Strona 5 z 5

i'll be the day to your night

: ndz paź 04, 2026 11:06 am
autor: Vincent Monroe
Jakby on nie chciał niczego.
Żadne z jej stwierdzeń nie było tak dalekie od prawdy jak to, które powiedziała teraz. Żadne nie mijało się z prawdą tak ogromnej odległości.
Było to oczywiste, że przecież czegoś od niej chciał. Może nie od początku - może wtedy był wyłącznie pasażerem zabranym w tę podróż w chwili, w której wtargnęła do j e g o loży, a on pozwolił jej w niej zostać i odnaleźć schronienie. Może to wkradło się dopiero w trakcie, gdzieś w wydanym w roztargnieniu poleceniu by zatrudnić ją ponownie, w schowanym pod ladą czeku w postaci wymówki wydłużającej ich konwersację.
Z początku nie chciał nic więcej poza tym, co widział.
Piękno pojawiało się w Rapture w postaci wielu kobiet, przewijających się przez salę klubową. W Haze było jednak coś intrygującego, chowającego się pod obiektywnie atrakcyjną powierzchnią. Jej wzrok był ostry, skupiony, zachowane skomplikowane, każdy uśmiech wydawał się nagrodą, na którą zasłużyła osoba, której udało się go u niej wywołać.
Chciał ich więcej - chciał ją dla siebie, w ten zachłanny sposób, w jaki zachowywał się zwykle nawet jeśli nie wiedział jeszcze, co szło z nią w parze.
Nie wiedział o trosce, którą mogła w jego stronę rozciągnąć. O dotyku jej dłoni pieszczotliwie przesuwających się po jego włosach. O wszystkich tych nudnych rzeczach, o których mu opowiadała.
O tym jak wyglądała, gdy cudza krew skropiła jej policzek.
Chciał w s z y s t k i e g o.
Chciał tkwić blisko i być na wyciągnięcie jej ręki. Chciał słuchać historii z jej życia, z przeszłości, niezależnie od tego, czy były depresyjne czy nie. Chciał jeść z nią śniadanie i rozwiązywać pieprzone krzyżówki jak osoba, którą zdecydowanie nie był, ale którą chciał dla niej być.
To była ta jego zachłanność. Gorzej - to był ten jego cholerny egoizm.
Wiedział przecież, teraz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, że Haze wymagała opieki, wymagała delikatności. Że choć jej kręgosłup moralny pozwalał jej na przymknięcie powiek gdy wykonywał rzeczy, które mogła sobie zracjonalizować, złamałby się gdyby choć raz dostrzegła go jako człowieka, którym b y ł. Nie tym, którym starał się być w jej towarzystwie, by chciała być blisko niego, by jej usta rozciągały się w tym uśmiechu.
To nie była kwestia czy, to była kwestia k i e d y.
Wychowanie nie było w stanie zmienić natury. Mógł zachowywać się kulturalnie, szarmancko, mogła wytresować go swoimi reakcjami jak psa a ten i tak prędzej czy później znajdzie coś, co sprawi, że zacznie gryźć. Widział strach w jej oczach gdy ogarnęła go wściekłość, choć przecież skierowana była w stronę kogoś, kto na tę wściekłość zasługiwał. Widział to, w jaki sposób zareagowało jej ciało i umysł, gdy uświadomiła sobie, kim był naprawdę.
Zagarnianie jej choćby na chwilę wiedząc, że ta droga prowadziła wyłącznie do chwili takich jak ta, było definicją zachłanności. Mógłby zrzucić to na swoją krótkowzroczność, na chęć bycia lepszym, ale samoświadomość nie pozwalała mu przymknąć na to powiek.
Robiła to jego p o d ł a natura.
Westchnął, odpowiedź na jej drugie pytanie wydawała się oczywista. Haze wydawała się tak skupiona na potrzebach innych osób by nie dostrzegać własnych. To przez nie przecież zamiast dostrzegać w swoim oprawcy to, kim był naprawdę, postrzegała go jako człowieka, któremu pozwoliła na to, co w praktyce zabrał sobie sam.
Z nim robiła coś podobnego.
Dostosowywała się, balansując na granicy własnego komfortu lecz nigdy jej nie przekraczając.
Materiał przesunął się pod jego ciałem gdy podniósł się z kanapy. Kubek z kawą wylądował na blacie obok, a jego dłoń sięgnęła w stronę śniadania, które wcześniej mu oferowała. Odebrał kartonowe opakowanie i odstawił je na stół, pochylając się nad kobietą, jego sylwetka rzucała cień na nią i na mebel, na którym tkwiła.
- Zatańcz ze mną - rzucił krótko, wyciągając w jej stronę rękę. Odległa muzyka wygrywana przez ćwiczącego skrzypka była marną namiastką muzyki, ale dla niego równie dobrze mogła być całą orkiestrą.

