your soul is igniting me and that's 'cause you feel like summer camp
: sob lip 11, 2026 1:56 pm
Była miękką fają. A właściwie bułą. I jeszcze pipą na dokładkę. Mimo upływu lat wciąż dawała się nabierać na sztuczki April, która doskonale wiedziała, jak do niej podejść. Czasem robiła to zupełnie niewinnie, czasem odrobinę bardziej świadomie, ale efekt zazwyczaj pozostawał ten sam. Teddy miękła szybciej, niż ustawa przewidywała. A może wcale nie chodziło o nią? Może to właśnie April przechodziła swój własny sprawdzian. Taki, w którym musiała nauczyć się, że nie każdą słabość ukochanej należy wykorzystywać. I że czasami trzeba po prostu odpuścić, nawet jeśli wiedziała, że wystarczyłby jeden uśmiech, żeby Darling zgodziła się dosłownie na wszystko. Dobrze, że tym razem nie naciskała i nie próbowała niczego ugrać. Dzięki temu Teddy nie miała poczucia, że została do czegokolwiek przekonana podstępem. Wszystko, na co się zgadzała, wynikało z jej własnej decyzji.
Kochała zwierzęta. Nie do tego stopnia, żeby całkowicie zrezygnować z jedzenia mięsa, ale akurat pod tym względem Liara nie miała się czego obawiać. Pewnego pięknego dnia nie skończy jako potrawka do ryżu albo kaszy. Głównie dlatego, że April nie jadła mięsa, więc Teddy raczej nie zafundowałaby jej takiego obiadu. Poza tym umówmy się - kto chciałby dzielić życie z kimś, kto nie przepada za zwierzętami? To byłby red flag jakich mało.
Popatrzyła jednak na ukochaną z lekkim pobłażaniem, kiedy ta stwierdziła, że powinna otwarcie przyznać się do swojej sympatii względem kotki przed samą zainteresowaną.
— Nie jestem przekonana, czy ona w ogóle to wszystko zrozumie — odparła niepewnie. Ale przecież musiały istnieć jakieś inne, równie skuteczne sposoby na przekazanie jej tego komunikatu, prawda? — Nie wystarczy, jak podrapię ją za uchem i kupię jakieś super smaczki? — podsunęła z pełnym przekonaniem, że dla Liary będzie to najbardziej czytelny dowód tej niepisanej miłości.
Westchnęła cicho, czując usta narzeczonej na swoich. Tak bardzo chciała, żeby April była szczęśliwa. A kiedy widziała jej szczęście, sama stawała się chodzącym kłębkiem szczęścia. Decyzja o adopcji kota dojrzewała w niej przez ostatnie kilka dni. Na początku Teddy była przekonana, że to fatalny pomysł. Że nie poradzą sobie z opieką nad zwierzakiem, skoro obie miały wymagającą pracę, a ich mieszkanie nie było idealnie przystosowane do kociego lokatora. Ale im więcej czasu spędzała z Liarą, tym trudniej było jej trzymać się tego przekonania. Kotka coraz bardziej wpasowywała się w ich codzienność, a Teddy coraz częściej łapała się na tym, że szuka jej wzrokiem albo uśmiecha się pod nosem, kiedy ta przychodziła się do niej łasić. W końcu pojawiła się myśl, której początkowo nawet nie chciała dopuścić do głowy - Liara chyba naprawdę czuła się u nich dobrze i bezpiecznie. A skoro tak, to może one również dadzą sobie radę.
— Uważasz, że ciągle ulegam twoim zachciankom? — zapytała, mrużąc lekko oczy. Ależ durne pytanie! Obie przecież doskonale wiedziały, jak było naprawdę. Teddy miała ogromną słabość do April i czasami wystarczało jedno spojrzenie, żeby zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem nie powinna jednak przystać na jej pomysł. — Nawet jeśli, to kot jest żywym stworzeniem, więc musiałam się dobrze zastanowić, czy faktycznie możemy pozwolić sobie na przygarnięcie zwierzaka. Trochę to trwało, ale teraz przynajmniej mam pewność, że chcę tego równie mocno co ty — pokiwała głową, jakby samą siebie chciała jeszcze bardziej utwierdzić w tych słowach. Bo właśnie tak było. To nie była decyzja podjęta pod wpływem chwili ani próba zrobienia przyjemności narzeczonej. Liara naprawdę zdążyła znaleźć swoje miejsce w jej sercu. — No i chyba tak miało być, co nie? Uratowałyśmy jej życie, a ona teraz odwdzięcza nam się ciągłym mruczeniem i robieniem za prywatny termofor — dodała z uśmiechem. Może w upalne dni nie było to największe błogosławieństwo, ale podczas okresu? Wtedy taki mały, ciepły koci kaloryfer był wręcz bezcenny!
Wizja wspólnej przyszłości rozlewała się po jej wnętrzu jak gorąca czekolada. Niczego nie pragnęła bardziej niż stworzyć z April rodzinę. To naprawdę piękne, że patrzyły w tym samym kierunku. Zaczną od kota, a potem przyjdzie pora na dzieci. A może nawet na psa? Fajnie byłoby kiedyś mieć dom z dużym ogrodem, w którym znalazłoby się miejsce nie tylko dla nich wszystkich, ale też dla Theodory Apreddy LXIX. Oczywiście sprowadzenie jej z sanktuarium w Vermont pewnie wymagałoby całej masy formalności, logistyki i przekonywania odpowiednich osób, bo raczej nikt nie powie im po prostu, że jasne, mogą sobie wziąć krowę ze sobą. Ale dla chcącego nic trudnego!
