Strona 45 z 50

tequila con muerte

: śr kwie 01, 2026 7:01 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
coś na pewno jest...
Madox chyba już też znał tą jej panikę, te ataki, które do niedawna dotyczyły Daltona, a teraz... jej matki? Widział to w jej oczach i w tym jak się spięła, czuł to po prostu, w jej szybko bijącym sercu, w tym urywanym oddechu. Zresztą on zawsze czuł takie rzeczy i umiał je rozładować. No chyba, że był na zjeździe, wtedy sam panikował... Ale wtedy potrafiła go ogarnąć Pilar. Tylko ona właściwie.
Uzupełniali się idealnie.
Dopełniali się w taki sposób, że to czasem wydawało się niemożliwe. I teraz też Madox się nawet nie zawahał, nawet nie zastanowił, tylko działał instynktownie, tak jak czuł, odzywając się do niej spokojnie, dotykając ją, miękko, ale wciąż blisko. Zawsze chciał być blisko niej.
Przysunął się jeszcze, nie gwałtownie, odruchowo, naturalnie, uśmiechnął się delikatnie, kiedy powiedziała, że czuje, a na jej kolejne słowa nawet uniósł zaczepnie jedną brew.
- Zajebiście, zawsze chciałem wypierdolić w kosmos - znowu przytulał sobie do policzka jej dłoń, ciemne tęczówki zawiesił na jej błyszczących oczach - a z tobą, to już w ogóle brzmi fajnie - znowu się uśmiechnął. Wszystko mu z nią brzmiało zdecydowanie lepiej. Nawet jeśli panikowała, to co z tego, Madox nawet przez sekundę nie pomyślał, że jemu też to zepsuje humor, czy, że coś tutaj było nie na miejscu. Wszystko było jak najbardziej tak, bo on ją brał i kochał ze wszystkim. Z tym jak była silna i pokazywała wszystkim gdzie jest ich miejsce, Pablo Gonzalesowi na przykład, rozpierdalając go w strzelaniu, ale też w tymi lękami, które chowała gdzieś głęboko, nawet przed nim czasem. I tak jak wtedy, na zapleczu klubu jej powiedział, że co by się nie działo, nieważne jak ona by sobie radziła z problemami, to on będzie obok, tak, teraz jej to powtórzył. Siempre obok niej.
A zaraz jakby na potwierdzenie przytulił ją do siebie, pozwolił jej się wsłuchać w rytm jego serca, w oddech, w to jak krew krążyła w żyłach, a potem w muzykę z łodzi, inną niż ta pod sceną. A kiedy Pilar zaczęła się delikatnie poruszać w jej rytmie, to przesunął palcami miękko po jej plecach, idealnie się zgrywali, do rytmu, do siebie nawzajem. Chociaż kiedy powiedziała, że to diablo-bóg brzmi okropnie, to parsknął gdzieś w jej kark, przytulił się jeszcze do niego, a zaraz odsunął się żeby spojrzeć w jej oczy.
- Czemu? Brzmi świetnie, to co dobre z boga i to co... złe z diabła, tutaj - wskazał na siebie palcem, ale zaraz już znowu sunął nimi gdzieś po jej plecach, gdzieś po suwaku sukienki i po nagiej, pomalowanej skórze - a jaka jest lepsza? - zapytał zaraz - jaguar? - pokazał jej czubek języka - jakbym miał taką na mieście, pasowałaby do... - już jej miał nawijać, że do tej jego renomy dzikusa i kobieciarza by pasowała. Tylko czy Madox wciąż miał taką renomę? Chyba nie.
Zresztą zaraz już w przypływie chwili wyznawał jej miłość, najprawdziwszą, taką zarezerwowaną tylko dla niej, a ona od razu odpowiedziała. Teraz te ich słowa wychodziły z nich tak naturalnie, jakby... chyba po prostu nie dało się inaczej. Bo tak już było, że oni się kochali. Madox znowu się do niej przysunął i już nawet otworzył usta, żeby jej coś powiedzieć, ale kiedy odezwała się po hiszpańsku, to się zamknął, to jej słuchał. I znowu złapał powietrze w płuca i znowu miał jej coś nawijać, pewnie coś głupiego, jak to Madox w takich chwilach, ale całe szczęście Pilar zamknęła mu buzię w pocałunku. Innym, najpierw wolno-słodkim, a potem coraz bardziej głębokim, nie szybkim i gwałtowny, jak zawsze, takim, w którym czuli każde muśniecie warg, w którym czuli swoje języki i chyba nawet tą krew, która przepływała gdzieś pod skórą. Wszystko czuli. To jak skóra ocierała się o skórę, jak łaskotały i drapały ich ciuchy. Jak serca znowu biły jednym rytmem, jedno, obok drugiego.
A kiedy w końcu oderwali się od siebie, kiedy Madox znowu zaciągnął się powietrzem wymieszanym z obłędnym zapachem jej perfum, jej ciała, to aż westchnął.
- Nikt nie całuje, tak jak ty - wyznał jej, tylko ona zaraz też to zrobiła... I to jej zwierzenie było... - bezpieczną przystanią? - powtórzył po niej i chyba chwilę układał te słowa w głowie, trawił je. Bo on ją przecież tak często narażał, i... on chyba nie umiał być dla kogoś bezpieczną przystanią, w ogóle przystanią, bo on przecież wiecznie gdzieś gnał, pakował się w kłopoty, nie myślał o innych.
Nie.
Z nią przecież potrafił się zatrzymać. Myślał o niej, stawiał ją często na pierwszym miejscu. Może nawet kiedyś się przy niej nauczy nie pakować w kłopoty? Może...
- To brzmi... - zastanowił się przez moment - nigdy czegoś takiego nie słyszałem, i to jest zajebiste - szarpnął się do niej, kiedy opadła plecami na drzewo, trochę może niebezpiecznie, bo mogła poczuć nierówną korę na plecach, ale... nigdy im to nie przeszkadzało - bardzo gorącą - przyparł ją mocniej do drzewa, wciąż biło od nich to ciepło, a teraz jeszcze jakieś takie bardziej ogniste, kiedy patrzyli sobie znowu tak intensywnie w oczy, ciemne, błyszczące - zajebista przystań, podoba mi się - jeszcze musnął zaczepnie jej wargi, a zaraz usiadł sobie na ziemi między jej nogami, wtulając policzek w jej rozgrzane udo, sunął palcami po jej łydkach, spojrzenie zawiesił gdzieś na tym oceanie przed nimi, na tańczących na jego powierzchni światłach. Chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale kiedy to ona zaczęła mówić o matce, to odchylił do tyłu głowę, oparł ją na jej udzie, żeby na nią spojrzeć z dołu.
- To jest... - zaczął i aż zmarszczył brwi łapiąc do góry nogami jej spojrzenie - ja ci pomogę - może to brzmiało trochę, jak słowa, które rzuca się po prostu po to, żeby kogoś pokrzepić, ale Madox nigdy nie rzucał słów na wiatr, nie gadał sobie bo tak. Patrzył na nią z dołu i nawet zmarszczył brwi, ale dziwnie mu się tak łapało jej spojrzenie, więc zaraz się wyprostował, zaraz już znowu się do niej odwracał, żeby czarne oczy zawiesić na tych jej, w których odbijały się miliony światełek.
- My też byliśmy skazani na porażkę, a zobacz... Na razie dajemy radę - najpierw chciał się do niej przysunąć, ale zaraz ją szarpnął i posadził na sobie - więc nigdy nie mów nigdy Pilar - szarpnął się do niej bliżej, ale zamiast zamknąć znowu jej usta w pocałunku, to ułożył na jej wargach kolejne słowa - więc może... jeszcze daj temu szansę? - tak jak... jemu dała. Kiedy mieli się unikać po Medellin, udawać, że się nie znają, a on... przyszedł do niej z choinką. Pilar była policjantką i wiadomo, że wiedziała jak się szuka ludzi, miała swoje sposoby, ale Madox miał swoje, trochę może inne niż te jej. Mógł też ich spróbować, chciał.
Nawet chciał jej jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy tuż przy oceanie wybrzmiał huk, a zaraz niebo rozbłysło się fajerwerkami. Były piękne, odbijały się od wody, a Madox zaraz odwrócił do nich Pilar, tym razem ją sadzając sobie na kolanach, opierając jej plecy o swoją klatę, objął ją w pasie, policzek przytulił do jej szyi. Jeszcze chciał jej powiedzieć, że przecież on też się nie spodziewał, że po dziesięciu latach jeszcze spotka swoją matkę, a tu proszę... I jeszcze nawet miał siostrę, kto by się spodziewał? Tylko, że huk, który odbijał się od tej otwartej przestrzeni zagłuszał wszystko. Sprawiał, że w głowie wybrzmiewały tylko te miliony rozbłysków na czarnym niebie. Nic innego.

