Strona 5 z 5

Rozdział III. Too late, still you.

: pn sie 17, 2026 11:05 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Policja też musiał być podstawiona przez jego ojca, może zapłacił im, żeby go wsadzili?
A może po prostu chcieli szybko zakończyć śledztwo? A przecież, kiedy on się przyznał to mogli. Kolejny kryminalista wsadzony za kratki, kogo to obchodziło, że był niewinny?
Kogo obchodziło to, że on wtedy najbardziej na świecie chciał po prostu ją zobaczyć.
Nikogo.
Dobrze, że ją uprzedził, chociaż wtedy przecież miał to za złe policji. Jak jebaną mantrę powtarzał, że przecież mieli mu załatwić widzenie z nią. A policjanci śmiali się z niego, bo kto niby mu to obiecywał, co on pierdolił. Dzieciak, głupi, naiwny dzieciak. I morderca.
Najłatwiej było przykleić mu łatkę mordercy.
Wsadzić do więzienia, bo przecież tacy jak on wcale nie wytrzymywali tam długo. Ale on wytrzymał, na początku napędzany tym jej jednym listem, w którym obiecywała, że będzie na niego czekać. Z czasem zmieniając to uczucie w nienawiść, kiedy nie odpowiadała na jego wiadomości, kiedy go nie odwiedziła... Teraz już wiedział, że to kłamstwo, ale wtedy nie. A na koniec zostało mu już tylko pragnienie zemsty.
Chciał żeby stary Noriega poniósł karę. Naprawdę chciał go wykończyć. Zabić. Co zresztą zaraz jej powiedział nie przejmując się tym, że mogła się z nim nie zgodzić.
Bo przecież Pilar stała po drugiej stronie barykady, po stronie prawa.
Ale czy to prawo ich nie zawiodło? To sześć lat temu.
Nie zawodziło jednak serce, które znowu szarpnęło się w piersi, gdy tylko Madox za nią stanął, gdy poczuł na torsie ciepło jej ciała, gdy uderzył go jej zapach, a wytatuowane palce sięgnęły do jej aksamitnej skóry, powodując, że cała pod nim zadrżała. Czuł to na sobie, jak na nią działał. Wciąż.
I ona na niego też, mięśnie zarysowały się pod skórą, spinając się do pierdolonego bólu, kiedy miał ją tak blisko siebie. W ramionach prawie...
I gdyby jego szorstkie opuszki nie odszukały tej zaróżowionej malinki na jej karku, to czy by się od niej odsunął? Czy umiałby?
Cofnął gwałtownie rękę i wypuścił ciężko powietrze w jej odkryty kark. A zaraz się odsunął. Uciekłby od niej od razu, wycofał się i zostawił ją w spokoju, gdyby nie odwróciła się do niego tak gwałtownie. Zawiesił czarne spojrzenie na jej oczach.
Nie chciał iść. Nie chciał jej znowu zostawiać. Zabijać uczucia, które gdzieś na dnie duszy wciąż się żarzyło, paliło, i może wybuchłoby znowu tym ogniem, gdyby tylko...
Ale kurwa nie mogli.
Bo ona już nie była tą osiemnastoletnią dziewczyną, która została oszukana przez jego kuzyna. Zdradzona.
Teraz była żoną, matką.
- Nie powinienem tu przychodzić - wątpliwości, jebane wątpliwości, a przecież kiedy wchodził przez okno, to wcale ich nie miał. Kiedy dawał jej te wydruki i mówił, że znowu zostali oszukani, tym razem przez jego ojca, to wtedy jeszcze ich nie było, a teraz...
Miała rację, przyszedł tu jak po swoje, po nią. Kurwa.
A teraz zamierzał odpuścić.
Odpuszczanie nigdy nie było w jego naturze. Przecież on walczył o wszystko do końca, do krwi, do bólu, a dzisiaj stał przed nią i się wycofywał.
- Pilar to jest bez sensu - tym razem to on się uniósł, pokręcił głową - tam na górze śpi twoja córka - wskazał na okno jej sypialni - twój mąż - jakoś odruchowo przesunął wytatuowanymi palcami po swojej szyi, ale w tych miejscach, w których ona miała zaczerwienione miejsce u siebie - po co tu kurwa przyszłaś skoro... - szarpnął się do niej, jego dłoń znowu zawisła gdzieś przy jej ramieniu, ale ją cofnął - nie chcę kurwa o tym myśleć - o tym, jak Galen Wyatt jej dotyka, całuje, przygryza jej skórę, ssie i drapie. Odwrócił się przesuwając palcami po pokrytej krótkimi, ostrymi włosami czaszce, ale potem znowu na nią spojrzał - to ty robisz mi mętlik w głowie, jebany kurwa chaos, po co to powiedziałaś na tym dachu, co? Że mnie kochałaś, że zrobiłaś to dla mnie, a nie z miłości, a potem... poszłaś się pierdolić ze swoim mężem - chciał do niej doskoczyć, złapać ją za rękę, szarpnąć może? Ale kurwa zwalczył w sobie to uczucie i znowu się cofnął. Gotowy już był odejść.
Ale jak, kiedy kurwa stała przed nim i wpatrywała się w niego tymi wielkimi, wilgotnymi oczami? Jak?
- Ja pierdole czemu to wszystko utrudniasz?! - warknął na nią i już się od niej odwrócił, szarpnął w przeciwnym kierunku, gotowy zniknąć z jej życia. Z pięknej bajki o mangowym rycerzu i jego sprzedawczyni mango. Z bajki, w której wzięli ślub i żyli z dala od złego króla tyrana. Długo i szczęśliwie.
A co jeśli nie jestem szczęśliwa?
Zatrzymał się w miejscu. Dłoń zaciskał już w pięść tak mocno, że bolały go palce. Szczęka nerwowo mu się poruszyła.
A po chwili znowu się do niej odwrócił, woda ze spryskiwaczy ściekała mu po twarzy, po szyi, ginęła w mokrej i tak już koszulce.
Nie jestem.
W pierwszej chwili chciał jej zapytać co to w takim razie było, te pocałunki na górze, to jak poszła do swojego męża, jak opowiadała bajkę córeczce, ale kiedy patrzył w jej duże, błyszczące oczy. Kiedy jego spojrzenie przesunęło się po przemoczonych ciuchach, które przylegały jej do ciała.
Kurwa.
Nie rób tego. Nie rób. Zostaw. Odejdź.

Mózg fiksował się na tym, że powinien ją zostawić. Że to już nic nie znaczyło, bo oni przecież nie mieli już przyszłości. Nie w tym świecie, który sobie stworzyła, ale serce...
Pierdolone, dzikie serce, które wyrwało się do niej w piersi, które sprawiło, że doskoczył do niej jak dziki kot, jak ten jebany jaguar. Pchnął ją na różaną pergolę, poczuł na przedramieniu ciernie, kiedy oplótł ją nim w pasie, kiedy znowu przyciągał do siebie. Dociskał ciasno, tak, że różane kolce mogła czuć na plecach.
- Ze mną też nie będziesz - bo czy on mógł jej dać szczęście, czy tylko pierdolony ból?
Ale czy oni własnie wtedy, kiedy bolało, kiedy ich dotykało, nie czuli, że żyją?
Czuli...
A zaraz ona mogła poczuć jego gorący, chaotyczny oddech na swoich pełnych wargach, kiedy pochylił się do niej. Tak blisko. I zamierzał zamknąć jej usta w pocałunku. Nie najszczęśliwszym na świecie, ale takim, który sprawiłby, że ich złamane serca znowu zabiją mocniej. Cały czas biły. W szaleńczym, dzikim rytmie, obijając się o siebie, kiedy stali już tak blisko. Bliżej się nie dało.
Ale na ganku zaświeciło się światło. A zaraz drzwi willi otworzyły się i stanął w nich... no tak kurwa, jej wspaniały mąż, bo przecież to by było za piękne, gdyby mieli chwilę dla siebie. Gdyby coś się nie wypierdoliło...
Jego wargi zadrżały i mogła to poczuć na swoich ustach, to i jak jego spojrzenie prześlizgnęło się w dół po jej przemoczonym ciele, na sterczące pod materiałem piersi. A może nawet to... jak na niego działała. Kiedy czarne oczy wpatrywały się w te jej.
- Wracaj do łóżka Pilar - ułożył te słowa na jej wargach, wraz z ciężkim westchnieniem, które opuściło jego płuca, zanim się odsunął. Przesunął wytatuowanymi palcami po ustach, na których czuł te ciepłe prądy - i do zobaczenia... - czyli już nie cześć i żegnaj na zawsze? Cofnął się, i już miał ruszyć do tej tylnej furtki, ale...
Kurwa. Madox nie byłby sobą, gdyby nie spróbował jeszcze raz. Gdyby teraz się poddał.
I tym razem wszechświat był mu przychylny, pchnął ją w jego ramiona. Kiedy ona też już zamierzyła się, żeby odejść, a on zacisnął palce na jej ręce, szarpnął ją do siebie. I to zrobił. Z tą całą tęsknotą, która w nich siedziała, z ogniem i z miłością. Z bólem. Z tymi wszystkimi emocjami, które kotłowały się w głowie tworząc tam istny chaos... Wpił się w jej pełne, gorące usta. To był krótki pocałunek, agresywny, wyczekany, ale sprawił, że... on znowu poczuł, że żyje.
Jak te sześć lat temu.
I czternaście... kiedy Pilar Stewart była pierwszą dziewczyną, której skradł całusa.
- Idź już - odsunął się od niej. Wargi wciąż paliły żywym ogniem, to nie było przyjemne mrowienie, to był pierdolony pożar, i chociaż całe ciało rwało się do niej, każda komórka w ciele, to znowu się cofnął.

Vuelve a la cama, Pilar.

Rozdział III. Too late, still you.

: pn sie 17, 2026 7:02 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, +16
Miał rację — to było bez sensu.
Minęło już sześć lat. Sześć pieprzonych lat, podczas których każde z nich w mniejszym lub większym stopniu ułożyło sobie plan na życie. On za cel obrał sobie zemstę na własnym ojcu, a ona wyciągnięcie go z więzienia, kosztem ślubu i grania idealnej żony przez przynajmniej kilka kolejnych lat. Mieli inne priorytety. Trochę im się pozmieniało. A przecież kiedyś jedyne czego chcieli, to być razem. Tyle. Ani jednej rzeczy więcej, bo kiedy mieli się obok siebie, cała reszta jakoś się układała. Ale to była już zamierzchła przeszłość. Wspomnienie, które chociaż mrowiło skórę i żyło w odległych częściach ich umysłów, było zakończonym etapem.
No tylko czy na pewno?
Bo kiedy według niego tam na górze spała jej córka, Pilar przecież doskonale wiedziała, że nie tylko jej. Jego również. Amra była ich dzieckiem. I chociaż całe jej ciało wyrywało się do tego, żeby mu o tym powiedzieć, żeby wykrzyczeć mu prosto w twarz, że przecież to nie było tylko jej dziecko, głowa w ostatniej chwili, powstrzymała ten odklejony pomysł. Madox nie mógł o tym wiedzieć. To wszystko skomplikowałoby sprawy jeszcze bardziej, a przecież oni już teraz w żadnym stopniu sobie z tym wszystkim nie radzili. Poza tym był nieprzewidywalny, nie wiedziała, co by zrobił, gdyby się dowiedział, a na ten moment ani jej się śniło ryzykować.
To po co tu przyszłaś skoro…
Skoro co?! — warknęła na niego, nie spuszczając spojrzenia z jego ciemnych, czarnych prawie oczu. Głowa chodziła jej na lewo i prawo w szczerym niedowierzaniu. Ona robiła mu mętlik w głowie? Ona tworzyła jebany chaos?! Przecież on pojawił się jednego dnia i wszystko spierdolił. Sprawił, że wróciły do niej te wszystkie wspomnienia. To pierdolone uczucie pożądania, które już dawno w sobie zabiła, a wraz z nim całe cierpienie, które czuła, kiedy nie było go obok. Gówno wiedział, co siedziało w jej głowie, a jednak miał czelność wypominać jej słowa, które powiedziała mu na dachu. To jak to wszystko zrobiła dla niego, a z miłości, a potem poszła… co kurwa? — Pojebało cię? Nie spałam z nim odkąd ty… wyszedłeś z więzienia. To chciała powiedzieć, bo taka była prawda. Nie potrafiła. Dotyk Galena chociaż wcześniej przyjemny, od kilkunastu dni jedynie ją irytował. Przeszkadzał jej. Nie potrafiła się pod nim odprężyć. Tak samo z pocałunkami — całowała go, starała się, ale duża część jej pomruków była najzwyczajniej w świecie udawana. Nieszczera. I chociaż Pilar nie czuła się z tym dobrze, to przecież musiała grać w grę, którą sama rozpoczęła.
Problem w tym, że z Noriegą też chciała grać. Nawet nad tym nie panowała. Nad tym, że tak za nim krzyknęła. Że wyrzuciła mu prosto w twarz, że nie miał prawa od niej odejść. A potem to, że nie była szczęśliwa. Wyszło to z niej niekontrolowanie. Z jakieś pierdolonej czeluści serca. Wyznanie, które pewnie nie powinno ujrzeć światła dziennego. Że udawała, wmawiała sobie szczęście, którego tak naprawdę nie miała. Nie u boku Galena.
Sama nie wiedziała, co od niego oczekiwała. Jak chciałaby, żeby zareagował, słysząc te słowa. Ale wiedziała jedno: nie chciała, żeby odchodził. Jeszcze nie. Nie, kiedy wszystkiego sobie nie wyjaśnili. Kiedy żadne z nich nie wiedziało, na czym właściwie stali. Jedyne co mieli, to coraz więcej niedopowiedzeń. Pieprzonych domysłów, których ona miała szczerze dość.
Nie wiedziała, czy odpuści.
A jednak kiedy ruszył w jej stronę, zdążyła jedynie wstrzymać powietrze. Elektryzujący prąd przeleciał wzdłuż jej kręgosłupa, kiedy silna dłoń Madoxa złapała ją w tali i przycisnęła do różanego krzewu. Czuła, jak kolce kwiatów wbijają się w materiał szlafroka, przedzierając do skóry. Bolało. Ale przecież oni uwielbiali, kiedy bolało.
Ze mną też nie będziesz.
Może masz racje — może by nie była. Nie zawsze. Ale czy to i tak nie było warte więcej niż trwanie w świadomym nieszczęściu? Bycie z Madoxem zawsze wiązało się z cierpieniem, tylko czy to nie w nim właśnie rodziły się najpiękniejsze uczucia? Te najbardziej szczere? Takie, których ona i Galen nigdy nie mieli.
Był kurewsko blisko. Jego twarz znajdowała się jakieś marne kilka centymetrów od tej Pilar. Czuła jego ciepły oddech na skórze. Mrowił jej policzki i przyprawiał o drżenie. Na moment nawet zapomniała, jak się oddycha, a jedyne o czym była w stanie myśleć, to jak na nią działał. Jak serce waliło mocno w piersi, jak klatka piersiowa chaotycznie obijała się o tą jego. Nie byli tak blisko od pieprzonych szczęściu lat, a ona nagle poczuła się, jakby żaden czas nie minął. Jakby tej przerwy wcale nie było, bo jej ciało reagowało dokładnie tak samo. Jak nie jeszcze bardziej intensywnie. Jakby tylko c z e k a ł o aż znowu poczuje go na sobie.
I poczuła.
Jej spojrzenie powoli przesunęło się od jego oczu w dół. Pierwsze na usta, następnie na wytatuowaną szyję, mieście odznaczające się na mokrej koszulce, a potem… na to najbardziej wrażliwe miejsce, które w niektórych sprawach mówiło więcej niż słowa. A kiedy podniosła na niego oczy, Madox mógł zobaczyć jak ciemne nagle się zrobiły. Jak niekontrolowane pożądanie zalało jej całe ciało.
Słyszała ten trzask przy werandzie. Kątem oka miała pełną świadomość światła, które zwiastowało, że Wyatt nie spał, ale… ona nie potrafiła kurwa oderwać od niego wzroku. Nie potrafiła poluzować uścisku, który mocno zaciskał się na materiale jego koszulki.
Wracaj do łóżka, Pilar.
Nie — odpowiedziała od razu, wyrywając się do przodu na tyle, że jej warga dotknęła tej jego, a skóra na ustach zapłonęła żywym ogniem, jednak nie wystarczająco, żeby w pełni go sięgnąć. Jedynie się o niego musnęła, bo on znowu się od niej odwrócił. Zostawił ją w pełnym załamaniu emocjonalnym, ciężko oddychającą i kurwa wykonał kilka kroków w tył.
Zostaw.
Krzyczał jej umysł, chociaż serce b ł a g a ł o, żeby nie pozwoliła mu odejść. Tylko czy ona mogła go do czegokolwiek zmusić? Już raz go zatrzymała. A on znowu się cofał. Znowu chciał się od niej odciąć i nawet nie sprobować… nie sprawdzić, czy tam wciąż cokolwiek było. Wiedziała, że było. Ale kurwa. Nie mógł jej teraz tak zostawić.
A jednak to zrobił.
A przynajmniej tak myślała. Tylko kiedy skierowała się w stronę domu, kiedy światło w salonie zgasło i zapaliło się w gabinecie Wyatta, Pilar poczuła, jak chłodne od wody palce zaciskają się na jej nadgarstku. Nawet nie dał jej szansy cokolwiek powiedzieć, bo kiedy tylko odwróciła się w jego kierunku, on wpił się w jej usta. Mocno, agresywnie, z całym kurwa ogniem, jaki zawsze między nimi był, a ona… zamarła. Zacisnęła mocno powieki, dociskając się do niego jeszcze bardziej. Skóra paliła w każdym, jednym miejscu, które dotykał, a usta… one drżały. Jak jeszcze nigdy wcześniej.
Uniosła wolną rękę w górę, żeby zawiesić ją na jego karku, ale nim chociażby opuszki jej dłoni zetknęły się z jego skórą, on znowu się od niej odsunął. Oboje ciężko oddychali. Łapali łapczywie powietrze, patrząc sobie głęboko w oczy, jakby każde z nich próbowały zwalczyć tą pierdolonę potrzebę bliskości, która dosłownie r o z p i e r d a l a ł a ich ciała.
Powinna go posłuchać.
Iść już.
Zakończyć to na tym i tak zakazanym geście, który właśnie miał miejsce.
Powinna.
Ale przecież Pilar nigdy nie była dobra w robieniu tego, co wypada.
Idź już.
Idź już.
Idź już.
Idź już.
Zamknij się — warknęła, tym razem to ona zaciskając palce na jego ramieniu. Odwróciła go, a potem naparła na niego całą siłą jaką tylko miała. Tak nagle, że razem polecili prosto na mokrą ziemię. Noriega huknął plecami o trawnik, a ona leżała bezpośrednio na nim. I nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Pilar zamknęła mu usta w pocałunku. Wcale nie krótkim i przelotnym. Kurewsko agresywnym i głębokim. Takim, który odbierał oddech. Który może i był niechlujny, ale za to wywoływał tak skrajne i silne emocje, że nie dało się z tym walczyć. Nie teraz, kiedy złamali tą ostatnią barierę przyzwoitości. Kiedy ich języki odnalazły się w ognistym tańcu, jakby wcale nie miały tych sześciu lat rozłąki. I to wcale nie był akt miłości. To był wybuch czystego i niepodważalnego pożądania.
Pożądania, które na moment odebrało jej umiejętność myślenia. Czegokolwiek. Jedyne co potrafiła zrobić, to jęknąć prosto w jego usta pomiędzy pocałunkami, szarpnąć dolną wargę i zakręcić bezczelnie biodrami na jego kroczu. Wiła się na nim z chorego niedoczekania. Jak jakaś dzikuska, która została spuszczona ze smyczy. Kompletnie niewzruszona tym, że jej m ą ż siedział właśnie w gabinecie kilkanaście metrów dalej, podczas gdy ona w cholernym ogrodzie, na mokrej trawie, drżącą ręką, sięgnęła do pod mokrą koszulkę Noriegi, ryjąc paznokciami skórę tuż nad jego paskiem.
Kurwa.

callarse la boca

Rozdział III. Too late, still you.

: wt sie 18, 2026 10:09 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, +18
Dużo różnych słów cisnęło mu się na usta.
Skoro jesteś mężatką. Skoro twój wspaniały mąż czeka na ciebie w łóżku. Bo kurwa czekał, a odbicie tego nosiła na szyi. I chociaż go skręcało od środka. Chociaż, kurwa, mógłby się teraz wyrwać i iść na górę, żeby bić się o nią z Galenem Wyattem, to jakie miał do tego prawo?
Żadne, bo ich nic już nie łączyło.
Tylko po cholerę mu to wszystko powiedziała, że nie wyszła za mąż z miłości. Że to co zrobiła było dla niego? Po chuj?
A teraz jeszcze nie spałam z nim odkąd ty...
- Nie obchodzi mnie to! - warknął na nią, ale przecież go obchodziło. Przecież kurwa jakiś wielki, pierdolony kamień spadł mu z serca, kiedy to powiedziała. Że nie wyszła z pokoju swojego dziecka i nie poszła pieprzyć się ze swoim mężem, kiedy on walczył z myślami w jej ogródku, czy się z nią spotkać, czy nie, ale... Nie powinno go to w ogóle interesować. Co robiła.
Przecież to było jej życie.
Mogła z nim robić co tylko chciała...
A on powinien odejść. Kurwa. Powinien. A jednak kiedy wyznała mu to, że nie jest szczęśliwa, nie ze swoim mężem, to się cofnął. Znowu. Powinien odejść, ale nie chciał. Kurwa przecież nie chciał. Nie umiał może? Bo mózg pchał go do ogrodowej furtki, ale nogi... Ale serce.
To znowu wyrwało się do niej, i Madox też to zrobił. Doskoczył do niej jak dziki kot. Przyciskając jej plecy i swoje przedramię do różanej pergoli. Czuł kolce, które wbijały się w skórę, ale chyba ważniejsze teraz było, że czuł na sobie ją. Bijące od niej ciepło, szybkie oddechy w których falowała jej pierś, obijając się o jego klatę, czuł je na mokrej szyi i na policzkach. Jej palce zaciskające się na jego koszulce. I to palące, intensywne spojrzenie.
Może masz rację.
Miał. Bo on nie był Galenem Wyattem, nie kąpał się w hajsie, nie mógł jej zapewnić pięknej hacjendy na przedmieściach, drogich samochodów, a przede wszystkim... spokoju. Sielanki. W której mogłaby swojemu dziecku opowiadać bajki. Bo za nim ciągnęło się to wszystko. Brudne pieniądze, prochy, meliny, zemsta, która musiała się dopełnić, za cenę... Wszystko by kurwa oddał, żeby się zemścić na swoim ojcu.
A teraz oddałby więcej, żeby móc znowu ją pocałować. Może nawet kurwa tą zemstę? Może nawet to teraz nie było ważne, kiedy znowu miał ją w ramionach. Tak kurwa blisko. Że po plecach szedł ten przyjemny, intensywny dreszcz. Włoski na karku się zjeżyły. Mięśnie napięły. Oczy pociemniały od pożądania, kiedy przesunęły się po mokrym materiale, który kleił się do jej gorącego ciała. A w spodniach zrobiło mu się ciasno.
Ja pierdole.
Tylko od tego, że trzymał ją w ramionach, tak blisko siebie. Że jej piękne, ciemne kudły, pokleiły mu się do szyi, do ręki, kiedy sięgnął do jej policzka. Policzka, na którym skóra zadrżała pod jego dotykiem. Zmysłowo rozchylonych warg, które chciał poczuć. Tak kurewsko chciał poczuć jej smak. Mango i czekolady, najlepszych w życiu wakacji. Beztroski.
Ale w domu zapaliło się światło.
Nie. I chociaż to jej usta ułożyły się w to słowo, to jego głowa krzyczała to samo. A może to nie głowa? Może to serce?
Które nie chciało jej tutaj zostawiać. Odchodzić.
A kiedy jej pełne wargi musnęły te jego w dotyku tak delikatnym, że aż nierealnym... Odsunął się od niej, bo brakowało może jeszcze jednej chwili. Jednej pierdolonej sekundy, a nie umiałby tego zrobić. Wytatuowane dłonie przesunęły się po jej biodrach, kiedy robił krok w tył. Uciekał. Póki jeszcze mógł.
Wydawało mu się, że mógł...
Bo teraz kiedy, to ona zrobił krok w kierunku domu, żeby wrócić do niego, do swojego męża, to Madox się szarpnął. Jakby mózg stracił połączenie z ciałem, i ono samo się do niej wyrwało, chociaż głowa mówiła.
Nie rób tego kurwa.
Ale zrobił. Sięgnął do niej zaciskając palce na jej przegubie, szarpnął ją do siebie, znowu oplatając w talii, przyciskając do siebie mocno, a potem wpił się w jej usta. Agresywnie, dziko, żeby to kurwa sprawdzić...
Tak jak te sześć lat temu. Mieli to tylko sprawdzić, co znaczy to dziwne mrowienie na całej skórze, te jebane motyle w brzuchu. I dzisiaj to wszystko też im towarzyszyło. Żołądek wywrócił mu się na drugą stronę, a skóra zadrżała. A usta te całowały ją tak łapczywie, jakby jutra miało nie być. Mogło go nie być. Świat mógł się skończyć dzisiaj, kiedy trzymał ją w ramionach.
Poruszenie w domu i kolejne światła, które się zapaliły rzucając na trawnik wątłą poświatę, sprawiły jednak, że... się opamiętał. Odsunął się jeszcze od niej, chociaż wytatuowane palce oparł na wargach. Smakowała jeszcze lepiej niż to zapamiętał. Jak coś na co warto było czekać sześć lat, dziesięć, całą wieczność. Czarne oczy Madoxa wpatrywały się w nią nieustępliwie, a płuca ciężko łapały powietrze.
Kurwa. Ja pierdole.
Czuł, że wystarczyłby jeszcze jeden impuls, jedna pierdolona iskra, żeby znowu się złamał. Żeby nie pozwolił jej odejść.
Idź już.
Musiał spróbować. Ostatnia szansa, żeby się tutaj rozeszli. Ona w swoją, a on w swoją stronę. Tylko tym razem, jak zwykle zresztą, to Pilar nie była z nim zgodna.
- Zo... - nawet nie zdążył tego powiedzieć, zostaw, kiedy szarpnęła go do siebie, bo już rzuciła się na niego, a on się zatoczył na tej mokrej trawie i poleciał w tył. Na plecy, na glebę. Wypuścił z płuc powietrze, a ona zaraz kradła mu je w tym agresywnym pocałunku. Jaki to był kurwa pocałunek. Jego wytatuowane palce od razu odnalazły wrażliwe i czułe punkty na jej ciele, te których uczył się sześć lat temu, wsunął je pod mokry materiał jej cienkiej piżamki, na pierś, która odpowiednio reagowała na jego dotyk. Języki odszukały się w ognistym tańcu, a głowa fiksowała się tylko na tym, jak ona smakuje. Jak sprawia, że w jednej chwili zrobiło mu się gorąco, że stał już na baczność. A kiedy kurwa jęknęła w jego usta, to jego płuca też opuściło stłumione westchnienie.
Ja pierdole. Kurwa.
Wyrywał się do niej, spinając mięśnie na brzuchu i podrywając się z tej mokrej trawy, na której się tarzali. I już wcale nie umiał jej puścić, odsunąć się od niej. A kiedy jej paznokcie wyznaczyły na jego brzuchu czerwoną ścieżkę do jego paska, to mruknął pod nią. A potem przerzucił ją na bok, wcale nie delikatnie, układając ją na mokrej, zimnej trawie. Czarne spojrzenie wbił w jej piękne, czekoladowe oczy. A wytatuowane palce zacisnął mocniej na jej piersi, i kolejne jęk, który wyrwał się z jej pełnych, gorących ust sprawił, że przesunął krótkimi paznokciami po jej brzuchu, w dół. Zahaczył palcami o jej spodenki i szarpnął je w dół, ściągając je z niej. Nie umiał się już hamować, więc kiedy jej wciąż drżące palce bawiły się jeszcze niepewnie z jego paskiem, to jej pomógł, odbezpieczyć klamrę i poodpinać guziki jego rozporka. Mogła go czuć na sobie, przez cienki, mokry materiał bokserek, kiedy otarł się o nią bezczelnie, znajdując sobie miejsce między jej udami. Wbił wytatuowane palce w jej skórę, gdy jego wargi oderwały się od jej pełnych, gorący ust i zeszły niżej po żuchwie i szyi.
- Kurwa, jak ty mnie kręcisz - mruknął w jej szyję, którą zasypywał pocałunkami. Delikatnymi jak na niego, bo nie zostawił na jej skórze ani jednego śladu. Ale kurwa. Musiała czuć na sobie, jak go nakręcała, jaki był twardy, zanim jeszcze ściągnęła z niego bokserki, a on się o nią ocierał.
A on... zaraz poczuła na palcach, jaka dla niego już była mokra, kiedy sięgnął do tego wrażliwego miejsca między jej udami.
Czy zamierzali się tu pieprzyć, przed jej domem? Na mokrej trawie? Kiedy jej mąż siedział w gabinecie z oknem na podwórze? Licząc na to, że ukryją się odpowiednio w cieniu?
On już kurwa nie miał oporów.

Joder, de verdad me excitas ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ🔥་༘࿐

Rozdział III. Too late, still you.

: wt sie 18, 2026 7:57 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa, erotyka, +18
Musiała spróbować.
Sprawdzić to.
Zobaczyć, czy po tych wszystkich latach, jego bliskość nie była jedynie sentymentem. Zanikającym wspomnieniem tego co dobre. Czy oddech, który nagle przyśpieszał, gdy zaciskał palce na jej skórze nie był jedynie wynikiem stresu; czy spinające się mięśnie nie były pamięcią mięśniową, naturalnie reagując na to, jak kiedyś na nią działał i czy serce po prostu nie waliło w piersi jak szalone, bo tęskniło za tym, co kiedyś mieli.
Chciała, żeby to wszystko było wymysłem jej wyobraźni.
Obrazem dwójki szczęśliwych nastolatków, którzy uciekli z Medellin, kiedy zrobiło się niebezpiecznie i znaleźli bezpieczną przystań nad morzem. W niewielkiej chatce tuż przy plaży, gdzie bawili się beztrosko, pili do upadłego i pieprzyli się gdzie popadnie, jak na niewyżytych dzieciaków przystało. Zapatrzonych w siebie do granic możliwości. Kochających się. Żeby okazało się, że Pilar po prostu tęskniła za tym, co było, a nie tym, co miała właśnie przed sobą.
Chciała.
Ale wszechświat chyba dosadnie nauczył ją przez te wszystkie lata, że miał głęboko w dupie jej zachcianki. Bo tak naprawdę wystarczył tylko jeden pocałunek. Jedno krótkie lecz agresywne muśnięcie jej warg i to jak szarpnął ją mocno do siebie, zamykając w silnych ramionach, żeby kompletnie przepadła. Żeby w ułamku sekundy zapomniała o tym, że miała już całe życie ustawione z innym mężczyzną. Że jeszcze kilka dni temu patrzyła Noriedze w oczy i mówiła, że go nienawidzi. Zapomniała jak smutna była, gdy nie było go obok, jak załamana, jak kurwa gotowa odebrać sobie życie. Wszystko zniknęło. Wyparatowągo gdzieś do innej przestrzeni w głowie, która została odcięta i odizolowana od jej myśli.
A całą resztę wypełnił on.
Smakował dokładnie tak, jak zapamiętała — jak mango i najlepsze wakacje w życiu. Jego usta chociaż bardziej spierzchniałe i pokryte dookoła zarostem wciąż były równie gorące, przyprawiające o dreszcze. Nie miała pojęcia, jak on to zrobił, że się od niej odsunął. Gdzie znalazł siłe w sobie, żeby po prostu zdecydować się pójść, ale Pilar… nie miała zamiaru mu na to pozwolić. Nie, kiedy miała go na wyciągniecie ręki. Nie kiedy to mógł być jedyny wieczór, jedyna pierdolona szansa na chwile beztroski. Była gotowa popełnić ten błąd. Zatracić się w nim na kilka kolejnych minut, nim będzie zmuszona wrócić do swojej rzeczywistości.
Więc to zrobiła.
Rzuciła się na niego z taką siłą, że wylądowali na ziemi. Całowała jego usta zachłannie, chaotycznie, do utraty tchu. Jakby to był ich ostatni pocałunek. Pocałunek, którego nie dostali tamtego feralnego dnia sześć lat temu, kiedy policja docisnęła ich oboje do ziemi i zakuła w kajdanki. Tak by się wtedy żegnali, gdyby tylko dostali na to szanse.
Jakby jutra miało nie być.
I tego wieczoru również ono mogło nie istnieć. Wszystko mogło się pierdolić, kiedy ich usta kradły sobie resztki powietrza z płuc. Kiedy jego dłoń wsunęła się bezczelnie pod cienki, przemoczony materiał pidżamy i przesunęła po brzuchu w górę. Zacisnął palce na wrażliwe piersi, a Pilar momentalnie jęknęła prosto w jego usta. Intensywny dreszcz od razu zawędrował po jej plecach. I jak ona mogła myśleć, że ogień między nimi się wypalił? Jak głupia musiała być, łudząc się, że łączyło ich jedynie wspomnienie? Gówno prawda. Łączyło ich dosłownie wszystko, bo ona przy nikim nie czuła się tak, jak przy nim. Żaden inny mężczyzna nie sprawiał, że tak bardzo drżała. Że jej uda mimowolnie i bez kontroli zaciskały się na nim coraz mocniej, wraz z chaotycznymi ruchami bioder, na którymi nie umiała zapanować. A kiedy westchnął z rozkoszy prosto w jej usta…
Kurwa.
Nawet nie zdążyła nic zrobić, bo Noriega nagle poderwał się górę. Przerzucił ją na bok, jakby nie ważyła absolutnie nic, wcale nie delikatnie. Plecy huknęły o przemoczoną trawę, a kiedy tylko otworzyła oczy i spojrzała na niego z dołu, Madox mógł zobaczyć jak czarne były już jej oczy. Jak znikął z nich cały brąz, każde jedno zmiartwienie, a miejsce zajęło czyste, dzikie porządnie. Coś nad tym nie potrafiła już panować. I on chyba też, bo zerwał z niej spodenki szybciej niż Stewart Wyatt zdążyła dobrze zacisnąć się na jego pasku. Serce waliło jej jak w jakimś stanie przedzawałowym. Sto osiemdziesiąt uderzeń na sekundę minimum. A ręce drżały. Z przyjemności i niedoczekania do tego stopnia, że nawet nie mogła poradzić sobie z klamrą jego paska. Chciała wszystko na raz, szybko, na tu i teraz, że nic nie była w stanie zrobić porządnie. Musiał jej pomóc, chociaż rozporek rozbroiła już sama. Szarpnęła materiałem w dół, w tym czasie wpuszczając go między własne nogi. Wyszła mu biodrami na przeciw, kiedy się o nią otarł, czując, jak mięśnie na podbrzuszu spinają się nieznośnie.
Kurwa, jak ty mnie kręcisz.
Jego słowa wleciały do jej głowy i echem zaczęły odbijać się pod czaszką. Sześć lat. Tak długo tego nie słyszała. Jego, kiedy mówił do niej bez jadu w głosie, kiedy jego przyśpieszony oddech mieszał się z pomrukami, tworząc najpiękniejszą, możliwą melodie. Kurwa, jak ona za tym tęskniła. Nie zdawała sobie jak bardzo, dopóki faktycznie go nie smakowała. Nie doświadczała tego na nowo. Chociaż niektóre rzeczy wcale się nie zmieniały…
Jak? — wydyszała, ciężko łapiąc powietrze. Nawet odciągnęła go na moment od siebie, żeby spojrzeć w ciemne jak mrok, który ich otaczał oczy. Doskonale wiedziała, co miał na myśli, a jednak nie potrafiła się powstrzymać, żeby nie pociągnąć go za język. A potem też żeby zacisnąć palce na materiale mokrych bokserek i po prostu je z niego zedrzeć. Bez zbędnej gry wstępnej, na którą przecież nie mieli czasu. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę, jak bardzo wszechświat ich nienawidził. Jak uwielbiał stawiać na ich drodze same ciernie i kłody. Nie mieli dużo czasu, dlatego od razu zacisnęła na nim stanowczo palce i zapracowała krótko, podczas gdy on…
Ja pierdole — ciche westchnie wyrwało się spomiędzy pełnych warg, w chwili, w której jego palce znalazły się przy najbardziej wrażliwym, teraz wyjątkowo mokrym miejscu. Znowu pod nim zadrżała, na moment odrzucając do tyłu głowę. Poddając się temu kurewsko przyjemnemu uczuciu, nim nie podniosła na niego czarnego, wymownego spojrzenia. — Zrób to w końcu — warknęła, czując napięcie w całym ciele. Czując presje czasu, który powoli naprawdę im się kończył. Światło w gabinecie wciąż świeciło się intensywnie, rzucając poświatę na ogród, w którym się znajdowali. Tuż obok miejsca, gdzie leżeli. Pierdolone milimetry.
Tyle też brakowało im do tego, żeby w końcu skonsumować te sześć lat rozłąki. Miłość, która została im odebrana. Wzloty i upadki, które ich ominęły przez jego ojca. I uczucia, które tak naprawdę nigdy nie umarły, a jedynie na moment schowały się za nienawiścią i niezrozumieniem. Pierdolone milimetry… tak niewiele, a jednak tak dużo. Bo nim Madox zdążył w końcu to zrobić, tak jak go poprosiła. W krzakach z tyłu coś się poruszyło. Głośno. Zagłuszyło nawet ich głośne oddechy, blindujące się ze spryskiwaczami, które znowu się włączyły. Z początku chciała to zignorować. Szarpnęła go bliżej siebie, znowu zamykając jego usta w pocałunku, ale wtedy…
Pani Wyatt? — głos starszego mężczyzny przeciął powietrze, wdzierając się prosto do czeluści jej świadomości i sprawiając, że w sekundę oprzytomniała. Zadarła spojrzenie w górę i chociaż było ciemno, doskonale widziała, kto właśnie nad nimi stał z… sekatorem uniesionym w powietrze.
Clyde?! — rzuciła wciąż jeszcze w amoku, od razu zrywając się z trawy. — Kurwa — tylko tyle była w stanie z siebie wydusić. Cała drżała, siedziała w niej tak wielka mieszaka emocji i wstydu, że nie umiała sobie z tym poradzić. — Ja pierdole, Clyde posłuchaj… — zaczęła, próbując jakkolwiek zasłonić się szlafrokiem, ale materiał ciągle wylatywał jej z dłoni.
S-spokojnie — wtrącił, przerywając jej. — Ja myślałem po prostu, że to jacyś włamywacze — gadał, rozglądając się dookoła. — Ale to tylko Pani, więc ja… — spojrzał w końcu na jej twarz i uśmiechnął się blado. — Wrócę do przycinania żywopłotu — Pilar patrzyła na niego jak na wariata. Żartował sobie z nich, czy naprawdę miał zamiar milczeć i udawać, że właśnie nie był świadkiem, jak Pani Wyatt chciała zdradza swojego męża na tyłach domu? — Miłej nocy — skinął głową i faktycznie odwrócił się na pięcie, gotowy odejść do swojej pracy, zostawiajac ją w autentycznym stanie przedzawałowym, panice i gniewie. Wszystko na raz teraz kotłowało się w jej ciele.

