you and i both know it ends in blood
: wt paź 20, 2026 10:56 am
Nic ci nie zrobię.
Pamiętała, jak to powiedział. Ton, którym wcześniej potrafił ją przestraszyć, złagodniał wtedy na tyle, żeby mogła przestać wciskać się w kanapę; jego palce przesuwały się po mokrych policzkach, ostrożnie, jakby każda kolejna łza była czymś, czemu należało zaradzić. Nie potrzebowała nawet zapewnienia, choć zabolało ją wtedy, że musiał je wypowiedzieć. Przecież w i e d z i a ł a.
Teraz nie potrafiła już znaleźć dla tamtej pewności miejsca.
Miała na własnym ciele ślady jego dłoni, ale zupełnie inne od tych, których obecność odtwarzała później z pamięci, przesuwając kciukiem po nadgarstku. Ciepło nie zdążyło nawet zniknąć ze skóry a bolało. Każdy najmniejszy ruch przypominał o sile, z jaką potrafił ją przytrzymać, i o tym, jak niewiele znaczyła wobec niej własna próba cofnięcia ręki.
Był tym samym człowiekiem.
Rozumiała to, przynajmniej tak długo, jak długo pozwalała sobie patrzeć na niego bez szukania czegoś, czego teraz nie chciał jej dać. Problem polegał na tym, że wciąż tego szukała. Niemal odruchowo; zaczepiała się o znajomą twarz, choć spojrzenie już dawno przestało być znajome.
Jeszcze niedawno własnymi dłońmi rozbierał jej przekonanie, że bliskość musiała boleć. Uczyła się przyjmować dotyk bez wyczekiwania na coś gorszego; czasami nawet szukać go sama. Teraz wszystko wracało na wcześniejsze miejsce z bólem, nie do końca mającym coś wspólnego z fizycznym.
A jakaś ostatnia jej część nie chciała się na to zgodzić. Nie potrafiła oddać mu tamtego Vincenta Monroe równie łatwo, jak oddawała własne prawo do obrony.
Kiedy jego kolano uderzyło o posadzkę, spojrzenie natychmiast zatrzymało się na nim. Jej palce drgnęły a ramię napięło się odruchowo i dopiero ból przypomniał jej, że nie mogła już po prostu podejść. Przez tę jedną chwilę znowu zobaczyła przede wszystkim człowieka, który potrzebował pomocy; którego ciało zaczynało przegrywać z uporem, nawet jeśli on nadal nie zamierzał tego przyznać.
Chciała zapytać, czy-
Jedno z nas tutaj umrze.
Patrzyła na niego przez kilka sekund, bez ruchu, próbując dopasować usłyszane słowa do człowieka, który je wypowiedział. Mówił przecież do niej. O niej. Nie zostawił niczego, co mogłaby zrozumieć inaczej, chociaż jej umysł od razu próbował znaleźć taką możliwość; uchwycić się czegoś, co pozwoliłoby potraktować to jako kolejną groźbę mającą ją tylko przestraszyć.
Przestraszył ją.
Spojrzenie uciekło na ciało Scalviniego i niemal natychmiast wróciło do Monroe. Jeszcze przed chwilą potrafiła przy nim przykucnąć. Dotknąć ubrania, wsunąć rękę do kieszeni, choć każdy szczegół, którego nie zdołała ominąć wzrokiem, kazał jej przestać. Miała wtedy jedną rzecz do zrobienia. Znaleźć swój telefon, numer, człowieka, który powinien przyjechać po Vincenta.
Teraz nie potrafiła nawet patrzeć w tamtą stronę.
Wspomnienie siostry uderzyło w nią z opóźnieniem. Zacisnęła usta, a pod powiekami pojawiło się gorące szczypanie. To przecież od niej wszystko się zaczęło; od przekonania, że potrafi ją ochronić, że podejmie jedną okropną decyzję i później jakoś nauczy się z nią żyć. Nie potrafiła nawet doprowadzić jej do końca bez krzywdzenia wszystkich po drodze.
Jego. Siostry. Siebie nie umiała umieścić obok nich z równie wyraźnym przekonaniem, że spotkało ją coś, na co nie zasłużyła.
Nie chciała jednak umierać.
Ta potrzeba pozostawała w niej absolutnie żywa; tłukła się przy każdym zbyt płytkim oddechu, w drżeniu palców i w bezradnym wyczekiwaniu, aż on powie jeszcze coś. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej zrozumieć, co stanie się za chwilę. Nie miała w sobie złości, której mogłaby się przytrzymać, bo każde oskarżenie wracało do niej, zanim zdążyła skierować je przeciwko niemu.
Kiedy zwrócił się w stronę wyjścia, rozchyliła usta. Powinna była powiedzieć coś więcej, znaleźć słowa, które zatrzymałyby go chociaż na chwilę; ale głos nie chciał współpracować, a ona nie potrafiła przestać patrzeć na odległość, która z każdym jego krokiem robiła się coraz większa.
Nic ci nie zrobię.