Pilar Noriega Wifeyy🥺❤️💍

tequila con muerte

: śr kwie 01, 2026 10:26 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
wciąż naćpani
Był jej bezpieczną przystanią.
Niezależnie od tego jak absurdalnie to brzmiało. Jak wydarzenia, które ich spotkały odkąd tylko ich drogi się zeszły plątały ich nogi, sprawiały, że wiele razy ocierali się o śmierć… ona i tak uważała go za przystań. Stałą w swoim życiu. Bo chociaz razem wciąż mkneli w przódu, żadko kiedy się zatrzymywali, byli chaotycznie i nierozgarnięci, to byli w tym razem. I chyba właśnie to było dla niej najważniejsze. To że kiedy wszystko dookoła się waliło, świat dosłownie rozpadał się w rękach jak wtedy z Daltonem, on był przy niej. Nawet kiedy było ciężko. Nie poddał się. A przecież mógł. Miał pełne prawo tym po prostu pierdolnąć. Przecież Madox… mógł mieć każdą. Miała tego świadomość. Naprawdę nie ciężko było się w nim zakochać, sama doskonale coś o tym wiedziała. A jednak kiedy zrobiło się gorzej on wcale nie machnął na nią ręką, jak te wszystkie rodziny w bidulu, które rozważały adopcje małej Pilar, a potem odpuszczały — on złapał ją za rękę i wskoczył razem z nią w ogień, nie zważając w ogóle na to, że sam mógł się spalić. A przy tym wszystkim jeszcze upewniał się, że była bezpieczna. Wstawiał się za nią. Po raz pierwszy w jej życiu — a to już trzydzieści lat na tym skurwiałym świecie — ktoś stawiał ją nad wszystko inne. I to było… niesamowite.
Czuła to. Czuła ogromną wdzięczność względem jego osoby, tego wieczoru jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy pieprzona emka oczyściła jej głowę i pozwoliła w niej poukładać pewne rzeczy. I tą właśnie wdzięczność przekazywała mu w swoich kolejnych gestach, słowach, a potem i pocałunkach. Była w tym czuła do granic możliwości, celebrowała chwilę, dbała o każdy najdrobniejszy detal i pociągnięcie językiem, chociaż serce w piersi pracowało już na najszybszych obrotach. Fascynujące było to, jak potrafili zachowywać się jak największe dzikusy, jakie widziała ta planeta, zrywając z siebie ciuchy i gryząc się chaotycznie, a następnym razem robić to żałośnie po-wo-li, wszystko z dokładnie takim samym efektem.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy powiedział, że nikt nie całował jak ona. Jego pocałunki również były jedyne w swoim rodzaju. Wzbudzały w niej tak skrajne uczucia, rozpierdalały od środka w najpiękniejszy, możliwy sposób.
A jak ja całuje? — nie miała jednak zamiaru tak łatwo odpuścić tego tematu, dlatego zaraz znowu się do niego nachyliła, drocząc się z jego ustami, zahaczając je mokrym językiem. — Słodko? — musnęła je kilkakrotnie przelotnie. — Czy jak dzikuska? — złapała jego dolną wargę w zęby i przygryzła mocno, naciągając delikatnie. Następnie złożyła kilka pocałunków na jego żuchwie i kąciku. — Co wtedy czujesz? — wyszeptała, a potem ponownie go pocałowała, już mocniej i o wiele pewniej, szarpiąc za materiał koszulki. Dobrze, że miał ją rozpiętą, bo inaczej kolejne guziki zostały by unicestwione.
I może nawet pchnęłaby go na piach i całowała każdy centymer jego obłędnego, ale wtedy on tak wygodnie ułożył się między jej nogami i zaczął gładzić równie umazane nogi, że nie miała już serca go ruszać. Szczególnie, że sama mogła błądzić rękami po jego rozgrzanej klacie i spoglądać na ocean. A potem jeszcze rozmawiać o matce, której nigdy nie miała. Już o wiele spokojniej niż kiedy wyszli z namiotu karlicy.
Serce zacisnęło się jej mocniej, gdy powiedział, że jej pomoże. Wiedziała, że chciał, ale…
Kocham cię — rzuciła w odpowiedzi, wplatając palce w jego włosy. — I kurewsko to doceniam, ale nie masz jak — wzruszyła ramionami, po czym uniosła spojrzenie na ocean. Na wodę ciągnącą się w nieskończoność. Może ona faktycznie gdzieś tam była? — Nie ma nawet żadnego punktu zaczepiania — a akurat ona jako policjantka coś o tym wiedziała. Nawet jebany Sherlock Holmes nie rozwiązałby sprawy z powietrza. — Nic, Madox. Nawet imienia — wróciła do niego spojrzeniem, w którym mógł zobaczyć mieszankę zupełnie nowych emocji, też tych dziecięcych z przeszłości. — Nawet zapisów ze szpitala. Wiem to, bo włamałam się nawet do jebanego szpitala i pobrałam całą bazę danych. Spisy zaczynają się od roku dwutysięcznego. Po prostu nie ma jak — było słychać zawód w jej głosie, ale też doprawiła to uśmiechem, bo przecież wiedziała o tym już od dłuższego czasu. Pogodziła się z tym. To nie była żadna nowa sprawa, jedynie trochę rozgrzebana. — Ale to nic — zapewniła go. — To też nie tak, że ona mnie chciała. W końcu wyjebała mnie na wycieraczkę. Miała osiemnaście lat, żeby się po mnie wrócić — miała żal do matki, to nawet nie podlegało wątpliwości. I jasne, słuchała go uważnie i rozumiała, co próbował jej przekazać, ale jednak z Esme sytuacja wyglądała inaczej. Ona chciała być znaleziona, poza tym Madox ją znał. Pilar nawet by nie wiedziała, jak ona wygląda. Miała już nawet coś dodać o tym daniu temu szansy, kiedy wciągnął ją na siebie, ale wtedy wybrzmiał pierwszy huk, a niebo rozbłysło w obłędnych kolorach.
Momentalnie zadarła głowę i dała się odwrócić, wpatrzona w fajerwerki. Były przepiękne. Kolorowe i tak bardzo różnorodne. Jak każda osoba tutaj na tej imprezie. Stewart nie była pewna, czy to emka tak zaczynała na nią działać, ale każda iskierka, nawet kiedy już opadała w dół, błyszczała niesamowicie, kolory blendowały się ze sobą, tworząc coś, czego Pilar nigdy wcześniej nie widziała. Rozłożyła się wygodnie na jego ciele, wsłuchując jak mocne uderzenia jego serca blendują się z hukiem sztucznych ogni. I kiedy pokaz wciąż trwał w najlepsze, w końcu podciągnęła się w górę i odwróciła do niego przodem.
Quiero darle una oportunidad a estetemu chce dać szansę, powiedziała przysuwając się do niego tak blisko, żeby mógł ją dobrze słyszeć. — porque es… bo to… wbiła palec w swoją klatkę a zaraz potem w jego. — Esto es real. Lo más real que existe en todo el maldito mundo To jest prawdziwe. Najprawdziwsze na całym, jebanym świecie. Wbiła spojrzenie w jego obłędnie ciemne oczy, w których teraz odbijała się z każda jedna fajerwerka, wybuchająca na niebie. — Y que todos los demás se vayan a la mierda A cała reszta może się pierdolić, zakończyła to kolejne już tego wieczoru przemówienie, podsumowując wszystko czułym pocałunek, który złożyła na jego ustach — mocno i pewnie — a zaraz potem zerwała się na równe nogi.
Vamos — wyciągnęła do niego rękę i pomogła wstać. — Z molo na pewno zajebiście to widać! — oznajmiła, uśmiechnięta od ucha do ucha, gotowa zaciągnać go tam, gdzie finalnie nigdy nie dotarli, na samiuśki koniec molo. Fajerwerki były puszczane z łodzi, stojącej na wodzie, dlatego na pewno nie było lepszego miejsca do oglądania momentu kulminacyjnego! A przynajmniej tak podpowiedziało Pilar jej wewnętrzne dziecko.

