.
  Senna spojrzała kontrolnie na Koreańczyka, ale fakt, że nie oddał on jeszcze strzału, pozwolił jej myśleć, że dwójka się znała. Oraz, że to cała ta pomoc, którą miał sprowadzić.
Do niewielkiego budynku dołączył też drugi mężczyzna z grupy, obrzucając wszystko kontrolnym spojrzeniem. Po tym naciągnął gogle termowizyjne z powrotem na oczy i wyszedł z budynku, unosząc karabin szturmowy.
  Roth zbliżył się do Damona, aby pomóc go dźwignąć. Transport blisko stukilogramowego faceta był wymagający, a Senna coś o tym wiedziała. To ona wlokła go, samodzielnie, do samochodu, a później kliniki Rohana, kiedy Koreańczyka położyło zakażenie.
  Ona przez cały czas monitorowała, co się działo; czekała tylko na jeden sygnał ze strony partnera, który zdradziłby, że to wcale nie jest pomoc. Nic takiego jednak nie przyszło. Podparła go jednak swoją osobą z drugiego boku, kiedy opuścili ówczesne schronienie.
  Nie wiedziała dokąd idą, ale cały czas monitorowała stan Damona. Wkrótce jednak las się przerzedził i mogli dostrzec sylwetkę bombowca nowej generacji, która rysowała się na tle wychylającego się słońca. Maszyna posadzona została na zaśnieżonej równinie, a samo lądowanie nie należało do najłatwiejszych, jeśli sądzić po śladach zostawionych za sobą.
  Ostatecznie weszli na pokład, do samego końca osłaniani przez drugiego z mężczyzn. Tae został posadzony, a wręcz rzucony na ławkę, którą zajmował wcześniej, natomiast Roth zwrócił się do okularnika, aby zaczął checklistę. Senna odruchowo zajrzała w stronę kokpitu, zaraz potem skupiając się już wyłącznie na Damonie.
  — Połóż się — powiedziała, kucając przy ławce. — Zdejmę ci opaskę uciskową, tylko potem się nie ruszaj. — Znów weszła w ten roboczy ton, roboczy ruch. Jak gdyby nie zostało między nimi nic w zawieszeniu.
  — Reyes cię połata — wtrąciła sympatyczna koleżanka Damona, zatrzymując się za Senną. — Będziesz jak ta lala, Rambo.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: wt mar 10, 2026 8:52 am
autor: Damon Tae
Miała rację. Nie rozumiał.
Dla niego to było nielogiczne. Zdawał sobie sprawę, że byli ludzie, którzy nie chcieli się leczyć, ale zwykle się nimi nie przejmował. W tamtym przypadku, to był ktoś, kto go nie obchodził. Kto nie miał z nim żadnej styczności. Ona jednak była mu bliska. Była częścią jego życia. Skoro już ją do siebie dopuścił, to nie chciał, aby tak po prostu zniknęła przez jakąś pojebaną chorobę. Nie po tym wszystkim co razem przeżyli. Nie po tym, jak chcąc nie chcąc, się przywiązał. Bronił się przed tym rękami i nogami, bo wiedział jak niebezpieczne to było w jego przypadku, a jednak nie umiał tego zatrzymać.
A teraz wychodziło na to, że nie tylko ją zostawiano. Jego też. Dlatego nie chciał się przywiązywać. Nie tylko dlatego, że to była słabość, którą można było potem wykorzystać przeciwko niemu. Ale też dlatego, że utrata osób na których ci zależy była zbyt bolesna. Był w stanie radzić sobie bez większego problemu z bólem fizycznym. Można było go bić, torturować i nękać, a on był w stanie to przeżyć, bo już przywykł do bólu. Ale ten emocjonalny? Nie wiedział jak radzić sobie z uczuciami, które były dla niego niezrozumiałe.
Po stracie ojca robił wszystko, aby już nigdy tego nie czuć. Do czasu się udawało.
Wykorzystał jej własne słowa przeciwko niej, ale to także zdawało się nie działać. Zdawał sobie sprawę z tego, że to stwierdzenie, a raczej pytanie do niego nie pasowało. Właśnie dlatego też go użył. Dla niego miały sporą moc, to strategicznie uznał, że dla niej również mogą.
Ale chyba nie miało to większego znaczenia.
Nie skomentował. Nie odezwał się.
Drzwi drgnęły, a on zareagował w oka mgnieniu. Mimo braku siły, instynkt zadziałał automatycznie. Schwycił za broń i wycelował lufę w stronę wejścia, gdzie pojawił się starszy mężczyzna. Na całe szczęście, już mu znany. Osoba oznaczająca pomoc.
Opuścił broń w momencie jak do środka weszła też druga osoba, która potwierdziła jego podejrzenia. Podniósł się z pomocą mężczyzny, zaciskając mocniej zęby, kiedy musiał oprzeć ciężar ciała na rannej nodze. Zakręciło mu się w głowie, ale był ostatnią osobą, która miałaby narzekać na swój stan.
Ale przynajmniej ta niekomfortowa rozmowa trzymała go przy świadomości.
Nawet po opuszczeniu chatki, rozglądał się na boki. Może i jego czas reakcji był opóźniony, ale czujność była niezachwiana. Była integralną częścią jego osobowości, a dopóki znajdowali się jeszcze na terytorium Korei Północnej, nie zamierzał jej tracić. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie wróg, a tutaj cała okolica była ryzykowna.
Gdy weszli na pokład, pierdolnął się na tą cholerną ławkę na której nie tak dawno temu się znajdował, gdy leciał w tą stronę. Rozejrzał się po wszystkich zgromadzonych, ostatecznie swoje spojrzenie zatrzymując na Sennie.
Ostrożnie się ułożył na plecach, czując wszystkie mięśnie we własnym ciele.
Rychło w czas się pojawiliście, Gadżet — rzucił do nowej koleżanki, która pojawiła się obok. To była jego opcja „dzięki za ratunek”, ale i tak było całkiem miłe, jak na niego. — Jak udało wam się wylądować? — spytał, pozwalając Sennie na działania. Komu jak komu, ale ufał jej w stu procentach. W końcu nie raz i nie dwa go już składała.


Valkyrae Callahan