Nic
ci
nie
zrobię.
I got toxins in my bloodstream
Pamiętała, jak to powiedział. Ton, którym wcześniej potrafił ją przestraszyć, złagodniał wtedy na tyle, żeby mogła przestać wciskać się w kanapę; jego palce przesuwały się po mokrych policzkach, ostrożnie, jakby każda kolejna łza była czymś, czemu należało zaradzić. Nie potrzebowała nawet zapewnienia, choć zabolało ją wtedy, że musiał je wypowiedzieć. Przecież w i e d z i a ł a.
Teraz nie potrafiła już znaleźć dla tamtej pewności miejsca.
Miała na własnym ciele ślady jego dłoni, ale zupełnie inne od tych, których obecność odtwarzała później z pamięci, przesuwając kciukiem po nadgarstku. Ciepło nie zdążyło nawet zniknąć ze skóry a bolało. Każdy najmniejszy ruch przypominał o sile, z jaką potrafił ją przytrzymać, i o tym, jak niewiele znaczyła wobec niej własna próba cofnięcia ręki.
Był tym samym człowiekiem.
Rozumiała to, przynajmniej tak długo, jak długo pozwalała sobie patrzeć na niego bez szukania czegoś, czego teraz nie chciał jej dać. Problem polegał na tym, że wciąż tego szukała. Niemal odruchowo; zaczepiała się o znajomą twarz, choć spojrzenie już dawno przestało być znajome.
Jeszcze niedawno własnymi dłońmi rozbierał jej przekonanie, że bliskość musiała boleć. Uczyła się przyjmować dotyk bez wyczekiwania na coś gorszego; czasami nawet szukać go sama. Teraz wszystko wracało na wcześniejsze miejsce z bólem, nie do końca mającym coś wspólnego z fizycznym.
A jakaś ostatnia jej część nie chciała się na to zgodzić. Nie potrafiła oddać mu tamtego Vincenta Monroe równie łatwo, jak oddawała własne prawo do obrony.
Kiedy jego kolano uderzyło o posadzkę, spojrzenie natychmiast zatrzymało się na nim. Jej palce drgnęły a ramię napięło się odruchowo i dopiero ból przypomniał jej, że nie mogła już po prostu podejść. Przez tę jedną chwilę znowu zobaczyła przede wszystkim człowieka, który potrzebował pomocy; którego ciało zaczynało przegrywać z uporem, nawet jeśli on nadal nie zamierzał tego przyznać.
Chciała zapytać, czy-
Jedno z nas tutaj umrze.
Patrzyła na niego przez kilka sekund, bez ruchu, próbując dopasować usłyszane słowa do człowieka, który je wypowiedział. Mówił przecież do niej. O niej. Nie zostawił niczego, co mogłaby zrozumieć inaczej, chociaż jej umysł od razu próbował znaleźć taką możliwość; uchwycić się czegoś, co pozwoliłoby potraktować to jako kolejną groźbę mającą ją tylko przestraszyć.
Przestraszył ją.
Spojrzenie uciekło na ciało Scalviniego i niemal natychmiast wróciło do Monroe. Jeszcze przed chwilą potrafiła przy nim przykucnąć. Dotknąć ubrania, wsunąć rękę do kieszeni, choć każdy szczegół, którego nie zdołała ominąć wzrokiem, kazał jej przestać. Miała wtedy jedną rzecz do zrobienia. Znaleźć swój telefon, numer, człowieka, który powinien przyjechać po Vincenta.
Teraz nie potrafiła nawet patrzeć w tamtą stronę.
Wspomnienie siostry uderzyło w nią z opóźnieniem. Zacisnęła usta, a pod powiekami pojawiło się gorące szczypanie. To przecież od niej wszystko się zaczęło; od przekonania, że potrafi ją ochronić, że podejmie jedną okropną decyzję i później jakoś nauczy się z nią żyć. Nie potrafiła nawet doprowadzić jej do końca bez krzywdzenia wszystkich po drodze.
Jego. Siostry. Siebie nie umiała umieścić obok nich z równie wyraźnym przekonaniem, że spotkało ją coś, na co nie zasłużyła.
Nie chciała jednak umierać.
Ta potrzeba pozostawała w niej absolutnie żywa; tłukła się przy każdym zbyt płytkim oddechu, w drżeniu palców i w bezradnym wyczekiwaniu, aż on powie jeszcze coś. Cokolwiek, co pozwoliłoby jej zrozumieć, co stanie się za chwilę. Nie miała w sobie złości, której mogłaby się przytrzymać, bo każde oskarżenie wracało do niej, zanim zdążyła skierować je przeciwko niemu.
Kiedy zwrócił się w stronę wyjścia, rozchyliła usta. Powinna była powiedzieć coś więcej, znaleźć słowa, które zatrzymałyby go chociaż na chwilę; ale głos nie chciał współpracować, a ona nie potrafiła przestać patrzeć na odległość, która z każdym jego krokiem robiła się coraz większa.
Nic ci nie zrobię.
I got toxins in my bloodstream