you should speak out loud

i'll be the day to your night

: ndz paź 04, 2026 1:31 pm
autor: Violet Haze
Nie odpowiedział jej.
Przez moment jeszcze czekała, patrząc, jak podnosił się z kanapy, jak odstawiał kawę i zabierał opakowanie, którym wcześniej zupełnie nie był zainteresowany. Dopiero przy wyciągniętej ręce uniosła wzrok na jego twarz, z lekkim niedowierzaniem.
A więc to tak.
Jej śniadanie nie wystarczyło, żeby pozwolił zmienić temat. Troska o niego też nie. Nie przyjął nawet odpowiedzi, która była przecież prawdziwa, choć pomijała tę część, o którą najwyraźniej chodziło mu najbardziej. Wracał do pytania, używał jej imienia, czekał, aż w końcu powie coś więcej niż to, co mogła wypowiedzieć bez zaciskania gardła.
Kiedy zapytała jego, nagle można było po prostu wstać.
Zaprosić ją do tańca.
Violet popatrzyła raz jeszcze na jego dłoń. Zrobił dokładnie to, co przed chwilą tak skutecznie uniemożliwiał jej, tylko zdecydowanie lepiej wyglądał przy tym niż ona, próbująca wepchnąć mu francuskie śniadanie. To akurat trudno było podważyć. Nawet z pterodaktylem przyklejonym nad brwią.
Kącik jej ust drgnął, choć nie całkiem udało jej się zignorować to drobne ukłucie. Nie pytała przecież dla samego podtrzymania rozmowy. Chciała wiedzieć; kosztowało ją trochę, żeby w ogóle pozwolić sobie zapytać.
— Mnie nie pozwoliłeś zmienić tematu śniadaniem — zauważyła cicho, nawet rzucając to bardziej do siebie, jednocześnie unosząc lekko brwi. — Rozumiem, że gdyby było to bardziej efektowne to by zadziałało.
Nie zamierzała jednak odsuwać jego ręki.
W Rapture odpowiedź na taką propozycję pojawiła się właściwie od razu, w napiętych plecach, w oddechu, który urwał się na samą perspektywę tego, gdzie musiałaby znaleźć się jego dłoń. Dopiero później dorobiła do tego późną godzinę i mokrą sukienkę. Rozsądne powody, które mogła wypowiedzieć, zamiast próbować wyjaśnić coś, czego wtedy nie potrafiłaby powiedzieć mu nawet w części.
Teraz też poczuła napięcie. Ale patrząc na jego rękę, pamiętała przede wszystkim jej ciepło.
Jeszcze niedawno sama trzymała dłoń na jego policzku. Pozwoliła mu pocałować nadgarstek i przez chwilę nie umiała skupić się na niczym innym niż miejscu, w którym dotknął jej ustami.