Esto es real. Lo más real que existe en todo el maldito mundo ⋆✴︎˚。⋆*ੈ✩‧₊˚ 💥🎆🎇💥

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 12:01 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
impreza trwa
Rzeczywiście niezwykłe było to, jak szeroką paletę różnych emocji, rożnych uczuć, ale i odczuć sobie przekazywali. Raz intensywnie, do szaleństwa, a zaraz czule i z miłością. Chociaż ta miłość chyba była zawsze, nawet jak się kłócili, nawet kiedy te quiero zastępowało te odio, to przecież to nie było nigdy tak, że się nienawidzili naprawdę. Chociaż to czasem były tak skrajne emocje, tak różne. Inne.
I to jak całowała go Pilar też było inne, co zaraz jej powiedział. Bo Madox w zasadzie zawsze lubił, kiedy to było gorące, nawet pocałunki, ale kurwa... Nigdy z nikim nie były tak ogniste jak z nią. Już otworzył usta, żeby jej powiedzieć jak, ale kiedy zaczepiła go językiem, to wypuścił powietrze z płuc i uśmiechnął się delikatnie.
- Najsłodziej na świecie - mruknął w jej pełne, gorące usta, kiedy muskała jego wargi, mogła poczuć to jak uśmiechnął się jeszcze bardziej - terrible salvaje -straszna dzikuska, poczuł to, kiedy go ugryzła, ten przyjemny, dziki dreszcz zbierający się na plecach. Wypuścił mocno powietrze z płuc przez nos, kiedy zeszła pocałunkami niżej. Zastanowił się moment, kiedy zapytała co wtedy czujesz i najpierw wywrócił oczami, ale zaraz utkwił je w jej twarzy - wszystko... Jak serce napierdala, jakby miało wyskoczyć z piersi, i jak kręci mi się w głowie od tego obłędnego smaku. Jak po plecach przechodzi dreszcz i jak cały czas chcę więcej, to wszystko czuję naraz, są słodkie, i są gorące, i są niesamowite - wyrzucił z siebie na jednym oddechu, zanim znowu pocałowała go w ten niesamowity sposób. Zanim nie przyciągnęła go do siebie za koszulę. Serce od razu przyspieszyło obijając się w piersi, tak, że dzwoniło w uszach. Po plecach rzeczywiście przeszedł mu dreszcz, mocny intensywny, wzdłuż kręgosłupa. I zakręciło mu się w głowie - obłędne - jeszcze raz musnął jej wargi zaczepnie, gwałtowniej, zanim ułożył się miedzy jej nogami. Zanim nie zaczął sunąć palcami po pomalowanej skórze, zaczepiając nimi o materiał jej sukienki.
Dopiero kiedy powrócił temat jej matki, odwrócił się do niej znowu. Utkwił spojrzenie w jej twarzy, w oczach, które zawiesiła na oceanie.
- Nie ma rzeczy niemożliwych - rzucił i pewnie każdy z boku powiedziałby, że to takie gadanie głupiego. Może tak było?
Ale Madox naprawdę w to wierzył, że nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko można tylko trzeba do tego odpowiednio podejść. Po trupach do celu...
- Może nie rodziła w szpitalu? - zapytał, ale przysunął się bliżej znowu ją objął - i skoro cię oddała, to może musiała? Każdy medal ma dwie strony i ty... masz dostęp do jednej, a ja do drugiej - wzruszył ramionami. Bo Madox nie chciał teraz zepsuć tego momentu gadaniem o tym, że jej matka mogła urodzić na jakieś melinie, ale mogła. A on znał ludzi, którzy prowadzili takie miejsca, znał pseudo lekarzy, chociaż trzydzieści lat to kupa czasu, ale może wystarczyło popytać? Madox zawsze wychodził z takiego założenia, każde informacje można zdobyć, trzeba tylko wiedzieć gdzie pytać.
Pokiwał głową kiedy powiedziała to ale to nic, jakby ją rozumiał, jakby się z tym zgadzał, ale tak naprawdę to przecież już zastanawiał się co by mógł zrobić, do kogo się zgłosić. Chciał jej jeszcze coś powiedzieć, to, że jej matka nie wiedziała co traci, że przecież... mogła być najlepszym, co ją w życiu spotkało, tak jak była dla niego, ale wtedy w niebo poszły pierwsze sztuczne ognie. A potem kolejne. Dziesiątki kolorowych iskier.
Odbijały się w oceanie, i w jej oczach. A huk wypełniał powietrze, sprawiał, że całe ciało drżało...
A może to jego zadrżała, kiedy podsunęła się do niego bliżej.
- A nosotros? - nam?, zapytał, a jedna jego brew uniosła się do góry, bo przecież już chyba zdecydowali, że... dadzą temu szansę? Im szansę.
Chociaż jej kolejne słowa sprawiły, że się uśmiechnął, szarpnął się, żeby dziabnąć ją w palec, który wbiła mu w klatę. Musiał się z nią zgodzić, że to było... najprawdziwsze, co on kiedykolwiek czuł. Zawiesił spojrzenie na jej pięknych, błyszczących, dużych oczach. Już nawet miał powtórzyć po niej, że wszystko inne może się pierdolić, ale znowu zamknęła mu usta pocałunkiem, i teraz on też się do niej wyrwał, już zacisnął palce na jej pośladku, ale poderwała się z miejsca. Teraz on zerknął na nią trochę z wyrzutem, ale zaraz już zbierał się z ziemi chwytając ją za rękę.
- Z samego końca molo - mrugnął do niej jednym okiem i zaraz splótł jej palce ze swoimi , najpierw pociągnął ją za rękę w kierunku molo, ale zaraz już ją wciągał do siebie na plecy, żeby złapać ją pod kolanami niosąc na barana. Właściwie przedarcie się przez ludzi obserwujących fajerwerki nie było takie trudne. Chociaż emka wciąż trzymała, a emocje się udzielały, więc kiedy przechodzili koło tych intensywnie całujących się par, to Madox szczypał ją pod kolanem, albo zaczepiał zębami jej rękę. Koło tych, którzy cieszyli się jak dzieci, oni też na moment przystanęli i też patrzyli w niebo z szerokimi uśmiechami na twarzach. Na molo nie było wcale dużo ludzi. Kilka par.
A na samym końcu... pusto, jakby znowu to miejsce czekało na nich. Rzeczywiście stąd fajerwerki wyglądały najlepiej, jakby były na wyciągnięcie ręki. Na całym niebie.
Madox postawił Pilar na deskach.
- Możemy się trochę ochłodzić - zaproponował i zaraz już ściągał z siebie buty, żeby usiąść na brzegu molo, spuścić nogi do wody, była przyjemnie chłodna, wyciągnął rękę do Pilar - i odpalić cygaro - miał w kieszeni takie które dostał od dziadka na łodzi, trochę się pogniotło gdzieś podczas ich przygód, ale wciąż nadawało się do użytku. Dał je jej, kiedy sam grzebał po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Znalazł ją w końcu. Podał jej, ale cygarko zabrał, żeby mu odpaliła, a kiedy to zrobiła to pociągnął mocno i pyknął kilka razy, kilka kółek dymu, które uniosły się nad ich głowami.

El que mejor besa del mundo ( ˶˘ ³˘(ˊᗜˋ*)!♡

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 9:55 am
autor: Pilar Stewart
Słuchała go uważnie, kiedy opowiadał o ognistych pocałunkach, a jej oczy świeciły się chyba bardziej niż nie jedna, kolorowa lampka wbita w ziemię dookoła sceny. Wiedziała, że potrafili się zgadzać z wielu rzeczach, ale żeby on słowo w słowo opisał to, co sama czuła? No to akurat było niesamowite. Jakby wszedł jej do głowy i rozgościł się wśród myśli. Może było aż tak przewidywalna? A może po prostu czuli do siebie dokładnie to samo. Nie wiedziała jak rzadki to był przypadek, nie miała za dużo miejsca na porównania, ale ten tutaj, ten między nimi wydawał się… całkiem wyjątkowy. Excepcional.
Wyjątkowy był również sposób, w jaki Madox nie przyjmował do wiadomości, że to była sprawa bez wyjścia, jak usilnie powtarzał, że nie było rzeczy niemożliwych. Jak stał przy tym uparcie. I tu akurat się różnili, bo Stewart wiedziała, że były. Po dziesięciu latach pracy w policji wiedziała, że taka już była kolej rzeczy, że niektóre sprawy pozostawały niewyjaśnione. I może ta jej właśnie taka była. A może nie? Może teraz, kiedy miała dodatkową parę rąk do pracy i dojścia, do których ona nie miała za grosz, może jednak można było to znowu ruszyć? Rozgrzebać? Nastawić się na ponowne odgrzebywanie wspomnień i żali?
Może nie rodziła w szpitalu?
Może — wzruszyła ramionami na jego teorię. — Ale wszystko wskazuje, że był to szpital albo chociaż miejsce dostosowane do porodów. Podobno jak mnie znaleźli, to chociaż byłam świeżo po urodzeniu, to byłam czyściutka i owinięta w specjalną szmatę, którą dostajesz w placówce medycznej — wyjaśniła pokrótce to, co już wiedziała. Bo przecież wiadomo, że już jako policjantka była nie raz w swoim bidulu zadawać pytania, przeglądać akta i wszelkie zapiski. — Wiesz, najgorsze jest to, że nie ma punktu zaczepienia. Nic. Żadnego imienia, adresu, śladu, że ona w ogóle kurwa istniała — wzruszyła ramionami. I może powiedziałaby mu coś więcej, może opowiedziała o Helenie i tym jak włamały się do szpitala tylko po to, żeby gówno się dowiedzieć, ale przecież to nie był czas ani tym bardziej miejsce na tego typu rozmowy.
Tu mieli się bawić, tańczyć, skakać i kochać się do białego rana. To miała być ich ostatnia noc z Meksyku, ostatnie szaleństwo przed powrotem to chłodnej rzeczywistości. Nie chciała marnować czasu na gadanie o matce, bo to i tak nic by nie dało. A dawał im za to wszechświat — mały prezent w postaci pokazu sztucznych ognii. Jakby czekał z tym specjalnie na moment, w którym wyjdą od wróżki karlicy (bo to ważne, że była karłem) i Pilar się uspokoi, żeby nagrodzić ich tysiącami kolorowych iskierek na ciemnym niebie. W dodatku to wszystko w połączeniu ze stanem, w jakim narkotyki w końcu działały w niej na pełnych obrotach, sprawił, że Stewart się dosłownie rozpływała w ekstazie.
Szczególnie kiedy Madox wziął ją na barana i razem przedzierali się przez tłum. Razem skakali z ludźmi i cieszyli się jak dzieci, chociaż Pilar to najbardziej i tak zafascynowała była pokazem, który zdawał się nie mieć końca. Za każdym razem, gdy następowała chwila przerwy bała się, że nawet nie zdążą dotrzeć na molo. Zaciskała wtedy mocniej palce na skórze swojego narzeczonego i krzyczała mu do ucha jakieś sto vamos na minutę.
Ale zdążyli.
I to na ten najpiękniejszy moment, kiedy ognie układały się w całe obrazy. Pilar patrzyła na to jak zaczarowana. Już nawet nie była pewna, czy to się naprawdę tak pięknie wyświetla, czy to jedynie jej głowa układała z tego kształty jak motylek, czy kwiatek. Nawet nie zauważyła momentu, w którym Madox ściągnął buty i fakt, że w ogóle był w stanie wsadzić stopy do wody na molo. Ale tego wieczoru tak wszystko im się układało, że może i akurat był jakiś przypływ i stan wody był o wiele wyższy niż zazwyczaj. Wszystko specjalnie dla nich. Yolo!
Usiadła w końcu obok niego i pomogła mu odpalić cygaro, ciągle zadzierając głowę w górę, aż w końcu nie położyła się na chłodnych deskach, by mieć świetny widok i na fajerwerki i Madoxa.
Ogarniemy sobie takie na naszym weselu? — spytała w końcu, przyglądając się, jak tym razem ogniki ułożyły się w róże. — Albo naćpiemy wszystkich do tego stopnia, że trochę poruszamy zimnymi ogniami na patyku, a goście będą myśleć, że to jakiś dojebany pokaz — zaproponowała alternatywę, o wiele bardziej budżetową. Tak naprawdę, to Pilar wcześniej wcale nie myślała o samym ślubie. Dopiero teraz, kiedy leżała sobie na fazie, oglądająć kolorowe światełka, chociaż sama tak naprawdę nie wiedziała, czy chciała w ogóle wesele, czy może nie lepiej byłoby uciec gdzieś tylko we dwójkę. — A może w ogóle… — już miała mu to nawet zaproponować, ale wtedy coś głośnego huknęło nad ich głowami, a kiedy Pilar podniosła spojrzenie to… — Ja pierdole — tylko tyle była w stanie z siebie wydusić, kiedy nagle niebo wyglądało tak, jakby wybuchło tam pięćdziesiąt puszek z farbą i dosłownie zalało galaktykę. Kolory były wszędzie, to było… coś niesamowitego, pięknego. Nigdy czegoś takiego wcześniej nie widziała, a oni mieli na to najlepszy z możliwych widoków. Jeśli Madox jeszcze nie leżał obok niej, to szarpnęła go do siebie, bo z tej perspektywy wyglądało to tak, jakby wielki wodospad kolorów leciał im prosto na twarze.

⋆✴︎˚。⋆⋆✴︎˚。⋆ Excepcional ⋆✴︎˚。⋆⋆✴︎˚。⋆

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 12:37 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i wciąż dziko, ale nie bardzo
Coś w tym było, że policja przecież miała w aktach wiele niewyjaśnionych spraw, a półświatek ten często doprowadzał sprawy do końca, a potem usuwał dowody i Madox też przecież brał w tym czasem udział. Bo za tą jego ładną buzią, za tymi ciemnymi oczami to pewnie kryło się więcej niż jego rozmówcy się wydawało, więcej niż, to o co posądzała go Pilar.
Chociaż... ona wiedziała przecież o tej jego złej stronie, że miał Diabła pod skórą.
Ale miał też coś takiego... teraz jak na nią patrzył marszcząc brwi, zastanawiając się - a widziałaś tą szmatę? Skoro to jedyna rzecz, którą przy sobie miałaś to powinni ją zachować. Kto cię znalazł? Nic nie widział? Ile latynoskich dzieci rodzi się w szpitalach w Toronto dziennie? Znam takiego gościa, Kolumbijczyk, lekarz, przyjmuje porody, od kobiet, które są tu nielegalnie, czasem mnie szył - zresztą nie tylko jego, półświatek też miał swoich lekarzy, ale nie wszyscy byli zwyrolami. Niektórzy chcieli pomóc, i Madox też chciał, gdzieś pod łatką tego pierdolniętego właściciela Emptiness kryła się też jego lepsza strona, gdzie przecież pomagał swoim.
A Pilar to chyba chciał pomóc najbardziej, bo była najbardziej jego - jak będziesz chciała to to ruszymy - sięgnął palcami do jej policzka, żeby przesunąć po nim opuszkami, może nawet chciał dodać coś jeszcze?
Ale nie zdążył bo w powietrze poszły sztuczne ognie, kurwa tak kolorowe i tak piękne, że nawet wróżka karlica (ważne, bo karły emanowały jakimś takim... złym urokiem, złym okiem, czarna magia i te sprawy) ze swoim mini namiocikiem i tą całą przepowiednią, mogła się schować.
Chociaż gdzieś z tyłu głowy Madox miał jej słowa, miał to co powiedziała mu Pilar, dużo różnych myśli, których jeszcze nie chciał do siebie dopuszczać. Jeszcze przez chwilę nie.
Bo przecież to miał być ich wieczór, ich meksykańska, dzika noc, tylko we dwoje. A oni cały czas byli z kimś.
Cały czas coś.
Chociaż teraz mogli złapać te kilka chwil sam na sam. Zawsze te chwile we dwoje wyciskali do cna. Bo to przecież zdarzało im się tak rzadko, a dzisiaj... Dzisiaj od rana ktoś im się wpierdalał, Guilia i Matteo, autostopowicze z Polski, gej Antoine, wróżka KARLICA.
I teraz kiedy usiedli na tym małym molo, na samym końcu we dwoje, to Madox zaraz wyciągał do niej rękę. To nie był ten deptak, przy którym stały łodzie, gdzie roiło się od ludzi. To był niewielki pomost do skakania, niski i tak skonstruowany, że można na nim było z powodzeniem moczyć nogi, albo... wykonać skok z fikołkiem do wody i Madox nawet się przez chwilę zastanawiał nad takim skokiem, nawet sobie pasek odpiął, ale finalnie usiadł na deskach zamaczając tylko nogi. Pyknął sobie cygaro, które mu odpaliła, było aromatyczne, znajomy zapach... trochę jego domu. Noriega też zadarł głowę do góry patrząc w niebo, ale kiedy Pilar zapytała, czy ogarną sobie takie na ich weselu, to zaraz obejrzał się na nią przez ramię. Bo... oni przecież nie rozmawiali jeszcze o tym weselu.
Uśmiechnął się na jej kolejne słowa, a zaraz już przysuwał się do niej, żeby oprzeć głowę gdzieś na jej piersi, a spojrzenie na moment zawiesić na jej oczach.
- Myślisz? Dalibyśmy wszystkim kwas i od razu wesele byłoby niezapomniane - zaczepił ją jeszcze szczypiąc zębami gdzieś w podbródek, i kiedy zaczęła to znowu utkwił czarne oczy w jej pięknej twarzy, w tych ustach, które zaraz wyrzuciły z siebie to ja pierdole i wtedy on też powiódł spojrzeniem w niebo - o kurwa... - wyrwało mu się też. Bo to co działo się nad ich głowami, te kolory, to było niesamowite i on czegoś takiego jeszcze nie widział. I chciał powiedzieć Pilar jeszcze sto różnych rzeczy, ale w tej chwili to aż mu odjęło mowę, patrzył jak zafascynowany na ten widok. Chociaż odnalazł jaj palce i oparł sobie jej dłoń na klatce piersiowej, na dzikim lwie, pod którym szybko waliło jego serce. Mocno, tak jakby miało zaraz wypierdolić w kosmos.
Wodospady kolorów spłynęły po czarnym nieboskłonie, cisze nie tylko wypełniał huk wystrzału, ale tysiące różnych reakcji, które mieszały się w jedno wielkie wow pełne zachwytu, później nawet wybrzmiały brawa. I na moment zaległa cisza, czarne już niebo, wstrzymane oddechy, a zaraz... od plaży znowu uderzyła ich muzyka, światła, śmiech. Dźwięk całego festiwalu, bo wszyscy zaczęli znowu korzystać z tej wyjątkowej nocy.
A Madox skorzystał z tego, że leżał obok niej, przekręcił się na brzuch, a zaraz już opierał głowę na jej piersi, zadzierając ją do góry, żeby na nią spojrzeć.
- Pilar... - zaczął - musisz mi coś powiedzieć... - rzucił trochę tajemniczo, palcami sunąc po jej udzie z którego zgarniał zwiewny materiał sukienki - jak ma wyglądać nasze wesele? - musiał jej o to zapytać, bo go to ciekawiło, bo wcześniej nie było okazji o tym porozmawiać - bo to, żeby były fajerwerki, to już wiem - przekręcił się, żeby musnąć wargami pomalowaną skórę na jej dekolcie - bo ja... Ja bym chciał, żeby to było takie wesele, jakie ty sobie wymarzysz - może brzmiało to banalnie i przecież każdy mężczyzna dla swojej kobiety chciałby czegoś takiego, ale... Madox nie był każdy. I dużo rzeczy miał gdzieś, a jednak tutaj naprawdę tego chciał - i jak będziesz chciała kucyka, to będzie kucyk, albo nie wiem... wieża z szampana - on pewnie by się na taką wieżę skusił, bo już je widział na kilku imprezach, a nigdy nie widział jak je napełniali. Pech.
- Ale przede wszystkim to mi powiedz jedną rzecz - znowu podniósł głowę, żeby spojrzeć w jej piękne, duże oczy, wciąż ciemne, wciąż rozmigotane, niesamowite - kiedy to zrobimy? - podciągnął się na ręce, tak, że pochylić się nad nią, spojrzeć na nią z góry, oprzeć dłoń przy jej biodrze po którym przesunął palcami, zamknąć ją w uścisku - myślałaś o tym? - zawiesił ciemne spojrzenie na jej pięknych oczach, chociaż zaraz uciekło na jej pełne, gorące wargi.

