i'll be the day to your night
: ndz paź 04, 2026 11:06 am
Jakby on nie chciał niczego.
Żadne z jej stwierdzeń nie było tak dalekie od prawdy jak to, które powiedziała teraz. Żadne nie mijało się z prawdą tak ogromnej odległości.
Było to oczywiste, że przecież czegoś od niej chciał. Może nie od początku - może wtedy był wyłącznie pasażerem zabranym w tę podróż w chwili, w której wtargnęła do j e g o loży, a on pozwolił jej w niej zostać i odnaleźć schronienie. Może to wkradło się dopiero w trakcie, gdzieś w wydanym w roztargnieniu poleceniu by zatrudnić ją ponownie, w schowanym pod ladą czeku w postaci wymówki wydłużającej ich konwersację.
Z początku nie chciał nic więcej poza tym, co widział.
Piękno pojawiało się w Rapture w postaci wielu kobiet, przewijających się przez salę klubową. W Haze było jednak coś intrygującego, chowającego się pod obiektywnie atrakcyjną powierzchnią. Jej wzrok był ostry, skupiony, zachowane skomplikowane, każdy uśmiech wydawał się nagrodą, na którą zasłużyła osoba, której udało się go u niej wywołać.
Chciał ich więcej - chciał ją dla siebie, w ten zachłanny sposób, w jaki zachowywał się zwykle nawet jeśli nie wiedział jeszcze, co szło z nią w parze.
Nie wiedział o trosce, którą mogła w jego stronę rozciągnąć. O dotyku jej dłoni pieszczotliwie przesuwających się po jego włosach. O wszystkich tych nudnych rzeczach, o których mu opowiadała.
O tym jak wyglądała, gdy cudza krew skropiła jej policzek.
Chciał w s z y s t k i e g o.
Chciał tkwić blisko i być na wyciągnięcie jej ręki. Chciał słuchać historii z jej życia, z przeszłości, niezależnie od tego, czy były depresyjne czy nie. Chciał jeść z nią śniadanie i rozwiązywać pieprzone krzyżówki jak osoba, którą zdecydowanie nie był, ale którą chciał dla niej być.
To była ta jego zachłanność. Gorzej - to był ten jego cholerny egoizm.
Wiedział przecież, teraz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, że Haze wymagała opieki, wymagała delikatności. Że choć jej kręgosłup moralny pozwalał jej na przymknięcie powiek gdy wykonywał rzeczy, które mogła sobie zracjonalizować, złamałby się gdyby choć raz dostrzegła go jako człowieka, którym b y ł. Nie tym, którym starał się być w jej towarzystwie, by chciała być blisko niego, by jej usta rozciągały się w tym uśmiechu.
To nie była kwestia czy, to była kwestia k i e d y.
Wychowanie nie było w stanie zmienić natury. Mógł zachowywać się kulturalnie, szarmancko, mogła wytresować go swoimi reakcjami jak psa a ten i tak prędzej czy później znajdzie coś, co sprawi, że zacznie gryźć. Widział strach w jej oczach gdy ogarnęła go wściekłość, choć przecież skierowana była w stronę kogoś, kto na tę wściekłość zasługiwał. Widział to, w jaki sposób zareagowało jej ciało i umysł, gdy uświadomiła sobie, kim był naprawdę.
Zagarnianie jej choćby na chwilę wiedząc, że ta droga prowadziła wyłącznie do chwili takich jak ta, było definicją zachłanności. Mógłby zrzucić to na swoją krótkowzroczność, na chęć bycia lepszym, ale samoświadomość nie pozwalała mu przymknąć na to powiek.
Robiła to jego p o d ł a natura.
Westchnął, odpowiedź na jej drugie pytanie wydawała się oczywista. Haze wydawała się tak skupiona na potrzebach innych osób by nie dostrzegać własnych. To przez nie przecież zamiast dostrzegać w swoim oprawcy to, kim był naprawdę, postrzegała go jako człowieka, któremu pozwoliła na to, co w praktyce zabrał sobie sam.
Z nim robiła coś podobnego.
Dostosowywała się, balansując na granicy własnego komfortu lecz nigdy jej nie przekraczając.
Materiał przesunął się pod jego ciałem gdy podniósł się z kanapy. Kubek z kawą wylądował na blacie obok, a jego dłoń sięgnęła w stronę śniadania, które wcześniej mu oferowała. Odebrał kartonowe opakowanie i odstawił je na stół, pochylając się nad kobietą, jego sylwetka rzucała cień na nią i na mebel, na którym tkwiła.
- Zatańcz ze mną - rzucił krótko, wyciągając w jej stronę rękę. Odległa muzyka wygrywana przez ćwiczącego skrzypka była marną namiastką muzyki, ale dla niego równie dobrze mogła być całą orkiestrą.
you should speak out loud
Żadne z jej stwierdzeń nie było tak dalekie od prawdy jak to, które powiedziała teraz. Żadne nie mijało się z prawdą tak ogromnej odległości.
Było to oczywiste, że przecież czegoś od niej chciał. Może nie od początku - może wtedy był wyłącznie pasażerem zabranym w tę podróż w chwili, w której wtargnęła do j e g o loży, a on pozwolił jej w niej zostać i odnaleźć schronienie. Może to wkradło się dopiero w trakcie, gdzieś w wydanym w roztargnieniu poleceniu by zatrudnić ją ponownie, w schowanym pod ladą czeku w postaci wymówki wydłużającej ich konwersację.
Z początku nie chciał nic więcej poza tym, co widział.
Piękno pojawiało się w Rapture w postaci wielu kobiet, przewijających się przez salę klubową. W Haze było jednak coś intrygującego, chowającego się pod obiektywnie atrakcyjną powierzchnią. Jej wzrok był ostry, skupiony, zachowane skomplikowane, każdy uśmiech wydawał się nagrodą, na którą zasłużyła osoba, której udało się go u niej wywołać.
Chciał ich więcej - chciał ją dla siebie, w ten zachłanny sposób, w jaki zachowywał się zwykle nawet jeśli nie wiedział jeszcze, co szło z nią w parze.
Nie wiedział o trosce, którą mogła w jego stronę rozciągnąć. O dotyku jej dłoni pieszczotliwie przesuwających się po jego włosach. O wszystkich tych nudnych rzeczach, o których mu opowiadała.
O tym jak wyglądała, gdy cudza krew skropiła jej policzek.
Chciał w s z y s t k i e g o.
Chciał tkwić blisko i być na wyciągnięcie jej ręki. Chciał słuchać historii z jej życia, z przeszłości, niezależnie od tego, czy były depresyjne czy nie. Chciał jeść z nią śniadanie i rozwiązywać pieprzone krzyżówki jak osoba, którą zdecydowanie nie był, ale którą chciał dla niej być.
To była ta jego zachłanność. Gorzej - to był ten jego cholerny egoizm.
Wiedział przecież, teraz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, że Haze wymagała opieki, wymagała delikatności. Że choć jej kręgosłup moralny pozwalał jej na przymknięcie powiek gdy wykonywał rzeczy, które mogła sobie zracjonalizować, złamałby się gdyby choć raz dostrzegła go jako człowieka, którym b y ł. Nie tym, którym starał się być w jej towarzystwie, by chciała być blisko niego, by jej usta rozciągały się w tym uśmiechu.
To nie była kwestia czy, to była kwestia k i e d y.
Wychowanie nie było w stanie zmienić natury. Mógł zachowywać się kulturalnie, szarmancko, mogła wytresować go swoimi reakcjami jak psa a ten i tak prędzej czy później znajdzie coś, co sprawi, że zacznie gryźć. Widział strach w jej oczach gdy ogarnęła go wściekłość, choć przecież skierowana była w stronę kogoś, kto na tę wściekłość zasługiwał. Widział to, w jaki sposób zareagowało jej ciało i umysł, gdy uświadomiła sobie, kim był naprawdę.
Zagarnianie jej choćby na chwilę wiedząc, że ta droga prowadziła wyłącznie do chwili takich jak ta, było definicją zachłanności. Mógłby zrzucić to na swoją krótkowzroczność, na chęć bycia lepszym, ale samoświadomość nie pozwalała mu przymknąć na to powiek.
Robiła to jego p o d ł a natura.
Westchnął, odpowiedź na jej drugie pytanie wydawała się oczywista. Haze wydawała się tak skupiona na potrzebach innych osób by nie dostrzegać własnych. To przez nie przecież zamiast dostrzegać w swoim oprawcy to, kim był naprawdę, postrzegała go jako człowieka, któremu pozwoliła na to, co w praktyce zabrał sobie sam.
Z nim robiła coś podobnego.
Dostosowywała się, balansując na granicy własnego komfortu lecz nigdy jej nie przekraczając.
Materiał przesunął się pod jego ciałem gdy podniósł się z kanapy. Kubek z kawą wylądował na blacie obok, a jego dłoń sięgnęła w stronę śniadania, które wcześniej mu oferowała. Odebrał kartonowe opakowanie i odstawił je na stół, pochylając się nad kobietą, jego sylwetka rzucała cień na nią i na mebel, na którym tkwiła.
- Zatańcz ze mną - rzucił krótko, wyciągając w jej stronę rękę. Odległa muzyka wygrywana przez ćwiczącego skrzypka była marną namiastką muzyki, ale dla niego równie dobrze mogła być całą orkiestrą.
you should speak out loud