Strona 5 z 6

one weekend. no disasters. hopefully.

: wt sie 18, 2026 10:53 am
autor: Dante Levasseur
Nie spodziewał się, że po jego pytaniu miałaby się speszyć i zarumienić – doskonale wiedział przecież, że mógł przygotować się na całkiem adekwatną odpowiedź w jej wykonaniu i… zdecydowanie się nie zawiódł. Choć przecież wciąż jeszcze miał gdzieś w odmętach pamięci zapisane to dość odległe wspomnienie, kiedy to Elsa postanowiła po raz pierwszy zaprosić go do siebie na noc, dając mu przy okazji dość jasną sugestię, że byliby wtedy zupełnie sami. I oczywiście, że widząc wtedy te jej zaróżowione policzki i to, w jaki sposób starała się dobierać słowa… po prostu nie mógł powstrzymać się, żeby nie przeciągnąć nieco tego jej zakłopotania, udając, że absolutnie nie miał pojęcia, co mogłaby mu tym zaproszeniem sugerować… I nawet jeśli ostatecznie musiała wtedy stracić cierpliwość i zdzielić go w łeb, chyba nawet po czasie musiałby przyznać, że mimo wszystko było warto. Choćby dla widoku rumieńców na jej twarzy.
Jak powiesz mu to z tym uśmiechem, to powinien zrozumieć wszystko jak należy… – może i sama uważała ten swój uśmiech za kompletnie niewinny, istniała też szansa, że mógłby się na niego nabrać ktoś, kto absolutnie jej nie znał. Trudno jednak byłoby nie zorientować się, że raczej brakowało w nim rozczarowania faktem, że jej chłopak zamiast zająć się tym, czym – kim – powinien, wolałby skupić się na sobie…
Niespecjalnie za to przejął się puszkami, które potoczyły się pod łóżko. Chociaż rzeczywiście chyba jednak wolałby spisać je na straty niż ryzykować zaglądanie tam, żeby je wydobyć… Bo może i wcześniejsze uwagi dotyczące łóżka były z jego strony zwykłym żartem, to jednak nie można było chyba zapominać o tej najważniejszej zasadzie nocowania w podobnych miejscach – pod żadnym pozorem nie należało zaglądać w pewne miejsca. A przestrzeń pod łóżkiem zdecydowanie była takim właśnie miejscem. Podobnie jak szczelina pomiędzy szafą i ścianą, czy górna krawędź kuchennych szafek…
Coś wymyślę – stwierdził z rozbawieniem, w odpowiedzi na jej słowach o betonowych bucikach. Jednocześnie na nowo sięgając ręką do jej włosów, które najwyraźniej same w jakiś sposób przyciągały jego palce. A skoro to nie zmieniło się ani z biegiem czasu, który upłynął od momentu, kiedy po raz pierwszy miał okazję nawinąć sobie ten kolorowy kosmyk na palec, ani też podczas tych kilku lat rozłąki… Chyba nie było co oczekiwać, że miałoby się zmienić kiedykolwiek. – I nie mówiłem nic o późniejszym ratowaniu cię…
Choć najwyraźniej nie miał też nic przeciwko temu, by na wszelki wypadek przećwiczyć wspomniane przez nią usta-usta, skoro ledwie chwilę później uniósł się lekko, by sięgnąć do jej warg swoimi i na dłuższą chwilę złączyć je w pocałunku. Może i z jakąkolwiek formą resuscytacji niewiele miało to wspólnego, ale… w bajkach działało przecież równie dobrze.
Słysząc jej kolejne słowa, na moment zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie tę konkretną sytuację, o której mogła wspominać. I kiedy już miał zauważyć, że podczas ich początkowych spotkań dość regularnie się na niego wydzierała, ona postanowiła kontynuować tę swoją wypowiedź. Przy okazji zmuszając go do spojrzenia na nią z uśmiechem, który… chyba dość jasno mógł sugerować, że w zasadzie całkiem podobał mu się opisany przez nią sen. Nie miał też większych wątpliwości, że musiałby spodobać się także jego nastoletniej wersji jego, która w tamtym czasie może i nie zakładała nawet, że kiedykolwiek wyląduje z Elsą w jednym łóżku, spędzając z nią leniwy weekend nad jeziorem, ale…
Miałaś o mnie sny erotyczne jeszcze zanim w ogóle się pocałowaliśmy i mówisz mi o tym dopiero teraz…? – uśmiechnął się, dość dokładnie mogąc zwizualizować sobie opisaną przez nią scenę. Może nawet zbyt dokładnie, zwłaszcza jak na coś, co ostatecznie nigdy nie miało miejsca – przynajmniej nie między bibliotecznymi regałami. – Jakbyś powiedziała mi wtedy, to pewnie dużo wcześniej doszedłbym do wniosku, że w sumie wcale mi te korepetycje aż tak bardzo nie przeszkadzają…
Przesunął jedną rękę w dół, sięgając nią pod materiał już-nie-swojej koszulki, by opuszkami palców móc pogładzić skórę na jej plecach. Powrót myślami do czasów, kiedy żadne z nich nawet nie podejrzewało, że kiedykolwiek ich relacja mogłaby przerodzić się w coś więcej niż tylko wzajemne granie sobie na nerwach w szkolnej bibliotece… chyba rzeczywiście był dość abstrakcyjny. Zwłaszcza teraz, kiedy takie drobne gesty jak jego dłoń sunąca po jej skórze, czy jej usta na jego ciele były czymś zupełnie naturalnym. A przy okazji wciąż czymś, co tym skuteczniej potrafiło zatrzymać ich na dłużej w łóżku. I to niezależnie od tego, jakie mogliby mieć wcześniej zdanie na temat tego konkretnego mebla…
Zwłaszcza, że nawet brzmi to jak coś, co faktycznie mógłbym mieć ochotę zrobić. Chociaż częściej myślałem chyba jednak o tym, żeby po prostu posadzić cię na tym stoliku zamiast bawić się w jakieś chowanie między regałami… – i chociaż mogło to zabrzmieć jak nieco zaczepny żart – zwłaszcza w połączeniu z tym dość wymownym uśmiechem – to jednak wcale aż tak bardzo nie mijał się z prawdą. Przecież przynajmniej raz lub dwa – zdecydowanie więcej… – podczas tych ich spotkań musiała mu przyjść na myśl scena, w której Elsa siedziałaby na stoliku, a on mógłby zająć się czymś znacznie ciekawszym i przyjemniejszym niż wysłuchiwanie o jakichś energiach potencjalnych, kinetycznych, czy czymkolwiek innym. Bo nawet jeśli wtedy mógłby to dość prosto wytłumaczyć zwykłą nudą oraz chęcią zamknięcia jej ust w jakikolwiek sposób, to… wciąż musiałby skłamać, gdyby chciał upierać się przy tym, że absolutnie nigdy nic podobnego nie chodziło mu po głowie. Jeszcze zanim w ogóle pomyślał o tym, żeby zabrać ją ze sobą na imprezę do Chrisa. A tym bardziej zanim miałby wreszcie przyznać przed sobą, czemu tak bardzo mu zależało, żeby z nim poszła.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: wt sie 18, 2026 7:56 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie spierała się z nim. Akurat kto jak kto, ale on doskonale wiedział, co oznaczał każdy jej uśmiech, każde zmarszczenie nosa czy czoła. Nie musiała mówić, że się martwiła, bała czy stresowała, bo czytał z niej jak z książki — nawet jeśli czasem wątpiła w jego umiejętność czytania, głównie ze zrozumieniem. Ale czy w takim razie ten niewinny uśmieszek, który rysował się na jej twarzy był aż tak prosty do rozczytania? Czy tak jasno oznaczał, że była odpowiednio zaopiekowana przez swojego faceta? W sumie, gdyby się dowiedziała, że ten wolał zadowolić się swoją ręką to pewnie w ogóle nie byłoby jej do śmiechu, więc może coś w tym było…
Chociaż kiedy w liceum dosyć wyraźnie go poinformowała, że rodziców i Larsa nie było w domu i zapytała czy nie chciałby u niej nocować… była pewna, że od razu zrozumie aluzję i nie będzie musiała mu tego rozkładać na czynniki pierwsze! Zwłaszcza, że stali niedaleko grupki jego kumpli, którzy nawet nie kryli się z tym, że podsłuchiwali. Dlatego każde jego pytanie pomocnicze, które siłą rzeczy zmuszało ją do tego, aby konkretnie wyjaśniła mu, co mieli robić w nocy, wywoływało u niej kolejne fale gorąca i wykwit coraz intensywniejszych rumieńców na policzkach. I już naprawdę była gotowa porzucić swój plan w diabły, wykrzykując mu, że jakoś za zaproszenie na imprezę do kumpla wystarczą mu znaki dymne z fajki, więc jeśli jej nie rozumie to może zapomnieć, że w ogóle cokolwiek proponowała, oczywiście, trzepiąc go na odchodne w ten pokręcony łeb, ale wreszcie powiedział, że przyjdzie. Tak po prostu. Nagle do niego dotarło. Albo wiedział od początku tylko nabijał się z biednej dziewczyny, którą naprawdę wiele kosztowało samo zaproszenie go do swojego pustego domu.