Powinna znaleźć jakiś powód. Taki, który pozwalałby wstać bez przyznawania, że miała ochotę być bliżej; przez moment próbowała nawet pomyśleć o tym, że po całym tym poranku przydałaby im się zmiana tematu.
— Taniec za sekret, Monroe — przypomniała, zatrzymując dłoń tuż przy jego dłoni.
Dotknęła go opuszkami. Potem ułożyła rękę na jego ręce, już bez kolejnego zatrzymania. Mógł wybrać. Nie zamierzała od razu żądać odpowiedzi dokładnie na to, o co zapytała; wystarczyło jednak, że nie odda mu całej tej rozmowy za jeden szarmancki gest. Nie po tym, jak sam tak uparcie nie pozwalał jej schować się za czymś prostszym.
Wstała z jego pomocą.
Dopiero wtedy dotarło do niej, jak mało odległości zostało. Jego zapach był wyraźniejszy, materiał koszuli blisko jej palców, kiedy zatrzymała drugą rękę na jego ramieniu. Przez sekundę zesztywniała z przyzwyczajenia; oddech zatrzymał się, zanim udało jej się wypuścić go powoli.
Znów ten brutalny kontrast – ona w czymś, co było wygodne i założone na szybko; czymś co zakładało się, by po prostu siedzieć w domu. On wyglądający jak definicja samego siebie. Nieprzesadnie elegancki, z ułożonymi włosami – wyglądający tak dobrze, że nawet wiecznie buntujący się kosmyk jego włosów nie był w stanie tego mu odebrać.
Przesunęła kciukiem po jego skórze na jego dłoni, ledwie odrobinę, i coś przyjemnego rozeszło się pod żebrami.
Vincent Monroe miał w sobie coś niesprawiedliwego.
Nie chodziło nawet o twarz, choć ta zdecydowanie nie pomagała, ani o sposób, w jaki potrafił wyglądać dobrze nawet z kolorowym plastrem z pterodaktylem nad brwią.
Było w nim coś bardziej pierwotnego; czuła to od pierwszego wieczoru w Rapture i przez długi czas wmawiała sobie, że to zwyczajna ostrożność. Teraz wiedziała już, że nie do końca. Jego bliskość przyciągała uwagę w sposób niemal fizyczny, drażniąco łatwo przesuwała ją z rozsądku na zapach, ciepło skóry, ruch dłoni. I chyba właśnie to było w nim dla niej najbardziej destrukcyjne; że im więcej powodów miała, żeby trzymać Monroe na bezpieczną odległość, tym mniej jej ciało zdawało się rozumieć, po co właściwie miałaby to robić.
Nigdy jej rozum i ciało nie potrafiły być zgodne. Przy nim potrafiły się tylko zamienić perspektywami.
handsome and a hypocrite. i must have a type then