Me gustaría que esta boda fuera tal como la soñaste ⋆✴︎˚。⋆*ੈ✩‧₊˚

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 5:20 pm
autor: Pilar Stewart
Nie miała tej szmaty.
Nikt jej nie miał. Takich rzeczy nie zachowywało się dla potomnych w bidulach, a po prostu wyrzucało i paliło. Szczególnie, że Pilar została znaleziona pod drzwami. Kobiety, które wtedy ją znalazły, nie mogła pozwolić sobie na zostawienie tego typu rzeczy, które nie wiadomo gdzie były i jakie zarazki przenosiły. Od razu podobno ją wywalili. W aktach jednak został pozostawiony kawałek papierku, na którym było zapisane jej imię. Wcześniej to zignorowała, bo jak niby kilka liter miało ją na cokolwiek naprowadzić, ale może Madox mógłby spojrzeć na to ze swojej perspektywy, nieco innej, mniej logicznej, a bardziej na czytkę? Miewał przecież dobre przeczycia, świete nawet czasami.
Skinęła głową, kiedy powiedział, że będą mogli to tego wrócić, kiedy tylko będzie chciała. Zaczynając ich rozmowę była przekonana, że nie będzie, ale teraz? Nie była już tego taka pewna, widząc, jak właściwe pytania zadawał, chociażby o latynoskich kobietach rodzacych w pubicznych placówkach. Zapisała gdzieś w myślach, by do tego kiedyś wrócić.
Kiedyś, bo teraz był czas fajerwerek. Pięknych, kolorowych sztcznych ognii, które rozbłyskiwały na niebie, tworząc zapierdający dech w piersi widok. Każdy z kolorów opadał prosto na nich jak wodospad z chmury, blendując się z innymi, tworząc przepiękne kombinacje i iść psychodeliczne doznania. Stewart była z a c h w y c o n a. Widokiem ale i tym jak pod dłonią, którą Madox umieścił sobie na piersi, czuła jego mocno walące serce. Uderzajace z taką siłą, jakby faktycznie zaraz miało wypierdolić w kosmos. Na moment przeniosła spojrzenie na jego twarz — na wielkie oczy, które szeroko otwarte i kurewsko błyszczące z zachwytem oglądały pokaz oraz lekko rozchylone wargi, trwające w równym zakoczeniu tego, co się nad nimi działo. To dopiero był piękny widok. Najpiękniejszy na całym, jebanym świecie. Już nawet nie obchodziły ją te wszystkie kończące się fajerwerki i brawa, które wybrzmiały dookoła. Ona próbowała zapmiętać ten właśnie widok. Jego wpatrzonego w niebo z rozmarzeniem.
Dopiero kiedy się poruszył i przeniósł na brzuch, mógł zobaczyć jej absolutnie rozkochany wzrok. Na nikogo innego nigdy tak nie patrzyła. Na niego tak. I nawet nad tym nie panowała. To po prostu samo z niej wychodziło. Zupełnie tak samo jak wyszła z niej wcześniej informacja, że chciała mieć tego typu fajerwerki na weselu, bo prawda była taka, że ona wcale się nad tym nie zastanawiała. Dlatego kiedy Madox zapytał, jak ona sobie to właściwie wyobrażała, to… wzruszła ramionami.
Nie wiem — prychnęłą, lekko zbita z tropu. Bo to nawet nie tak, że chciała te wielkie fajerwerki, które pewnie były kurewsko drogie. Tylko wtedy on zaczął o tym, że chciałby dac jej wszystko co tylko by sobie wymarzyła, przy tym całując jej nagą skóre i Pilar już sama nie wiedziała na czym bardziej powinna się skupić. — Bo ja w sumie nigdy… nie myślałam, że wyjdę za mąż. Nawet za dzieciaka nie marzyłam o wielkim weselu w pałacu z sukienką prawdziwej księżniczki i księciem u mojego boku. Bardziej o tym jak zawędzić więcej czkolady z kuchni — zaśmiała się i pokręciła głową. Głupie to było co mówiła, ale taka była prawda. Nigdy nie była damą, a przede wszystkim nigdy nie sądziła, że spotka na swojej drodze kogoś, kto zechce ją w tak dużym odstępie czasu jakim było dopóki śmierć nas nie rozłączy. A tu proszę — taki jeden właśnie leżał na jej piersiach i wpatrywał się w nią swoimi obłędnie czekoladowymi oczami, w których odbijały się kolorowe światełka. Aż mimowolnie się uśmiechnęła i sięgnęła dłonią do jego włosów, skubiąc je delikatnie.
Kiedy to zrobimy? Myślałaś już o tym? Nie myślała.
A czy nam planowanie kiedykolwiek wyszło? — i to chyba była odpowiedź dlaczego tego nie zrobiła. Przecież oni byli chodzącą spontanicznością, plany wiecznie się u nich zmieniały, ciągle coś się wypierdalałało. Czy naprawdę był sens się umawiać na cokolwiek? — Może po prostu jak poczujemy, że jest dobry moment? — głupie to było co powiedziała, miała tego świadomość, ale… tak czuła. W tamtym właśnie momencie, kiedy nachylił się nad nią, przesuwając dłonią wzdłuż biodra, gdzie skóra mimowolnie mrowiła od jego dotyku. Bo w tym chyba siedział cały sęk, że oni wcale nie potrzebowali ludzi dookoła i wielkich planów, które mogły się wypierdolić, tylko…
Wiesz, co chce? — rzuciła nagle, spoglądając na niego z błyskiem w oku, jakby właśnie podjęła decyzje. — Chcę to zrobić po naszemu — dłonie przeniosła na jego ramiona, by zaraz zacisnąc na nich mocniej palce i pchnąć Noriegę w bok, by teraz to on opadł na plecy, a ona mogła się na niego wspiąć, siadając okrakiem. Kolana momentalnie wbiły się w drewniane deski, raniąc skórę, ale kto by się tym przejmował? Ona na pewno nie, bo Stewart już patrzyła głęboko w jego oczy, przeciągając nadgarstki swojego przyszłego męża nad głowę i nieco go unieruchamiając. — Chce, żebyśmy jednego dnia po prostu zakręcili palcem po mapie i przypadkowo wybrali miejsce, chociaż przecież oboje doskonale wiemy, że u nas i tak nie ma przypadków, a potem polecieli tam na następny dzień. Gdziekolwiek by to nie było… — zaczęła swoją opowieść, rozpoczynając również wędrówkę po jego ciele od klatki piersiowej, na której złożyła kilka mokrych pocałunków, zlizując gorzki posmak farby. — Chce, żebyśmy się tam upili lokalnymi specjałami, zrobili coś szalonego, a potem wzięli ślub u jakiegoś lokalnego szamana, który będzie równie pojebany co my… — przeniosła się wyżej na jego szyję, gryząc i szczypiąc skórę, kończąc tuż przy uchu, do którego przystawiła usta. — A potem chce, żebyś wziął mnie w najbardziej odklejonym miejscu, jakie tylko znajdziemy już jako swoją żonę — wyszeptała, napierając na niego jeszcze mocniej biodrami. — Tylko i wyłącznie twoją. Aż śmierć nas nie rozłączy — złapała płatek jego ucha w zęby i przygryzłą, by po chwili przenieść się na lekko drżącą żuchwę. Podobało mu się to, co mówiła? Bo jej kurwa aż za bardzo. Mógł to poczuć w sposobie w jaki cała się na nim spinała, wliczając w to uda, które już mocno się na nim zaciskały. Kiedy już dotarłą do jego ust, zawisła nad nim jeszcze na moment i spojrzała w ciemne oczy. — A potem moglibyśmy też polecieć na kilka dni do Medellin i tam poświętować z twoją rodziną. Z Tio i Marie. I najeść się kurewsko dużo buñuelos… aż do porzygu — zakończyła, uśmiechając się bezczelnie, a na koniec przysunęła się do niego tak blisko, że oddech spomiędzy jej warg lądował prosto w jego ustach, a każde wypowiedziane słowo ocierało się o cieniutką, różową skórę. — Co myślisz?

