Strona 5 z 5

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 03, 2026 12:16 am
autor: Robin Visser
Powinien był potraktować słowa Navarro wyłącznie jako dowód, że nadal pozostawała przytomna. Dokładnie tego od niej chciał; miała go obrażać, miała skupiać się na własnej niechęci i podtrzymywać ją tak długo, aż znajdzie miejsce, w którym będzie mógł zrobić coś więcej niż kazać jej dociskać coraz bardziej przesiąknięty krwią materiał.
A jednak miano najgorszej rzeczy, jaka wydarzyła się w jej życiu, skutecznie rozlało się po jego umyśle, zajmując znaczną jego większość.
W tym momencie były wyjątkowo niesprawiedliwe i niesamowicie denerwował go fakt, że w ogóle tak to odebrał.
Ale fakty były, jakie były – przez ostatnią godzinę uratował jej skórę, w r ó c i ł po nią, chociaż mógł z o s t a w i ć. A kiedy przekazała mu klucz do policyjnej obroży, co było równoznaczne z wolnością nie zostawił jej, pomimo że była dla niego balastem. I kimś, wobec kogo nie miał żadnego długu. Navarro mimo wszystko zdołała poukładać wszystkie katastrofy ostatniej nocy w taki sposób, żeby ich wspólnym mianownikiem ponownie został on, Robin Visser.
Widocznie nawet na granicy utraty przytomności pozostawała konsekwentna.
— Entonces has tenido una vida muy fácil — odpowiedział bez współczucia, nie przenosząc na nią spojrzenia.
Reflektory samochodu wyłaniały z ciemności kolejne fragmenty asfaltu. Ustawił ogrzewanie na najwyższą temperaturę, przez co przednia szyba niemal natychmiast zaczęła pokrywać się wilgocią. Była przemoczona, a mokre, przylegajace do niej ubranie kradło jej ciepło, które było jej potrzebne
Co kilkanaście sekund spoglądał kontrolnie w jej stronę. Nie interesowało go, czy patrzyła na niego ani czy nadal zamierzała obarczać go odpowiedzialnością za to pasmo swoich życiowych niepowodzeń. Za każdym razem, kiedy miał wrażenie, że odpływała, wypowiadał jej nazwisko ostro, niemal agresywnie, chcąc wywołać intensywniejszą reakcję w jej organizmie niż tylko słuchanie. Strach, irytację – cokolwiek silniejszego, co sprawiałoby, że jej serce przypominałoby sobie, że dalej należy pracować.
Pozwalał jej przy tym nienawidzić go do woli. Wymagała to bowiem od niej energii i zaangażowania, więc jednocześnie nie pozwalało tak po prostu odpłynąć.
Zjechał z drogi krajowej po kilkunastu minutach, gdy wybrał węższą drogę prowadzącą pomiędzy drzewami i kierował się coraz głębiej w stronę lasu, chcąc oddalić się od oficjalnych dróg.
Dach niewielkiego domku dostrzegł absolutnym przypadkiem. Odbił w wąski, częściowo zarośnięty zjazd i zgasił światła jeszcze zanim koła starego dodge’a opuściły częściej uczęszczaną drogę. Dalej prowadziła ich wyłącznie nierówna, szutrowa droga.
Chatka, rodem z horroru, stała kilkadziesiąt metrów w głębi lasu. Jej okiennice pozostawały zamknięte, a przed niewielkim gankiem nie było żadnego samochodu ani niczego, co wskazywałoby na obecność kogokolwiek. Wyglądało na coś, co być może kiedyś, lata temu, było domkiem letniskowym. Dzisiaj niekoniecznie cieszącym się zainteresowaniem na Airbnb.
Zatrzymał samochód za chatką i wyłączył silnik. Przez kilka sekund siedział nieruchomo, wsłuchując się w ciszę przerywaną wyłącznie szumem drzew oraz słabym oddechem Navarro. W żadnym z okien nie zapaliło się światło, a to potwierdzało tylko przypuszczenia, że obiekt jest pusty.
Bez większego problemu wyważył stare drzwi i dopiero wtedy wrócił po Biancę. Po otwarciu drzwi pasażera wsunął jedno ramię pod jej kolana, drugie pod plecy i podniósł ją z siedzenia, by wnieść do środka
Wnętrze pachniało kurzem, wilgotnym drewnem i prawdopodobnie grzybem. Odnalazł włącznik i sam się zaskoczył, kiedy po jego przełączeniu smutna, samotna żarówka przy suficie rozbłysnęła słabym światłem.
Jednym ruchem przedramienia zrzucił ze stołu klejącą się ceratęi, a potem ułożył Navarro na zdrowym boku. Sięgnął do jej szyi. Wciąż był puls, choć wyczuwalnie słaby – przynajmniej tyle, żeby miał poczucie, że nie targał jej do tej pory na darmo.
Przeszukał szafki i szuflady kuchenne, w poszukiwaniu czegoś przydatnego. Apteczkę znalazł dopiero w łazience. W środku pozostało kilka opatrunków, bandaż, środek odkażający i tabletki przeciwbólowe – choć już dawno po terminie. Zabrał wszystko, po czym wrócił do głównego pomieszczenia i otworzył ostatnią z szafek stojących przy drzwiach. Pomiędzy pudełkami z haczykami, spławikami i przynętami znalazł szpulę cienkiej żyłki oraz metalowe etui zawierające igłę do naprawiania sieci. Nie były to narzędzia, których jakikolwiek lekarz użyłby na człowieku, ale nie był głupi i mógł się domyślać, że dostępni, oficjalni lekarze i szpitale byli bardzo lojalni wobec służb.
Musiał więc improwizować.
Napełnił niewielki garnek wodą i postawił go na kuchence. Gaz zaskoczył, w tym również zaskoczył Vissera też – nie spodziewał się, że zadziała. Odciął fragment żyłki, wrzucił ją razem z igłą do wody, po czym położył obok bandaże, nożyczki oraz butelkę whisky.
Kiedy wszystko było gotowe, wrócił do Navarro i bez pytania przeciął mokry materiał wokół rany. Gdy poczuł, że tkanina przykleiła się do jej skóry, odsunął ją ostrożniej, próbując ocenić miejsce, z którego wciąż sączyła się krew.
Był chujem a nie chirurgiem.
Choć całkiem dobrze szło mu udawanie, że ma pewność w tym co robi.
Sięgnął po przygotowaną igłę i przewlókł przez nią przezroczystą żyłkę.
— Możesz wrócić do obrażania mnie, Navarro — powiedział, przenosząc wzrok na jej twarz. — Za chwilę b a r d z o ci się to przyda.

Puedes odiarme ahora gatita

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 03, 2026 12:55 am
autor: Bianca Navarro
Mogłaby się z nim zgodzić.
Kiedyś miała łatwe życie. Miała ogromną rodzinę, która kochała ją na swój własny, pokręcony sposób. Wsparcie gdy obrała dla siebie ścieżkę kariery. Braci, którzy poza dokuczaniem, zawsze potrafili się również za nią wstawić.
W akademii nic nie odwracało jej uwagi. Była wzorową agentką, która zawsze oddawała swojej karierze o jeden procent więcej własnego życia niż inni - miała na potwierdzenie tego wszystkie, pieprzone dyplomy i odznaczenia, które trzy i pół roku temu porzuciła w swoim mieszkaniu w Nowym Jorku.
Odznaczenia, które dużo wcześniej schowała do którejś szuflady, we wściekłości i rozgoryczeniu zrzucone wraz ze swoimi ozdobnymi ramkami i pochowane w głębi nieużywanej przez nią komody.
Jej życie dzieliło się na przed i po tego, co wydarzyło się pięć lat temu w Stanach. Przed mogłoby zgodzić się z pogardliwymi słowami Vissera, po miałoby z tym trudność.
Żadna z tych wersji jednak nie miała pełnego przekonania do słów, którymi sama go obdarzyła. Ostatecznie, jakąś cząstką świadomości pojmowała, że w tę sytuację wpakowała się bez niczyjej pomocy, szukając dla swojego umysłu ukojenia w zupełnie innym życiu i skupieniu na kimś innym niż ona sama.
Poniekąd właśnie to znalazła.
