Strona 5 z 5

rooting for our kid

: pn lut 09, 2026 6:52 pm
autor: Evina J. Swanson
Nikt nie mówił, że moralnie było to w porządku. Zapewne znalazłoby się wiele argumentów za tym, aby jednak nie starała się nabrać doświadczenia w grze na konsoli. Nawet jeśli po prostu nie chciała być wyśmiana przez dziewięciolatka. Jeszcze straciłaby u niego etykietkę fajnej za to, że nie radziła sobie ze sterowaniem drużyną piłkarską na padzie.
- Może i powinnam się oszczędzać, ale jestem w stanie zamówić kuriera - powiedziała, nie chcąc obarczać wszystkim narzeczonej.
Naprawdę nie chciała, aby zabrzmiało to zbyt opryskliwie, ale możliwe, że odrobina niezadowolenia i tak się przebiła się do jej głosu. Nie mogła nic na to poradzić. Niemniej na pewno mogła jeszcze napisać do kuzynki po to, aby podesłała jej odpowiednie namiary na tę książeczkę. Potem w domu zorientują się w tym, co jeszcze należałoby domówić, aby móc kreatywnie spędzić popołudnie.
- Wiem. Jestem okropna. Jakim cudem chcesz się ze mną ożenić? - rzuciła, chcąc rozluźnić jeszcze nieco atmosferę.
Nie mogły ciągnąć dłużej tego tematu, bo w końcu obok zjawił się Sam, do którego Evina uśmiechnęła się ciepło. Tym bardziej, że wyglądało na to, że naprawdę młody spisał się na medal, pozbywając się resztek gofra zarówno z rąk jak i twarzy.
- Jasne. Postaram się zrobić coś, co będzie na twoim poziomie - obiecała, kłamiąc z niezwykłą łatwością.
Chociaż może nie do końca kłamiąc. Mimo wszystko się postara, ale nie była pewna czy potrafiła się zniżyć do poziomu dziewięciolatka. Nawet bardzo inteligentnego. Będzie pewnie musiała sięgnąć też po jakieś zagadki ze swojego dzieciństwa albo inne podobne odniesienia, które dzieciak mógłby zrozumieć.
Swanson podniosła się z krzesła i narzuciła na siebie płaszcz. Pomogła narzeczonej posprzątać zajmowany przez nich stolik i mogli po chwili całą trójką udać się do wyjścia.

zaylee miller

rooting for our kid

: pn lut 09, 2026 7:30 pm
autor: zaylee miller
Szansa, że Evina straciłaby swoją etykietkę fajnej była nikła. Już prędzej takie miano zyskałaby Zaylee. Dla ich syna, przynajmniej na pierwszy rzut oka, pewne sprawy ciągle pozostawały bardzo proste. Pstryk i już. Czarne albo białe. Ludzie, w tym także one, dzielili się na fajnych i niefajnych. Fajni to ci, którzy pozwalają na wszystko. Nawet na to, żeby dać wejść sobie bezkarnie na głowę. Niefajni z kolei mieli to do siebie, że czasem zdarzało im się czegoś delikwentowi zabronić. Wiadomo więc było, że Miller wpadała niekiedy do tej drugiej grupy. Bywała niefajna, musiała przyznać. Trudno, taka jej niewdzięczna rola. I pewnie dlatego ciągle dziwił ją fakt, że jej ojciec, niezależnie od tego co robił, lądował na ogół w grupie pierwszej. Przynajmniej w klasyfikacji generalnej Samuela.
Ona sama miała kiedyś z tego typu klasyfikacją o wiele więcej problemów. To znaczy, niby zawsze wiedziała, że ojciec jest... Całkiem w porządku. I że chce dla niej jak najlepiej. A z drugiej strony nie brakowało przecież momentów, w których nie mogli nawzajem ścierpieć swojego widoku. Długich miesięcy, w czasie których nie potrafili nawet normalnie pogadać. Bywało im obojgu cholernie trudno. I musiał minąć ładny kawał czasu, żeby do Zaylee wreszcie dotarło to, co Sammy wyczuwał instynktownie już teraz i co definiował w trzech prostych słowach: dziadek jest fajny.
Jej własna definicja fajności ojca zdawała się być trochę dłuższa i diabelnie skomplikowana. Wyszło na to, że w pewnym momencie musiała nawet stworzyć ją sobie od nowa. Albo przynajmniej solidnie zmodyfikować tę już istniejącą.
Nie wątpiła w to, że narzeczona potrafi zamówić kuriera, ale nie podlegało też dyskusji, że Miller lubiła robić rzeczy sama. To wynikało z potrzeby kontroli, chociaż od dłuższego czasu już sama nie była i nie musiała liczyć wyłącznie na siebie. A dlaczego w dalszym ciągu chciała ożenić się ze Swanson? Może dlatego, że była chora na głowę i oszalała z miłości. Tak, to by wiele wyjaśniało.
Zabrała swoje rzeczy, zarzuciła Samowi torbę na ramię i ruszyli do wyjścia, gdzie udali się prosto do samochodu. Młody jeszcze marudził, że wcale nie chce wracać do sierocińca, ale szybko wpoiły mu do głowy, że przecież niedługo się zobaczą i spędzą razem naprawdę fajny weekend. Chwilę zajęło, zanim przyswoił to do wiadomości, a gdy odprowadzały go do budynku, zastrzegł jeszcze, żeby Evina absolutnie nie grała bez niego w Fifę i pożegnał się z nimi czułymi uściskami. W drodze powrotnej wstąpiły jeszcze do sklepu po drobne zakupy spożywcze i udały się prosto do domu, gdzie Zaylee musiała wymyślić, co w ramach trzymania gęby na kłódkę chciałaby dostać od narzeczonej.
koniec
Evina J. Swanson