Menda.
— Uratowałbyś mnie… stęskniłbyś się za moim głosem . I to do tego stopnia, że puszczałbyś w zapętleniu jakieś filmiki, na których tylko gadam i gadam, i gadam… — Pewnie dalej by dziamoliła, gdyby dziwnym zbiegiem okoliczności Dante nie zamknął jej ust pocałunkiem. I jedynym dźwiękiem jaki z siebie po tym wydała było słodkie jęknięcie. Zdecydowanie nie miałaby nic przeciwko podobnej resuscytacji, nawet jeśli prędzej doprowadziłoby ją do utraty oddechu niż jego przywrócenia. Co swoją drogą tylko potwierdzało jej wcześniejszą teorie! Dante na bank by się stęsknił za jej słowotokiem, bo kogo innego mógłby w tak przyjemny sposób zmuszać do zamknięcia jadaczki? Ano właśnie.
Co do snów, które miewała w liceum i to jeszcze przed tamtą pamiętną imprezą u Chrisa, sama nie była pewna dlaczego wcześniej mu o nich nie opowiedziała. Oczywiście, nie było nawet opcji, żeby to zrobiła następnego dnia. Bo jakby to wyglądało? W ostrosłupie, jak poprowadzisz sobie pomocniczą wysokość tutaj to z Pitagorasa będziesz mógł obliczyć długość podstawy i tak w sumie to śniło mi się, że się kochaliśmy za tamtym regałem"? Cóż, dosyć regularnie wplątywała głupie teksty podczas tłumaczenia mu zadań, żeby sprawdzić czy nadal ją słuchał. I… pewnie nie byłby to taki głupi pomysł. Gdyby zaskoczył mogłaby powiedzieć, że tylko go testowała i cieszy się, że utrzymuje koncentrację. A jakby się okazało, że jak zwykle błądził myślami wszędzie tylko nie nad matmą to przynajmniej ona czułaby swego rodzaju ulgę, że zrzuciła z siebie ciężar tego absurdalnego snu. Bo przecież wtedy była święcie przekonana, że oni nie mogliby być razem. Choćby niewiadomo jak był przystojny i jak bardzo potrafił ją rozbawić… to nie mogłoby się udać.
Mhm…
— Jakbym ci powiedziała od razu to chyba bym nie miała życia w szkole. No wiesz, i tak wszyscy gadali, że to mój ojciec namówił twojego ojczyma na te korki, żebym mogła spędzić z tobą trochę czasu, bo się potajemnie w tobie podkochiwałam. I gdyby ktoś się dowiedział, że jeszcze miałam takie sny… i to jeszcze jako ta "ostatnia dziewica"… wiesz co by to było? — I był to całkiem racjonalny powód, aby zatrzymać wszystkie swoje sny dla siebie. Nawet jeśli miało to oznaczać, że każdy przypadkowy dotyk Dantego miał wywoływać u niej dreszcze i napad krzyku, że pod żadnym pozorem ma więcej tego nie robić. Nieważne jak bardzo miał jej się podobać ten gest i jak bardzo próbowała odsunąć od siebie tę myśl.
Kiedy jednak tak nagle wspomniał, że on z kolei myślał o tym, żeby posadzić ją na stole — pewnie przy okazji zrzucając z niego te biedne, kolorowe notatki, które przygotowywała dla niego pół nocy — spojrzała na niego zdezorientowana tak jakby właśnie się przesłyszała. Bo się przesłyszała. Prawda? Przecież nawet po ich pierwszym pocałunku nie mogła spać pół nocy, bo była przekonana, że może zrobił to w ramach innego zakładu, o którym nie miała pojęcia. A teraz mówił jej, że i on miewał podobne do jej snów myśli.
— Co? Przecież… emmm… to nie ja byłam tym ludzikiem, którego wieszałeś na kresce ułamkowej? — wydusiła w końcu z siebie, nie wiedząc tak naprawdę jakie pytanie powinna zadać. I w sumie, świadomość, że już wcześniej mógł ją postrzegać w takich kategoriach wywołała u niej dziwne zawstydzenie. Bo może nie uważała się za licealną brzydulę, a wręcz przeciwnie, to jednak z ich dwójki to on miał większe powodzenie zarówno u chłopaków jak i dziewcząt. Dlatego zaraz opuściła głowę i już miała kłaść czoło na jego klatce piersiowej, kiedy to jej uwagę przykuł konkretny malunek na skórze chłopaka.
— A ten tatuaż to… kto to? — zapytała, spoglądając na niego z uniesioną prawą brwią i stukając palcem w wytatuowane lustro, w odbiciu którego można było dostrzec nagą kobietę odwróconą plecami. I jak inne damskie twory mógł nazwać podobiznami swojej matki bądź kuzynki tak to… to byłoby dziwne.

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: wt sie 18, 2026 9:23 pm
autor: Dante Levasseur
Oczywiście, że od samego początku doskonale rozumiał, co chciała mu przekazać tą złożoną w liceum propozycją. Jasne, na wstępie mógł mieć jeszcze wątpliwości co do tego, czy aby na pewno dobrze interpretował jej zaproszenie, czy może jednak do głosu dochodziło bardziej to, czego mógłby sobie w związku z nim życzyć, ale… umówmy się, na interpretację nie było tam mimo wszystko zbyt wiele miejsca. Wciąż jednak nie byłby sobą, gdyby tak zupełnie odpuścił sobie tę możliwość podroczenia się z nią – przynajmniej do momentu, kiedy już musiał zdać sobie sprawę, że ewidentnie zaczynał za bardzo testować jej cierpliwość i że być może jedno słowo dzieliło go od tego, żeby Elsa całe to zaproszenie po prostu odwołała. A chociaż umiejętność gryzienia się w język zdecydowanie nie była jego mocną stroną – zwłaszcza w tych licealnych latach, choć może… niewiele w zasadzie zmieniło się od tego czasu – to czasami udawało mu się wyczuć ten właściwy moment.
A czy rzeczywiście tęskniłby za nią, gdyby zgodnie z tą wypowiedzianą parę chwil temu groźbą miało mu się udać utopić ją w jeziorze…? Na pewno. Choć może wymruczane prosto w jej usta mhm niekoniecznie było tym najbardziej przekonującym potwierdzeniem jej teorii…
I chociaż przedstawione przez nią wyjaśnienie tego, dlaczego o tych jej całkiem interesujących snach dowiadywał się dopiero teraz, mogło być rzeczywiście dość racjonalne… chyba jednak nie zamierzał do niego podchodzić na poważnie. Zwłaszcza, że już samo założenia, że to jej ojciec miałby wyprosić u Douga korepetycje jako pretekst do ich spotkań… to zdecydowanie brzmiało zbyt absurdalnie i abstrakcyjnie, żeby uwierzyć w ogóle, że ktokolwiek z ich szkolnych znajomych mógł wpaść na coś podobnego. Zwłaszcza jeśli było się już bogatszym o wiedzę z tych kolejnych kilku lat i w związku z tym wiedziało się, jakie nastawienie miał Casper do chłopaka swojej córki…
Czekaj… czyli myślisz, że jakbyś mi powiedziała, to od razu rozpowiedziałbym to wszystkim innym? – nawet jeśli starał się, żeby w jego wypowiedzi wybrzmiało jakieś mniej lub bardziej przekonujące oburzenie, śmiało można było spisać te starania na straty. – Przecież to chyba jasne, że po prostu zapytałbym cię, czy masz upatrzony jakiś konkretny regał, czy wszystko ci jedno za który pójdziemy…
Nie mówił poważnie, co do tego nie można było mieć żadnych wątpliwości. Ale… chyba trzeba byłoby przyznać, że podobne pytanie faktycznie mogłoby paść w tamtym czasie z jego ust. Do niej natomiast należałoby domyślenie się, czy zwyczajnie sobie z niej żartował, czy jednak pytałby całkowicie na serio. Choć chyba dość łatwo można byłoby się domyślić, na którą wersję musiałaby się ostatecznie zdecydować. A także – którą to on miałby uważać za tę oficjalną i zgodną z rzeczywistością.
Zaśmiał się, szczerze rozbawiony tym malującym się na jej twarzy zdezorientowaniem. Zwłaszcza, że naprawdę nie sądził, żeby poinformowanie jej o czymś tak oczywistym miało być dla niej jakimś większym zaskoczeniem. Bo w końcu… naprawdę nigdy, jeszcze przed tą imprezą u Chrisa, nie zorientowała się, że w którymś momencie faktycznie musiał przestać postrzegać ją po prostu jako tę irytującą dziewczynę, która regularnie usiłowała zanudzić go na śmierć w bibliotece…? Najwyraźniej z wypieraniem tego, że mógłby polubić ją odrobinę za bardzo, musiał radzić sobie lepiej niż mógłby podejrzewać…
A czemu to miałoby się jakoś wykluczać…? – pytaniem odpowiedział na jej pytanie, dorzucając do tego szeroki uśmiech. I oczywiście nie zamierzając jej jednoznacznie wyjaśniać, czy to faktycznie ona miała okazję swego czasu zawisnąć na kresce ułamkowej… – Ty regularnie mi groziłaś, a jakoś nie przeszkadzało ci to w fantazjowaniu o tym, żeby zabrać cię pomiędzy regały…
Możliwe, że ten zaczepny uśmiech powinien zniknąć z jego twarzy w momencie, kiedy dość niespodziewanie zapytała o ten konkretny tatuaż. A jednak… nic podobnego. W zasadzie chyba nawet można byłoby pokusić się o stwierdzenie, że ten nawet poszerzył się nieco, kiedy Dante nieznacznie uniósł głowę, żeby zerknąć w kierunku wskazanego przez nią malunku. Jakby faktycznie musiał się upewniać, co dokładnie mogłoby się tam znajdować i co mogłoby zwrócić jej uwagę…
Pewnie i tak nie znasz – stwierdził, pokusiwszy się nawet o dość obojętny ton i przynajmniej przez chwilę będąc w stanie powstrzymać się od kolejnego rozbawionego parsknięcia. Choć to zdecydowanie nie była zbyt długa chwila… – Ja zresztą też nie. Możesz to uznać za przegrany zakład. Albo artystyczną wizję znajomego, który nabierał wprawy z maszynką…
Właściwie obie te wersje można było uznać za tak samo zgodne z prawdą. Bo przecież rzeczywiście pod igłę wspomnianego znajomego trafił w wyniku przegranego zakładu. A o planowanym wzorze nie miał najmniejszego pojęcia, póki nie zobaczył gotowego dzieła na swojej skórze. Chociaż najwyraźniej nie przeszkadzało mu ono aż tak bardzo, by miał zamiar jakkolwiek je zakrywać. Co w zasadzie nie powinno nawet zbytnio dziwić – zwłaszcza, że sama Elsa powinna doskonale zdawać sobie sprawę, że zdarzały mu się już znacznie mniej udane tatuaże. Których, tak swoją drogą, także nie zamierzał zakrywać – przynajmniej póki wciąż jeszcze miał miejsce na nowe – i których w dodatku z mniejszym lub większym przekonaniem mógł nawet bronić przed ewentualną krytyką.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: wt sie 18, 2026 11:34 pm
autor: Elsa Eriksen
Chodzili do liceum i to niekoniecznie takiego, w którym wszyscy uczniowie święcili inteligencją czy to życiową, czy tą z książek. Raczej nastolatkowie prezentowali szeroki wachlarz osobowości, chociaż w mniemaniu Elsy większość była skończonymi debilami z przećpanymi mózgami, ewentualnie z wypalonymi w nim dziurami po fajkach i skrętach. A zanim dochodziła do podobnych wniosków to naprawdę dawała ludziom szansę. Słuchała sposobu ich wysławiania się, obserwowała jak się poruszali, jak się zachowywali przy innych uczniach, a jak przy nauczycielach… dopiero po takiej ocenie pozwalała sobie odpowiednio skategoryzować ludzi, co może nie było najmilsze z jej strony i pewnie powinna za to spłonąć w piekle, ale w większości przypadków się nie myliła. Dlatego w ogóle nie dziwiło ją to, że pojawiały się najróżniejsze i najdziwniejsze plotki. Ale przecież Ashley i jej ekipa robiły wszystko, aby Dante w całej historii z tymi nieszczęsnymi korkami wychodził na ofiarę, a Elsa na niewyżytą dziewicę, która chciała zatopić kły, pazury i inne takie w ich ukochanym crushu. Stąd też wmieszanie w całą tą fabułę Caspera jako ojca, który wykorzystywał swoje znajomości, aby jego — jak niektórzy twierdzili — aspołeczna córeczka mogła wreszcie spędzić trochę czasu z kimś, w kim się zadurzyła już od pierwszego wejrzenia. Szkoda tylko, że to pierwsze wejrzenie miało miejsce podczas ich pierwszym korepetycji, bo wcześniej nie miała tej wówczas rzekomej przyjemności oglądania mordki Dantego.
Ale z nim miała problem. Bo jak początkowo był dla niej typowym błaznem, który działał jej na nerwach, testował cierpliwość i to nie tylko wtedy, gdy kazał jej czekać na siebie kilkadziesiąt minut finalnie i tak nie przychodząc na umówione zajęcia, tak było w nim jednak coś innego. Potrafił się wysłowić, nie używając bluzgów jako przecinków czy niepotrzebnych ozdobników. Żartował, używając często gry słów, której typowy szkolny idiota by nie zrozumiał nawet po rozrysowaniu całego schematu. I naprawdę potrafił ją rozbawić i… rozbroić tym swoim uśmiechem. Jednak chyba zaczęła widzieć w nim coś więcej niż tego głupiego komika, podczas tych pamiętnych zajęć, kiedy to umierała od bólu menstruacyjnego. Choć sam chciał skończyć szybciej korki, upierając się, że to po to, aby mogła położyć się i odpocząć w domu — jego wolne byłoby przecież tylko miłym dodatkiem — ona zamierzała doprowadzić zajęcia do końca, bo następnego dnia czekał go sprawdzian z matmy. W którymś momencie zniknął z biblioteki i wrócił po kilku minutach z batonem w ręce. Tak jakby naprawdę słuchał jak mówiła, że ukochane brownie z malinami z pobliskiej cukierni mogło ją uratować. I choć w szkolnym automacie nie serwowali takich rarytasów to jednak przyniósł jej coś innego, ale nadal słodkiego. No i jak się miało okazać po kilku miesiącach — naprawdę ją wtedy słuchał. Chyba jako jedyny niespokrewniony z nią chłopak na całym świecie wyłapał te totalnie nieistotną informację. I wkrótce po tym zaczęła się ta fala snów z jego udziałem.
— Jasne, że nie. Ale myślisz, że nikt by nas nie podsłuchiwał? Ja wiem, że byłeś święcie przekonany, że w bibliotece można było spotkać tylko mnie… ale nie. — Westchnęła cicho. — Wiesz, że wtedy uznałabym, że po prostu się ze mnie nabijasz i dostałbyś karne zadanie domowe? — Bo przecież nigdy by nie uwierzyła, że tak po prostu chciałby ją wziąć w tej szkolnej bibliotece. W końcu wystarczyłaby jego dłoń na jej udzie, a już zaczęłaby snuć domysły, że to musiałby być jakiś głupi żart albo właśnie zakład.
A ją te sny po prostu żenowały. Owszem, Dante jej się podobał z wyglądu, no bo chyba tylko ślepy by uznał, że ta buźka nie była przystojna, ale… fakt, że nie miała żadnego doświadczenia w całowaniu, nie wspominając już nawet o samym akcie, sprawiał, że czuła się jak skończona idiotka. Dziewica fantazjująca o seksie w bibliotece z Levasseurem? Przecież to musiał być jakiś żart.
— No i po co ja ci o tym mówiłam… — Wywróciła oczami, sięgając zaraz po poduszkę, którą zdzieliła go w łeb. Tak dla zasady. Oczywiście, śmiejąc się przy tym odpowiednio głośno. Rumieńce też zdawały się powoli blaknąć, gdy chłopak opowiedział jej te fascynującą genezę tatuażu kobiety z lustra. Mogła się tak naprawdę tego spodziewać. Bo już w liceum potrafił pojawić się z nową dziarą, którą zrobił mu kolega po pijaku — i nie warto było dopytywać, kto był pijany, ten co tatuował czy sam tatuowany — albo ten słynny tatuaż, który babrał się chyba tygodniami, ale Dante i tak uważał, że był najlepszy na świecie, a przynajmniej tak próbował jej to przedstawić.
— Pokolorowałabym jej włosy… myślisz, że lepiej by wyglądały różowe czy fioletowe? A może niebieskie? — zapytała z szerokim uśmiechem i znów nachyliła się nad jego klatką, tym razem całując oba węże. Trzeci pocałunek zaś podarowała samemu ich właścicielowi, prosto w usta. Oczywiście żartowała z tym kolorowaniem. Nie zamierzała być aż tak terytorialna. Pewnie w oczach niektórych osób już i tak musiała wychodzić na psychiczną zazdrośnicę, która to ściskała jego ramię mocniej, gdy tylko jakaś dziewczyna zawiesiła na nim swoje spojrzenie. Wystarczyło tylko, że raz na jakiś czas narysowała mu śnieżenie na ramieniu,- szyję ozdobiła sinymi malinkami.
— To… nasze piwo zostało pojmane przez jakieś robactwo pod łóżkiem… — Az zadrżała i podskoczyła, przypominając sobie na czym leżeli i co robili kilka chwil temu na tym meblu. — To może prysznic? I potem wyciągniemy sobie coś nowego z lodówki, zjemy jakieś paluszki… i będzie można iść na rowery wodne.

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 19, 2026 7:22 pm
autor: Dante Levasseur
Może i nie zdążył się osłonić przed tym niespodziewanym – i oczywiście całkowicie nieuzasadnionym – atakiem z użyciem poduszki, jednak nie wyglądało raczej na to, by ten miał mu jakkolwiek zaszkodzić. Na pewno nie na tyle, by nie zareagował na niego śmiechem. A także – tak przy okazji – złapaniem tej nieszczęsnej poduszki, by w kolejnej chwili odrzucić ją na bok. Co może i było posunięciem dość ryzykownym, jednak ta na szczęście wciąż pozostała przynajmniej na łóżku, nie dołączając do tych spisanych na straty puszek z piwem.
Jak to po co? Żebym mógł ci to teraz odpowiednio często wypominać – oznajmił z uśmiechem, nie musząc chyba wspominać na głos o tym, że całe to wypominanie najpewniej miało mieć miejsce zazwyczaj w tych najmniej odpowiednich momentach. Bo na to, że ostatecznie miałby o wspomnianych przez nią snach tak po prostu zapomnieć, raczej nie miała co liczyć. Może i notorycznie zapominał – albo całkiem przekonująco udawał, że zapominał – o sprawach znacznie bardziej istotnych, jednak… prawie nigdy o tych, o których rzeczywiście niekiedy przydałoby się, żeby jednak nie pamiętał. Nawiązywanie od czasu do czasu – zupełnie mimochodem – o pewnym znalezisku w jej szafce nocnej, chyba mogłoby być tego doskonałym przykładem… A teraz do tego nawracającego tematu mógł przynajmniej dołączyć jeszcze jeden. I żadne zdzielenie go poduszką raczej nie mogło tego zmienić.
I miałaby zostać w jakimś jednym na stałe…? – odwzajemnił ten jej pocałunek, nie do końca jednak przekonany do pomysłu kolorowania włosów wytatuowanej postaci. A przynajmniej nie na jeden konkretny kolor, bo skoro już miałoby to być odniesienie do całkiem konkretnej osoby, to… pewnie wypadałoby, żeby faktycznie było jakkolwiek realistyczne. – Lepiej będzie, jak kupisz sobie jakieś kolorowe pisaki. Będziesz mogła co tydzień dopasowywać kolor do pierwowzoru.
W porządku, może i pierwowzorem tego tatuażu tak naprawdę nie była, ale… raczej nie sposób byłoby nie domyślić się, do kogo te kolorowe włosy miałyby nawiązywać. Zresztą, podobne szczegóły chyba i tak nie powinny mieć większego znaczenia, skoro dość jasne było, że żadne z nich nie mówiło poważnie, o czym dość jasno świadczyły uśmiechy wciąż obecne na ich twarzach. Choć ten na moment musiał ulotnić się z twarzy Dantego, kiedy ten z lekko zmarszczonymi brwiami potrzebował chwili, żeby zastanowić się nad tą propozycją prysznica i wyjścia na rowery wodne. Z krótkim przystaniem przy lodówce po drodze, jednak… wciąż wymagałoby to ruszenia się z łóżka, do czego jakoś nadal wcale mu się nie spieszyło.
Prawie na pewno dałoby się je odzyskać, jakbyśmy spróbowali się na coś wymienić z tym robactwem… – stwierdził, przytulając ją do siebie, by po chwili leniwie przetoczyć się z nią na bok i przez moment rzeczywiście rozważając pozostając w łóżku jeszcze jakiś czas.
Ostatecznie jednak… może faktycznie szkoda byłoby odpuścić sobie rowery wodne na rzecz tego leniwego wylegiwania się w pościeli… A chociaż prysznic, pod który udali się przed odwiedzeniem lodówki okazał się pewnym wyzwaniem – ciepła woda najwyraźniej byłaby zbyt dużym luksusem, w zupełności więc powinna wystarczyć im ta ledwie letnia – w miłym towarzystwie dało się to jakoś przetrwać. A może i nawet uznać za całkiem przydatne orzeźwienie, które mogło pomóc w pełni porzucić ewentualny pomysł powrotu do łóżka i przeleżenia w nim reszty dnia.
Nie dało się też ukryć, że przynajmniej psy wyraźnie ucieszyły się z tego, że ich ludzie postanowili wreszcie wyłonić się z sypialni. Zwłaszcza, że wkrótce po tym miały doczekać się kolejnego spaceru, na który nawet Olive wyraźnie się ożywiła – może nie tak wyraźnie jak Murphy, jednak trudno byłoby nie zauważyć, że siedzenie w domku musiało ją już nieco znudzić.
Spacer nie był jednak szczególnie długi, w końcu miejsce, w którym mogli wypożyczyć jeden z rowerków rzeczywiście znajdowało się całkiem niedaleko. Przynajmniej więc po drodze obeszło się bez kolejnych spotkań z dziką zwierzyną, czy jakichkolwiek innych – niekoniecznie miłych – niespodzianek. I może nawet szczęście im dopisywało, skoro wśród dostępnych psich kamizelek udało się odnaleźć takie, które odpowiadały rozmiarowi obydwu psów. Tylko… tutaj chyba ich szczęście miało się wyczerpać. Konkretniej – po założeniu kamizelki Olive, która po chwili miała okazję z mieszaniną zainteresowania i zniesmaczenia obserwować to, w jaki sposób Murphy zawzięcie wzbraniał się przed nałożeniem mu tej wybranej dla niego. Niespecjalnie pomagało tu nawet to, że ten wciąż przecież znajdował się na smyczy, bo jakimś cudem i tak za każdym razem udawało mu się z tej kamizelki wywinąć. A ostatecznie położył się po prostu na plecach, wywalając łapy do góry i z tym swoim psim uśmiechem zerkając na Elsę i Dantego, jakby właśnie oczekiwał kontynuacji tej świetnej zabawy.
Mówiłaś, że da się go przekupić jakimś smaczkiem…? – tego też próbowali. Z marnym efektem, bo najwyraźniej szczeniak błyskawicznie opanował umiejętność pochłaniania tychże smaczków podczas uciekania przed próbującymi go przytrzymać rękoma. – Jakieś jeszcze pomysły, czy po prostu zostawiamy go na brzegu i udajemy, że to nie nasz pies?
Choć pewnie bardziej prawdopodobne było to, że mieliby się po prostu poddać i ufać, że Murphy nie postanowi nagle wyskoczyć do wody, gdy będą znajdować się stanowczo zbyt daleko od brzegu. W końcu… już chyba nieco wcześniej tego dnia mogli całkiem zgodnie dojść do wniosku, że ani porzucenie go, ani wymiana na jakiś mniej problematyczny model nie wchodziła w grę.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 19, 2026 10:41 pm
autor: Elsa Eriksen
Oczywiście, że będzie jej to wypominał. Nie spodziewała się po nim, że nagle miałby wpuścić te informacje jednym uchem, a wypuścić drugim. Bo po co? Lepiej było marnować miejsce w pamięci na tego typu rzeczy niż na przykład na termin wizyty u weterynarza Olive bądź Murphy’ego. Przecież o tym to ona powinna wiedzieć, więc po co jeszcze on miał się tym przejmować?
