Strona 5 z 5

we're fucked.

: czw maja 14, 2026 6:25 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
A ona miała wiedzieć co to znaczy?
Przecież to był jego kumpel i jego durne zabawy.
Pilar nawet nie chciała wnikać w to, jak do tego doszło, że został wybrany właśnie jej numer, ani w to, jak to się właściwie stało, że w Vegas w końcu wzięli ten ślub. Chociaż na tyle na ile zdążyła już poznać Patela, to pewnie rzucił jakiś przygłupawym tekstem ej Madox mógłbym się z tobą ożenić, chodź weźmiemy ślub i chuj, a że Noriega naćpany, to oczywiście na to poszedł. Rękę by sobie dała uciąć, że to nie ma Madox wyszedł z pierwszą propozycją, tak tutaj okazało się, że Galen również nie. Że to nawet nie była jego inicjatywa. Aż prychnęła pod nosem. Śmiesznie, jak zawsze coś się u nich w ostatnim czasie pierdoliło, to zawsze miało to swój zalążek albo związek z Williamem.
Obserwowała uważnie twarz Madoxa, kiedy czytał smsy i szczerze? Argument, że pewnie się naćpał był równie durny, co te wiadomości, biorąc pod uwagę to, jak jeszcze dwadzieścia minut temu prawie się nie rozeszli. Jak Noriega ciskał pociskami i oskarżał ją o zdradę i to że buja się z Wyattem, a kiedy się okazało, że to William, to już wystarczył argument, że po prostu się naćpał. Aż pokręciła głową z niedowierzaniem.
Serio? — musiała go o to zaczepić. Przecież nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła, a on doskonale o tym wiedział. — Prawie się nie rozeszliśmy, prawie nie wylądowałeś na noc na kanapie w klubie, a teraz argumentujesz to jednym zdaniem? — niedorzeczne to było, ta dwubiegunówka Norwegii. — To skoro to takie nic, to dzwoń do Galena go przeprosić — podeszła bliżej, przyciskając Madoxowi jego telefon do piersi. — No co tak patrzysz? William biedny pewnie się naćpał, to przecież niepotrzebnie pobiłeś Wyatta, skoro nie był niczemu winny i to wszystko to nic takiego — tak nakazywała logika, czyż nie? Że skoro to były ćpuńskie żarty, to należało to tak w pełni traktować, a nie tylko wyrywkowo. Czasami naprawdę go nie rozumiała. To jak brał każdą sytuacje po swojemu. Jak mu się tylko podobało. Na tego miał ochotę być zły, to był, a na tego mu się nie chciało, to już olewka. I pewnie jeszcze by się trochę z nim podochodziła, powiedziała swoje zdanie na ten temat, bo to, że Madox był zaślepiony postacią Patela wcale nie znaczyło, że ona była, ale już wyciągał do niej dłoń i szarpał do siebie.
Umyje… — zaczęła jeszcze wciąż poirytowana, robiąc głęboki wdech. — William może się pierdolić — powtórzyła zaraz po nim, wyrzucając ręce w górę i wieszając się na jego szyi, by zaraz potem wspiąć się na palcach i przysunąć do jego twarzy, by spojrzeć mu w oczy i w końcu należycie… nic.
I kurwa nic.
Bo tym razem zadzwonił dzwonek do drzwi.
Kurier — odpowiedziała na jego pytanie, odrzucając głowę do tyłu. — Nie wiem, jakaś paczka. Nic nie zamawiałam, ale podobno do mnie — wyjaśniła i nie-chę-tnie opuściła ręce, wracając do pionu. Trochę nie rozumiała co to za incepcja się odjebała, że kurier miał być za piętnaście minut, a nagle po minucie pojawił się pod drzwiami, ale dzisiaj to już chyba nic jej i tak nie zdziwi, nawet jakieś zaginanie czasu. Więc jak zwykle trzeba było zostawić wszystko rozgrzebane na boku, albo w ogóle wyjebać przez okno, bo po co kończyć jakiś temat? Westchnęła głośno i skierowała się do wyjścia z łazienki. — Rozbieraj się, zaraz przyjdę! — krzyknęła jeszcze przy framudze, obiecując mu, że przecież wyjmuje mu plecy i może nie tylko, bo znając ich z chwilą, w której skończą pod prysznicem, prędko z niego nie wyjdą. Przebiegła przez salon, bo facet dosłownie napierdalał już w drzwi ze zniecierpliwienia.
No już!! Idę!! — kurwa, co tu mieli za kurierów? Pokręciła głową z niedowierzaniem, a już po chwili otwierała wrota z udawanym uśmiechem na twarzy.
Pilar Stewart? — spytał facet, a ona skinęła głową, przyglądając się, jak wyciąga z kieszeni tablecik, podczas gdy pod pachą miał średnich rozmiarów paczkę. — Tu podpisać potwierdzenie — wskazał odpowiednie miejsce i chociaż Pilar w pierwszej chwili chciała się trochę powykłócać, żeby się dowiedzieć kto był nadawcą, tak finalnie złożyła podpis, a ziomek dosłownie wcisnął jej paczkę i zbiegł po schodach. Dziwny jakiś, chociaż może się śpieszył? Odprowadziła go spojrzeniem, a następnie skierowała je na paczkę, przy okazji zamykając drzwi.
Pudełko nie było niczym specjalnym. Zwykłe, brązowe, tekturowe pudło z etykietą z jej nazwiskiem. I adresem Madoxa. To zdziwiło ją najbardziej, bo przecież nie mieszkała tu długo i tak naprawdę nawet nie zdążyła jeszcze zmienić adresu korespondencji ze starego. Opakowanie było lekkie. Leciutkie nawet.
W pierwszej chwili i tak rzuciła nim na kanapę i skierowała się do łazienki, słysząc, że Madox już był pod prysznicem, a woda lała się strumieniem. Nawet zaczęła odpinać koszule, żeby tam do niego wskoczyć, tylko nim weszła do pomieszczenia, jeszcze odwróciła się w stronę paczki. Mogło poczekać? Pewnie kurwa mogło, ale prawda była taka, że ciekawość Pilar nie. Za bardzo chciała wiedzieć, co było w środku, dlatego zatrzymała się w pół kroku i finalnie odwróciła na piecie.
Tylko zajrzy i pójdzie pod prysznic.
No tylko okazało się, że kiedy otworzyła opakowanie, obserwując zawartość, już wcale nie wróciła do Madoxa. Właściwie to przez kolejne dziesięć minut nawet na moment nie ruszyła się z kanapy, do momentu aż on sam nie wyszedł z łazienki, owinięty ręcznikiem. Zastał ją wpatrzoną gdzieś w eter, a obok pudełko. Pudełko, w którym była czerwona bielizna i dwa bilety do opery.

paquete. Y sé de quién es.

we're fucked.

