let me make you coffee tonight
: ndz mar 22, 2026 4:00 pm
Nie spodziewała się tego, nie w taki sposób, nie z jego ust, które do tej pory tak uparcie odmawiały nazywania rzeczy po imieniu. A jednak, kiedy te słowa w końcu padły - ciężkie, surowe, prawdziwe, nie poczuła ulgi. Nie było w niej zwycięstwa, nie było satysfakcji z tego, że w końcu powiedział to co od dawna wisiało między nimi. Było coś znacznie bardziej kruchego, co ścisnęło jej klatkę piersiową tak mocno, że przez chwilę nie była w stanie złapać oddechu.
Miłość, o której mówił nie brzmiała jak coś pięknego - brzmiała jak ciężar. Jak wyrok, jak coś, co zamiast budować miało go zniszczyć, a razem z nim ich oboje.
Patrzyła na niego długo i uważnie, próbując zapamiętać każdy szczegół tej chwili. Każde drgnięcie jego twarzy, każde napięcie w spojrzeniu, każdą nutę w jego głosie, która zdradzała więcej niż chciał pokazać. I im dłużej patrzyła, tym bardziej była pewna jednego - że to, co czuł, nie było słabością przed którą powinien uciekać.
Delikatnie odwróciła głowę, opierając policzek o jego dłoń, chcąc w ten sposób zatrzymać ten kontakt, nie pozwolić mu się cofnąć ani o krok. Jej palce znów odnalazły jego rękę, splatając się z nią mocniej niż wcześniej. - Rhys - odezwała się cicho, ale jej głos nie drżał. Był spokojny, podszyty czymś głębszym. - Mówisz o tym tak, jakby to było coś złego. Jakby to, co do mnie czujesz było powodem, żeby się wycofać zamiast zostać - przesunęła kciukiem po jego skórze, próbując go tym gestem zakotwiczyć tu i teraz, w tej chwili, w której nic jeszcze nie było stracone. - Ja nie boję się tego, jak bardzo mogę cię kochać. Nie boję się tego, że to może boleć. Bo wiem, że będzie w a r t o.
Zamilkła na moment, ale nie odsunęła się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, jego słowa przyciągały ją jeszcze bliżej, jakby chciała wniknąć pod jego skórę i zobaczyć wszystko to, co tak długo przed nią ukrywał. Każde zawahanie i każde pęknięcie. To, jak coś w nim ustępuje, jak opuszcza kolejne warstwy obrony, które do tej pory trzymały ją na dystans. I to właśnie to, nie jego siła, nie jego pewność siebie, uderzyło ją najmocniej.
Uniósł się w niej odruch, którego nie próbowała nawet powstrzymać. Miękki, ciepły, niemal bolesny w swojej intensywności.
- Nie musisz się tym przejmować - powiedziała ciszej, łagodniej, jakby mówiła do kogoś, kogo chciała uspokoić, a nie przekonać. - Nie będziesz musiał robić dla mnie niczego złego - jej usta drgnęły lekko, cień uśmiechu przemknął przez twarz, ale był bardziej czuły niż zaczepny. - Moje największe grzechy to wykorzystywanie odznaki, żeby nie płacić mandatów… i Evansa, żeby wzbudzić twoją zazdrość - dodała półgłosem, chcąc choć na moment zdjąć z niego ten ciężar, który ewidentnie osiadł na jego ramionach na zbyt długi czas.
Jej spojrzenie zmiękło, gdy przesunęła dłonią po jego przedramieniu, powoli i niespiesznie, jakby badała każdą linię i ślad napięcia, który w nim został. - Prędzej powinieneś się martwić tym, co ja byłabym w stanie zrobić dla ciebie - dodała ciszej, a w jej głosie pojawiło się coś nowego, bardziej niepokojącego w swojej szczerości.
O g i e ń, który w niej rozpalał, nie znał granic.
Nie dała mu już przestrzeni na odpowiedź; przesunęła się bliżej i bez zawahania przeniosła ciężar ciała, siadając na jego kolanach, przodem do niego, jakby to było najbardziej naturalne miejsce, w którym powinna się znaleźć. Jej ramiona objęły go odruchowo, pewnie i nie istniała żadna siła, która mogłaby ją od niego oderwać.
Pochyliła się, ustami muskając linię jego szczęki, wolno, uważnie, zatrzymując się na każdym fragmencie skóry, pragnąc zapamiętać go w ten sposób. Przesunęła się wyżej, na policzek, na skroń, składając tam kolejne, ciche pocałunki, w których nie było ani śladu gry.
Była tylko b l i s k o ś ć.
Jej oddech musnął jego ucho, gdy zatrzymała się tuż przy nim, a słowa, które wypowiedziała były niemal szeptem - cichym, ale absolutnie pewnym. - Jest za późno, żeby się wycofać - dłonie zacisnęły się lekko na jego nagiej skórze, jakby chciała podkreślić każde kolejne słowo. - Ale masz jeszcze jedną szansę. Później już n i g d y nie pozwolę ci odejść - odsunęła się tylko na tyle, by móc na niego spojrzeć. Jej oczy błyszczały odbitym od ognia blaskiem, tak bardzo żywym w porównaniu z mgła zasnuwającą brąz jego tęczówek.