Bo przecież o Michaelu nie mógł tak po prostu zapomnieć. Nadal pluła sobie w brodę, że nie wyciągnęła go z tej nocnej szafki i nie schowała do jakiegoś pudła z rzeczami pokroju starych suszarek czy prostownic. Tam przecież Dante by nie zajrzał. Chociaż jakby się tak zastanowić to do tej szafki po jej stronie łóżka też zaglądać nie powinien. Nie żeby mu zabraniała, ale… gdyby na czas sobie przypomniała kto tam nocował to może nie musiałaby później słuchać w poczekalni kliniki weterynaryjnej historii, że spotkał ostatnio Michaela i wspominał, że dawno się z nią nie widział, że tęskni, że go zaniedbuje… niby nic takiego, ale tyle Elsie wystarczyło, aby znieruchomieć i oblać się delikatnym rumieńcem. Bo wszystko byłoby w porządku, gdyby nie taki mały szczegół — Michael nie był człowiekiem a pewną zabawką. I jak w zaciszu domowym mogła znosić te droczenie się ze strony Dantego tak w miejscach publicznych nawet nie wiedziała jak mogła mu odpowiedzieć, poza zwykłym Stul dziób.
Nawet nie chciała myśleć jakie głupie docinki wymyśli wraz z wzbogaceniem się o informacje odnośnie jej erotycznych snów. Chyba już przestanie go zaciągać do księgarni. Tak. Zdecydowanie samotne spacery między regałami wydawały się w zaistniałej sytuacji znacznie rozsądniejsze.
Oczywiście, że nie zamierzała zmieniać kolorów włosów przedstawionej na tatuażu kobiety. A przynajmniej nie po to, aby faktycznie jak najbardziej upodobnić ją do siebie. Prędzej zrobiłaby to z nudów albo żeby poprawić sobie humor. Co zresztą regularnie czyniła w liceum. Chandra jesienna nie oszczędzała jej nastroju, a czwórki ze sprawdzianów, na które uczyła się nocami, skutecznie dobijały. A na lepszy nastrój nie było nic skuteczniejszego niż kolorowanie… tatuaży swojego chłopaka, który już z przyzwyczajenia podwijał rękawy swoich bluz, kiedy siadał na łóżku obok Elsy. A następnego dnia nie musiał opowiadać kumplom o tym jak spędził popołudnie albo dlaczego nie mógł pójść z nimi na domówkę, bo fioletowo-czerwono-niebieskie wypełnienia konturów tatuaży były dla nich wystarczającą odpowiedzią.
— Daaaaanteee — Zawołała rozbawiona, kiedy zamiast ruszyć się z nią z łóżka, objął ją i przetoczył tak, że w sumie dalej leżeli, ale w innej pozycji. I oczywiście, że bardzo jej się to podobało. Choć nie była fanką zbyt długiego marnowania czasu na nic nierobienie to z nim mogłaby tak spędzić cały dzień. Pod warunkiem, że nie miałaby oczywiście zaplanowanych miliona innych rzeczy, co zazwyczaj było po prostu niemożliwe. A skoro na ten weekend specjalnie ogarnęła sobie wolne… tylko czy musieli jechać aż nad jezioro, żeby spędzić ten dzionek pod kołdrą? No właśnie.
— To jak chcesz negocjować z nimi to się nie krępuj. Ja idę po nowe! — Nie była pewna czy to brak motywacji do rozmów z robakami czy może fakt, że samemu nie było już tak fajnie w łóżku, ale chłopak wstał z niego praktycznie zaraz za nią i razem mogli pójść ogłosić psom nowinę, że żyli i że wkrótce mogli udać się na kolejną przygodę. Tylko oczywiście najpierw wypili po wspomnianym piwie, zjedli chrupki, o których Elsa marzyła od chwili, gdy tylko zobaczyła je w osiedlowym sklepie, a potem jeszcze tylko się przebrali w stroje kąpielowe i byli gotowi na wyprawę. Uśmiechnęła się, widząc, że Olive się znacznie ożywiła. Od dłuższego czasu martwiła się, że może nie czuła się najlepiej, bo prawie się nie bawiła, nie latała za swoim nadpobudliwym bratem… Ale może było dla niej po prostu za gorąco? I gdy słońce powoli się obniżało to wreszcie mogła odetchnąć. No i może faktycznie ciągłe siedzenie w domku nie sprzyjało jej samopoczuciu. W końcu była przyzwyczajona, że nawet pod nieobecność właścicieli zawsze mogła wyjść do ogrodu, do którego drzwi balkonowe były uchylone.
Tak, zdecydowanie mieli szczęście, że w wypożyczalni były odpowiednie rozmiary kapoków dla ich psich dzieci. Nieco mniej mieli go podczas ubierania ich w kamizelki. Bo może jak w przypadku suczki poszło dosyć sprawnie — grzecznie usiadła na kolanach Elsy i pozwalała, aby z kolei Dante przełożył jej nogi przez otwory i zapiął wystarczająco mocno — tak Murphy musiał uznać, że się nie da. I tyle. Bo kiedy myśleli, że są na półmetku to on im udowadniał, że… no nie.
— Mówiłam, że można spróbować… — powiedziała jeszcze spokojnie, wyciągając z kieszeni szortów kilka chrupek. Jednego dała najpierw Olive, aby pochwalić ją za grzeczne zachowanie, a drugiego dostał szczeniak, który wpadł w dziwną euforię i już kompletnie nic nie dało się przy nim zrobić. Bo jak mogła zrozumieć, że nie chciał usiąść na tyłku jak jego starsza siostra i po dobroci dać się ubrać w kapok dla jego własnego bezpieczeństwa, ale żeby nawet trzymany na krótkiej smyczy dawał radę wygrać z ich dwójką? To chyba już nie najlepiej świadczyło o nich jako właścicielach.
A Elsa powoli naprawdę traciła cierpliwość.
— Murphy! Siad! Powiedziałam, siad! — powiedziała donośnym i stanowczym głosem, który chyba dosyć jasno wskazywał, że czas na zabawę dobiegł końca. Zwłaszcza, że główny zainteresowany naprawdę się posłuchał i usiadł. Najwyraźniej sam był w szoku, że jego nowa pani potrafiła tak głośno mówić. — Łapa… teraz druga… siad! Nie, teraz siedzisz…! Dobrze, teraz tylna… i ta druga… — Podczas wydawania komend, które o dziwo były wykonywane, ubierała go w tę nieszczęsną kamizelkę. I gdy ostatni zatrzask został zapięty, odetchnęła z wyraźną ulgą.
— Ty się nawet nie śmiej, bo Ciebie tez to będzie czekało — Burknęła i choć nie musiała nawet patrzeć w stronę ukochanego to domyślała się jaki miał właśnie wyraz twarzy.
Wszystkie ciuchy i buty zostawili przy pomoście, do którego przymocowane były rowery wodne, a potem, po wybraniu jednego z większych, aby jednak zmieścili się całą rodziną, mogli na spokojnie wypłynąć na środek jeziora. Wszyscy musieli mieć kamizelki, bo takie były zapiski w regulaminie wypożyczalni, jednak gdy tylko oddalili się od brzegu, Elsa swoją od razu ściągnęła. Nie czuła się w niej komfortowo, strasznie ją drapała i krępowała wszystkie ruchy… może było to niezbyt odpowiedzialne z jej strony, ale przecież wypiła jedno piwo zero! Także do odważnych świat należał!
— No dobra… to ty możesz pedałować dalej, a ja się trochę poopalam — Uśmiechnęła się radośnie i odchyliła głowę do tyłu, przymykając przy tym oczy. Słońce już powoli zaczynało zachodzić, ale jego promienie dalej przyjemnie pieściły skórę.
— Wiesz co… — wypaliła z zaskoczenia, bo minęły może trzy sekundy, od kiedy stwierdziła, że chciałaby się poopalać, podnosząc na nowo swój kolorowy łeb i kierując wzrok na Dantego. — Tak sobie myślałam… skoro Ty masz tyle tatuaży… to może ja też bym sobie jakiś zrobiła?