Madox A. Noriega

Rozdział III. Too late, still you.

: śr sie 19, 2026 11:59 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, +18, erotyka, obsesja
Mieli tylko to sprawdzić.
Przekonać się na własnej skórze, że uczucia, którymi kiedyś się darzyli to już przeszłość. Bo przecież oni się przez te sześć lat zdążyli znienawidzić, zapomnieć o sobie...
Gówno prawda.
Mogli to sobie wmawiać, ich usta mogły się układać w kolejne wyznania, które jasno sugerowały, że to co kiedyś było, jest już nieaktualne. Ale... Przecież kurwa zdradzały ich spojrzenia, serca bijące w piersi w szaleńczym, i chyba już jednakowym rytmie. Zdradzało ich ciało, które reagowało na każdy nawet najmniejszy dotyk. Czy tak się zachowują ludzie, którzy dla siebie nic nie znaczą, którzy pogrzebali to co do siebie czuli?
Kiedy ich usta odnalazły się w agresywnym pocałunku, który znowu sprawiał, że wszystko dookoła ginęło. Świat mógłby płonąć, mógłby kurwa nie istnieć. Bo teraz liczył się tylko bajeczny smak jej ust. A smakowała lepiej niż to zapamiętał.
Bo w tym pocałunku, oprócz tej słodyczy mango i czekolady, była też desperacka potrzeba bliskości. Było zamknięte to sześć lat, które stracili. I to co mogli...
Nie no kurwa nie mogli.
Przecież to nie miało przyszłości, szczęśliwego zakończenia jak w bajce, którą opowiadała. Dlatego się od niej odsunął.
I chciał odejść. Ostatnia szansa na opamiętanie. Na wrócenie do tych swoich odległych żyć, tego jej pięknego i ułożonego, i jego totalnie popierdolonego, w którym każdy następny dzień był jakimś kurwa darem od losu.
Tylko, że ona nie pozwoliła mu odejść.
Kurwa. Tym razem to ona wpierdoliła się w jego życie z buciorami... Jednym pchnięciem powalając go na ziemię, aż wypuścił ciężko powietrze z płuc, poczuł uderzenie na plecach. A potem jej usta na sobie. I przepadł. I nie umiał już z tym walczyć. Każda jedna myśl fiksowała się na niej, na tym jaka była gorąca. Na tym jak na niego działała. Serce szarpało się do niej boleśnie, a wszystkie mięśnie spinały mu się do pierdolonego bólu. Wytatuowane palce sunęły po jej skórze, po ścieżkach, które znały, a które myślał, że zapomniał. Ale nie...
Bo to wszystko odżyło. Uderzyło w niego jak jebane Tsunami. Tworząc w głowie prawdziwe spustoszenie. A kiedy jego palce odszukały jej pierś, kiedy zaciskał je na niej tak, jak lubiła, jakby należała znowu do niego, a z ust wyrwał jej się jęk, tak znajomy, wdzierający się pod skórę, to myślał, że zwariuje. Na jej punkcie. Znowu. Nie umiał myśleć już o niczym innym, niż o tym, jak zaciskała na nim uda, jak ocierała się o niego, i on też się do niej wyrwał. Zacisnął palce na jej pośladkach poprawiając ją na sobie.
Chciał ją już. Tu. Teraz. Pieprzyć się z nią dziko.
Jak kiedyś.

