Jeźdźcy Apokalipsy
: ndz mar 22, 2026 3:03 pm
Santiago spojrzał krótko na Alvaro, kiedy ten odezwał się w jego obronie. Trochę mu ulżyło, gdy usłyszał, ze Salvatierra nie czuje się przez niego układany na własną modłę, że nie czuje tego wszystkiego, co zarzucał mu Salazar; bo Kocur rzeczywiście nie chciał robić tego wszystkiego, co najwyraźniej widział w nim brat. tym niemniej, nie chciał już więcej nic mówić, nie miał zamiaru tłumaczyć bratu całego związku i swojej relacji z Alvaro - tym bardziej, że jeśli Sal widział w niej takie rzeczy, które właśnie wykrzyczał, to może i miał w tym jakąś rację, a Tiago po prostu nie zdawał sobie sprawy z tego, co robił...? Może rzeczywiście był aż takim skurwysynem - większym, niż kiedykolwiek zamierzał, bo choć dużo krzywdy zrobił ludziom świadomie i z premedytacją, to Alvaro czy rodzeństwa nigdy nie zamierzał krzywdzić. Nigdy, poza tym jednym razem, kiedy "zginął" - ale tu uważał, że ból po jego "śmierci" będzie lepszy, niż długotrwałe oglądanie go umierającego. I tylko tyle. Innej krzywdy nie zrobił im świadomie, ale być może faktycznie był aż tak zły i zepsuty, jak Sal mu zarzucał. Nie próbował wiec się bronić, bo nie widział sensu. Poza tym nie chciał uskuteczniać tu znowu awantury, bo naprawdę nie po to się chyba spotkali, żeby na siebie wrzeszczeć, jeszcze w dodatku przy dziecku.
Kiedy mały zaczął wyciągać do niego łapki, Santiago uśmiechnął się do niego smutno i również wyciągnął do niego ręce. Obawiał się sam wziąć go sobie na kolana, bo nie ufał swoim mięśniom i temu, że nie upuści małego podczas tej czynności, więc zawsze kiedy chciał potrzymać małego, prosił Alvaro żeby sam posadził synka na jego kolanach. Tak też stało się teraz: Santiago gestem poprosił o posadzenie mu małego na kolanach, a kiedy Palermo mu go podał, Kocur jedną ręką objął chłopca, asekurując go, żeby nie spadł, a drugą podał mu palec do złapania. Widok synka, jego wesołej twarzyczki i miłości w jego oczach zawsze uspokajał de la Sernę. Teraz też Kocur skupił się na małym, potrząsając lekko dłonią, za którą chłopiec go trzymał - i dzięki temu nie rozryczał się przy tym cholernym stole. Nie miał ochoty już w ogóle mówić nic więcej, więc teraz się nie odzywał. Mimo to wciąż czuł się jak ostatnia szmata, która tylko śmierdzi w kącie i wszystkim przeszkadza, której trzeba się wreszcie pozbyć.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
Kiedy mały zaczął wyciągać do niego łapki, Santiago uśmiechnął się do niego smutno i również wyciągnął do niego ręce. Obawiał się sam wziąć go sobie na kolana, bo nie ufał swoim mięśniom i temu, że nie upuści małego podczas tej czynności, więc zawsze kiedy chciał potrzymać małego, prosił Alvaro żeby sam posadził synka na jego kolanach. Tak też stało się teraz: Santiago gestem poprosił o posadzenie mu małego na kolanach, a kiedy Palermo mu go podał, Kocur jedną ręką objął chłopca, asekurując go, żeby nie spadł, a drugą podał mu palec do złapania. Widok synka, jego wesołej twarzyczki i miłości w jego oczach zawsze uspokajał de la Sernę. Teraz też Kocur skupił się na małym, potrząsając lekko dłonią, za którą chłopiec go trzymał - i dzięki temu nie rozryczał się przy tym cholernym stole. Nie miał ochoty już w ogóle mówić nic więcej, więc teraz się nie odzywał. Mimo to wciąż czuł się jak ostatnia szmata, która tylko śmierdzi w kącie i wszystkim przeszkadza, której trzeba się wreszcie pozbyć.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez