Strona 5 z 5
'Te amo, te amo', she said to me
: śr wrz 09, 2026 4:42 pm
autor: Ruelle I. Prescott
Wiedziała, że zwykle jej odpowiedzi nie zadowalały River. Mogły być niewystarczające i nie stanowić tego na co liczyła albo zwyczajnie ranić ją w jakiś sposób. Miały tak rozbieżny pogląd na wiele rzeczy, że wydawało się to być wręcz nieuniknione. Zwłaszcza, gdy chodziło o te momenty, gdy się kłóciły, a Ruelle wyrzucała z siebie wszystkie nagromadzone emocje. Wybuchała, a ta eksplozja zadawała wyjątkowo dotkliwe obrażenia dziewczynie, która zawsze znajdowała się w polu rażenia.
- Mogę próbować, mogę się starać, ale nigdy nie wiem jak się przy tobie zachowam - przyznała szczerze.
To była prawda. Z reguły Prescott była aż nadto spokojna. Tłumiła wszystko w sobie, a artystka miała nadzwyczajny talent, aby uwolnić z niej to wszystko. Tylko, że robiła to zawsze w ten najgorszy sposób, wyciągając na powierzchnię demony, które mogłyby torturować ludzi w samych czeluściach piekielnych.
Nie miała pojęcia, co właściwie czuła, ale wszystko się w niej kotłowało było jej naprawdę słabo ze względu na to wszystko, ale dalej w to brnęły. Potrzebowały tego. Przynajmniej tak jej się wydawało. River tego potrzebowała. Bez tego nie będą w stanie dostatecznie oczyścić atmosfery i wrócić do swojej normalności. Czymkolwiek ona właściwie była.
To musiało się tak skończyć. Mogła zasmakować w końcu jej ust. Stęskniła się za nimi. Przesunęła dłoń na jej rozpalony kark i przytrzymała blisko siebie. Odetchnęła z pewną ulgą między pocałunkami. Zdecydowanie ten rodzaj komunikacji bardziej jej odpowiadał. Wydawał się bardziej szczery. Lepszy niż słowa, które można było interpretować na milion różnych sposobów. Desperacja i czułość zlewały się w jedno, gdy dostrajała się do tego emocjonalnego, powolnego tempa, które pozwalało im smakować każdą upływającą chwilę.
Oddech przyspieszył, a serce obijało się o żebra, gdy tylko River się oderwała od jej ust. Prescott uniosła powieki i dopiero teraz stała się świadoma swojego otoczenia. Świat nagle przestał się ograniczać po niespiesznych pocałunków u chciwego dotyku.
Pozwoliła jej skryć się w swoich ramionach. Słyszała te błagalne słowa, które dziewczyna wypowiadała przy jej skórze i przez moment miała wrażenie jakby trafiła do całkowicie obcego wymiaru. Musiała jednak coś jej odpowiedzieć.
- Nie zostawię cię - mruknęła cicho, muskając wargami jej odsłoniętą szyję.
Jakiś tępy ból w klatce piersiowej podpowiadał jej jednak, że nie będzie to łatwe. Jakieś mgliste przeświadczenie w podświadomości chciało przekazać jej, że czeka je zapewne jeszcze wiele bolesnych momentów, które powinny skłonić je do zastanowienia się nad tym szaleństwem, ale w tej chwili, nie słuchała żadnego z tych uczuć. Po prostu zamknęła ją szczelniej w swoim uścisku.
River Cross
'Te amo, te amo', she said to me
: śr wrz 09, 2026 7:20 pm
autor: River Cross
Kolejna odpowiedź również nie mogła trafić w poczet tych ulubionych. Było w niej za dużo niewiadomych. Fakt, że dziewczyna wyraziła chęć starania się i tak był ładnym zwycięstwem. Cross wprawdzie nie wiedziała, co dokładnie oznaczało to w jej słowniku, ale była gotowa się przekonać. Może nie odbiegało do aż tak od tego, co sama w tym kontekście uważała? Miały bardzo różne podejście do tego, jak powinna wyglądać relacja międzyludzka, ale może nie różnią się na każdym możliwym polu, jakie tylko istnieje?
— I mimo tego musiałaś poważnie się zastanowić, czy mnie lubisz? — Spojrzała na nią z niedowierzaniem, ale też pewną dozą czułości. Sygnały, które były dla Cross oczywiste, były czarną magią dla Prescott i na odwrót. Razem mogłyby mieć wszystko! Albo totalnie nic. Ich dziecko byłoby najbardziej lub najmniej społeczną istotą na planecie. Dobrze, że biologia nie pozwoli na stworzenie takiego bezeceństwa. Artystce naprawdę podobało się, że jej modelka nie potrafi nad sobą przy niej panować – pod każdym względem. Bolało ją, gdy przez to obrywała, ale wciąż dostawała nowe potwierdzenia, że to wszystko wynikało z uczuć, które między nimi urosły. Właśnie przez to lgnęła w jej stronę na nowo i jeszcze nie miała dość.
Odnajdowanie ulgi i poczucia bezpieczeństwa w ramionach swojej oprawczyni to jakiś szczyt głupoty. River była wariatką. Powinni ją gdzieś zamknąć, wsadzić do celu kredki i niech się dziecko tam bawi do końca świata. Tam nie miałaby szans robić takich bzdur jak teraz. W ty momencie nie chciałaby jednak być w żadnym innym miejscu na świecie. Przytuliła ją jeszcze mocniej, gdy tylko usłyszała zapewnienie. Déjà vu rozdrapywało jej ciało od środka, próbując o sobie przypomnieć w jak najbardziej dotkliwy sposób. To też niczym nie różniło się od ich poprzedniego spotkania. Padło po prostu więcej słów. River wtedy nie zdobyła się na proszenie, Prescott nie dała rady powtórzyć tych słów, ale ładunek emocjonalny był przecież podobny. Wiedziała, że nie pozostało jej nic innego jak uwierzyć. Nie miała żadnej gwarancji, że i tym razem Rue nie roztrzaska jej serca z wyjątkowym okrucieństwem, ale była gotowa zaryzykować. Nie kłamała, gdy mówiła, ze zrobiłaby dla niej bardzo dużo. Tanatopraktorka jej w to nie wierzyła, ale też raczej nie uważała igrania z własnymi uczuciami za coś wystarczająco imponującego.
— Stęskniłam się za tobą, wiesz? — odezwała się po dłuższej chwili błogiego milczenia. Zupa na pewno im już wystygła. Taka zimna przynajmniej bardziej będzie smakować jak u Cross w domu, powinna się ucieszyć. W jej głosie nie było już ani smutku, ani złości. Jej mięśnie wreszcie mogły się rozluźnić. W myślach zaszumiało jej, jakby cofnęła się do stanu sprzed kilku godzin. Podniosła głowę i znów odnalazła jej usta. Za nimi stęskniła się tak mocno, że aż trudno w to uwierzyć. Nikt przecież nie całował tak jak Prescott. Szkoda, że pewnie Latynoska tak nie uważała i wrzucała pocałunki z Cross do jednego wora z... nie. Chwila. Nie może się nad tym teraz zastanawiać. Miało być miło.
— Nadal smakujesz jak bateria — zauważyła i uśmiechnęła się tuż przy jej ustach.
Ruelle I. Prescott
'Te amo, te amo', she said to me
: śr wrz 09, 2026 11:16 pm
autor: Ruelle I. Prescott
Może powinna po prostu przestać mówić cokolwiek i po prostu przytakiwać lub zaprzeczać jej słowom. Czy potrzebowały czegoś więcej? Na ogół jednak im większa ilość słów wydostawała się z ich ust, tym większe było prawdopodobieństwo, że jednak dojdzie do jakiejś kłótni. Nawet jeśli nie takie miały intencje.
- Tak. Aż tak bardzo cię to dziwi? - zapytała, bo nie miała pojęcia skąd to niedowieranie.
Mówiła jej przecież, że wątpiła w to czy naprawdę lubi rysowniczkę za każdym razem, gdy tylko zaczynały sobie skakać do gardeł. River za bardzo działała jej wtedy na nerwy i miała ochotę ją zwyczajnie rozszarpać. Wtedy już zaczynała poważnie wątpić w to czy na pewno w ogóle lubiła tę dziewczynę. W końcu jeszcze nigdy nie czuła względem kogokolwiek tak silnych emocji.
Były naprawdę beznadziejne, gdy chodziło o tak prozaiczne rzeczy jak wyrażanie swoich emocji. Zwłaszcza Ruelle, bo była naprawdę upośledzona w tym zakresie. Jeśli już to umiała, co najwyżej wyładować swoją złość i frustracje, gdy nagromadziło ich się zbyt wiele w jej ciele.
Ten moment z jednej strony mocno przypominał ich poprzednie spotkanie, ale chyba mimo wszystko towarzyszyły temu nieco inne emocje. Przynajmniej ze strony Rue. Dostała nieco więcej czasu na to, aby się oswoić z myślą, że River się w niej zakochała. Przynajmniej pod tym względem była spokojniejsza, bo ta informacja nie była już dla niej nowością.
Miała teraz wrażenie jakby wszystko teraz znajdowało się na swoim miejscu. Trzymała blisko siebie dziewczynę, przyciskając ją mocno do swojego ciała. Pod palcami czuła materiał koszulki, która należała do niej, a w nozdrzach czuła zapach swoich kosmetyków, który wsiąkł w skórę oraz włosy rysowniczki. Miała teraz wrażenie jakby Cross naprawdę do niej należała. Jakby była jej. To było naprawdę upajające uczucie.
- Wiem... Tęskniłam za tobą... Taką - mruknęła jeszcze, bo właśnie brakowało jej najbardziej tej wersji River, która nie bała się dotyku i lgnęła do niej w tak naturalny sposób.
Mogłyby wrócić do przerwanego posiłku. Mogłyby zrobić tysiące innych rzeczy, ale zamiast tego zdecydowały się na to, aby raz jeszcze zatracić się w swojej obecności. Potrzebowały tego. Od zbyt dawna nie miały okazji do tego, aby zwyczajnie się sobą nacieszyć i pogrążyć w sobie.
Bez większego zastanowienia wsunęła dłonie pod materiał koszulki, aby dotknąć nagiej i rozpalonej skóry. Musiała po prostu ją poczuć jeszcze wyraźniej. Nawet jeśli za tym gestem nie szły kolejne lubieżne ruchy. Zwyczajnie odwzajemniała jej pocałunki. Uwielbiała ją. Uwielbiała sposób w jaki smakowała. Mogłaby naprawdę się w niej zatracić.
- Jeszcze ci nie przeszło? - zapytała z rozbawieniem, gdy tylko usłyszała ten sam tekst, co poprzedniej nocy.
Prawie zaśmiała się i naparła na nią swoim ciałem, aby przycisnąć ją do znajdującego się za nią blatu. Przygryzła jej dolną wargę, którą zaraz musnęła swoim językiem. Naprawdę się za tym stęskniła. Jak mogła próbować się od niej odsuwać? W takich momentach nie rozumiała samej siebie i zapominała o wszystkim, co złe.
Uwielbiała ją. Była całkowicie zaślepiona przez to uwielbienie. Czuła jak mrowi ją całe ciało, po którym rozprzestrzeniała się fala gorąca. Przycisnęła się mocniej do niej biodrami, gdy poczuła silniejszy skurcz podniecenia w podbrzuszu. Musiała ją mieć. Musiała ją mieć natychmiast i pokazać jej jak bardzo jej pragnęła w każdym możliwym wymiarze.
Tylko, że zanim do tego doszło, usłyszała dźwięk, który zmroził jej krew w żyłach.
Salem zamiauczał donośnie, biegnąc ku drzwiom, w których zaraz szczęknął zamek. Prescott ledwie zdążyła się odsunąć od swojej rysowniczki w momencie, gdy przez drzwi wejściowe weszły dobrze jej znane postaci.
Zamarła. Nie miało ich być jeszcze przez kolejnych kilka dni, ale z jakiegoś powodu wrócili wcześniej. Zdecydowanie nie planowała podobnego spotkania i nie była na nie gotowa w żadnym stopniu. Znowu zrobiło jej się niedobrze.
- Oye, co tu tak ładnie pachnie? - rozległ się kobiecy głos, wchodzącej do domu Isabel, a zaraz za nią wtargnął również zanoszący się kaszlem Jonathan.
Ona miała na sobie dopasowane jeansy, opinające się na kształtnych biodrach oraz biały top o głębokim dekolcie. Pan Prescott z kolei miał na sobie ciepłe dresy i ewidentnie nie wyglądał na takiego, który czuł się najlepiej. Wydawał się rozpalony, miał szkliste oczy, a w dodatku ten kaszel.
- Dzień dobry - przywitał się krótko, obrzucając je obie uważnym spojrzeniem.
Głos miał zachrypnięty. Ewidentnie był chory, a mówienie zdawało się sprawiać mu pewną trudność czy też ból. Choróbsko musiało zatem go naprawdę mocno chwycić.
- Nie za wcześnie na gotowanie Sancocho? Chociaż ojcu pewnie się przyda. Klimatyzacja musiała go załatwić - wyjaśniła jeszcze pokrótce Isabel, podchodząc bliżej do kuchennego blatu.
Dopiero teraz Ruelle zdała sobie sprawę z tego, że wciąż zaciska nerwowo palce na skraju koszulki swojej rysowniczki. Starała się przybrać dosyć obojętny wyraz twarzy. W środku jednak umierała wewnętrznie ze względu na to spotkanie. Chociaż na pewno lepiej, że wrócili teraz niż za choćby pięć minut, gdy na w kuchni mogłyby się wyczyniać prawdziwe bezeceństwa. I to na oczach czterech papieży, którzy wisieli na lodówce!
- A kogo tu mamy? - pani Prescott wyraźnie wydawała się zainteresowana Azjatką, która tkwiła koło jej córki i przyglądała jej się z wyraźną uwagą oraz przyjaznym uśmiechem.
River Cross
'Te amo, te amo', she said to me
: czw wrz 10, 2026 1:10 am
autor: River Cross
Liczba słów niewiele zmieniała w próbach dogadania się. To trochę, jakby mówiły innymi językami i wcale nie był do tego potrzebny hiszpański. Była między nimi jakaś przepaść, która nigdy pewnie nie zostanie całkowicie zasypana i tyle.
— To wszystko są oznaki tego, że straciłaś dla mnie głowę — wyjaśniła jej uprzejmie. Skoro tak trudno było jej to pojąć, to mogła jej to rozrysować. Dosłownie. To zazwyczaj sprawiało, że Prescott zaczynało brakować słów, ale jak już ustaliły, to wcale nie sprawiało, że dogadywanie się zaczynało robić się trudniejsze. Przeciwnie! Przecież rozumiała to, co River próbowała jej przekazać swoja sztuką, a przynajmniej taką artystka miała nadzieję. Chociaż z tą babą to naprawdę nigdy nie wiadomo. Może jednak powinna zrobić jej egzamin ze swoich szkiców? Nasłuchałaby się pewnie dość niesamowitych odpowiedzi.
— Ach, czyli wolisz mnie taką niż uroczą? Zapamiętam. — Wytknęła jej sposób, w jaki określiła ją kilka godzin temu. Komplement był zrozumiały, bo w kocich uszach naprawdę wyglądała świetnie, ale i tak nie pasował jej w pełni do ust Prescott. Miała nadzieję, że będzie miała okazję się do tego przyzwyczaić. To na pewno potrwa. Podejrzewała, że nieprędko usłyszy podobne słowa, ale to nic. Jeżeli tanatopraktorka miała zamiar tym razem być słowną, to Cross była w stanie poczekać. Będzie po drodze marudzić i się niecierpliwić, ale przecież nie potrafiła inaczej. Oczekiwanie długości jednego uderzenia serca to była przesada, a co dopiero tyle, ile Prescott każe na siebie czekać. No nic, trudno. Na pewno będzie warto.
— Jeszcze mi nie przeszłaś — zapewniła mrukliwym tonem. Przeinaczyła jej słowa na własną modłę, jak zwykle. W tej wersji brzmiały lepiej. Były bardzo daleko, by artystce cokolwiek przeszło. Starała się przecież o to wyjątkowo solidnie od ich ostatniego spotkania. Niemalże wychodziła ze skóry, żeby się udało, ale nic z tego. Kiedy patrzyła na nią teraz, miała wrażenie, że wszystkie uczucia nie tylko nie zniknęły, ale nawet się pogłębiły. Była zauroczona w każdym jej fragmencie. Lgnęła nawet do tych, które paliły jej skórę do żywego. Na punkcie tych dobrych rzeczy kompletnie oszalała. Posiłek przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, choć dopiero teraz Cross zrobiła się głodna. Miała ochotę pożreć swoją modelkę w całości. Była jej desperacko spragniona. Doskonale znała spojrzenie, jakim ją teraz obdarowywała. Zamruczała zadowolona i przylgnęła ustami do jej ucha, przygryzając je zaczepnie. Chciała mocno ją objąć i posadzić na blacie, ale tanatopraktorka ją od siebie odsunęła.
W pierwszej sekundzie do River nie dotarło, co się dzieje. Była pewna, że znowu zrobiła coś źle i że bańka świętego spokoju właśnie prysnęła. Dopiero kiedy usłyszała nowy głos, dotarło do niej, co się dzieje. Zamarła w bezruchu nasłuchując. Może to dalsze omamy po alkoholu? Albo znowu zasnęła? Z ryjem w zupie pewnie. Nie, to nie był sen. To było zbyt absurdalne jak na sen. Spojrzała na Prescottów, nie mając pojęcia, co ma ze sobą zrobić. Jej wzrok przemknął po sylwetce Isabel. O pół sekundy za długo zatrzymała się na jej biodrach. I na dekolcie. Nie no, tak to na pewno nie może robić. Przecież to matka jej... Ruelle, a nie jakaś obca baba na ulicy, którą może dowoli uprzedmiotawiać. Nie miała z nią nigdy wcześniej do czynienia. Mignęła jej raz czy dwa w okolicach szkoły i zapamiętała ją wyłącznie przez to, że była matką Rue. Nie miały jednak okazji zamienić nawet pół słowa. Spojrzała również na Jonathana. Facet nie wyglądał najlepiej, ale to raczej kwestia choroby, a nie jakiegoś wrodzonego problemu.
Dopiero, kiedy usłyszała pytanie ewidentnie skierowane do niej, przypomniała sobie, że ma aparat mowy i zdolność posługiwania się nim. W tym samym momencie przypomniała sobie, że w takich sytuacjach wypada się uśmiechnąć.
— Dzień dobry. River Cross, miło mi — przedstawiła się i wyciągnęła rękę w stronę Isabel, a następnie Johnatana, licząc, że którekolwiek z nich będzie chciało się przywitać.
— Ta godzina na zupę to moja wina, przepraszam. Ruelle chciała mi pomóc w moim... problemie — wyjaśniła krótko. Zawahała się tylko na moment, co wydawało jej się sporym sukcesem. Za sukces można też uznać fakt, że nazwała swoją modelkę po imieniu i nie strzelił w nikogo piorun.
— Wspominała, że państwo wyjechali, więc skorzystałam z gościnności, ale widzę, że sytuacja zmienia się dynamicznie, to ja już lepiej pójdę. Nie chcę przeszkadzać i wyjadać za dużo Sanco... zupy. — W połowie słowa uznała, że woli nie kompromitować się przed Portorykanką swoją niedokładną wymową nazwy dania. Uśmiechnęła się jeszcze raz przepraszająco i zrobiła krok w stronę korytarza, obliczając w głowie najszybszą trasę do wyjścia. Wiedziała, że nie jest typem osoby, którą rodzice uwielbiają. Raczej przeciwnie. Poza tym Rue podkreśliła bardzo wyraźnie, że nie chce jej za bardzo mieszkać w swoje życie rodzinne. Nie potrzebowały nowej kłótni, skoro pogodziły się kwadrans temu.
Ruelle I. Prescott
'Te amo, te amo', she said to me
: czw wrz 10, 2026 8:14 am
autor: Ruelle I. Prescott
Może kiedyś w końcu uda im się wypracować jakiś wspólny język i sposób komunikacji, ale wydawało się, że były na to dosyć niewielkie szanse. Może jednak w końcu im się to kiedyś uda. Szanse na to zawsze jakieś istniały. Nawet jeśli na ten moment wyglądały one nadzwyczaj marnie. Wiecznie jednak nie mogły się rozmijać. Chyba
- Doprawdy? Myślałam, że zwyczajnie mnie doprowadzasz do szału - odpowiedziała, uśmiechając się już lekko.
Próbowała to obrócić w żart, ale chyba faktycznie mogła całkowicie stracić głowę dla tej rysowniczki. Zresztą, chyba stało się to już naprawdę dawno temu. Jakby nie patrzeć szybko pozbyła się przy niej wszelkich swoich hamulców, a jakimś cudem przy każdym kolejnym spotkaniu pozwalała sobie na coraz więcej.
- Wolę cię taką, która nie ucieka ode mnie wzrokiem - poprawiła, bo właśnie tego nie była w stanie znieść.
Nie sądziła, aby miała zbyt szybko obejrzeć tę uroczą wersję artystki. Musiałaby do tego raz jeszcze urządzić w podobny sposób jak minionej nocy, a dotychczas to nawet jeśli widziała ją pijaną to nie, aż tak. I chociaż naprawdę podobała jej się ta nowa odsłona River to za bardzo przywykła do tej pewnej siebie, która mogła ją doprowadzić do szaleństwa jednym dotykiem, a rozpalić ciało już pojedynczym słowem.
- I dobrze... - zamruczała tuż przy jej ustach, w które zaraz się wpiła.
Potrzebowała jej. Trudno było jej uwierzyć w to, że mogła być tak podatna na wpływ artystki. Lgnęła zbyt mocno do jej dotyku i obecności. Nawet nie mogła temu dobrze zaprzeczyć, bo przecież taka była prawda.
Miały za sobą dosyć ciężkie wyznania, a teraz... Mogły po prostu się w sobie zatopić. Całkowicie. W końcu dlaczego miałyby postąpić inaczej?
Znajomy żar pulsował pod skórą, a z gardła Ruelle wydostał się cichy dźwięk przyjemności, którego nie chciała i nie była w stanie powstrzymać. Wiedziała doskonale do czego zmierzało to wszystko i gdyby nie nieprzewidziany powrót właścicieli domostwa to... z pewnością wylądowałaby na blacie zamiast tradycyjnego posiłku.
Niby nie było to nic wielkiego. Głowa rodziny rozchorowała się na wyjeździe, więc wrócili do domu, aby mógł dojść do siebie we własnym łóżku. Tylko, że wpasowali się tym samym w dosyć istotny dla ich córki poranek. Jakby naprawdę Jonathan nie mógł wybrać sobie innego terminu na to jedno zachorowanie w roku.
Żołądek naprawdę ściskał jej się z nerwów do tak małych rozniarów, że jeszcze trochę, a przestanie w ogóle istnieć. Zwłaszcza, że w potencjalnie przyjaznym uśmiechu Isabel dostrzegała coś jeszcze. Coś, co pani Prescott na ten moment zachowywała wyłącznie dla siebie i mogła użyć w dowolnym momencie jako amunucję o wielkiej sile rażenia. Nie chciała się przekonać o co chodzi.
River zareagowała dosyć szybki na zadane pytanie, a do tego w nadzwyczaj poprawny sposób. Kobieta uścisnęła od razu jej rękę, będąc wyraźnie zadowoloną.
- Isabel Prescott - przedstawiła się i niemal od razu wskazała głową na stojącego w pobliżu małżonka. - Mój mąż, Jonathan.[//akapit]
- Miło poznać - odpowiedział mężczyzna, odchrząkując jeszcze. - Wybaczcie, ale pójdę się położyć. Nie czuję się najlepiej.
Jego niedyspozycja była w doskonały sposób widoczna. Nie musiał się nikomu z tego tłumaczyć. Zwłaszcza, że długa podróż musiała go jeszcze dodatkowo wykończyć.
- Niedługo do ciebie przyjdę, mi amor. Prześpij się - poleciła mu żona, a chory jedynie skinął głową.
Pożegnał się krótko i ruszył w kierunku schodów prowadzących na piętro. Po drodze wziął jeszcze na ręce mruczącego głośno kocura, który ocierał się o jego nogi. Isabel przez chwilę odprowadzał go wzrokiem, ale zaraz skupiła się ponownie na postaci dziewczyny znajdującej się u boku jej córki. Całe szczęście Ruelle przestała już kurczowo ściakać materiał jej koszulki, bo to byłoby conajmniej dziwne.
- Kac morderca nie ma serca, co? - zapytała z wyraźnym rozbawieniem, domyślając się od razu natury tego problemu. - Dawno cię nie widziałam River. Co u ciebie? Jak mamy?
Portorykanka wyraźnie należała do tego rodzaju rodziców, którzy doskonale pamiętali połowę dzieciaków, które chodziły z jej córką do szkoły, a w dodatku orientowała się w tym, co mniej więcej się u nich dzieje. Najwyraźniej pamiętała dosyć sporo o Cross.
- Mamá... - zaczęła Rue, ale nie bardzo wiedziała, co właściwie mogłaby w tej chwili powiedzieć.
- ¿Qué? Chyba wam w niczym nie przeszkadzam - powiedziała lekkim tonem, ale coś w jej głosie i spojrzeniu mówiło Ruelle, że wiedziała.
Przeszedł ją zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa i poczuła jak policzki palą ją ze wstydu, który odznaczył się wyraźnym rumieńcem na jej skórze. Panika narastała w niej z każdą kolejną chwilą. Jeszcze jedna, a zaraz zacznie się hiperwentylować.
- O nie, nie, nie. Nie ma takiej potrzeby, Rio. Możesz śmiało zostać. Nikomu nie przeszkadzasz, a nie ma mowy, żebyśmy sami opanowali ten gar zupy - zaoponowała niemal od razu Isabel i przesunęła się nieznacznie, aby w razie potrzeby zagrodzić River drogę.
Ewidentnie nie zamierzała jej wypuścić tak łatwo z domu. W normalnych okolicznościach Rue pewnie wsparłaby swoją rysowniczkę, ale sama nie była pewna czy woli, aby dziewczyna tkwiła przy jej boku w wyjątkowo niezręcznej sytuacji czy może wyszła. Domyślala się, że przy tym drugim scenariuszu czekałyby ją wyjątkowo nieprzyjemne dla niej pytania, od których Isabel łaskawie mogła się powstrzymać łaskawie w obecności obcej osoby w swojej kuchni.
River Cross