between obsession and control
: ndz sty 18, 2026 6:53 pm
To nie mógł być koniec.
Nick Dalton absolutnie nie przyjmował do wiadomości informacji, że to mógł być koniec. Przecież jeszcze tyle miał zrobić. Mieli zrobić. Razem z Pilar. Z jego ukochaną Pilar, która przecież czekała na niego w szpitalu. Która na pewno nie mogła się wręcz doczekać aż on w końcu się tam pojawi i ją uratuje. Aż w końcu będą mogli być razem.
Przez moment nawet myślał, że się udało. Że chociaż Noriega postrzelił go w udo, że na moment go uziemił, to przecież sam po chwili wpadł do wody. Dalton widział to na własne oczy. Widział, jak Madox znika pod taflą lodowatego jeziora i wcale nie wypływa. A to znaczyło, że utonął. Ze już więcej nie będzie problemem, który stał mu na drodze do szczęścia z Pilar.
Eliot leżał postrzelony w domu, Noriega opadał już pewnie na dno jeziora — to była jego szansa, żeby się stąd jednak wydostać. Uciec. Doczołgać się do miasteczka i dostać pomoc, by potem wrócić po Pilar. Poczeka. Na pewno zrozumie, że musiał pierwsze zatamować własne rany.
Tylko kiedy Dalton ruszył po lodzie, kiedy zaczął powoli ale sukcesywnie przesuwać się po mrożącym krew w żyłach zmrożonym jeziorze, wtedy na pomost wpadła masa policjantów. I chociaż byli daleko — w dodatku musieli ominąć zrobione przez nich dziury i pęknięcia — to wciąż było szybsi niż czołgający się Dalton.
Nie miał jak uciec.
Nie tym razem.
Nie minęła nawet minuta, a oni już go mieli. Przyciskali do lodu, zakładali kajdany na nadgarstki. Każdy jeden jego kumpel z posterunku teraz traktował go jak najgorszego zbiega. Skurwiela, który zrobił coś złego. A przecież on tylko chciał móc kochać i być kochanym. Nie zrobił nic złego. On tylko chciał uświadomić Pilar, że byli dla siebie stworzeni.
Wszystko co robił, robił z miłości.
I ta właśnie miłość zgubiła go w najgorszy możliwy sposób. Bo w tym wszystkim Dalton zgubił siebie i tego dobrego faceta, którego kiedyś trzymał w sercu. Teraz nie było już po nim śladu. Był tylko Nick Dalton - psychopata.
Karetka przyjechała niecałe pięć minut po policji. Pewnie byliby później bo drogi był kompletnie nieprzejezdne, jednak oddział został wezwany już przecież za wczasu. Zawsze robiło się tak podczas akcji wysokiego ryzyka — z góry zakładało się, że pomoc medyków będzie potrzebna. I chwała Bogu, bo gdyby przyjechali chociaż dziesięć minut później, facet, którego wyłowili z lodowatego jeziora były już martwy.
— Czuję tętno, ale jest bardzo słabe — rzucił krótko jeden z medyków, czytając z tętnicy szyjnej, do której już dociskał dwa palce. Przelotnie spojrzał na mężczyznę — był cały blady, biały wręcz, skórę miał siną, a rzęsy całe posklejane od lodowatej wody.
Karetka ruszyła na sygnale, kierując się do najbliższego szpitala, a w środku pracowało dookoła pacjenta trzech medyków. Ich polecania jak i cała komunikacja były krótkie, ale treściwe. Rozcinali jego przemoczone ciuchy, podpinali odpowiednie maszyny i wenflon.
— Dajcie tlen.
— Ma ciężką hipotermię.
— Temperatura trzydzieści dwa i spada.
— Zewnętrzne ogrzewanie, koce i folia. Tylko stopniowo i bez aktywnego masowania.
— Stauracja osiemdziesiąt osiem.
Dwoili się i troili, by dostarczyć mężczyźnie jak najlepszą opiekę. Jego stan był ciężki, ale po chwili nawet stabilny, jednak to nie zmieniało faktu, że potrzebowali jak najszybciej dostać się do szpitala, by wykonać wszystkie najpotrzebniejsze badania i ewentualny zabieg.