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: sob sie 22, 2026 10:04 pm
autor: Dante Levasseur
Nie pamiętał wprawdzie, czego dokładnie szukał w tej jej szafce nocnej – ładowarki do telefonu? czegokolwiek innego, co z jakiegoś powodu spodziewałby się znaleźć właśnie tam? – jednak świetnie zapamiętał za to imię należącej do Elsy zabawki. Co zresztą nie powinno ani trochę dziwić – już nawet nie ze względu na jego dość wybiórczą pamięć, skupioną głównie na tych najmniej istotnych kwestiach, ale choćby przez to, że sam fakt nadania jej jakiegoś imienia sprawiał, że znalezisko jak najbardziej było warte zapamiętania. Oraz losowego przypominania sobie o nim na głos w najbardziej przypadkowych momentach. Oczywiście bez jakiegoś filtrowania ich na te mniej i bardziej odpowiednie, przez co rzeczywiście poruszenie tematu podczas przygotowywania śniadania wydawało się dokładnie tak samo odpowiednie – choć na pewno znacznie mniej zabawne – co w trakcie oczekiwania na poczekalni u weterynarza…
Samotne wylegiwanie się w łóżku rzeczywiście nie wydawało się już tak atrakcyjne. Podobnie zresztą prezentowała się perspektywa przeprowadzenia jakichkolwiek negocjacji z robactwem spod łóżka… Prawdopodobnie więc obie motywacje do podniesienia się można było uznać za wystarczające. Choć całkiem możliwe, że przynajmniej raz lub dwa mogło przemknąć mu nieco później przez myśl, że gdyby jednak zdecydowali się zostać w łóżku i odpuścić sobie wypożyczanie rowerów wodnych, to przynajmniej nie musieliby toczyć tej komicznej walki z Murphym… Nawet jeśli główny zainteresowany najwyraźniej uważał te ich nieudolne próby zapakowania go w kamizelkę za naprawdę niezłą zabawę. Widocznie nieco pokrętne definiowanie tejże zabawy również mógł przejąć od Dantego. Albo po prostu była to kolejna cecha, która mogłaby potwierdzać, że tych dwóch dobrało się wyjątkowo dobrze…
A chociaż z początku mógł wydawać się tym stanowczym tonem – a przede wszystkim tym, że ten naprawdę zadziałał – równie zaskoczony co Murphy… oczywiście, że długo nie trzeba było czekać, by na jego twarzy pojawił się wyraz dość jasno zdradzający rozbawienie. W dodatku w żaden sposób nie starał się z nim nawet kryć. W przeciwieństwie do szczeniaka, który aż do zapięcia ostatniego zatrzasku jego kamizelki, ewidentnie pozostawał szczerze zszokowany – i chyba trudno byłoby stwierdzić, czy bardziej tą nagłą zmianą podejścia, czy jednak samym sobą i tym, że naprawdę potrafił wszystkie te komendy wykonać.
W sensie… nauka grzecznego siedzenia, czy raczej podawania łapy…? – oczywiście, że po tych jej słowach zwyczajnie nie mógłby nie parsknąć śmiechem. Jak zwykle niespecjalnie zamierzał przejmować się podobnymi groźbami, raczej nie biorąc ich na poważnie. Albo wciąż mając dość spore braki, jeśli chodziło o jakiś tam instynkt samozachowawczy.
Skoro jednak obydwa psy były już ubrane jak należy, ich ubrania z kolei zostały w bezpiecznym miejscu przy pomoście… chyba nic nie stało już na przeszkodzie, by rzeczywiście wreszcie wypłynąć w głąb jeziora. Bo przynajmniej jeśli chodziło o wskoczenie na rower wodny, Murphy nie zamierzał sprawiać żadnych problemów – albo wciąż jeszcze nie otrząsnął się z szoku, albo po prostu uznał, że wpakowanie się na jakiś pływający i chyboczący się kawał żelastwa ani trochę mu nie przeszkadzało.
Podobnie jak Elsa, również Dante nie miał najmniejszej ochoty męczyć się z tą nieszczęsną kamizelką, toteż nie powinno chyba dziwić, że również postanowił dość szybko pozbyć się swojej. Właściwie… przecież jeszcze przed wypłynięciem miał zamiar oznajmić facetowi z wypożyczalni, gdzie ten mógłby sobie wsadzić ten cały regulamin. I może jeszcze podsunąć parę sugestii, co jeszcze można byłoby z nim zrobić, gdy już znalazłby się w odpowiednim miejscu. Możliwe, że tylko dość wymowne spojrzenie Elsy – która zdecydowanie znała go zbyt dobrze i najwyraźniej podobne zamiary potrafiła przewidywać wyjątkowo skutecznie – sprawiło, że mimo wszystko postanowił się zwyczajnie zamknąć i nie doprowadzać do tego, by cała ta zabawa w ubieranie psa w kamizelkę poszła na marne. Bo chyba faktycznie dość prawdopodobną opcją zdawało się być to, że po wszczęciu awantury z gościem z wypożyczalni, o pływaniu na rowerach mogliby raczej zapomnieć. Może więc faktycznie warto było oszczędzić sobie już tych dodatkowych atrakcji i po prostu założyć tę cholerną kamizelkę. Przynajmniej na chwilę. Dość krótką, bo wystarczającą ledwie na to, by w ogóle odbili od pomostu i oddalili się od niego na tyle, by facetowi z wypożyczalni nie chciało się już raczej wskakiwać za nimi do wody…
I już miał oznajmić Elsie, że nie miał najmniejszego zamiaru pedałować samodzielnie – w końcu sama przecież powtarzała ciągle, że nie mógł się za bardzo forsować… A fakt, że chodziło w tym o rękę, która do pedałowania raczej nie była mu zbyt potrzebna… można było taktownie przemilczeć. Nie zdążył się jednak w żaden sposób odezwać, skoro jej przerwa na opalanie zakończyła się zaskakująco szybko.
Tym bardziej zaskakująco, jeśli tylko wzięło się pod uwagę znaczenie wypowiedzianych przez nią słów.
A to przypadkiem nie ty twierdziłaś kiedyś, że nie masz zamiaru się nigdy tatuować…? – zauważył, z rozbawieniem unosząc lekko brwi. Wprawdzie przypominanie, że w jej wypadku trzymanie się tego braku tatuaży mogło być całkiem rozsądną opcją raczej nie mogłoby być tym, co można byłoby od niego usłyszeć, ale… żartobliwe wypomnienie braku zgodności z nastoletnią Elsą było już jak najbardziej na miejscu. – Ale skoro bardzo chcesz, to może uda mi się wykopać gdzieś kontakt do Kyle’a. Albo Cole’a… Bez różnicy, i tak brzmi dość podobnie.
A on i tak nigdy nie zapamiętał, jak w końcu miał na imię poznany na imprezie typ, któremu zawdzięczał ten swój pierwszy tatuaż. Możliwe, że żadna z tych dwóch opcji nie była poprawna, ale w końcu… głównemu zainteresowanemu nie przeszkadzało nawet zwracanie się do niego naprzemiennie obiema. Chociaż to akurat mogło wynikać z tego, że w zasadzie Dante nigdy nie miał okazji widzieć go dość trzeźwego, by ten mógł zwracać uwagę na podobnie nieistotne szczegóły.
A co takiego chciałabyś sobie wytatuować? – dopytał jeszcze, rzeczywiście będąc ciekawym odpowiedzi, jaką mógłby od niej usłyszeć.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: pn sie 24, 2026 6:28 pm
autor: Elsa Eriksen
Należało zaznaczyć, że Murphy był pod regularną tresurą Elsy. Każdego ranka, gdy zabierała psy na spacer, cała dwójka odbywała kilkunastominutowe szkolenie z podstawowych komend. I tak jak Olive robiła je już niemalże automatycznie, tak jej brat… powiedzmy, że musiało być odpowiednie ustawienie planet i gwiazd, aby zechciał współpracować. Co nie zmieniało faktu, że takie polecenia jak siad czy łapa – a czasem nawet i wypluj to, bo ci wsadzę rękę do gardła i będziesz rzygał – nie były dla niego czymś nowym. Różnica jednak polegała na tym, że chyba nigdy nie użyła tak stanowczego głosu. Ostatni raz chyba w liceum… do Dantego, jak już byli parą i… powiedzmy, że podczas korepetycji interesowało go nieco inne tarcie niż te przedstawiane w podręczniku od fizyki. I może właśnie ten ton sprawił, że zaskoczony psiak wykonywał komendy jak zaklęty. Bo chyba nie mógł się jej przestraszyć, a przynajmniej taką miała nadzieję, ponieważ ostatnie czego chciała to żeby ich czworonogi odczuwały strach. Co innego ten stojący obok gamoń, który prawie się dusił ze śmiechu. On powinien dygać przed nią jak liść na wietrze.
– Dwa w jednym. Grzeczne siedzenie na dupie ci się przyda jak włącza ci się szwendaj… a z kolei podawanie łapy jak wyciągam cię z klubu czy innego baru za rączkę – odparła z lekkim uśmiechem, choć chłopak mógł się domyślać, że cała ta wypowiedź nie była tylko żartem. Bo mało to tacy zgarniała go z imprezy? Wyciągała w jego stronę rękę, a on w zależności od stopnia upojenia alkoholowego, chwytał ją bądź… bądź nie. Może więc gdyby nauczyła go komendy łapa oszczędziliby sobie zbędnego proszenia i rzucania argumentami dlaczego powrót do domu był lepszą opcją niż dalsze okupowanie czyjegoś mieszkania. Chociaż sama Elsa miała w zanadrzu kilka mocnych argumentów, których nie musiała nawet wypowiadać. Wystarczyło to spojrzenie albo ten uśmiech i Dante wiedział jaka nagroda czekała go za posłuszne opuszczenie mieszkania któregoś z kumpli.