— Dzieci? Ale tak bez ślubu? — udała wielce oburzoną, zaczepnie pociągając zębami za dolną wargę ukochanej. — Co ludzie powiedzą? — dopytała, uśmiechając się zaraz przy jej ustach.
czy chcę wiedzieć, że już tylko z tobą zawsze? pamiętać, żeby ci przypomnieć o racie za mazdę?
Kochała zwierzęta. Nie do tego stopnia, żeby całkowicie zrezygnować z jedzenia mięsa, ale akurat pod tym względem Liara nie miała się czego obawiać. Pewnego pięknego dnia nie skończy jako potrawka do ryżu albo kaszy. Głównie dlatego, że April nie jadła mięsa, więc Teddy raczej nie zafundowałaby jej takiego obiadu. Poza tym umówmy się - kto chciałby dzielić życie z kimś, kto nie przepada za zwierzętami? To byłby red flag jakich mało.
Popatrzyła jednak na ukochaną z lekkim pobłażaniem, kiedy ta stwierdziła, że powinna otwarcie przyznać się do swojej sympatii względem kotki przed samą zainteresowaną.
— Nie jestem przekonana, czy ona w ogóle to wszystko zrozumie — odparła niepewnie. Ale przecież musiały istnieć jakieś inne, równie skuteczne sposoby na przekazanie jej tego komunikatu, prawda? — Nie wystarczy, jak podrapię ją za uchem i kupię jakieś super smaczki? — podsunęła z pełnym przekonaniem, że dla Liary będzie to najbardziej czytelny dowód tej niepisanej miłości.
Westchnęła cicho, czując usta narzeczonej na swoich. Tak bardzo chciała, żeby April była szczęśliwa. A kiedy widziała jej szczęście, sama stawała się chodzącym kłębkiem szczęścia. Decyzja o adopcji kota dojrzewała w niej przez ostatnie kilka dni. Na początku Teddy była przekonana, że to fatalny pomysł. Że nie poradzą sobie z opieką nad zwierzakiem, skoro obie miały wymagającą pracę, a ich mieszkanie nie było idealnie przystosowane do kociego lokatora. Ale im więcej czasu spędzała z Liarą, tym trudniej było jej trzymać się tego przekonania. Kotka coraz bardziej wpasowywała się w ich codzienność, a Teddy coraz częściej łapała się na tym, że szuka jej wzrokiem albo uśmiecha się pod nosem, kiedy ta przychodziła się do niej łasić. W końcu pojawiła się myśl, której początkowo nawet nie chciała dopuścić do głowy - Liara chyba naprawdę czuła się u nich dobrze i bezpiecznie. A skoro tak, to może one również dadzą sobie radę.
— Uważasz, że ciągle ulegam twoim zachciankom? — zapytała, mrużąc lekko oczy. Ależ durne pytanie! Obie przecież doskonale wiedziały, jak było naprawdę. Teddy miała ogromną słabość do April i czasami wystarczało jedno spojrzenie, żeby zaczęła zastanawiać się, czy przypadkiem nie powinna jednak przystać na jej pomysł. — Nawet jeśli, to kot jest żywym stworzeniem, więc musiałam się dobrze zastanowić, czy faktycznie możemy pozwolić sobie na przygarnięcie zwierzaka. Trochę to trwało, ale teraz przynajmniej mam pewność, że chcę tego równie mocno co ty — pokiwała głową, jakby samą siebie chciała jeszcze bardziej utwierdzić w tych słowach. Bo właśnie tak było. To nie była decyzja podjęta pod wpływem chwili ani próba zrobienia przyjemności narzeczonej. Liara naprawdę zdążyła znaleźć swoje miejsce w jej sercu. — No i chyba tak miało być, co nie? Uratowałyśmy jej życie, a ona teraz odwdzięcza nam się ciągłym mruczeniem i robieniem za prywatny termofor — dodała z uśmiechem. Może w upalne dni nie było to największe błogosławieństwo, ale podczas okresu? Wtedy taki mały, ciepły koci kaloryfer był wręcz bezcenny!
Wizja wspólnej przyszłości rozlewała się po jej wnętrzu jak gorąca czekolada. Niczego nie pragnęła bardziej niż stworzyć z April rodzinę. To naprawdę piękne, że patrzyły w tym samym kierunku. Zaczną od kota, a potem przyjdzie pora na dzieci. A może nawet na psa? Fajnie byłoby kiedyś mieć dom z dużym ogrodem, w którym znalazłoby się miejsce nie tylko dla nich wszystkich, ale też dla Theodory Apreddy LXIX. Oczywiście sprowadzenie jej z sanktuarium w Vermont pewnie wymagałoby całej masy formalności, logistyki i przekonywania odpowiednich osób, bo raczej nikt nie powie im po prostu, że jasne, mogą sobie wziąć krowę ze sobą. Ale dla chcącego nic trudnego!
— Dzieci? Ale tak bez ślubu? — udała wielce oburzoną, zaczepnie pociągając zębami za dolną wargę ukochanej. — Co ludzie powiedzą? — dopytała, uśmiechając się zaraz przy jej ustach.
czy chcę wiedzieć, że już tylko z tobą zawsze? pamiętać, żeby ci przypomnieć o racie za mazdę?