Czuła jego obecność, nawet bez jej nazwiska, wypowiadanego z wściekłością porównywalną do wyrzucanego z gardła przekleństwa. Wyczuwała wzrok skręcający w jej stronę, dłonie sięgające do konsoli celem wtłoczenia zakurzonego, gorącego powietrza do wnętrza samochodu. Zawsze była go boleśnie świadoma - jedynej osoby, której akta potrafiła wyrecytować w pamięci, które nosiły na sobie ślady po kawach i śniadaniach jak niejedna książka, nad którą normalna osoba pochylałaby się w ciągu swojego dnia.
Spędziła trzy i pół roku zawsze wiedząc, w którym rogu pomieszczenia tkwił, zawsze dociekając jakie będą jego następne ruchy. Najwyraźniej odzyskanie przez nią odznaki niczego nie zmieniło.
Jedynie otumanienie, które wreszcie zabierało jej ciało i umysł w ponury taniec, odebrało jej zdolność przejmowania się tym, co planował. Nie miała pojęcia, gdzie jechał i po co wywoził ją za same miasto - jeszcze przed chwilą potrafiła przywołać stojącą za tym logikę, błękitne światła i panującą obławę.
Teraz zastąpił ją mrok.
Mrok świata po drugiej stronie szyby, w którą tkwiła wtulona, mrok schowany pod jej przymykającymi się powiekami. I gdzieś pośród niego o n, ze swoimi pełnymi frustracji westchnieniami, ostrym zmienianiem biegów i pełnymi złości próbami przywrócenia jej do porządku.
Wygaszenie silnika samochodu nadeszło pięć, piętnaście, a może pięćdziesiąt minut później. Drgnęła, wpatrując się w ciemną fasadę małego budynku, przy którym stanęli. Nie wiedziała, czy to cisza wybudziła ją z transu, czy huk zamykanych przez niego drzwi.
Wiedziała jedynie, że chwilę później znów poczuła ciepło jego ciała przy własnym, w kontraście z chłodnym, wieczornym powietrzem chwytającym się każdego skrawka wilgoci schowanego w materiale jej ubrań.
Przez myśl przeszło jej by zapytać, gdzie w ogóle byli, ale czy miało to w tej chwili jakiekolwiek znaczenie?
Stół, na którym nagle wylądowała był twardy, niewygodny. Mruknęła, w sposób, w który śpiący wyrażali swoje półświadome niezadowolenie. Jej powieki jednak zamknęły się i otworzyły, zmuszając wzrok do skupienia wzroku nad krzątającym się mężczyzną. Nie miała pojęcia czego tak uporczywie szukał w tej dziurze. Pod wieloma względami wydawała dużo gorsza niż mieszkanie, które ona załatwiła.
Tkwiąc w tym dziwnym porównaniu, leniwie przesunęła spojrzeniem po czerwonym śladzie jej nadgarstku gdy błysk nieopodal przykuł jej uwagę.
Błysk igły, zawleczonej w coś, co wcale nie przypominało chirurgicznej nici.
Ostatnie, posiadane przez nią pokłady paniki przemknęły przez jej ciało dreszczem. Nie były wystarczające by zmusić ją do podniesienia się, jedynie na tyle, by w jej żyły znów wstąpił lód, wzrok stał się przytomniejszy.
- Usted no es médico - zauważyła, w ten powolny sposób próbując zorientować się, czy jego zdobycz w ogóle jej dotyczyła. Może postanowił, że urządzi sobie, kurwa, wędkarski wieczór? Uniosła dłoń w wyrazie zaprzeczenia. Tej jednej rzeczy nie musiał dla niej robić. - No, gracias.
Uprzejma odmowa wydawała się absurdalna w tym miejscu, wypowiedziana jakimś odruchem, wpojonym jej w dzieciństwie razem z którymś z dziesięciu przykazań. Szybko jednak się ulotniła gdy jego dłonie dotarły do krawędzi materiału jej koszulki, odsłaniając schowaną pod spodem ranę.
- No sabes cómo arreglar a la gente - warknęła, przesuwając się na blacie, jak najdalej od jego igły, igły, którą mógł w jej oczach wyrządzić wyłącznie krzywdę. - Solo eres capaz de destruirlos.

het beest