Ale był jeszcze jeden wzrok, którego ta się nauczyła w czasach licealnych i najwyraźniej nadal działało. Było niczym niema komenda zostaw. I takiego właśnie użyła, widząc jak chłopak już prawie się wyrywał do dyskusji z pracownikiem wypożyczalni odnośnie noszenia przez nich kapoków. Facet tylko pracował w tym miejscu i wykonywał swoje obowiązki. I zdawała sobie sprawę, że gdyby pozwolił im wypłynąć na jezioro bez kamizelek, i któremuś stałaby się krzywda to mógłby mieć nieco przesrane. Dlatego choć sama nie była zadowolona z tego, że musiała zakładać to coś to nie zamierzała marudzić tylko ściągnąć od razu, gdy będą już wystarczająco daleko od pomostu. Nie rozumiała po co Dante w ogóle zamierzał o tym dyskutować. I to najprawdopodobniej wcale nie tak kulturalnie jakby była w stanie jeszcze zaakceptować.
Na szczęście ta komenda działała i obyło się bez zbędnych kłótni, które dosyć szybko mogłyby przekreślić jej plany na spędzanie wieczoru. I w końcu wypłynęli.
Gdy zwrócił jej uwagę na to, że niegdyś sama twierdziła, że nigdy przenigdy nie zrobiłaby sobie tatuażu, uniosła wymownie prawą brew i odwróciła się na tym plastikowym siedzisku tak, że teraz siedziała się całym ciałem zwróconym w jego stronę.
— Bo tamten tatuaż, który sobie zrobiłeś właśnie u tego całego Kyle’a był świetną antyreklamą. I prędzej bym zjadła swój zeszyt z matmy niż dała sobie wydziarać… cokolwiek przez niego. — Wzruszyła ramionami. Och, do tej pory ją wzdrygało na samo wspomnienie tamtego okropnego tatuażu — który niestety nadal miał i chyba w ogóle nie zamierzał go zakryć żadnym innym — co to babrał się do tego stopnia, że robiło jej się niedobrze na jego widok. Przecież nawet szukała mu w necie lekarzy, którzy mogliby sprawdzić czy na pewno nie wdało się żadne zakażenie, a przy okazji zrobiliby komplet badań czy czasem w gratisie do tej dziarki nie dostał jakiegoś HIV czy innego świństwa.
— I akurat kto jak kto, ale ty nie powinieneś wypominać mi zmiany zdania — dodała po chwili. Bo… jak to leciało? Mój wyjazd przecież nic nie zmieni… to tylko rok… zabieram telefon…
Mhm.
— Ostatnio często wracam myślami do imprezy u Chrisa… i tak się zastanawiałam nad tymi śnieżynkami na szyi, ale to chyba za duży hardcore jak dla mnie. — Uśmiechnęła się lekko. Te narysowane cienkopisami przez Dantego wyglądały przepięknie. Nawet jeśli ich głównym zadaniem było zamaskowanie siniejących śladów, które pozostawiły po sobie palce Trevora, to przecież Elsa była nimi zachwycona.
—… więc może na początek jedna śnieżynka… tutaj za uchem… — Odgarnęła włosy, aby pokazać chłopakowi, gdzie dokładnie miałby się znajdować malunek. I cóż… wybór miejsca nie był przypadkowy. W końcu to tam, poza szyją, tak często ją całował.


Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 26, 2026 9:12 pm
autor: Dante Levasseur
Może i powinien domyślić się, że jej słowa nie były tylko żartem, ale… oczywiście, że nie zamierzał ich traktować w żaden inny sposób. Choć przynajmniej nie zamierzał też przynajmniej rozpoczynać dyskusji na temat tego, że rzekomo miałby przecież za każdym razem grzecznie łapać ją za rękę, gdy tylko tego od niego wymagała. Bo przecież musiał mimo wszystko całkiem nieźle pamiętać wszystkie te sytuacje, kiedy jedyną słuszną reakcją na jej sugestię, że wypadałoby już wrócić do domu, było co najwyżej wywrócenie oczami i upieranie się przy tym, że zamierzał wypić jeszcze tylko jednego drinka. Ewentualnie kilka, ale i to nie powinno przecież zająć zbyt wiele czasu.
Rzeczywiście jednak zwykle argumenty Elsy okazywały się znacznie bardziej przekonujące niż chęć na kolejną porcję alkoholu. Więc… wciąż chyba nie powinna mieć powodów, by wypominać mu to, że rzekomo nie potrafił posłuchać jej i zakończyć imprezy w odpowiednim momencie, prawda…?
Tak samo, jak nie powinna w żaden sposób dziwić się temu, że jego pierwszym odruchem po usłyszeniu plecenia założenia jakiejś durnej kamizelki, zdecydowanie nie było zastosowanie się do niego, bez dosadnego wyrażenia niezadowolenia z tego powodu. Znała go przecież dość dobrze, by zdawać sobie sprawę z tego, że coś podobnego… po prostu w żaden sposób by do niego nie pasowało. A do tego, by wszcząć idiotyczną kłótnię o byle pierdołę… chyba za bardzo nie potrzebował konkretnego powodu. Czego świetnym dowodem mogła być przecież ich niedawna sprzeczka o wizytę u lekarza. Przymus nakładania czegoś, na co nie miał najmniejszej ochoty i co uważał za całkowicie zbędne mógł być więc równie dobrym – jeśli nie jeszcze lepszym – powodem. A przynajmniej tak mógł uważać, przynajmniej do momentu wychwycenia tego niemego zostaw, które rzeczywiście wciąż zdawało się działać całkiem skutecznie…
Zdecydowanie jednak nie mógł się z nią zgodzić, słysząc jej kategoryczną opinię na temat tego konkretnego tatuażu. Tak samo jak wiele razy wcześniej, gdy w podobny sposób wypowiadała się na temat tego wątpliwej jakości dzieła, nie był jednak w stanie w przekonujący sposób wyrazić jakiegoś większego oburzenia, mimowolnie parskając krótkim śmiechem.
Znowu przesadzasz, przecież jest zajebisty – stwierdził, wciąż mimo wszystko mając zamiar bronić tego, co wyszło spod igły Cole’a lub Kyle’a. I co, tak przy okazji, nie miało oczywiście nic wspólnego z tym, czego on lub przyjaciółka – która jakimś cudem dała się wtedy przekonać, że wizyta u domorosłego tatuażysty była świetnym pomysłem – mogliby sobie życzyć…
Może i tak, ale chyba mogę się dziwić, skoro tobie akurat za często się to nie zdarza – przyznał z uśmiechem na jej kolejne słowa, może i nie mając pojęcia, do czego konkretnie miałaby w ten sposób nawiązywać, ale… wciąż raczej nie mogąc się z nią ze zgodzić pod tym względem. Bo w końcu… ileż to razy wychodził z domu z zamiarem załatwienia tylko paru spraw, a ostatecznie wracał do domu po czasie znacznie dłuższym, w międzyczasie nieco zmieniając plany? Ewentualnie postanawiał coś bez zbytniego przemyślenia tematu, tylko po to, by po kilkunastu minutach zmienić zamiar – tylko dlatego, że akurat do głowy wpadło mu coś, co wydawało się dużo ciekawsze… Z tym, że o ile w jego przypadku podobne kwestie można było uznać za całkowitą normę, tak… niekoniecznie to samo dałoby się powiedzieć o Elsie.
Choć wciąż ostatnim, na co mógłby wpaść, byłoby chyba odwodzenie jej od tego dość niespodziewanego pomysłu. Nawet jeśli na wzmiankę o śnieżynkach na szyi, dość wymownie uniósł brwi. Bo tak, tatuaż na szyi jako ten pierwszy… zdecydowanie można byłoby uznać za za duży hardcore. Albo przynajmniej taki dosyć spory. I to może nie tylko jak na nią.