: czw maja 14, 2026 8:31 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox był po prostu za dobry dla swoich kumpli. Zawsze tak było. Jak on Ticiano wybaczył taką zdradę i był świadkiem na jego ślubie, bo przecież kiedyś byli jak bracia...
I z Williamem też trochę byli, bo przecież Noriega zrywał się czasem w środku nocy, żeby ściągnąć Patela naćpanego z ulicy, albo jakiegoś baru. Ale Will też przyjeżdżał o każdej porze dnia i nocy na posterunek, żeby bronić mu dupę. Oni się po prostu przyjaźnili, od wielu lat, tego nie dało się podważyć.
Chociaż kiedy Pilar powiedziała to, że prawie się przez to rozeszli, to Madox podniósł na nią spojrzenie.
- Zajebałbym go jakbyśmy się o to rozeszli - i zaraz już robił krok w jej kierunku - to niech William go przeprasza jak narobił takiego bałaganu - złapał ten telefon, kiedy przycisnęła mu go do piersi, ale na pewno nie zamierzał dzwonić do Wyatta. Bo on już się szarpnął do Stewart, wyrwał do niej - załatwię to później z Williamem, niech on to teraz odkręca, a ja... i tak zawsze chciałem walnąć Galena Wyatta - wzruszył ramionami. Bo chciał, już dawno, zimą, kiedy jego temat też wyszedł przez smsy.
A teraz przez telefon wymyślony przez Williama.
I to wcale nie tak, że Madox poklepie za to Willa po główce, bo się biedny naćpał. Ale po prostu nie chciał tego załatwiać teraz, kiedy oni mieli inne rzeczy na głowie... Do roboty.
Jak mycie pleców na przykład. Do którego Madox zaraz chciał przekonać Pilar przyciągając ją do siebie. I kiedy zawiesiła mu ręce na szyi, to już wsuwał palce pod jej bluzkę, łapał za materiał, bo przecież ona też musiała ją ściągnąć, żeby wejść z nim pod prysznic.
- I my też... - odpowiedział na to jej William może się pierdolić, i Madox naprawdę myślał, że oni też wreszcie będą mogli to zrobić. Zająć się sobą, pogodzić, odpowiednio. Tylko zaraz się okazało, że wcale nie. Bo do drzwi dobijał się jakiś kurier - niech zostawi na wycieraczce, zawsze to robią... - mruknął jeszcze w jej usta. Jeszcze przytrzymując ją przy sobie, ale kiedy powiedziała, że nic nie zamawiała, ale to paczka do niej, to Madox zaraz się odsunął - to ja ją odbiorę - zaoferował się, bo oczywiście, że wydało mu się to dziwne. Może na policji nie dostawali takich paczek, ale w półświatku... To było dość powszechne. Już nawet sięgnął do kubła z praniem, żeby znaleźć jakieś spodnie, które mógłby na siebie założyć, ale wtedy Pilar oznajmiła, żeby się rozbierał, że zaraz przyjdzie, zawahał się, ale kurwa... No chyba ten dzień nie mógł być jeszcze gorszy.
Chyba kosmos i wszechświat nie mogły im jeszcze gorzej dopierdolić?
O losie...
- Dobra, masz pięć minut - rzucił za nią, a kiedy wypadła z łazienki, to rzeczywiście zaraz zrzucił z siebie bokserki i wszedł pod prysznic. A Pilar nie było.
I nie było. A on już zdążył z siebie spłukać te wszystkie wątpliwości, utrapienia dnia dzisiejszego, wraz z brudem z lodów, resztkami krwi i błota.
Wytarł włosy ręcznikiem, chociaż wciąż były mokre, a zaraz owinął go sobie na biodrach i wyszedł z łazienki.
- No i co musiałem się umyć sam i... - zaczął, ale kiedy jego ciemne spojrzenie odszukało ją, na kanapie, a obok tą paczkę, to aż zatrzymał się w pół kroku - Pilar - i już zaraz był przy niej - co jest? - usiadł obok niej, odrzucając na bok jakąś poduszkę, w pierwszej kolejności oparł rękę na jej kolanie, przesunął wyżej, po jej udzie. Tak jakby nie wystarczyło mu to, że przed nim siedziała, że była cała, ani też, że ją pytał o co chodzi, musiał po prostu jej dotknąć. Bo przecież oni zawsze, za każdym razem, wyrażali się przez fizyczność. Troskę też.
Dopiero po chwili ciemne tęczówki przesunęły się po kanapie na ten pakunek, który leżał po jej drugiej stronie i dopiero po chwili Madox do niego sięgnął. Otworzył paczkę przyglądając się zawartości, tylko, że jemu za wiele to nie mówiło. Czerwona bielizna, to akurat można powiedzieć, że było coś, co przecież przewijało się w ich historii nagminnie, ten kolor czerwony. Sięgnął do pudełka, ale wyjął te bilety, obrócił ja w palcach.
- Co to jest Pilar? Od kogo? - jeszcze zerknął na etykietę, przesunął po niej ręką, adres się zgadzał. Jej dane też - kto to przysłał? Pytałaś kuriera? - wstał z kanapy i nawet przeszedł się do drzwi - może go jeszcze złapię? - na pewno, biorąc pod uwagę fakt, że kiedy ona poszła otworzyć, to Madox w tym czasie wziął prysznic.
Znowu kurwa zjebał, bo mógł się ruszyć, odebrać paczkę, dowiedzieć się czegokolwiek...
Tylko, że Pilar, ona chyba coś wiedziała. A Noriega zaraz znowu lądował obok niej na kanapie, po drugiej stronie - To Galen Wyatt? To jakiś kolejny jego głupi żart? Jeszcze mu mało? - bo przecież do księcia torontońskiego pasowała opera - William? Myślisz, że to Will? - skoro oni dzisiaj robili takie zamieszanie, to może to wciąż była jakaś ich głupia gra? Bo kto inny mógł jej coś takiego przysłać? Beck? Nie no kurwa... Myśli Madoxa znowu kręciły się po jakiś dziwnych torach, a przecież przed chwilą spłukał z siebie tą zazdrość, tą złość i wszystkie frustracje...
A teraz co?
- Wiesz od kogo to jest? - zapytał w końcu, z tymi ciemnymi oczami zawieszonymi na jej twarzy, a wytatuowanymi palcami opartymi na jej udzie.

Pilar qué es esto? °❀⋆.ೃ࿔*:・

we're fucked.

: pt maja 15, 2026 10:54 am
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Jakby ten dzień nie był już wystarczajaco… ciężki.
Jakby to było mało, że musieli odbyć kurewsko ciężka rozmowę z Eliotem na komisariacie, pokłócić się przez Galena i jego d u r n y c h znajomych, a na koniec jeszcze prawie rozstać. To nie był łatwy dzień. A jednak w momencie, kiedy Pilar odebrała paczkę od kuriera i ją otworzyła okazało się, że miał być jeszcze cięższy.
Bo prawda była taka, że Pilar w przeciwieństwie do Madoxa, doskonale wiedziała, co znaczyły rzeczy w środku. Może i samej czerwonej bieliźnie niekoniecznie by się domyśliła, może nawet pomyślałaby, że to Noriega coś dla tej zamówił, szczególnie patrząc na kolor, w jakim była, jednak kiedy jej oczy najechały na bilety do opery… no kurwa już wiedziała. Była tylko jedna osoba, która kiedykolwiek namawiała ją na randkę w operze. W swoim zielonym sweterku z naszywką na piersi Dalton nie raz zarzeka się, że na pewno by się jej spodobało, nawet kiedy tłumaczyła mu, że to nie były jej klimaty. On nalegał. Przekonywał ją. I chociaż finalnie mu się nie udało… jak widać nie chciał dać Pilar o tym zapomnieć.
Była praktycznie pewna, że to on.
Tylko kurwa jak? Jak oni go tam pilnowali, jeśli był w stanie z poziomu zakładu zamkniętego robić takie przekręty? Współpracował z kimś? Z ochroniarzami? Z półświatkiem? Kurwa
Na samą myśl o tym człowieku zrobiło się jej gorąco. I to wcale nie w ten pozytywny, przyjemny sposób, a raczej ten przypominający stan przed atakiem paniki, kiedy ciepło zalewa nieprzyjemnie klatkę piersiową, a nagły nacisk powoduje, że ma się wrażenie, jakby zaraz miało się umrzeć. Jakby ktoś stawał na jej żebrach i naciskał na nie, wymuszając pęknięcia.
Wspomnienia z tamtego dnia momentalnie zaczęły pojawiać się na nowo w jej głowie. To jak siedziała w aucie, jak opowiadał jej o tym, jak to nie mógł się jej doczekać, a potem w motelu, gdy prochy już kompletnie zaczęły działać i nie mogła się ruszyć. Słowa nawet z siebie wyrzucić, kiedy on tak bezczelnie i z pełną premedytacją ją dotykał, mówił do niej… zrobiło się jej niedobrze. Błądziła myślami przez te wszystkie ścieżki, gapiąc się w jeden punkt do tego stopnia, że nawet nie zauważyła momentu, w którym Madox wyszedł z łazienki i przyszedł do salonu. Nawet tego pytania [/i]co jest[/i] nie usłyszała ani swojego imienia.
Dopiero kiedy jego dłoń musnęła nagie udo, przekręciła głowę, podskakując. Jej ciało zatrzęsło się mimowolnie oraz spięło, dopiero kiedy zakodowała, że to jej narzeczony siedział tuż obok, od razu się rozluźniła. Wyrwał ją z amoku, chociaż jeszcze przez chwile nie chciała mu odpowiedzieć. Jedynie patrzyła jak Noriega sam zagląda do pudełka. Jak przekłada w palcach bieliznę, a zaraz potem bilety do opery, których znaczenie wcale nie był świadomy. Ja pierdole, przecież jak on się dowie
Pytałam — odpowiedział na pytanie o kuriera. — Paczka nadana anonimowo, brak danych — wyjaśniła po krótce, kiedy on zrywał się z miejsca. To i tak by nie dało. Facet nic nie wiedział. Pilar też przecież próbowała go przycisnąć, ale co może gościu, który dostał pudło na sortowni i misje dostarczenia? Nie jego wina, że musiał to dowieźć i nawęt gdyby Madox go jeszcze złapał nic by to nie dało. I kiedy Madox tak chodził po salonie jak dziki kot, Pilar znowu sięgnęła do pudełka. Odsunęła bieliznę i na krótki moment przyjrzała się biletom do opery. Termin był na następny miesiąc. Spektakl: Upiór w operze. Aż miała ochotę prychnąć. Oczywiście kurwa, że upiór w operze. Pieprzona gotycka opowieść o miłości i obsesji, o ukrywaniu się podziemiach, terroryzowaniu i jebanym trójkącie miłosnym.
To nie Wyatt — odezwała się w końcu, wzdychając głośno. — William też nie — nawet na niego nie patrzyła. Walczyła. Ciągle walczyła w myślach, czy powinna mu mówić. Wiedziała przecież jak zareaguje. Miała pełną świadomość tego, jak bardo to nim wstrząśnie, jak pewnie zerwie się z kanapy i będzie chciał podejmować kolejną serie bezmyślnych decyzji, które ona desperacko będzie próbowała powstrzymać. Będzie chciał go zatłuc. Chociaż czy to akurat był taki zły pomysł? Był. Kurwa był. Ludzi nie zabija się od tak, bo są niewygodni, a nawet jebnięci. Aż skarciła się w myślach, że to w ogóle przeszło jej przez głowę. Że dopuściła do siebie taką myśl. Nie była przecież taka.
Wiesz od kogo to jest?
Na to pytanie nie dało się już odpowiedzieć wymijająco. Tak albo nie — prosta odpowiedź. Szkoda, że dla Pilar nie do końca. Nie chciała mu mówić, bo gdzieś w głowie już snuła własny plan, ale z drugiej strony… przecież ona zawsze była z nim szczera. Nie okłamywała go. Nie potrafiła. Nie, kiedy oni idąc ramię w ramie działa najlepiej, najskuteczniej.
Wiem — rzuciła krótko, po czym wstała z miejsca. Tym razem to ona przeszła się po pokoju, jakby musiała rozchodzić własny natłok myśli. Serce biło jej mocno, nieprzyjemne. Podeszła na moment do okna za stołem, wyglądając przez nie dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy wrócili z przejażdżki z Daltonem. Otuliła wzrokiem ulicę, wyglądając jakiegoś nienaturalnego zachowania ale trochę też zbierając myśli. Wiedziała, ze Madox ciągle czeka. Że aż go rozpierdala, żeby mu w końcu odpowiedziała. Dlatego wzięła ostani głębszy oddech i… — Dalton — powiedziała w końcu, stukając kilkakrotnie w okno, nim odwróciła się przodem do Noriegi i złapała jego ciemne spojrzenie. — Dalton chciał zabrać mnie do opery — dodała, wracając na kanapę i znowu spoglądając na bilety. — Ale mu odmówiłam. Chyba z dziesięć razy — a teraz odmówi? Jej zachowanie było dziwne, stonowane. Zdecydowanie za bardzo spokojne jak na Pilar. Nie krzyczała, nie podnosiła głosu, wszystko co mówiła Madoxowi wypowiadała spokojnie i chociaż była tu z nim w pomeiszczeniu, trochę jakby głową nie do końca była obecna. I coś w tym było, bo ona już wałkowała we własnym umyśle, czy nie powinna pójść się z nim spotkać. Przycisnąć go. Dowiedzieć się czegoś więcej. No tylko ciekawe co na to Madox...

mi apoyo 𐙚⋆°。⋆♡

we're fucked.

: pt maja 15, 2026 2:25 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Może Pilar go nie zauważyła pogrążona we własnych myślach, ale... Madox od razu dostrzegł, to jak drgnęła pod nim niespokojnie, jak podskoczyła i się spięła, zmarszczył brwi. Ewidentnie coś tutaj było na rzeczy. A on ją przecież tylko raz taką widział.
Chociaż Noriega nie chciał do siebie dopuszczać tych myśli, to miał złe przeczucia. To chyba nie był kolejny głupi żart, albo prezent od jakiegoś wielbiciela, który stracił dla niej głowę.
Jak kurwa Galen Wyatta, albo Beck, jak... Nick Dalton.
Tylko, że Dalton siedział i Madox naprawdę go nie podejrzewał. Nie chciał. Spychał gdzieś w podświadomości na szary koniec, bo przecież Dalton... był zamknięty. Powinien być. Sam go tam wsadził. Mógł to rozwiązać inaczej, a on oddał go w ręce policji. I policja w tym momencie miała kurwa zadbać o to, żeby Nick już nie mógł jej niepokoić. To nie mógł być Dalton.
Chociaż ta myśl kiełkowała już gdzieś z tyłu głowy, ćmiła pod czaszką, takim nieprzyjemnym bólem, jak jakaś igła, maleńka igiełka wbijająca się pod skórę. Męcząca. Madox nienawidził igieł...
- Jak to anonimowo? Przecież musza coś mieć, cokolwiek - już zrywał się z miejsca, przechodząc do drzwi, po pokoju jak dziki kot… w klatce. Ale prawda jest taka, że teraz wysłanie takiej paczki bez nadawcy to nie był wcale problem. Jeszcze raz wyrwał się do drzwi, ale to nie miało sensu. Więc zaraz wracał na kanapę, żeby obok niej usiąść, przesunąć ciemnymi tęczówkami po biletach, które trzymała w dłoniach. Nie przyglądał się im, spojrzał tylko na datę, za równy miesiąc...
A zaraz pytał, czy to Wyatt, albo William. I kiedy Stewart zaprzeczyła, to Madox wbił w nią spojrzenie.
Wiedziała kto. Widział w jej oczach, że ona już wiedziała kto. I może on też wiedział, tylko naprawdę nie chciał tego do siebie dopuszczać, tej złośliwej myśli, która wierciła dziurę gdzieś tam z tyłu, pod czaszką.
W końcu o to zapytał, proste pytanie, czy wiedziała od kogo to.
Wiem - krótka odpowiedź, a jednak to jedno słowo sprawiło, że Noriega się spiął, przysunął bliżej, jakby tylko czekał, na jej kolejne słowa. Jedno słowo. Jedno nazwisko, a on przecież... No kurwa. Wyrwałby się od razu, nie siedziałby, nie zastanawiał się znowu, nie wahał i nie odkładał na później. Już do niej sięgnął ręką, ale mu uciekła, a wytatuowane palce przesunęły się po jej gładkiej skórze, po udzie, żeby opaść na kanapę, zacisnąć się na jej brzegu. Powiódł za nią ciemnym spojrzeniem, a kiedy stanęła przy oknie, to przez moment miał wrażenie, że ma jakieś pierdolone deja vu. Spiął się mocniej, poczuł jak wszystkie mięśnie ściągają się, a on pochylił się jeszcze do przodu, czekając na to jej jedno słowo.
Nie, tylko nie, kurwa to. Znowu.
Zerwał się z miejsca, bo nie mógł tego wytrzymać. W dwóch krokach, on już był przy niej, a kiedy to nazwisko, w końcu opuściło jej pełne wargi. Kiedy wybrzmiało w pokoju sprawiając, że atmosfera w jednym momencie zrobiła się ciężka
Dalton.
To Madox znowu wyrwał się do tyłu, szarpnął głową.
- Kurwa... - i znowu przeszedł się po pokoju, i chciał do niej doskoczyć, może powiedzieć, że to niemożliwe, a może, że go zapierdoli i to nie jest już tylko takie gadanie, ale ona wróciła na kanapę. A Madox zrobił jeszcze kilka kroków wzdłuż kawowego stolika - jak to możliwe... - zaczął, ale zaraz już siadał na stole, na przeciwko niej, tak, żeby oprzeć kolano o to jej, żeby sięgnąć do jej dłoni. Powinien się ubrać, nawet chwili nie zastanawiać, tylko jechać do Daltona...
Dać mu w zęby. Albo powinien zrobić aferę Eliotowi. Albo w ogóle zadziałać po cichutku, przez półświatek i go odpierdolić. Przecież takie rzeczy się zdarzają. Powinien.
Ale już dzisiaj to zrobił, zareagował impulsywnie jadąc do Galena Wyatta, nie żałował, nawet przez moment nie żałował, ale...
- No i co chcesz z tym zrobić? - zapytał, ale zaraz do niego dotarło. Że kurwa. Identycznie było wtedy z tymi zdjęciami, znaleźli je, mieli czarno na białym, że Dalton to jakiś psychol, ale ona powiedziała mu, żeby nic z tym nie robił, że sama to rozwiąże. I jak się to kurwa skończyło.
Nie zrobi tego po raz drugi.
Już się przysuwał do niej bliżej, tak, że jego kolano wylądowało gdzieś między jej udami, a palce zacisnęły się mocniej na jej dłoniach.
- Nie... - rzucił w końcu, jakby w odpowiedzi na jej pytanie... Na to co zakwitło w jej głowie, że chciała się spotkać z Daltonem. Tylko, że Madox wcale nie czytał w myślach, i to nie o to tutaj chodziło - nie będziemy tego robić po twojemu, bo... - i już naprawdę prawie jej to powiedział, że bo wiedzą jak to się skończyło, bo gdyby on wtedy od razu pojechał do Daltona i obił mu gębę, to może by go przymknęli, ale może Nick by się spłoszył? A nie na drugi jebany dzień dosypał jej czegoś do drinka - teraz będzie po mojemu, nie będziemy czekać, aż ten jebany psychopata znowu coś odwinie, a ty masz nie gubić Raula, a ja do niego pojadę i go docisnę - no i chociaż powiedział tylko, że go dociśnie, to przez myśl mu przeszło, że jeśli to rzeczywiście on... to go tam zapierdoli.
To chyba wcale nie była najlepsza opcja, ale przecież Madox taki był. On... on nie umiał analizować, podchodzić do rzeczy na chłodno. Zawsze z gorąca głową, z kipiącą w żyłach krwią, ognistym temperamentem. I teraz też on znowu się przeszedł po salonie, przeczesał palcami, ciemne, wilgotne włosy.
- Teraz... mogę tam jechać teraz? - jeszcze się zastanowił zerkając w jej kierunku, ale tak naprawdę teraz by już pewnie tego nie załatwił. Ale przecież on nie umiał usiedzieć w miejscu. Zwłaszcza w takiej sytuacji. No jak? Kiedy chodziło o nią? Nigdy nie umiał. I teraz on stał przy oknie, a zaraz już mijał kanapę, żeby skierować się do sypialni - pojadę do Eliota, niech on coś zrobi... Albo mi załatwi rozmowę z Daltonem - na pewno... Elito musiałby się na łby powymieniać z jakimś pół mózgiem, żeby wpuścić Madoxa do Nicka. I Noriega też to pewnie wiedział, ale i tak już trzaskał drzwiami ich pokoju, a zaraz wyciągał z szafy czyste ubrania.

Esta vez lo haremos a mi manera ₊˚⊹♡

we're fucked.

: pt maja 15, 2026 4:00 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Pilar też nie chciała, żeby to była prawda.
Nie chciała w to wierzyć.
We wszystko, ale nie w to, że NIck Dalton znowu wchodził z butami w jej życie. W ich życie. Że jakimś cudem z zakładu zamkniętego nie tylko wysyłał jej prezenty, przypominając o swojej obecności, ale również, że wszystko wiedział. Bo skąd on kurwa wiedział, gdzie ona teraz mieszka. Przecież chyba nie celowałby na oślep w mieszkanie Madoxa, gdyby nie wiedział, że wciąż byli razem. Współpracował z kimś? A może to nie on, a ta opera to czysty przypadek?
Pytania mnożyły się w je głowie z każdą sekundą.
A przecież myśli po dzisiejszym dniu miałą już zdecydowanie za dużo. Była przebodźcowana. Przytłoczona nadmiarem emocji, wyczerpana z jakiejkolwiek energii, a jednak trzeba ją było znaleźć na kolejną kłodę, którą los rzucał prosto pod ich nogi.
Ciężko było jej przyznać przed Madoxem, że chodziło o Daltona. Wiedziała, jak bardzo wyrzucał sobie i obwiniał się, że ostatnim razem zadziałał za późno, że pozwolił jej jakoś to wszystko zrobić po swojemu, a nie poszedł po prostu go sprać tak, jak powinien. Nie chciała otaczać go swoimi problemami, tylko kurwa… to już nie były tylko jej problemy. Oni byli w tym razem. A jeśli chcieli za siebie wyjść, no to godzili się na to, że będą w tym wspólnie na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie, aż śmierć ich nie rozłączy. Nie mogła tego przed nim zataić. Więc powiedziała.
Obserwowała uważnie jak przechodził po pokoju, kiedy ona już siadła z powrotem na kanapie. Jak musiał rozchodzić ten natłok informacji i szczerze? Wcale mu się nie dziwiła, bo ona przed chwilą robiła dokładnie to samo. Spojrzała na moment jeszcze na bilety, ale zaraz potem wróciła pełną uwagą do niego, kiedy siadł naprzeciwko niej na stoliku kawowym, przysuwając się bliżej.
Co chcesz z tym zrobić?
Zastanowiła się.
Nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale trzeba było przyznać, że po głowie chodziły jej naprawdę różne scenariusze. Oczywiście żaden z nich nie zakładał nic, jak to było za pierwszym razem przy zdjęciach. Nauczona doświadczeniem już doskonale wiedziała, że to nawet nie wchodziło w grę. Trzeba było jakoś zareagować, tylko wypadało to zrobić… z głową. I to właśnie chciała powiedzieć Noriedze. Że przydałby się plan, ale nim otworzyła usta, on już rzucał stanowcze nie w eter i przysuwał się do niej jeszcze bliżej, łapiąc szczupłe dłonie, które z gorących nagle przeszły na chłodne, zziębnięte nawet.
Teraz będzie po mojemu.
Teraz to jej stanowcze nie cisnęło się na usta. Była gotowa mu się sprzeciwić. Znowu. Postawić na swoim, tylko… czy ostanim razem nie wyszli na tym źle? Czy gdyby posłuchali się od początku Noriegi, to nie byłoby inaczej? Sama nie wiedziała. Bo przecież gdyby wtedy Madox pojechał do Nicka, pobił go, to pewnie on sam skończyłby za kratami, a Nick również dobrze też mógł jej coś dosypać i kto wtedy by ją uratował? W życiu wszystko było po coś, upadki również. Pytanie było jakie wnioski można było z tego wyciągnąć.
A po twojemu to znaczy jak? — odezwała się w końcu, ściągając brwi do środka. — Pojedziesz tam i co? — tym razem to ona się zerwała i podeszła do niego, kiedy tak przechadzał się po salonie. — I co, Madox? — wyszła mu na przeciw i zacisnęła dłonie na jego nagich przedramionach, żeby się w końcu zatrzymał i na nią spojrzał. — Rzucisz się na niego? Pobijesz go? Zabijesz, kurwa? — wbiła paznokcie w cieplą skórę, podchodząc jeszcze bliżej. — Wsadzą cię kurwa do paki i nawet Patel ci nie pomoże. A ja nie będę kurwa widywać mojego narzeczonego w pierdlu. Nie zgadzam się, żebyś spierdolił sobie życie dla jednego psychopaty. Dla… dla mnie chciała powiedzieć. Bo ona potrzebowała go tu, obok siebie, blisko, a nie w pierdlu. Już i tak wystarczająco się przez nią nacierpiał, umarł kilka razy przez nią. Esme miała racje, Pilar ściągała na niego kłopoty, a Maodx tak bardzo ją kochał, że nawet nie zwracał uwagi na konsekwencje, jakie mogły przyjść wraz z jego narwanym zachowaniem. Ona zdawała, dlatego nie chciała do tego dopuścić.
Możemy to chociaż przegadać? — znowu spróbowała. — Nic to nie zmieni, czy pójdziesz tam dzisiaj czy jutro. A poza tym nie wpuszczą cię tam tak po prostu, a Eliota już nie ma — wyjaśniła spokojnie. Przynajmniej na zewnątrz, bo w środku cała kurwa wrzała. Nosiło ją, miała ochotę w coś przyjebać, miała ochotę krzyczeć i rozpaść się na kawałki, ale przy nim jak zwykle starała się trzymać pion. — Chodź — poprosiła go, przesuwając dłonie na wzdłuż jego przedramion na nadgarstki i palce, które splotła ze swoimi, by pociągnąć go w stronę kanapy. — Por favor — dodała, tym razem po hiszpańsku i znowu szarpnęła go w stronę poduszek, żeby usiadł. I chociaż w pierwszej chwili chciała usiąść obok niego, tak… finalnie usiadła na nim. Żeby odpowiednio go czuć ale też uziemić. Ich oboje wiecznie nosiło, ale może jak będą mieć stały kontakt ciał to jakoś przez to przejdą? Jakoś porozmawiają i wysnują plan niż wiecznie biegać po pokoju i lecieć się ubierać? Otworzyła usta, żeby już coś powiedzieć, ale zamiast tego, pierwsze zaciągnęła się jego zapachem i… wtuliła się w niego. Mocno. Jak manges przyległa do jego nagiego ciała, głowę umieszczając pod jego brodą, dłońmi błądząc po wytatuowanych plecach.
Diez segundos dziesięć sekund, poprosiła, czując, jak tym razem to on już chce nawijać. Zawsze to robił. Zawsze musiał coś mówić. Dlatego przeniosła jedną dłoń na jego szyję, a zaraz potem policzek, kciukiem głaskając jego usta. I dopiero po chwili się od niego odsunęła.
A co powiesz na to… — zaczęła w końcu, gotowa na moment schować własną dumę do kieszeni i pójść na kompromis. Odpuścić mu. Żeby było po jego. — Jutro zadzwonimy do Eliota i dowiemy się, czy może załatwić nam… — przerwała momentalnie, widząc jego spojrzenie i czując, jak bardzo spiął się pod nią. — Okej, tobie… wizytę. Ale Madox kurwa, jak masz zamiar iść go tam rozpierdolic, to ja też się nie zgadzam. Nie będę ryzykować utraty ciebie dla jakiegoś pierdolonego psychopaty. Rozumiesz? — tym razem to ona była stanowcza. Bo chociaż w wizycie u Nicka mogła mu odpuścić, tak absolutnie nie było takiej opcji, że on tam pójdzie, jak będzie miał zamiar kręcić aferę. Szczególnie, że Eliot na sto procent będzie tego samego zdania. Swoją drogą Pilar była prze-ko-na-na, że komendant z chwilą, w której usłyszy, że Madox chciał widzieć Daltona to się nie zgodzi. Za dobrze już znała Elito. Nie będzie ryzykować. Ale przecież spróbować mogli.

No voy a arriesgarme a perderte por culpa de un maldito psicópata

we're fucked.

: pt maja 15, 2026 5:12 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
To zdecydowanie nie były tylko jej problemy...
Bo może Pilar dostała teraz tą paczkę z bielizną i biletami do opery, ale Madox przecież dostał pełno smsów i zdjęć, z groźbami, które w głównej mierze dotyczyły jego, ale jej też... Które brzmiały jak te pierdolone słowa, które rzucał do niego Nick Dalton zajebię cię Noriega, powiedział mu to już w hotelu, kiedy do niego celował, a Madox co? A on w to szedł bez zawahania, i potem na jeziorze.
Zginiesz Noriega, a Pilar będzie moja...
Tylko, że on naprawdę wolałby oddać życie niż na to pozwolić, żeby Nick Dalton dopiął swego. I nie powinien go wtedy puszczać. Ten mściwy Madox, który od tylu lat prowadził Emptiness by tak tego nie zostawił. A Madox glina... ten, którym on się poczuł w tamtym momencie, w policyjnej kurtce, z policyjną spluwą. On kurwa wybrał obezwładnienie Nick, i oddanie go wymiarowi sprawiedliwości.
Jebany wymiar sprawiedliwości.
Gdzie ta kurwa sprawiedliwość? Bo na pewno nie w tym pudełku, które leżało tutaj między nimi, na kanapie. Noriega chyba już wolałby, żeby to był półświatek, bo do tego może umiałby podejść z głową, a z Nickiem. Rozpierdalało go od środka, to co Dalton zrobił, to jak Pilar to przeżywała i to, że on nie wymierzył sprawiedliwości, tak jak powinien. Już wtedy.
- I go docisnę, każę mu się przyznać do tego, do tej paczki, tych jebanych pogróżek, niech otworzą śledztwo i niech sprawdzą kto dla niego pracuje, kurwa, Pilar… niech oni coś zrobią, bo jak nie... - to ja zrobię, to chciał jej powiedzieć, że jeśli policja, w której ręce oddał Daltona nic z tym nie zrobi, to on sam to załatwi. Po swojemu. Tylko już nie będzie kurwa tak miło.
Zatrzymał się przed nią, a kiedy ułożyła dłonie na jego ramionach, to zrobił krok w przód, blisko niej. Tak, że prawie stykali się piersiami, które znowu unosiły się w chaotycznych, urywanych oddechach - jak będę musiał to go zabije, bo powinienem to zrobić wtedy - jeszcze mocniej na nią naparł, tak, że już musiała się oprzeć bezpośrednio o niego, serce... przy sercu. I ten szalony rytm. Dzikość serc. Podniósł na nią ciemne spojrzenie, na jej piękne, czekoladowe oczy - przez tyle lat mnie nie wsadzili, daj spokój Pilar - zrobił pół kroku w tył słuchając jej. Nawet wywrócił tymi ciemnymi oczami, a zaraz oparł palce na jej biodrach i znowu szarpnął się do niej, tak, że jego nagi tors zderzył się z jej piersią, a Madox spojrzał na nią z góry, prosto w te piękne oczy - wszystko bym dla ciebie zrobił. Wszystko, zabiłbym i dał się zabić, ale już założyłem, że nasz ślub odbędzie się w trochę bardziej malowniczym miejscu niż Millhaven - i już chciał ją od siebie odsuwać, żeby przecież coś zrobić, a nie gadać...
Bo Madox działał, a nie gadał... Dużo gadał, za dużo czasem, nawijał bez zastanowienia, ale tutaj nie było co, tutaj trzeba było zadziałać. Tylko, że Pilar już zaczynała swoje...
Możemy to przegadać, znowu strzelił oczami w sufit. On już dzisiaj przecież raz to zrobił, nie pozwolił jej nic powiedzieć, nic przegadać, tylko wyrwał się do Galena Wyatta, i prawie ją stracił.
- Dobra... - mruknął, czyli chyba jednak czegoś się nauczył. Trochę uczył się na błędach. A najbardziej to po prostu nie chciał jej stracić. I nienawidził się z nią kłócić - ale przecież wiem gdzie Eliot mieszka... - on też jeszcze spróbował, bo mógł złożyć komendantowi wizytę domową, może nawet zagrać na tym, że to przecież kiedyś mogłaby być jego córka, nękana przez psychopatę, jak Pilar, ta córka, która sobie śpi w sypialni na górze pod plakatem z Minionkami, tak zakładał Madox. Jeszcze stanął w miejscu dając jej opór, kiedy splotła ich palce razem i go pociągnęła. Ale zrobił to chyba dla zasady, bo przecież... on już był przez nią złamany. Już był kurwa jej.
A na to por favor, w które ułożyły się jej pełne usta, w końcu ruszył się z miejsca. Usiadł między poduszkami, a czarne tęczówki uniósł na jej twarz, a kiedy na nim usiadła, to mogła to poczuć, że odrobinę odpuścił, że jego całe ciało rozluźniało się pod jej dotykiem, jakby coś ciężkiego spadło mu z serca, z ramion. Ale przecież wcale nie spadło.
Przytulił ją do siebie wplatając palce w czarne kosmyki, które spływały po jej plecach, opierając brodę o jej głowę.
- Okej... - mruknął, kiedy powiedziała, żeby dał jej dziesięć sekund. Liczył. Oczywiście, że liczył. Ale doszedł może do trzech i wypuścił z płuc powietrze przyciskając ją do siebie ciaśniej. Tylko ona umiała go uspokoić, uziemić, na dłużej niż dziesięć sekund. Zaciągnął się jej znajomym zapachem, poprawił ją na sobie. A wytatuowane palce bawiły się jej kudłami, automatycznie.
Dopiero po chwili nabrał powietrze w płuca, i chciał nawijać. Pewnie znowu mówić jej o tym, że jak policja nie umie tego załatwić po swojemu, to on to zrobi, po gangstersku. Ale wtedy jej palce sięgnęły już jego warg, musnęła je opuszkami, a Madox się zamknął.
I słuchał jej, kiedy zaczęła mówić.
Chociaż rzeczywiście, na to załatwienie im, to znowu się spiął, wbił w nią czarne spojrzenie, a nawet otworzył już usta i jej paznokcie stuknęły o jego zęby. Kiedy się poprawiła to szczypnął skórę na jej opuszku, a zaraz znowu nabierał powietrze w płuca, tak, że jego nagi tors zderzał się z jej piersią.
- Pilar… no przecież ja... - zawiesił się i poprawił na kanapie, bo co jej chciał powiedzieć, że jest delikatny? Że nie odpierdoli? Że go nie zapierdoli? - pogadamy tylko sobie, nie zrobię nic głupiego - trudno było w to uwierzyć, zwłaszcza, gdy w grę wchodziła ona, ale przecież Madox rozpracowywał nie takich zwyroli jak Dalton i jakoś to robił, wyciągał informacje, nie za każdym razem skacząc sobie od razu do gardeł - zresztą już ci mówiłem... Ja nie mogę iść do paki, bo by mnie tam zapierdolili, a martwy nie mógłbym ci zrobić huśtawki z opony - już znowu się do nie wyrwał, sunął palcami po jej plecach hacząc o materiał jej koszulki - posłuchaj mnie Pilar... - sięgnął do jej policzka, żeby na nim oprzeć wytatuowane palce. Żeby czarne spojrzenie zawiesić na jej pięknych oczach - jak kiedyś szczerze mnie to pierdoliło, bo... trzeba żyć chwilą - wzruszył ramionami, bo przecież Madox takie miał podejście, tu i teraz. I brać z tego wszystko, do cna - to teraz, też myślę o przyszłości... z tobą - kolejne szczere wyznanie, takie prosto z serca, które wyrwało się do niej, znowu. Ale taka była prawda, że kiedyś Noriega zupełnie się nad tym nie zastanawiał, co przyniesie jutro, nie myślał o tym, że kiedyś chciałby... się ożenić, z nią właśnie. I kupić dom, z ogródkiem. To teraz czasem myślał. I może wciąż ryzykował, był impulsywny i narwany, ale kurwa... Nie poszedłby do paki. Ale gdyby miał oddać za nią życie, to by to zrobił. Sto razy.

Porque ahora estoy pensando en nuestro futuro ₊˚⊹♡

we're fucked.

: sob maja 16, 2026 1:05 am
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Kochała Madoxa.
Wierzyła w niego jak nikt inny na tym jebanym świecie.
Ale za nic, ale to kurwa za nic, nie byłaby w stanie uwierzyć, że on kazałby mu się przyznać rozmową. Madox Noriega może i potrafił manipulować, nakręcać i przekręcać fakty na własną korzyść, zagadać, ale po pierwsze nie kiedy był emocjonalnie związany ze sprawą, a po drugie należało dać nacisk na słowo rozmową. Dałaby sobie rękę uciąć, że wystarczyłyby z dwa, trzy zdania od Daltona o tym, jak to Pilar była mu pisana, jak chciałby ją mieć, a Noriega rzuciłaby się na Nicka bez najmniejszego problemu. Był niesamowity i troskliwy, ale był też przede wszystkim dziki i nieokiełznany. Narwany. Płynęła w nim latynoska krew, prawdziwa caliente sangre. Tego nie dało się wyzbyć — to było w nim. Dlatego kiedy opowiadał o tym, jak s p o k o j n i e by porozmawiał z Daltonem, Pilar miała prawo mieć wątpliwości.
Słuszne zresztą, bo już w następnym zdaniu jawnie mówił, że jak będzie musiał, to go zabije.
Rozumiała jego punkt widzenia, ale nie mogła się z nim tak po prostu zgodzić. Nie, kiedy wiedziała, jakie konsekwencje by to za sobą pociągnęło. I on mógł mówić, że przecież jego nie wsadzają za kraty, ale to wcale nie było już takie proste, jak chociażby zabicie Marco. Dalton był zamknięty w zakładzie. Strzeżonym. W miejscu, gdzie na każdym kroku były kamery i od groma strażników. Tam Noriega nie zrobiłby nic, co przeszłoby niezauwaznie. A z tego co widać wyciągało się konsekwencje. Grube. Podeszły siedzieć. To nawet nie podlegało możliwości. Wiedziała, że to nie byłaby spokojna rozmowa. Widziała to nawet teraz, kiedy Madox już cały chodził, żeby coś z tym zrobić, wyrywał się…
Dopiero kiedy zatrzymała go na chwile, kiedy posadziła na kanapie i przygniotła go własnym ciałem, zatapiając się w jego bliskości, była w stanie chociaż w minimalnym stopniu go jakoś uspokoić. Uziemić. Sprawić, żeby przestał biegać i na moment się zatrzymał. Pomyślał. A przede wszystkim, to żeby się wyciszył. Zresztą nie tylko on. Pilar zrobiła to również — i chyba przede wszystkim — dla siebie.
Tylko on umiał ją uspokoić.
Tylko i wyłącznie jego bliskość sprawiała, że mięśnie się rozluźniały. Że oddech choć wciąż nierówny, wydawał się bardziej stonowany, a dłonie, które czuła we włosach i na udzie koiły nerwy. Zaciągnęła się jego zapachem. Docisnęła się do niego jeszcze mocniej. O ile to kurwa w ogóle było jeszcze możliwe. Po prostu go przytuliła. Tylko tyle i AŻ tyle. A dało kurewsko dużo. Jej, jak i jemu.
Spojrzała mu głęboko w oczy, kiedy znowu się odezwał. Kiedy jego pełne usta układały kolejne obietnice bez pokrycia o tym, jak tylko sobie pogadają.
Ty nie umiesz tylko rozmawiać — rzuciła gdzieś między jego słowami, gładząc szorstki policzek, a następnie przesuwając dłoń na kark i włosy, w które wplotła palce, bawiąc się kosmykami. — Każdy wie, że ty rozmawiasz przez czyny — wyznała, szarpiąc go delikatnie za końcówki. Nie za mocno, jednak na tyle pewnie, że musiał delikatnie odrzucić głowę do tyłu. Mógł się z tym nie zgadzać, ale taka była prawda, że Madox był osobą fizyczną. Jego językiem miłości był dotyk. Sposób, w jaki wyrażał rosnącą w sercu miłość. Świadczył o tym chociażby sposób, w jaki na samym początku chaotycznie się z nią obnosił, jak błądził po jej ciele nerwowo, chcąc wszystko na raz, już, tu i teraz, a jak z czasem nigdzie się nie śpieszył, jak celebrował jej ciało, jak każde muśnięcie pałcy o gorącą skórę miało znaczenie. To jak poświęcał się dla niej, jak rzucał do każdego, kto ją obraził. Bo przecież agresje i irytacje również wyrażał przez czyny. Nie bawił się w elokwentne rozmówki. On rozmawiał na pięści. I może nie było w tym nic złego, ale świadczyło o tym, że nie można było mówić o czymś takim jak tylko sobie pogadamy.
Spięła się, gdy oznajmił, że nie może iść do paki, bo go tam zapierdolą. Westchnęła głośno, znowu się do niego dociskając i przy okazji bawiąc jednym z łańcuszków, które zwisały z jego szyi.
To zrób wszystko, żebyś nigdy tam nie trafił. Por favor — mruknęła, skupiając swój wzrok na niewielkiej literce P na łańcuszku. Przerzucała ją w palcach, uśmiechając się nieznacznie. — Huśtawka z opony sama się nie zrobi — potworzyła po nim i dopiero wtedy podniosa spojrzenie, łapiąc jego niesamowicie czekoladowe oczy. Przepada w nich za każdym razem. Bez wyjątków. Niesamowite było to, jak na nią działał. A kiedy kazał jej słuchać… słuchała. Dokładnie i dogłębnie, wtulając policzek w jego dłoń, którą muskał wypieki na skórze.
Ja też myśle — przytaknęła mu. — Mam tak, że jak kiedyś jadąc na jakaś misje, robiąc coś skrajnie durnego w robocie nigdy nie myślałam o konsekwencjach, tylko wiesz o tym, żeby osiągnąć cel, tak teraz… myśle o tobie. O tym, że mam do kogo wracać. Że ktoś na mnie czeka — wyznała równie szczerze co on, gdzieś prosto z serca. Pilar rzadko kiedy dzieliła się z nim takimi przemyśleniami, na takim poziomie. Raczej swoje uczucia przekazywali w gestach, a teraz? Teraz budowali wszystko na słowach i to płynących z czeluści duszy. Zwierzali się sobie. I to było kurewsko poważne ale również takie… nie umiała tego nawet wyjaśnić, ale jej serce bio mocno w piersi. Wyrywało się do niego. Czuło coraz więcej, każdego jebanego dnia, z każdą pieprzoną chwilą. — I że MOŻE byś tęsknił, gdybym nie wróciła — zaczepiła go. Ostatnie zdanie było czystą i bezczelną zaczepką z jej strony. Oczywiście, że by tęsknił. Co do tego nie miała nawet najmniejszych wątpliwości, ale przecież nie byłaby sobą, gdyby tego nie powiedziała. Gdyby patrząc mu głęboko w oczy nie uśmiechnęła się delikatnie, a potem nie przusnynęła twarzy do tej jego, zwisając milimetry nad jego ustami. — ¿Me echarías de menos, cariño? tęskniłbyś za mną, kochanie? Wyszeptała powoli, nachylając się, łasząc i wiercąc na jego nogach, by po chwili musnąć jego usta. Zaczepnie. Pierwsze powoli, z wyczuciem, króciutko, a potem coraz dłużej, coraz głębiej, aż do zawrotów głowy. Nawet naparła na niego mocniej, żeby opadł plecami na poduszki, kiedy podkręcała tempo. Był to piękny lecz chwilowy zwryw zapomnienia, z którego bardzo szybko została sprowadzona na ziemie w momencie, gdy jej kolano nie trąciło przez przypadek pudełka z prezentem. Aż głośne jęknięcie opuściło jej usta i zniknęło gdzieś pomiędzy gorącymi wargami Madoxa. Przykleiła skroń do jego czoła i spojrzała do środka kartonu. Na tą pierdoloną, czerwoną bieliznę.
Bieliznę, którą zaraz złapała w dłonie i nim Madox zdążył jakkolwiek zareagować, Pilar skierowała się z nią do kuchni.
Nie mogę na to kurwa patrzeć — rzuciła z obrzydzeniem, po czym odkręciła kran w zlewie, a wolną dłonią sięgnęła po zapalniczkę do szafki, następnie nawet nie czekając na cokolwiek innego, wprawiła krzesiwo w ruch i przedstawiła płomień do krwiście czerwonego materiału, który momentalnie zajął się ogniem. Przesunęła stanik nad zlew, obserwując jak zaczyna palić jej palce. Z początku nic z tym nie zrobiła, ślepo wpatrzona w ogień. Dopiero kiedy palce autentycznie zaczęły ją piec i prawie się poparzyły, wrzuciła resztki materiału do zlewu pod wodę. To samo tyczyło się koronkowych majtek. W zamyśle chciała jeszcze sięgnąć po bilety do opery, ale… — To jeszcze może się przydać — rzuciła i zamiast je palić, wcisnęła je do pierwsze szuflady do komody. Planowała się tam wybrać? Może to nie był wcale taki głupi pomysł.

¿Me echarías de menos, cariño?

we're fucked.

: sob maja 16, 2026 3:51 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Coś w tym było, że on nie umiał tylko rozmawiać...
Dużo gadał, ale przecież jego słowa często prowokowały do czynów, lubił to, podjudzać, ale jemu też wystarczyło kilka zdań, które go dotknęły, jako zapalnik. Bo Madox to jednak chyba był człowiekiem czynu i rzeczywiście nie umiał ograniczyć się do wymiany poglądów. Nawet przy niej, kiedy składali sobie kolejne obietnice i wyznania płynące prosto z serca, to przecież się dotykali, cały czas szukali kontaktu. Fizyczności. Bliskości.
Tak jak teraz, kiedy siedziała na nim, a on odruchowo już, ją zaczepiał, wytatuowane palce sunęły po jej gładkiej skórze, plątały się w czarnych kosmykach.
- Umiem - oczywiście, że zaprzeczył, ale nie, nie umiał, co zaraz zresztą pokazywał jej, kiedy się do niej szarpnął, kiedy szczypnął zębami jej skórę lekko, zaczepnie, kiedy sięgnęła do jego karku. Zaraz przytulał szorstki policzek do jej przedramienia - każdy? - uniósł jedną brew, a kiedy pociągnęła go za włosy to odchylił głowę do tyłu, uwydatniając tatuaże na szyi. Koroną i płonące serce. Ciemne tęczówki przesunęły się po jej twarzy, na oczy, piękne, brązowe - po prostu czasem nie da się tylko rozmawiać... - na potwierdzenie swoich słów zacisnął palce na jej pośladkach poprawiając ją na swoich biodrach, ocierając się o nią - ale jak Nick Dalton będzie grzeczny, to ja też będę - tak kurwa, obaj będą grzeczni. Jebany psychopata, który był zafiksowany na Pilar i chciał zabić Madoxa. I Noriega narwany, agresywny, nieokiełznany.
Dwaj grzeczni chłopcy.
Nikt w to nie uwierzy.
Tak jak Madox nie chciał wierzyć w to, że by go zamknęli. Jego? Kiedy on przecież za kratki wsadził pewnie sporo bandziorów.
- Nie trafię, mam dobrego prawnika - nawet mrugnął do niej jednym okiem. Oczywiście, że mówił jeszcze o Patelu. Spuścił na moment spojrzenie na złote serduszko z P, które przekładała w palcach, jego nowy nabytek, który może trochę miał być takim samym symbolem, jak ten pierścień z M, który teraz miała na palcu. A on zaraz unosił jej dłoń, żeby musnąć wargami jej palce. Chociaż zaraz opowiadał jej o tej huśtawce z opony, którą jej obiecał, w ich domu z ogródkiem. A potem wyznawał, prosto z serca, że dopiero teraz on myślał o przyszłości. Z nią.
Przesunął wytatuowanymi palcami po jej gładkiej, ciepłej skórze, po policzku i zaczepił jeszcze o te pełne, gorące wargi. Ale kiedy zaczęła to, że ona też myśli, to ułożył dłoń na jej karku, znowu opuszkami hacząc o czarne kosmyki.
I chociaż może jej słowa brzmiały jakoś... brutalnie. Ale też szczerze, też w pewien pokrętny sposób miały w sobie piękne przesłanie, więc Madox się uśmiechnął, odszukał jej spojrzenie.
- Cały czas czekam, więc nie rób już głupot - i znowu się do niej szarpnął, przytulając policzek do jej skóry, opierając wytatuowany tors o nią. Bliżej. Intensywniej. Chciał ją czuć. Zawsze.
- Ale bym się wkurwił, gdybyś nie wróciła - on też ją zaczepił i już się wyrwał do niej, już chciał zamknąć jej usta w pocałunku. Teraz. Już. W tej chwili. Ale oparła palce na jego wargach... Na których zaraz układała też to pytanie - ni siquiera puedes imaginar cuánto - nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo, i Madox też sobie kiedyś tego nie wyobrażał, że on mógł kogoś tak pokochać, jak ją. Nie przypuszczał.
Zdążył tylko nabrać powietrze w płuca, kiedy jej usta, w końcu, opadły na jego wargi, w tym krótkim pocałunku. Jednym. I kolejnym, w którym już kradli sobie powietrze, dzielili się nim. A na językach mieszali swoje smaki. W idealnych proporcjach.
Idealnie też poprawił ją na sobie, tak, że mogła go czuć bardziej... kiedy przyciągnął ja do siebie opadając plecami na oparcie kanapy, zaciskając palce mocniej na jej pośladkach, wsuwając czubki pod materiał. Mało brakowało, żeby zatracił się w niej całkowicie. Tak mało...
Więc kiedy się odsunęła, a jej piękne, czekoladowe oczy opadły na to pudełko, to ciężkie westchnienie opuściło jego płuca. I nawet się zamierzył, żeby złapać to pudełko i nim pierdolnąć, może za kanapę? Kiedy powiedziała, że nie może na to patrzeć, ale Pilar była pierwsza. Powiódł za nią spojrzeniem, czarne już oczy odprowadziły ją do kuchni, a Madox jeszcze przez chwilę siedział w miejscu starając się... wyrównać oddech? Który już też nakręcił się na tych gorących pocałunkach. On już cały się nakręcił.
Ale zaraz wstał, zaraz stanął przy kuchennej wyspie i oparł się łokciami o blat wpatrując w Stewart. W to... jak igrała z ogniem. Walcząc z tym jak chciał jej bardzo... Jak już się znowu na niej zafiksował. Ale przecież nie chciał nalegać. Naciskać, bo zawsze ponad wszystko stawiał jej komfort. I zaraz też na pierwszy plan wychodziła po prostu troska o nią. Kiedy ciemnie spojrzenie zatrzymało się na jej dłoni zaciśniętej na koronce.
- Nie oparz się - rzucił tylko, kiedy materiał zajął się ogniem, obserwował jak płomienie muskają jej skórę, igrają na niej, automatycznie się przy tym spinając. A zaraz już się prostował, wszedł za ladę i stanął za nią. Nawet nie zapytał o pozwolenie, tylko jej palce, które zaczerwieniły się od ognia chwycił w swoje i zaraz sięgnął ich dłońmi pod zimny strumień wody - nie lubię opery - Madox wzruszył ramionami zerkając na bilety i tylko spojrzał jak wrzucała je do szuflady. A kiedy wyciągnął ich splecione ręce spod zimnego strumienia, to jeszcze musnął wargami rozgrzane opuszki - no juegues con fuego, cariño - nie igraj z ogniem, kochanie, ułożył sobie jej mokrą, schłodzoną dłoń na rozgrzanym karku, przypierając ją do kuchennej szafki. I znowu te ciemne oczy zawisły na jej bajecznych, brązowych tęczówkach. A wargi tuż... Tuż jej pełnych, gorących ust, tak, że ich oddechy mieszały się w jedno. I znowu chciał to zrobić, zatracić się w niej, ale zamiast tego... odsunął się i zajrzał do lodówki poprawiając na sobie ręcznik. Zimno omiotło jego sylwetkę, kiedy sięgał do zamrażarki, żeby wyjąć z niej kostki lodu, a zaraz wygrzebywał jedną, żeby jej ją podać - przyłóż - do tych palców, które poparzyła.

