we're fucked.
: czw maja 14, 2026 6:25 pm
trigger warning
przekleństwaPrzecież to był jego kumpel i jego durne zabawy.
Pilar nawet nie chciała wnikać w to, jak do tego doszło, że został wybrany właśnie jej numer, ani w to, jak to się właściwie stało, że w Vegas w końcu wzięli ten ślub. Chociaż na tyle na ile zdążyła już poznać Patela, to pewnie rzucił jakiś przygłupawym tekstem ej Madox mógłbym się z tobą ożenić, chodź weźmiemy ślub i chuj, a że Noriega naćpany, to oczywiście na to poszedł. Rękę by sobie dała uciąć, że to nie ma Madox wyszedł z pierwszą propozycją, tak tutaj okazało się, że Galen również nie. Że to nawet nie była jego inicjatywa. Aż prychnęła pod nosem. Śmiesznie, jak zawsze coś się u nich w ostatnim czasie pierdoliło, to zawsze miało to swój zalążek albo związek z Williamem.
Obserwowała uważnie twarz Madoxa, kiedy czytał smsy i szczerze? Argument, że pewnie się naćpał był równie durny, co te wiadomości, biorąc pod uwagę to, jak jeszcze dwadzieścia minut temu prawie się nie rozeszli. Jak Noriega ciskał pociskami i oskarżał ją o zdradę i to że buja się z Wyattem, a kiedy się okazało, że to William, to już wystarczył argument, że po prostu się naćpał. Aż pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Serio? — musiała go o to zaczepić. Przecież nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła, a on doskonale o tym wiedział. — Prawie się nie rozeszliśmy, prawie nie wylądowałeś na noc na kanapie w klubie, a teraz argumentujesz to jednym zdaniem? — niedorzeczne to było, ta dwubiegunówka Norwegii. — To skoro to takie nic, to dzwoń do Galena go przeprosić — podeszła bliżej, przyciskając Madoxowi jego telefon do piersi. — No co tak patrzysz? William biedny pewnie się naćpał, to przecież niepotrzebnie pobiłeś Wyatta, skoro nie był niczemu winny i to wszystko to nic takiego — tak nakazywała logika, czyż nie? Że skoro to były ćpuńskie żarty, to należało to tak w pełni traktować, a nie tylko wyrywkowo. Czasami naprawdę go nie rozumiała. To jak brał każdą sytuacje po swojemu. Jak mu się tylko podobało. Na tego miał ochotę być zły, to był, a na tego mu się nie chciało, to już olewka. I pewnie jeszcze by się trochę z nim podochodziła, powiedziała swoje zdanie na ten temat, bo to, że Madox był zaślepiony postacią Patela wcale nie znaczyło, że ona była, ale już wyciągał do niej dłoń i szarpał do siebie.
— Umyje… — zaczęła jeszcze wciąż poirytowana, robiąc głęboki wdech. — William może się pierdolić — powtórzyła zaraz po nim, wyrzucając ręce w górę i wieszając się na jego szyi, by zaraz potem wspiąć się na palcach i przysunąć do jego twarzy, by spojrzeć mu w oczy i w końcu należycie… nic.
I kurwa nic.
Bo tym razem zadzwonił dzwonek do drzwi.
— Kurier — odpowiedziała na jego pytanie, odrzucając głowę do tyłu. — Nie wiem, jakaś paczka. Nic nie zamawiałam, ale podobno do mnie — wyjaśniła i nie-chę-tnie opuściła ręce, wracając do pionu. Trochę nie rozumiała co to za incepcja się odjebała, że kurier miał być za piętnaście minut, a nagle po minucie pojawił się pod drzwiami, ale dzisiaj to już chyba nic jej i tak nie zdziwi, nawet jakieś zaginanie czasu. Więc jak zwykle trzeba było zostawić wszystko rozgrzebane na boku, albo w ogóle wyjebać przez okno, bo po co kończyć jakiś temat? Westchnęła głośno i skierowała się do wyjścia z łazienki. — Rozbieraj się, zaraz przyjdę! — krzyknęła jeszcze przy framudze, obiecując mu, że przecież wyjmuje mu plecy i może nie tylko, bo znając ich z chwilą, w której skończą pod prysznicem, prędko z niego nie wyjdą. Przebiegła przez salon, bo facet dosłownie napierdalał już w drzwi ze zniecierpliwienia.
— No już!! Idę!! — kurwa, co tu mieli za kurierów? Pokręciła głową z niedowierzaniem, a już po chwili otwierała wrota z udawanym uśmiechem na twarzy.
— Pilar Stewart? — spytał facet, a ona skinęła głową, przyglądając się, jak wyciąga z kieszeni tablecik, podczas gdy pod pachą miał średnich rozmiarów paczkę. — Tu podpisać potwierdzenie — wskazał odpowiednie miejsce i chociaż Pilar w pierwszej chwili chciała się trochę powykłócać, żeby się dowiedzieć kto był nadawcą, tak finalnie złożyła podpis, a ziomek dosłownie wcisnął jej paczkę i zbiegł po schodach. Dziwny jakiś, chociaż może się śpieszył? Odprowadziła go spojrzeniem, a następnie skierowała je na paczkę, przy okazji zamykając drzwi.
Pudełko nie było niczym specjalnym. Zwykłe, brązowe, tekturowe pudło z etykietą z jej nazwiskiem. I adresem Madoxa. To zdziwiło ją najbardziej, bo przecież nie mieszkała tu długo i tak naprawdę nawet nie zdążyła jeszcze zmienić adresu korespondencji ze starego. Opakowanie było lekkie. Leciutkie nawet.
W pierwszej chwili i tak rzuciła nim na kanapę i skierowała się do łazienki, słysząc, że Madox już był pod prysznicem, a woda lała się strumieniem. Nawet zaczęła odpinać koszule, żeby tam do niego wskoczyć, tylko nim weszła do pomieszczenia, jeszcze odwróciła się w stronę paczki. Mogło poczekać? Pewnie kurwa mogło, ale prawda była taka, że ciekawość Pilar nie. Za bardzo chciała wiedzieć, co było w środku, dlatego zatrzymała się w pół kroku i finalnie odwróciła na piecie.
Tylko zajrzy i pójdzie pod prysznic.
No tylko okazało się, że kiedy otworzyła opakowanie, obserwując zawartość, już wcale nie wróciła do Madoxa. Właściwie to przez kolejne dziesięć minut nawet na moment nie ruszyła się z kanapy, do momentu aż on sam nie wyszedł z łazienki, owinięty ręcznikiem. Zastał ją wpatrzoną gdzieś w eter, a obok pudełko. Pudełko, w którym była czerwona bielizna i dwa bilety do opery.
paquete. Y sé de quién es.