mi futuro marido 🔥✨❤️‍🔥

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 7:41 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i znowu się robi gorąco 🥵
- Niesamowite to było - skwitował ten pokaz sztucznych ogni, bo taki był. Ale chyba jeszcze bardziej niesamowite było, że oni sobie tak leżeli spokojnie, na tym pomoście w Meksyku, z dala jeszcze od tego wszystkiego, co za kilka godzin miało im zaserwować Toronto. Patrząc sobie w oczy.
I te oczy Pilar też teraz były niesamowite, błyszczące i jakieś takie rozmarzone, siedziała w nich emka, siedział w nich ogień i coś jeszcze miłość, co sprawiło, że Madox się uśmiechnął, zawiesił ciemne tęczówki na jej pięknej twarzy, a zaraz już pytał jak wyobrażała sobie ich ślub.
Zmarszczył brwi, kiedy powiedziała to nie wiem, ale on też nie wiedział, nie myślał nad tym, może tak jak Marie i Tio? A może zupełnie inaczej, tylko oni we dwoje na jakiejś dzikiej plaży? Wyciskając do cna te kilka chwil we dwoje, które znowu udało im się złapać?
I teraz też on wykorzystywał te ich sam na sam, muskają upaćkaną farbami skórę na jej dekolcie wargami.
- To nic... - mruknął gdzieś w okolicach jej obojczyka, ale kiedy powiedziała o tym, że nigdy nie myślała, że wyjdzie za mąż, to podniósł na nią spojrzenie - jak byliśmy z Tio dzieciakami, to obiecaliśmy sobie, że nigdy się nie ożenimy, bo pokłóciliśmy się o jedną dziewczynę i stwierdziliśmy, że są głupie, niewarte tego, żeby się o nie kłócić... - opowiadał jej znowu, łasząc policzek, do jej szyi składając na niej mokre pocałunki, sunąc językiem, na którym zbierał gorzki smak farby aż do ucha - a potem ja, a on pierwszy mi gratulował, i teraz on też już jest mężem Marie, wiesz jak on się ucieszy z naszych zaręczyn? - bo oni z Tio mieli swoje wzloty i upadki, ale przecież całe dzieciństwo ganiali po ulicach Medellin we dwóch, we dwóch dorastali, byli braćmi mimo wszystko. Podniósł się żeby zajrzeć w jej piękne, czekoladowe oczy - ale jakbyś chciała księcia, to chyba byś musiała... nie wiem, wyjść za Galena Wyatta - pokazał jej czubek języka - ale za to czekolady ci mogę kupić ile chcesz - i zaraz mrugnął do niej zaczepnie jednym okiem. Madox często narzekał, że Emptiness przynosi straty, ale prawda jest taka, że nie przynosił. Prowadził jeden z najlepszych klubów w Toronto, a do tego jeszcze ta ciemna strona jego interesów. Pierdolił, że nie ma pieniędzy, a tak naprawdę je miał, co było widać chyba najbardziej po tej jego zdobnej, drogiej biżuterii. Paskach robionych na zamówienie i miękkich koszulach. Po tym jak często modernizował Emptiness, nowy parkiet, nowe bary, dodatkowe pokoje w podziemiu. Jeszcze trochę, a może zacznie kupować sportowe samochody?
Musiał się z nią zgodzić, że nigdy nie wychodziło im planowanie. Pojedziemy do Meksyku zidentyfikować ciało mojej matki, a potem zrobimy sobie wakacje... Ile oni tak naprawdę mieli tych wakacji? Kilka godzin? Bo wiecznie coś się działo. Ale chyba już do tego przywykli.
Już oboje wiedzieli, że nie da się u nich działać według planu. Zresztą, Madox nigdy nie szedł zgodnie z planem, on go wymyślał na bieżąco, brał to co dawał los. Chwytał chwile.
- Dobra, ale... - zaczął i się nad nią pochylił jeszcze bardziej, tak, że jego ciepły oddech zawisł na jej policzkach - ale teraz to ty musisz powiedzieć, że to jest ten moment, bo ja nie chcę znowu strzelić falstartu - zanim zdążyła mu coś powiedzieć, to już się schylił, żeby musnąć wargami jej pełne, gorące usta. Bo może się teraz już dogadali, ale co by było, jakby nie? Jakby on to spierdolił wszystko, tym, że wyszedł za wcześnie z takimi deklaracjami? Pojawiła się taka myśl z tyłu głowy, może przez tą wróżkę? A może przez emkę, która dotykała jakiś takich głębiej skrywanych emocji?
Kiedy zaczęła to wiesz, co chcę? To uniósł pytająco jedną brew, a kiedy kontynuowała, to nawet się uśmiechnął.
- Czyli będzie niemożliwie, gorąco, pojebanie i zapamiętamy to do śmierci... która też może się tam na nas czaić - wywrócił oczami, ale właściwie... to mu się to podobało. Bo przecież on by to wszystko przeżył jeszcze raz, postrzały, hipotermię, akcje, które mogli przypłacić życiem. Długą drogę już mieli za sobą, ale... jeszcze dłuższa przed nimi. I może jeszcze bardziej pojebana?
Dał się jej pchnąć i opadł plecami na deski, a kiedy na nim usiadła okrakiem, to zaraz sięgał palcami do jej ud, układał je na jej pośladkach, ale tylko na moment, bo po chwili ona poprowadziła jego ręce w górę, nad głowę, zacisnęła palce na jego nadgarstkach, a on się szarpnął, specjalnie, wbijając w nią spojrzenie. Zadziorne.
- Ty wybierasz kiedy, a ja wybieram miejsce, to znaczy ja losuję miejsce, bo wiesz... ja mam więcej farta - pokazał jej czubek języka, ale coś w tym było. Chociaż... Madox w jednej chwili miał ten swój głupi fart, a w drugiej już potrafił sprawę koncertowo spierdolić. Więc u niego to takie 50 na 50. Albo wylądują w jakimś pięknym miejscu i przysięgną sobie miłość aż po grób w akompaniamencie jakiegoś malowniczego wodospadu na Seszelach, albo... szczękając zębami z zimna na jakiejś Antarktydzie.
W zasadzie, i to, i to, byłoby fajne.
Mruknął jak dziki kot, kiedy jej usta wylądowały na jego torsie, serce szarpnęło mu się mocniej w piersi. Do niej. A zaraz podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Utkwić ciemne tęczówki w jej pięknej twarzy.
- Kogo ty chcesz oszukać Pilar? - rzucił i spojrzał na nią poważnie, ale zaraz znowu się uśmiechnął, szczerze i pięknie - i tak będziemy pić rum - bo zawsze i wszędzie go pili, chociaż wiadomo, że lokalnych specjałów też spróbują - ale pojebany szaman mi się podoba, tylko błagam cię... żeby nie był karłem - aż pokręcił głową, a zaraz ją opuścił, jakoś tak gwałtownie, że aż walnął się w potylicę. Tylko, że wynagrodziły mu to jej pocałunki, które wędrowały już po jego szyi, mieszając muśnięcia warg z szczypnięciami jej zębów, w ten najbardziej przyjemny sposób, kurewsko przyjemny. Aż kolejny pomruk wyrwał mu się z gardła. A może było to spowodowane tym, jak zacisnęła na nim mocniej uda.
- A jakie to jest najbardziej odklejone miejsce? Znajdźmy jakieś odklejone, bo jeszcze... - i już jej miał mówić, że jeszcze przecież nie było tego specjalnego pieprzenia, które dostaje narzeczona. Ale może to było w tym domu, do którego się włamali? Odklejone miejsce, jakby na to nie patrzeć.
Tylko, że zamiast dokończyć, to nabrał mocniej powietrze w płuca, kiedy szarpnęła zębami za jego kolczyki, bo to też kurewsko lubił. A to co mówiła powodowało, że jego myśli już kręciły się tylko na niej, nie na ślubie, na tym odklejonym miejscu, w którym mógłby ją wziąć. Wreszcie. A może to ten jej dotyk tak na niego działał? Albo i to, i to.
Kiedy zawiesiła pełne usta tuż nad jego wargami, to szarpnął się zaraz do niej, musnął je.
- Kurewsko dużo buñuelos - wyszeptał w jej usta, które zaraz znowu musnął zaczepnie - i świętowanie z moją rodziną - i znowu to zrobił - i ty jako moja żona - jeszcze raz zaczepił jej usta, tym razem przygryzając jej dolną wargę, żeby zostawić na niej to pulsujące uczucie - zajebiście mi się podoba - skwitował, a zaraz... agresywnie, dziko, intensywnie, wpił się w jej usta, sięgając palcami do jej policzka, po którym sunął na jej potylice, które zaraz wplatał w jej ciemne, zmierzwione kudły, przyciągając ją do siebie. Mieszając na językach ich smak w ognistym pocałunku, tak kurewsko żywiołowym, że aż... kręciło się od niego w głowie. Usiadł nie przerywając go, spinając mięśnie na brzuchu, przyciągając ją do siebie tak, że teraz czuł jej serce, które waliło w piersi, które obijało się o to jego, czuł ją na brzuchu i jej uda zaciskające się na nim coraz mocniej.
Dopiero po chwili oderwał usta od jej warg, ale wciąż muskał jej żuchwę, jej szyję, w którą zaraz rzucił.
- Łódź? Ocean? Molo? Za sceną? Albo w tym małym pierdolonym namiocie? Co będzie najbardziej odklejone i dobre na to specjalne pieprzenie dla mojej narzeczonej? - teraz to on szczypał zębami jej skórę, na szyi, na obojczyku, na którym zostawił jej po sobie ślad, kolejny już chyba, znowu. Poprawił ją na sobie tak, że mogła czuć klamrę paska, która wbijała jej się w brzuch, ale mogła też czuć to, jak znowu był na nią gotowy. A na piersi jego szybki oddech, kiedy zadarł głowę, żeby zaczepnie spojrzeć jej w oczy - quiero - mruknął i znowu się do niej wyrywał, sięgał do jej pełnych, gorących warg - - na których ułożył to słowo cię. Bo niesamowicie jej teraz chciał. Z tą myślą w głowie, że zostanie jego żoną, gdziekolwiek, poślubioną mu przez jakiegoś pojebanego szamana.
Zajebista wizja.