i'll be the day to your night

: ndz paź 04, 2026 10:26 pm
autor: Vincent Monroe
Zmiana tematu byłaby jedną definicją jego czynu.
W jego oczach był odpowiedzią, przynajmniej na jedno z zadanych mu pytań. Wyciągniętą w jej stronę ręką, która tkwiła tam od samego początku ich znajomości i drugiego spotkania w Rapture - tego, w którym zdążyła go nauczyć, że nawet nakłonienie jej do napicia się wody stanowiło jakiegoś rodzaju osiągnięcie, które nie było mu wtedy dane. Tkwiła tam nawet, gdy nie wyciągał jej fizycznie w jej stronę, zawsze obecna, zawsze c h ę t n a.
- Nie wiem o czym mówisz - odrzucił beztrosko, choć kącik jego ust uniósł się w namiastce szelmowskiego uśmiechu, którego od pełni grymasu dzieliła go ta odrobina taktu, którą posiadał.
Dopiero co czuł jej dotyk na swoim policzku. Ktoś inny mógłby być tym gestem usatysfakcjonowany - szedł w końcu w parze ze szczerością, która kosztowała ją bardzo wiele. Był jakimś przekroczeniem wydzielonej między nimi granicy, drobnym przesunięciem ją w inną stronę.
On przesuwał ją jeszcze dalej, pazernie.
Miękkość jej dłoni we własnej posłała impuls przez jego palce, dłoń aż po ramię. Uchwycił ją lekko, z rosnącym rozbawieniem przytakując na zaproponowany przez nią układ. W oddali niespełniony skrzypek mozolnie wygrywał jeden, ten sam utwór, zawierający parę fałszów, które próbował wygładzić.
Przez myśl przeszło mu, że dawno już nie znajdował się w mieszkaniu o tak cienkich ścianach.
- Mogłaś poprosić o wszystko. Kiepsko się targujesz - odpowiedział lekko, choć sama jej bliskość sprawiała, że w jego ciele pojawiło się znajome napięcie, ramiona wyprostowały nieco, choć głowa pochyliła w dół, wychodząc jej na spotkanie. - Jestem bardzo otwartym człowiekiem.
Kłamstwo, choć może nie w całości.
Nie mówił o swoim fachu bądź życiu wiele, ale nie dlatego, że czuł potrzebę trzymania tego przed nią w sekrecie. Zwyczajnie nie zadawała pytań, na które mógłby udzielić wyczerpującej odpowiedzi.
A może odpowiedzi stały się elementem tej gry między nimi, w której ona oferowała mu okruchy własnej tożsamości, więc on, podświadomie, również odpowiadał jej tym samym - nawet, gdy do pewnego stopnia mógłby oddać jej całość, gdyby tylko o to poprosiła.
Pociągnął ją nieco za sobą, wymijając stolik z porzuconymi resztkami śniadania, którego żadne z nich nie zjadło. Jego żołądek pamiętał wciąż zjedzony bladym świtem posiłek, który mu przygotowała - zresztą gdy znalazła się na wyciągnięcie ręki, zwinął się, zupełnie niezainteresowany czymś tak podstawowym, jak jedzenie.
- Już wiesz, jak mnie zabić - wytknął jej, splatając ich palce ze sobą. Muzyka wybijała jednostajny rytm, który choć tracił przebijając się przez cienką ścianę, wciąż był łatwy do wychwycenia. - A ja wiem, że nie umiesz gwizdać - dodał zaczepnie. Jego druga dłoń, której powierzchnię nadal zdobiły zaczerwienione zdarcia po poprzednim dniu, powoli sięgnęła do kobiecej talii, wsuwając się na przysłoniętą bluzą krzywiznę. - Nie wiem, czy wychodzę na tym układzie korzystnie.
Kolejne kłamstwo - tym razem okraszone uśmiechem tańczącym na jego ustach. Biorąc pod uwagę to, co powiedziała mu przed chwilą, wyjawiła mu dużo więcej niż on kiedykolwiek wyjawił jej - może poza Frankiem, obecnym w jego życiu jako jedyna jednostka, którą mógłby przyrównać do rodzicielskiej.
Wydarła kawałek siebie i wyciągnęła go w jego stronę, nie wiedząc, czy spotka się ze zrozumieniem. Wiedział, że powinien odpowiedzieć tym samym.
- Jakie sekrety cię interesują? - mruknął, spoglądając na nią z góry. - Mogę okazać się hojny, jeśli będą racjonalne.
Światło wpadające do pomieszczenia rozbijało się na jej gładkiej skórze, błyszczało na powierzchni ciemnych włosów, które ją okalały. Z tej perspektywy niemal nie widział śladów pozostawionych przez strużki łez, których nie zdołał zetrzeć. Z tej perspektywy, z której oglądał ją zwykle, nic nie psuło jej nienaganności - Haze była kobietą, która przykuwała jego wzrok niezależnie od tego, co miała na sobie.
Może wręcz w ten sposób wyglądała lepiej, bo ten sposób coś sobą reprezentował.
Był pewnym zdjęciem z siebie zbroi, którą zwykle zakładała, zaproszeniem go do miejsca, w którym była najbardziej wrażliwa, w wydaniu, w którym czuła się najbardziej komfortowo.
A komfort wydawał się towarem deficytowym w życiu Violet Haze.

anything to feel your touch