it's hard to forget your past when it's written all over your body
: śr lis 04, 2026 9:52 pm
Vincent Monroe wciąż potrafił ją zaskoczyć. Potrafił zadziwić ją tym, jak wiele potrafił powiedzieć, nie mówiąc tak naprawdę niczego. Potrafił zdumieć ją tym, jak szczery mógł być, nie zdradzając zasadniczo niczego.
Jego odpowiedź nie uspokoiła jej, a wręcz przeciwnie. Zdołała poznać go na tyle, że mogła śmiało założyć jego nieszczególną chęć do obarczania jej dalszymi problemami. Jeśli sięgnąć pamięcią, to zostawiał ją tylko z efektem końcowym – załatwione. Załatwiony problem z namolnym politykiem; załatwiony problem z Jessicą i jej ludźmi; załatwiony problem z porzuconym w lesie samochodem. Załatwiony problem jej własnego długu wobec Włochów.
Wszystko ciasno zawoalowane otoczką z prawdy, która nią była, ale było jej na tyle, że równie dobrze mogłaby się nie pojawić.
Westchnęła krótko, gdy zajął miejsce. Drżącymi dłońmi sięgnęła do skroni i rozmasowała je spokojnym ruchem.
— Całe szczęście, że nie zapytałam o coś naprawdę skomplikowanego. Mogłoby nam nie wystarczyć popołudnia na równie wyczerpującą odpowiedź — skwitowała kwaśno na głos, jeszcze zanim jej umysł zdołał rozpoznać rozczarowaną złośliwość, nim ta namalowała się na jej języku.
Świadomość przyszła chwilę później, ale było za późno. Za późno by wycofać się z ironicznego przytyku; za późno by spróbować zasłonić to miękkim żartem.
Jej spojrzenie spadło na zawartość w szklance, której niezbyt skomplikowany proces przygotowania była świadkiem. To nawet nie była kawa, która miała stać po stronie jego układu.
— Rozumiem też że twoja widoczna potrzeba odpoczynku również okazała ci brak szacunku — dodała znacząco, już w pełni świadomie własnych słów; w pełni świadomie też je dobierając. Nie powinna była wtrącać się w jego sprawy związane z biznesem; nie powinna też wtrącać się w sposób w jaki prowadził własne życie; zdecydowanie nie czuła się w pozycji by nagle wtargnąć w jego codzienność i próbować ją zmieniać, nawet jeśli z dobrą intencją.
Tylko że jeszcze kilka minut temu ten sam mężczyzna przekonywał ją, że chciał być za nią odpowiedzialny. Że nie przeszkadzała mu świadomość kolejnego zobowiązania, jakie nakładała na niego jej obecność; wręcz przeciwnie, przyjmował je z własnej woli, z tą charakterystyczną dla siebie z a c h ł a n n o ś c i ą, która nie pozostawiała zbyt wiele miejsca na negocjacje.
Nie potrafiła jednak odnaleźć w tym układzie miejsca na własną troskę; nie wiedziała, czy miała jakiekolwiek prawo oczekiwać, że Vincent potraktuje ją równie poważnie, jak sam oczekiwał traktowania swoich poleceń. I przede wszystkim nie wiedziała, dlaczego właściwie miałby to robić.
Nie była przecież jego żoną, która często miała być synonimem umoralniania. Nie była nawet pewna czym w ogóle miała nazwać tę relację; to, co zaledwie kilkanaście minut wcześniej zaczęło odzyskiwać znajome kształty, nadal pozostawało czymś pozbawionym wyraźnych granic i nazw, których nie odważyłaby się wypowiedzieć bez jego wcześniejszego przyzwolenia.
Dziwny paradoks osoby, której zdanie nigdy zbyt wiele nie znaczyło; która była do tego przyzwyczajona, a która nagle miała głupie marzenie o czymś zgoła przeciwnym.
Istniało prawdopodobieństwo, że robił jej na złość. Potraktował jej pusty talerz, jako niespełnioną część jej układu – od początku i tak nierównego. Opuściła spojrzenie na zastawiony stół i przez chwilę przyglądała się jego zawartości z niechęcią, którą długo próbowała przypisać wyłącznie własnemu żołądkowi. Nie zamierzała przecież robić mu na złość; nie miała najmniejszej ochoty prowokować kolejnej wymiany zdań dotyczącej tego, czy powinna coś zjeść; wręcz przeciwnie, gdyby tylko mogła, najchętniej pozbyłaby się całego problemu kilkoma posłusznymi kęsami.
Niestety sam zapach jedzenia wystarczał, żeby jej żołądek ponownie zacisnął się w bolesnym proteście.
on the whatever path
Jego odpowiedź nie uspokoiła jej, a wręcz przeciwnie. Zdołała poznać go na tyle, że mogła śmiało założyć jego nieszczególną chęć do obarczania jej dalszymi problemami. Jeśli sięgnąć pamięcią, to zostawiał ją tylko z efektem końcowym – załatwione. Załatwiony problem z namolnym politykiem; załatwiony problem z Jessicą i jej ludźmi; załatwiony problem z porzuconym w lesie samochodem. Załatwiony problem jej własnego długu wobec Włochów.
Wszystko ciasno zawoalowane otoczką z prawdy, która nią była, ale było jej na tyle, że równie dobrze mogłaby się nie pojawić.
Westchnęła krótko, gdy zajął miejsce. Drżącymi dłońmi sięgnęła do skroni i rozmasowała je spokojnym ruchem.
— Całe szczęście, że nie zapytałam o coś naprawdę skomplikowanego. Mogłoby nam nie wystarczyć popołudnia na równie wyczerpującą odpowiedź — skwitowała kwaśno na głos, jeszcze zanim jej umysł zdołał rozpoznać rozczarowaną złośliwość, nim ta namalowała się na jej języku.
Świadomość przyszła chwilę później, ale było za późno. Za późno by wycofać się z ironicznego przytyku; za późno by spróbować zasłonić to miękkim żartem.
Jej spojrzenie spadło na zawartość w szklance, której niezbyt skomplikowany proces przygotowania była świadkiem. To nawet nie była kawa, która miała stać po stronie jego układu.
— Rozumiem też że twoja widoczna potrzeba odpoczynku również okazała ci brak szacunku — dodała znacząco, już w pełni świadomie własnych słów; w pełni świadomie też je dobierając. Nie powinna była wtrącać się w jego sprawy związane z biznesem; nie powinna też wtrącać się w sposób w jaki prowadził własne życie; zdecydowanie nie czuła się w pozycji by nagle wtargnąć w jego codzienność i próbować ją zmieniać, nawet jeśli z dobrą intencją.
Tylko że jeszcze kilka minut temu ten sam mężczyzna przekonywał ją, że chciał być za nią odpowiedzialny. Że nie przeszkadzała mu świadomość kolejnego zobowiązania, jakie nakładała na niego jej obecność; wręcz przeciwnie, przyjmował je z własnej woli, z tą charakterystyczną dla siebie z a c h ł a n n o ś c i ą, która nie pozostawiała zbyt wiele miejsca na negocjacje.
Nie potrafiła jednak odnaleźć w tym układzie miejsca na własną troskę; nie wiedziała, czy miała jakiekolwiek prawo oczekiwać, że Vincent potraktuje ją równie poważnie, jak sam oczekiwał traktowania swoich poleceń. I przede wszystkim nie wiedziała, dlaczego właściwie miałby to robić.
Nie była przecież jego żoną, która często miała być synonimem umoralniania. Nie była nawet pewna czym w ogóle miała nazwać tę relację; to, co zaledwie kilkanaście minut wcześniej zaczęło odzyskiwać znajome kształty, nadal pozostawało czymś pozbawionym wyraźnych granic i nazw, których nie odważyłaby się wypowiedzieć bez jego wcześniejszego przyzwolenia.
Dziwny paradoks osoby, której zdanie nigdy zbyt wiele nie znaczyło; która była do tego przyzwyczajona, a która nagle miała głupie marzenie o czymś zgoła przeciwnym.
Istniało prawdopodobieństwo, że robił jej na złość. Potraktował jej pusty talerz, jako niespełnioną część jej układu – od początku i tak nierównego. Opuściła spojrzenie na zastawiony stół i przez chwilę przyglądała się jego zawartości z niechęcią, którą długo próbowała przypisać wyłącznie własnemu żołądkowi. Nie zamierzała przecież robić mu na złość; nie miała najmniejszej ochoty prowokować kolejnej wymiany zdań dotyczącej tego, czy powinna coś zjeść; wręcz przeciwnie, gdyby tylko mogła, najchętniej pozbyłaby się całego problemu kilkoma posłusznymi kęsami.
Niestety sam zapach jedzenia wystarczał, żeby jej żołądek ponownie zacisnął się w bolesnym proteście.
on the whatever path