- Nigdy nie przestanę być twoja - szepnęła do jego ucha i zawisła w tej jednej sekundzie ciszy pomiędzy jego odpowiedzią a pocałunkiem, który czekał tuż na granicy.
Rhys Madden
Miłość, o której mówił nie brzmiała jak coś pięknego - brzmiała jak ciężar. Jak wyrok, jak coś, co zamiast budować miało go zniszczyć, a razem z nim ich oboje.
Patrzyła na niego długo i uważnie, próbując zapamiętać każdy szczegół tej chwili. Każde drgnięcie jego twarzy, każde napięcie w spojrzeniu, każdą nutę w jego głosie, która zdradzała więcej niż chciał pokazać. I im dłużej patrzyła, tym bardziej była pewna jednego - że to, co czuł, nie było słabością przed którą powinien uciekać.
Delikatnie odwróciła głowę, opierając policzek o jego dłoń, chcąc w ten sposób zatrzymać ten kontakt, nie pozwolić mu się cofnąć ani o krok. Jej palce znów odnalazły jego rękę, splatając się z nią mocniej niż wcześniej. - Rhys - odezwała się cicho, ale jej głos nie drżał. Był spokojny, podszyty czymś głębszym. - Mówisz o tym tak, jakby to było coś złego. Jakby to, co do mnie czujesz było powodem, żeby się wycofać zamiast zostać - przesunęła kciukiem po jego skórze, próbując go tym gestem zakotwiczyć tu i teraz, w tej chwili, w której nic jeszcze nie było stracone. - Ja nie boję się tego, jak bardzo mogę cię kochać. Nie boję się tego, że to może boleć. Bo wiem, że będzie w a r t o.
Zamilkła na moment, ale nie odsunęła się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, jego słowa przyciągały ją jeszcze bliżej, jakby chciała wniknąć pod jego skórę i zobaczyć wszystko to, co tak długo przed nią ukrywał. Każde zawahanie i każde pęknięcie. To, jak coś w nim ustępuje, jak opuszcza kolejne warstwy obrony, które do tej pory trzymały ją na dystans. I to właśnie to, nie jego siła, nie jego pewność siebie, uderzyło ją najmocniej.
Uniósł się w niej odruch, którego nie próbowała nawet powstrzymać. Miękki, ciepły, niemal bolesny w swojej intensywności.
- Nie musisz się tym przejmować - powiedziała ciszej, łagodniej, jakby mówiła do kogoś, kogo chciała uspokoić, a nie przekonać. - Nie będziesz musiał robić dla mnie niczego złego - jej usta drgnęły lekko, cień uśmiechu przemknął przez twarz, ale był bardziej czuły niż zaczepny. - Moje największe grzechy to wykorzystywanie odznaki, żeby nie płacić mandatów… i Evansa, żeby wzbudzić twoją zazdrość - dodała półgłosem, chcąc choć na moment zdjąć z niego ten ciężar, który ewidentnie osiadł na jego ramionach na zbyt długi czas.
Jej spojrzenie zmiękło, gdy przesunęła dłonią po jego przedramieniu, powoli i niespiesznie, jakby badała każdą linię i ślad napięcia, który w nim został. - Prędzej powinieneś się martwić tym, co ja byłabym w stanie zrobić dla ciebie - dodała ciszej, a w jej głosie pojawiło się coś nowego, bardziej niepokojącego w swojej szczerości.
O g i e ń, który w niej rozpalał, nie znał granic.
Nie dała mu już przestrzeni na odpowiedź; przesunęła się bliżej i bez zawahania przeniosła ciężar ciała, siadając na jego kolanach, przodem do niego, jakby to było najbardziej naturalne miejsce, w którym powinna się znaleźć. Jej ramiona objęły go odruchowo, pewnie i nie istniała żadna siła, która mogłaby ją od niego oderwać.
Pochyliła się, ustami muskając linię jego szczęki, wolno, uważnie, zatrzymując się na każdym fragmencie skóry, pragnąc zapamiętać go w ten sposób. Przesunęła się wyżej, na policzek, na skroń, składając tam kolejne, ciche pocałunki, w których nie było ani śladu gry.
Była tylko b l i s k o ś ć.
Jej oddech musnął jego ucho, gdy zatrzymała się tuż przy nim, a słowa, które wypowiedziała były niemal szeptem - cichym, ale absolutnie pewnym. - Jest za późno, żeby się wycofać - dłonie zacisnęły się lekko na jego nagiej skórze, jakby chciała podkreślić każde kolejne słowo. - Ale masz jeszcze jedną szansę. Później już n i g d y nie pozwolę ci odejść - odsunęła się tylko na tyle, by móc na niego spojrzeć. Jej oczy błyszczały odbitym od ognia blaskiem, tak bardzo żywym w porównaniu z mgła zasnuwającą brąz jego tęczówek.
- Nigdy nie przestanę być twoja - szepnęła do jego ucha i zawisła w tej jednej sekundzie ciszy pomiędzy jego odpowiedzią a pocałunkiem, który czekał tuż na granicy.
Rhys Madden