Przerzucił ją na trawę, wcale się z nią nie pierdoląc. Bo przecież... ona kurwa nie była z porcelany. Doskonale to pamiętał. I to jak ostatnio powtórzyła to w samochodzie. Nie była jak ten pierdolony delikatny kwiatuszek. Była dzika, piękna. Zmysłowa do jebanego bólu. Tak gorąca, że kiedy sunął palcami po jej brzuchu, to czuł jak jej skóra parzyła jego opuszki. Czuł też na sobie to jej ciemne spojrzenie, przejmujące, dotykające na wskroś, kiedy patrzył na nią z dołu. Kiedy jego usta muskały jej długą szyję, jej dekolt. Kiedy język kreślił mokre ścieżki zaczepiając o materiał jej krótkiej koszulki.
Zerwał z niej dół pidżamy, odsłaniając przed sobą to miejsce między jej rozgrzanymi udami i znowu mruknął jak dziki kot, gdzieś w jej obojczyk. A kiedy zacisnęła palce na jego pasku, to pomógł jej trochę, bo nie mógł się już jej doczekać. Każda żywa tkanka w jego ciele pragnęła jej, chciał ją czuć wszędzie, jej smak na języku. Gorąc jej skóry pod palcami i to jak otoczy go szczelnie.
Otarł się o nią bezczelnie, a kolejny pomruk wylądował przy jej uchu, z tym wyznaniem. Doskonale wiedziała, jak go kręci, mogła to czuć na sobie. Kiedy się o nią ocierał, kiedy zaczepiał ją jeszcze przez materiał bokserek. A gdy odsunęła go od siebie, gdy zajrzała w jego czarne oczy, to kącik jego ust uniósł się ku górze.
- Ku-rew-sko - wymruczał prosto w jej zmysłowo rozchylone wargi, na których złożył pocałunek - jesteś gorąca jak ogień - kolejny na żuchwie - jesteś piękna - no jej szyi, gdzie skórę szczypnął lekko zębami - dzika... - może nawet powiedziałby coś jeszcze, ale jej palce sięgnęły do gumki jego bokserek, a kiedy go oswobodziła, uwolniła spod materiału jego sterczącą, gotową męskość, to stłumione westchnienie wylądowało za jej uchem. Mruczał jej do niego, jak kot, kiedy jej palce zacisnęły się na nim, kiedy jej ręka pracowała w dzikim rytmie ich płytkich oddechów i serc.
Ja pierdole.
To samo sobie pomyślał, kiedy jego palce odnalazły znajomą drogę między jej uda. Kiedy przesunęły się po jej mokrym, gorącym wnętrzu, wsunęły w nią lekko, a potem je zabrał.
- Zrób to w końcu - przedrzeźnił ją, podnosząc dłoń i zlizując z wytatuowanych palców jej smak, zebrał go na język i oblizał wargi, na jej oczach. I to też był smak, który pamiętał doskonale, który siedział mu w głowie sześć pierdolonych lat. Smak beztroskich, gorących wakacji.
I już chciał to zrobić. Wejść w nią w końcu, wypełnić po same brzegi. Pieprzyć tak, żeby krzyczała jego imię. Żeby dochodziła pod nim długo i intensywnie, jak kurwa nigdy nie szczytowała pod Galenem Wyattem. Ale wtedy w krzakach złamała się jakaś gałązka. Trzasnęła głośno, a Madox pierwszy podniósł głowę w tamtym kierunku, wisząc nad nią. A kiedy go do siebie pociągnęła, to przecież już prawie czuł ją na sobie i ten zbierający się w płucach jęk...
Już miał w głowie to jak pod nim jęczy, kiedy wszedłby w nią mocno, tak jak lubiła.
Pani Wyatt.
- Co kurwa? - wyrwało mu się.
Pani Wyatt… odbiło mu się echem pod czaszką. Pani Wyatt… zerwała się spod niego jak oparzona. A Madox przetoczył się na plecy, podciągnął spodnie, chociaż kurwa rozpierdalało go od środka. Klatka piersiowa unosiła mu się w płytkich, szybkich oddechach, serce obijało się boleśnie o żebra, a tam na dole cały pulsował. Przesunął palcami po czaszce, jeszcze chwilę leżąc na mokrej trawie. Rozpierdoli go. Popierdoli. Zadarł głowę do góry, żeby na nią spojrzeć, jak zasłaniała się szlafrokiem. Pani Wyatt… Nawet nie słuchał o czym rozmawiała z tym facetem. Nie docierało to do niego. Bo tylko to jebane Pani Wyatt, dzwoniło mu we łbie.
Zerwał się z ziemi. Poprawił pasek od spodni.
- Kurwa. Pani Wyatt - warknął do niej, jakby to była jej wina, ale przecież nie była. (bo to moje kostki 🥲)
- Miłej nocy Pani Wyatt - szarpnął się do niej, ale zaraz się cofnął. Zaraz odchylił do tyłu głowę, bo rozpierdalało go od środka, czuł to nieznośne napięcie, ale... No kurwa cały klimat prysł.
Jak ta jebana bańka mydlana, która pozostawia po sobie plamę w kolorze rozlanej benzyny. Bo przecież oni jeszcze przed chwilą płonęli najprawdziwszym ogniem, a teraz...
Patrzył na nią tymi czarnymi oczami, ale już nie było w nich pożądania. Był w nich ból. I żal.
- Pojebie mnie - czuł to, że jeszcze chwila, a go popierdoli. Ledwo stał, żeby się do niej znowu nie wyrwać, żeby nie wziąć jej siłą. Tylko po to, żeby zaspokoić to nieznośne napięcie. Bo głowa...
Ta zamiast fiksować się na niej, na tym jak piękna była, jak gorąca, jak dzika. Tam znowu jebanym echem odbijało się to Pani Wyatt.
Jeszcze raz złapał jej spojrzenie, a potem bez pożegnania, bez słowa już, bo te ugrzęzły mu w gardle. Ale może i dobrze. Czuł, że jakby się odpalił, jakby wykrzyczał jej w twarz to co siedziało mu w głowie. Że kurwa w tej chwili, kiedy stała przed nim, mokra, rozpalona... Chciał zniszczyć jej piękną bajkę o mangowym rycerzu. Zdeptać ją.
Bo on już nie był rycerzem, był potwornym smokiem i chciał ją stąd porwać. Pierdolić jej męża, jej dziecko, jej dom i rodzinę. Chciał, żeby była jego.
Tylko. Kurwa. Jego.
Ale zwalczył w sobie to uczucie, zdusił w zarodku, i odszedł. Odwrócił się na pięcie i kurwa ruszył do tej furtki na tyłach ogrodu, żeby przez nią przejść, żeby już nie odwrócić się za siebie. Nie zatrzymać i nie zawahać.
Dzisiaj jeszcze nie.
Nie była jego.


Que tenga una agradable noche, señora Wyatt.