Madox A. Noriega
Nick Dalton absolutnie nie przyjmował do wiadomości informacji, że to mógł być koniec. Przecież jeszcze tyle miał zrobić. Mieli zrobić. Razem z Pilar. Z jego ukochaną Pilar, która przecież czekała na niego w szpitalu. Która na pewno nie mogła się wręcz doczekać aż on w końcu się tam pojawi i ją uratuje. Aż w końcu będą mogli być razem.
Przez moment nawet myślał, że się udało. Że chociaż Noriega postrzelił go w udo, że na moment go uziemił, to przecież sam po chwili wpadł do wody. Dalton widział to na własne oczy. Widział, jak Madox znika pod taflą lodowatego jeziora i wcale nie wypływa. A to znaczyło, że utonął. Ze już więcej nie będzie problemem, który stał mu na drodze do szczęścia z Pilar.
Eliot leżał postrzelony w domu, Noriega opadał już pewnie na dno jeziora — to była jego szansa, żeby się stąd jednak wydostać. Uciec. Doczołgać się do miasteczka i dostać pomoc, by potem wrócić po Pilar. Poczeka. Na pewno zrozumie, że musiał pierwsze zatamować własne rany.
Tylko kiedy Dalton ruszył po lodzie, kiedy zaczął powoli ale sukcesywnie przesuwać się po mrożącym krew w żyłach zmrożonym jeziorze, wtedy na pomost wpadła masa policjantów. I chociaż byli daleko — w dodatku musieli ominąć zrobione przez nich dziury i pęknięcia — to wciąż było szybsi niż czołgający się Dalton.
Nie miał jak uciec.
Nie tym razem.
Nie minęła nawet minuta, a oni już go mieli. Przyciskali do lodu, zakładali kajdany na nadgarstki. Każdy jeden jego kumpel z posterunku teraz traktował go jak najgorszego zbiega. Skurwiela, który zrobił coś złego. A przecież on tylko chciał móc kochać i być kochanym. Nie zrobił nic złego. On tylko chciał uświadomić Pilar, że byli dla siebie stworzeni.
Wszystko co robił, robił z miłości.
I ta właśnie miłość zgubiła go w najgorszy możliwy sposób. Bo w tym wszystkim Dalton zgubił siebie i tego dobrego faceta, którego kiedyś trzymał w sercu. Teraz nie było już po nim śladu. Był tylko Nick Dalton - psychopata.
Karetka przyjechała niecałe pięć minut po policji. Pewnie byliby później bo drogi był kompletnie nieprzejezdne, jednak oddział został wezwany już przecież za wczasu. Zawsze robiło się tak podczas akcji wysokiego ryzyka — z góry zakładało się, że pomoc medyków będzie potrzebna. I chwała Bogu, bo gdyby przyjechali chociaż dziesięć minut później, facet, którego wyłowili z lodowatego jeziora były już martwy.
— Czuję tętno, ale jest bardzo słabe — rzucił krótko jeden z medyków, czytając z tętnicy szyjnej, do której już dociskał dwa palce. Przelotnie spojrzał na mężczyznę — był cały blady, biały wręcz, skórę miał siną, a rzęsy całe posklejane od lodowatej wody.
Karetka ruszyła na sygnale, kierując się do najbliższego szpitala, a w środku pracowało dookoła pacjenta trzech medyków. Ich polecania jak i cała komunikacja były krótkie, ale treściwe. Rozcinali jego przemoczone ciuchy, podpinali odpowiednie maszyny i wenflon.
— Dajcie tlen.
— Ma ciężką hipotermię.
— Temperatura trzydzieści dwa i spada.
— Zewnętrzne ogrzewanie, koce i folia. Tylko stopniowo i bez aktywnego masowania.
— Stauracja osiemdziesiąt osiem.
Dwoili się i troili, by dostarczyć mężczyźnie jak najlepszą opiekę. Jego stan był ciężki, ale po chwili nawet stabilny, jednak to nie zmieniało faktu, że potrzebowali jak najszybciej dostać się do szpitala, by wykonać wszystkie najpotrzebniejsze badania i ewentualny zabieg.
Madox A. Noriega