No jasne, w końcu co innego by to mogło być…? – uśmiechnął się, kiedy dokończyła swoją wypowiedź i przy okazji zaprezentowała miejsce, w którym ta śnieżynka miałaby się znaleźć. I oczywiście, że tę właśnie okazję wykorzystał, żeby nachylić się w jej stronę i krótko cmoknąć to wskazane miejsce. Bo w końcu… faktycznie całkiem dobrze się do tego nadawało. Do tego, by wykorzystać je na miejsce na pierwszy tatuaż – być może również…
Możemy zajrzeć po powrocie w parę miejsc, gdzie pewnie zrobią ci tę śnieżynkę lepiej niż Kyle, czy tam Cole – stwierdził, zdecydowanie nie mając żadnych zastrzeżeń do zasugerowanego przez nią wzoru. Zresztą… co innego mogłoby pasować do niej lepiej niż właśnie śnieżynka…? – Chociaż taka zrobiona przez niego na pewno miałaby swój niepowtarzalny urok…
Oczywiście, że mimo wszystko nie mógł jednak odpuścić sobie tego rozbawionego zdania. Bo przecież śnieżynka wykonana przez wspomnianego znajomego… bez wątpienia posiadałaby jakiś urok. W przeciwieństwie do choćby pozorów jakiejś symetrii… Całkiem też możliwe, że w ogóle nawet nie przypominałaby żadnej śnieżynki… Ale z pewnością byłaby znacznie ciekawsza niż taka zwyczajna, wykonana przez kogoś, kto rzeczywiście znał się na tym, co robił. I kto nie miał w zwyczaju obsługiwać maszynki do tatuażu w czasie, kiedy sam ledwie był w stanie utrzymać się na nogach…

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 26, 2026 11:14 pm
autor: Elsa Eriksen
Nikt nigdy nie mówił, że wyciąganie go z imprez czy to tych w klubie, czy też domówkowych było zawsze takie łatwe i przyjemne. Bo faktycznie najczęściej kończyło się deklaracją "jeszcze jednego drinka", który w cudowny sposób się rozmnażał. Dlatego momentami ciężko było jej wywnioskować, co tak naprawdę sprawiało, że finalnie godził się na zakończenie zabawy. Czy to te argumenty, które mu niemo przekazywała swoim uśmiechem bądź spojrzeniem? A może miał już dosyć gadania kumpli, że "stary, twój cień znów tu idzie". Ewentualnie mógł mieć w tym swój udział także starszy brat Victora, który wytypował Else na swoją ulubioną rozmówczynię i potrafił spędzić przy niej cały wieczór…
I to ostatnie, po upływie tych dobrych kilku lat, bawiło ją najbardziej. Bo nigdy by nie przypuszczała, że wystarczyło oprzeć się o ścianę, zadrzeć lekko brodę, aby lepiej widzieć swojego rozmówcę i z zainteresowaniem słuchać jego studenckich opowieści, śmiać się czasem z udanych żartów, aby Dante nagle częściej do niej podchodził, obejmował, kradł — choć może lepszym określeniem byłoby brał — buziaka. A przecież nie tak dawno znikał gdzieś z kumplami z ogrodzie i palił skręty, popijając jednocześnie dziwne mieszaniny trunków, które stanowiły mocną konkurencję dla kociołka Panoramixa. Najwyraźniej spędzanie zbyt dużej ilości czasu z jakimś obcym typem działało lepiej niż mapa i chłopak dosyć szybko znajdował drogę do swojej dziewczyny.
Ale to dobrze. Nigdy go nie pytała o to czy był zazdrosny, ale tak to sobie tłumaczyła i wyobrażała. I dzięki temu czuła się nieco lepiej z faktem, że przecież sama się gotowała w środku, gdy widziała podwalające się do niego dziewczyny — nieważne czy była to Ashley ze swoimi klonami, słodkie i niewinne laleczki czy ostre punkówy, które zdawały się wizualnie bardziej do niego pasować niż ten kolorowy, odpowiedzialny kujonek.
A tak… powiedzmy, że mieli remis.
— Chyba używaliśmy innych słowników, gdy sprawdzaliśmy znaczenie słowa zajebisty. — Uniosła wymownie brew. Naprawdę nie rozumiała, dlaczego Dante tak uparcie bronił tego bohomazu! Jeszcze napisany z błędem… z błędem, który skreślono. SKREŚLONO. TUSZEM. Śmiała się z niego niegdyś, że szkoda, że nie użyli białego koloru jako korektora. Ale tak naprawdę nie było jej wcale jakoś bardzo do śmiechu. Zwłaszcza, kiedy upierał się, że ten tam zostanie i nie zamierza go zakrywać żadnym coverem.
— No widzisz? To przez ciebie. Przy tobie ewoluuję jak Pokémon. Dziś chcę tatuaż, a jutro rzucę pracę i zacznę zarabiać na kamerkach. — Zamilkła na chwilę, tak jakby dopiero po czasie zaczęła analizować wypowiedziane przez siebie słowa. I chyba w końcu dotarło. — Nie. To drugie się nigdy nie stanie. Prędzej kamerki będą moim trzecim etatem. Fryzjerstwa chyba nie mogłabym rzucić — naprostowała pospiesznie samą siebie. Cóż, bo w końcu na dwa etaty robiła już w obecnej pracy. Potrafiła zaczynać nawet i o piątej rano, jeśli wymagała tego sytuacja jak na przykład uczesanie panny młodej na ślub na godzinę dziewiątą, a jej rekord to zamykanie salonu o dwudziestej drugiej. Ale nie narzekała. W końcu kochała swoją robotę! Chociaż organizm powoli zaczynał protestować. Na szczęście robił to cicho, nie strasząc tym samym klientów.
Jednak prawdą było to, że przy nim na serio trochę się zmieniła. Albo przynajmniej zaczęła się zachowywać tak, jak zawsze chciała, ale nigdy nie miała odwagi. Bo przecież nigdy wcześniej nie zgodziłaby się na wyjazd w nieznaną jej lokacje, pakując do walizek totalnie wszystko! Sama nigdy nie dałaby rady, w obcym mieście, w obcym kraju i to jeszcze na innym kontynencie, tak po prostu wyjść z hotelu i skręcać sobie w losowe uliczki, wiedząc, że bateria w telefonie mogła paść w każdej chwili.
Ale chyba nadal to ona miała być tą odpowiedzialną i rozsądną. W innym wypadku z pewnością nie mieliby okazji zajechać te kilka godzin temu do pobliskiego szpitala, aby opatrzeć dłoń Dantego. Bo przecież według niego to było marnowanie czasu i ogólnie beznadziejny pomysł.
Zaśmiała się cicho, kiedy tak z zaskoczenia zostawił buziaka na odkrytym miejscu za uchem. Chociaż może wcale nie powinna być taka zdziwiona, bo jakby nie patrzeć… sama się prosiła. I może nawet na swój sposób go do tego sprowokowała? W każdym razie, nie zamierzała narzekać.
— A co jeśli bym powiedziała… że chciałabym, żeby ten mój pierwszy tatuaż był zrobiony… — Nie dokończyła. Przerwała jej rozmowa jakichś dziewczyn z przepływającego obok rowerku wodnego.
— Aaa! Pieski w kamizelkach! Widziałaś? Zobacz jakie urocze..!
— Psy? Sorry, zapatrzyłam się raczej na te węże… i motylka…
Ta druga była jeszcze na tyle bezczelna, że puściła oczko w stronę Dantego. A to już zadziałało na Else jak czerwona kolor na byka. Od razu nachyliła się nad swoim chłopakiem i wpiła się namiętnie w jego usta, od razu angażując język do zabawy. I jedną dłonią sunęła po jego torsie, drugą zaś bawiąc się gumką od jego spodenek kąpielowych. Najchętniej to usiadłaby na nim okrakiem, jednak fakt, że ten pływający kawałek plastiku mógłby się przechylić i wrzucić ich wszystkich — wraz z Olive i Murphym — do wody, skutecznie ją powstrzymywał przed zrealizowaniem tego planu.
— To jest ćma… co za tępe ku… kredki… tak, zdecydowanie nie są najostrzejszymi kredkami w piórniku. — Wymruczała mu przy wargach, ostatni raz muskając je swoimi. Naprawdę miała nadzieję, że to wystarczyło do tego, aby odgonić te natrętne babska od JEJ chłopaka. Zawsze mogła wskoczyć do wody?m, podpłynąć do nich i je utopić, wcześniej wyrywając wszystkie te beznadziejnie zrobione doczepy.
Tak apropo jej zazdrości…
— A mówiłam… że chciałabym, żeby mój pierwszy tatuaż był zrobiony… przez ciebie… ta śnieżynka z pewnością będzie jeszcze bardziej niepowtarzalna. Nie wspominając o jej uroku… — Na jej ustach zagościł delikatny uśmiech. Wiedziała, że kilka malowideł na skórze chłopaka były właśnie jego dziełem, więc miał doświadczenie. A te śnieżynki, które jej sprezentował na imprezie u Chrisa? Długo żałowała, że zniknęły podczas pierwszej kąpieli i to wcale nie dlatego, że przez następne dni zakrywała tamte nieprzyjemne ślady apaszkami. Były przepiękne.
Zresztą, Kyle jeszcze by się pomylił, skreślił…

Dante Levasseur