conviértete en mi esposa, en algún lugar del fin del mundo ‧₊˚ ☁️⋅♡🪐༘⋆

tequila con muerte

: pt kwie 03, 2026 1:57 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa, erotyka, still naćpani, ogólnie wszystko, co złe
Właśnie w tym wszystkim chodziło o to, że Pilar wcale nie chciała księcia z bajki. Kogoś, kto będzie przynosił jej bukiet kwiatów i przyjedzie po nią na białym koniu. Chociaż teraz, po emce, ten koń wydawał się akurat zajebisty. Jednorożec najlepiej. Na trzeźwo jednak wcale nie potrzebowała królestwa i luksusu. Poukładanego życia. Bo przecież ona idealnie odnajdywała się chaosie.
Była częścią świata nieidealnego.
Zupełnie jak Madox. Dlatego tak dobrze do siebie pasowali. Byli czymś na pograniczu bohaterów bajki a złoczyńców. Nie wszystkie ich poczynania ratowały świat, bywali samolubni, podejmowali złe decyzje i czasami łamali nocy ludziom z błahych powodów, ale przecież serca mieli dobre. Teraz tak bardzo pełne miłości, spragnione siebie, gotowe zabić za drugiego bez mrugnięcia okiem. To dopiero byłaby bajka, którą zajebiście by się oglądało.
A jak na każdą bajkę przystało — na końcu powinien być również i ślub. Może nie tak huczny i efektowny jak w produkcjach Disneya, ale za to ich, równie wspaniały i zajebisty. Gdziekolwiek zaprowadzi ich serce.
Uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową, gdy powiedział, że to właśnie ona miała nazwać ten moment, bo on nie chce znowu strzelić falstartu. Jasne, może i Madox był narwany, wyrywał do przodu bez najmniejszego planu, po prostu robił to, co uważał, ale prawda jest taka, że gdyby nie jest impulsywność i działanie, to ich nawet by nie było. Po prostu. Gdyby wtedy w Medellin nie wyznał jej miłości, nie zawalczył o nią, Pilar by uciekła. Gdyby wtedy przed świętami nie przyszedł do niej do domu z choinką pomimo zakazów, wcale nie skończyliby razem, ani nawet tu w Meksyku. Meksyku, w którym… gdyby nie wyszedł z tymi — nawet nieudanymi — zaręczynami na plaży, Pilar teraz nie miałaby pierścionka na palcu. To akurat było pewne. Nie wyznaliby sobie tak wielkiej miłości, nie chłonęli uczuć w takim stopniu, w jakim to zrobili. I jasne, może te decyzje byłī głupie i nieprzemyślane, ale doprowadziły ich właśnie do miejsca, w którym byli teraz. I to akurat należało celebrować. Przynajmniej Stewart wychodziła z takiego założenia.
Gdyby nie ty, to nie byłoby nas — musiała mu to powiedzieć. Właśnie w tym momencie, siedząc na nim okrakiem i zaglądając w jego obłędne, ciemne oczy, za kto®e byłaby w stanie nawet zabić. — Gdyby nie te porywy dzikiego, pięknego serca — zamruczała zadowolona, zaciskając mocniej palce na jego rozgrzanej skórze, a potem pocałowała miejsce, pod którym chował się wspomniany organ. To kurewsko piękne serce, które Pilar zobaczyła już w samolocie do Medellin, kiedy się przed nią otwierał. A potem już tylko coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, jak niesamowitym człowiekiem był Noriega. Ludzie mogli mówić sobie co tylko chcieli, że był kobieciarzem, gangusem i nawet patustem, ale to ona znała do naprawdę. Wiedziała jaki był, kiedy nikt inny nie patrzył. A niedługo miał być jej mężem.
Przewróciła oczami, kiedy spytał kogo chciała oszukać, bo oczywiście, że będą mieć rum.
Nie wiesz tego — prychnęła zadowolona, spoglądając na niego równie poważnie, co on na nią. — Może skończymy w jakiejś dżungli, bo ci się opsnie palec i będziemy musieli pić jakiś domowo pędzony bimber z dodatkiem krwi niedźwiedzia — utrzymywanie powagi udało jej się może przez dwa pierwsze słowa, a potem już uśmiech przejął kontrolę nad jej twarzą. No ale taka była prawda. Szczególnie z nimi. Mogli trafić na najbardziej odklejone miejsce na całym świecie. I szczerze? Pilar to ekscytowało. Ta niewiadoma. Po raz pierwszy w życiu brak planu ją kręcił. Pojebane, jak człowiek zmieniał się pod wpływem drugiego. Jak potrafił wyjść z własnej strefy komfortu.
Kręciło ją również jego ciało, które wręcz w z o r o w o reagowało na jej każde posunięcie. Drżało pod dotykiem pałcy i spinało się, kiedy przesuwała po nim językiem. Była uzależniona od tego, jak na niego działała. Jak robił się twardy między jej udami. I jak w końcu szarpnął się do góry, żeby musnąć jej usta, która wcześniej tylko go zaczepiały. Raz, drugi, trzeci… muskał je delikatnie, by zaraz przygryźć dolną wargę i puścić momentalny dreszcz wzdłuż jej kręgosłupa. Opowiadał, jak bardzo podobały mu się jej pomysły, a kiedy w końcu zerwał się agresywnie i pocałował ją n a le ż y c i e, jej serce szarpnęło się mocno. Jak na zawołanie rozchyliła usta, zapraszając go głębiej, mrucząc, gdy szarpnął ją za włosy, tak jak przecież najbardziej lubiła. Smakował słodko-gorzko, a do tego jeszcze cygarem. Obłędnie.
Odchyliła się do tyłu, gdy zaczął siadać, próbując mu w tym pomóc, a następnie zacisnęła nogi jeszcze mocniej na jego biodrach i poruszyła się bezczelnie, ocierając się o nabrzmiałą już męskość, kryjącą się pod z b ę d n y m materiałem spodni. Chociaż nawet ta szorstka tekstura sprawiała przyjemność, powodowała mrowienie na nagiej skórze Stewart.
Automatycznie odchyliła głowę do tyłu, gdy zszedł pocałunkami niżej, odsłaniając długą szyję. Mógł czuć na wargach jak chaotycznie jej żyły pulsowały, przemieszczając rozgrzaną do granic możliwości krew, oraz jak energicznie łapała płytki już oddech. Wymieniał po kolei wszystkie miejsca, w których mógłby ją wziąć, szczypiąc przyjemnie skórę, a Pilar nie mogła nic poradzić na falę ognia, która nagle ją ogarnęła. Zalała od stóp aż po samą głowę, sprawiając, że aż zadrżała w jego ramionach.
Mnie się pytasz? — wydyszała, pozwalając sobie na prychnięcie. — To ty się reklamowałeś z jakimś specjalnym pieprzeniem dla narzeczonej. Liczyłam na twoją inwencje twórczą — mruknęła, przyciskając sobie jego głowę do piersi, chociaż zaraz złapała go na wysokości żuchwy i zadarła jego podbródek w górę. — Poza tym… — zaczęła, poruszając się na nim coraz mocniej i wyraźniej, aż samej ciężej łapało się oddech. — Powiedziałam ci jak wysiedliśmy z taksówki, że nic już dzisiaj nie dostaniesz — przyśpieszyła, nachylając się do jego twarzy, a następnie spiła z nich to chce ciebie, które sprawiło, że prawie się złamała.
Nie mogła się złamać. Nie tak łatwo. Nie po tym, jak on paskudnie się z nią zabawił w mieszkaniu, kiedy była już dla niego kurewsko mokra, tak bardzo go spragniona, a on stwierdził, że taksówka już czeka. Nie tylko on w tym duecie był prawdziwym diabłem. Ona też miała ten pierwiastek w sobie. I też potrafiła być złośliwa. Nawet wbrew sobie. Dlatego uśmiechnęła się do niego bezczelnie, zaciskając palce na jego szyi.
Obligarmezmuś mnie, wysyczała, jak ten wąż pomiędzy jej piersiami, a potem lekko go od siebie odepchnęła i nie-chę-tnie się podniosła, wyrywając z jego uścisku. Nogi ledwo ją słuchały, kolana były miękkie, a samo ciało zachwiało się, gdy tylko próbowała utrzymać pion. Serce i pożądanie w żyłach kazało jej wracać, znowu na niego usiąść, jednak ta diabelska część niej chciała się z nim zabawić. — Idziemy tańczyć? — spytała, stając gdzieś w połowie pomostu, bezpiecznej odległości od niego i zaczęła poruszać biodrami do muzyki, która wybrzmiewała spod sceny. Przejechała dłonią po wrażliwych już piersiach i sterczących sutkach, które odbijały się przez materiał sukienki, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia. Następnie przeniosła się na biodra i w końcu na uda, gdzie zaczęła podwijać czerwoną falbanę, po-wo-li.