𝓟 + 𝓜 = ꒒ ০ ⌵ ୧ ♡

we're fucked.

: sob maja 16, 2026 7:05 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Miał dobrego prawnika, to prawda, ale przecież to nie znaczyło, że William już zawsze będzie umiał wyciągnąć go z najwiekszego gówna. Każdy miał gdzieś swoje limity i moc sprawcza Patela też mogła się w końcu wyczerpać. Pilar nie chciała się o tym przekonywać, nie chciała tego sprawdzać, wolała po prostu trzymać Noriegę z dala od kłopotów na tyle, na ile to w ogóle było możliwe. Chociaż z Daltonem. Żeby znowu nie musiała się zadręczać, że coś stało się przez nią. Bo przecież ostatnio ledwo sobie wybaczyła. Kiedy dowiedziała się w jakim stanie Madox trafił do szpitala, jak ledwo uszedł z życiem po topieniu się pod lodem. Nie chciała powtórki z rozrywki.
Ale nie chciała też ciągnąć tej całej szopki z Daltonem.
Wiedziała, że trzeba będzie z tym coś w końcu zrobić.
Tylko ciągle gdzieś w głowie wahała się, czy to napewno był dobry pomysł, żeby to Madox do niego szedł. Nie była przekonana, że Nick powie mu cokolwiek. Może gdyby to ona się do niego wybrała… gdyby go odpowiednio podeszła… te myśli kręciły się w jej głowie. Wiły pod skórą, ale Stewart postanowiła na ten moment zachować je dla siebie. Szczególnie, że tak ładnie już szło im rozmowa o nich. O tym jak bardzo za sobą tęsknili. Ciągle. Za każdym jebanym razem, kiedy drugie było daleko. I na pocałunkach, które sprawiały, że głowa na nowo się fiksowała. Że oddalała myśli o paczce i Daltonie gdzieś na bok. Tyko to wszystko było na wyciągnięcie ręki, przypominało o swojej obecności i właśnie dlatego Pilar postanowiła do spalić. Sprawić, że po tym zasranym prezencie zostanie już tylko popiół.
Nienawidzę opery — mruknęła gdzieś w jego odkrytą szyję, kiedy wsadził jej dłoń pod strumień zimnej wody. Mówiła tylko o miejscu? A może też o tym, że cała ta część sztuki kojarzyła jej się z Nickiem? I z tym jego pieprzonym sweterkiem, w którym wyglądał po prostu d u r n i e. Ciekawe czy do opery też by taki ubrał? Nawet nie zdążyła sobie odpowiedzieć na to pytanie, bo Noriega już mówił jej, żeby nie igrała z ogniem, przeciągając jej myśli na zupełnie inne tory.
Sigo jugando contigo z tobą cięgle igram, odpowiedziała zaczepnie, podnosząc ciemne tęczówki do jego twarzy. — Y no conozco nada más ardiente a nie znam nic bardziej ognistego. Bo przecież Madox był chodzącym ogniem. Z nim nie bała się sparzyć. Igrać. Z nim mogła grac w te gierki do usranej śmierci, ciągle przeciągać granice, wykraczać poza strefę komfortu, płonąc razem z nim. Dlatego kiedy przystawił sobie jej lodowatą dłoń do rozgrzanego karku, przyciskając do blatu, Pilar od razu wbiła paznokcie w jego skórę i przejechała wzdłuż palącej skóry. Biodrami wyszła mu na przeciw, tylko on zamiast docisnąć się jeszcze bardziej, odsunął się i skierował po lód do zamrażarki.
I może faktycznie trzeba było teraz zając się jej spaloną ręką, tymi niewielkimi pęcherzykami powietrza, które zrobiłī się na jej opuszkach, tylko kiedy on sięgał do lodówki, kiedy opierał się od drzwiczki w samym kurwa ręczniku, prezentując na ciele obłędne, idealnie wykonane tatuaże… tym razem to ona nie wytrzymała.
Sam se przyłóż — odpyskowała mu i nim on nawet zdążyła jakkolwiek zareagować, Pilar pchnęła go na zamknięte już drzwi lodówki, dociskając się do niego najbardziej, jak tylko mogła. Jednym, zwinnym ruchem zrzuciła z niego ręcznik, ciskając nim gdzieś w eter. Serce wyrwało się do przodu, a kiedy zobaczyła jak jego spojrzenie momentalnie ciemnieje — nie potrzebowała już nic więcej. Bez zapowiedzi uniosła się na palcach i wpiła w jego wargi. Agresywnie. Tak mocno, że głową przywalił o drzwiczki. Krew od skórą zawrzała, kiedy złapał ją za pośladki i podniósł do góry, posadził na jednym z blatów, wcześniej oczywiście zrzucając z niego wszystkie możliwe rzeczy.
I dopiero wtedy w akompaniamencie przśpieszonych oddechów i chaotycznego dotyku zdobyli chwile dla siebie. Chwilę, żeby skonsumować to, co kręciło się między nimi cały dzień. To pierdolone napięcie, które wywołała kłótnia, to, że prawie mogli się stracić, a jednak jak zwykle wyszłi z tego silniejsi. Nieustraszeni. Dzieląc się wszystkim po równo. I chociaż przez dzień przewijały się kompletnie skrajne, tak bardzo przeciwne do siebie emocje, tak zakończyli go najpiękniej jak się dało, bardzo w ich stylu, mrucząc sobie do ucha wzajemne imiona i wyznając miłość w akompaniamencie jęków na kuchennym blacie. A pomyśleć, że mieli tylko iść porozmawiać z Eliotem.
koniec
Sigo jugando contigo