Obligarme, madox 🥵❤️‍🔥🫣

tequila con muerte

: pt kwie 03, 2026 5:25 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, erotyka, lizanie, ogólnie lepiej nie czytać, bo jest "brzydko"
Gdyby nie ty to nie byłoby nas, wiedział o co jej chodzi, bo to on zawsze robił ten pierwszy krok do przodu, wyrywał się, nie zastanawiał, tylko to robił, to co czuł, ale z drugiej strony... Ile razy przez niego też mogło ich już nie być, wcale. Jego głupie pomysły już tyle razy przypłacili, no nie życiem na szczęście, ale przecież bywało niebezpiecznie, kiedy Ruby do niej strzeliła, bo co, bo Madox jej zaufał. A jakby nie zdążył się wtedy ruszyć? Albo wtedy kiedy szarpała się z Rosą, a jakby ona trafiła? Aż nabrał jakoś mocniej powietrze z płuca.
- Gdyby nie ja to... - zaczął, ale w zasadzie, to gdyby nie on, to Ruby by mogła trafić, albo Dalton... zrobiłby jej krzywdę.
Oni się po prostu dopełniali, pakowali w kłopoty, wchodzili w tą niebezpieczną grę nie zważając na konsekwencje, zabili by za siebie, ale też... jedno za drugie oddałoby życie, i to już w Medellin, już tak dawno temu, zanim jeszcze przecież wyznali sobie to, co czuli naprawdę, zanim jeszcze określili swoje uczucia, oni gotowi byli za siebie poginąć, ona kiedy szarpała się z Rosą, i on kiedy zasłonił ją przed Lolą i dyskutował dla niej ze skokszonym wujem - nudziłabyś się - dokończył i uśmiechnął się zaglądając w jej piękne, czekoladowe oczy. Bo to też była prawda, że oni napędzali się nawzajem, ciągle coś się działo, kiedy byli razem. Dużo różnych rzeczy, a oni i tak potrafili, po prostu pokonać każde przeciwności, każde... ale razem.
Tak jak razem poszli do Gonzalesa i go zamknęli.
Na te porywy pięknego serca wywrócił oczami, chociaż mogła poczuć, jak wyrwało się ono do niej dziko, za każdym razem się wyrywało. Jego ciało reagowało na nią automatycznie, naturalnie, zawsze tak było, on przecież nigdy nie potrafił się temu sprzeciwić, oprzeć. Szarpał się do niej, wyrywał, ciągnął. Jakby jakiś pierdolony magnes go do niej przyciągał, jeszcze przed Medellin.
Zamrugał dwa razy, kiedy powiedziała o tym bimbrze z krwią niedźwiedzia, też spoważniał, ale zaraz się uśmiechnął, zaraz jego oczy już znowu się do niej śmiały, tak jak te jej, piękne.
- Brzmi zajebiście, chcę to wypić - rzucił jeszcze, zanim się do niej poderwał. Zanim się nie podniósł, żeby znowu być blisko niej, żeby ją czuć wszędzie. Działała na niego niesamowicie, nikt na niego tak nie działał. A najgorsze... nie, chyba najlepsze, było to, że nigdy nie miał jej dosyć. Nunca.
Dlatego zaraz całował ją zachłannie, agresywnie, dziko, jak para dzikusów, która nie umiała się sobą nasycić. No bo oni nie umieli.
Muskał wargami jej pomalowaną skórę, a urywane oddechy osadzały się na jej szyi, kiedy czuł pod językiem, jak z jej gardła wychodzą kolejne pomruki, jak jej serce wali szaleńczo pompując krew, którą też czuł pod wargami. Wszystko czuł cholernie intensywnie, mocniej, lepiej, bo emka jeszcze nie zeszła. I też bardzo kurewsko czuł to, jak robi mu się ciasno w spodniach, czuł, że zaraz go pojebie. Do tego stopnia, że kiedy zadrżała mu w ramionach, to przyciągnął ją do siebie mocno, osadzając ciężki pomruk, który wyrwał mu się z płuc na jej odkrytym ramieniu.
- Wszędzie - mruknął w jej pierś i już znowu haczył językiem o jej złoty łańcuszek z piórkiem koliberka, bawił się nim zębami, żeby osadzić go na jej piersi, gorącego od jego warg i mokrego od śliny. A kiedy zadarła do góry jego głowę, kiedy powiedziała to że powiedziała mu, że nic dzisiaj nie dostanie, to przesunął palcami po jej plecach, osadził je na jej pośladkach, w które wbijał krótkie paznokcie - por favor... - zaczynał, z ciemnymi tęczówkami zawieszonymi na jej pięknych, czekoladowych oczach. A kiedy poruszała się na nim, kiedy ocierała o niego, on też ruszył biodrami, przyciągnął ją do siebie jeszcze mocniej, tak, że musiała go czuć - te lo ruego - tylko ją potrafił błagać. Tylko jej tak bardzo chciał, że te trzy słowa wychodziły z jego ust jakoś tak naturalnie.
I kiedy oparła palce na jego szyi, na której mogła czuć to głębokie westchnienie, które wyrwało mu się z piersi, to naprawdę liczył na to, że się złamie. Więc kiedy się od niego odepchnęła, kiedy z niego wstawała, to jeszcze ją przytrzymał za rąbek sukienki. Ciemne oczy wpatrywał w nią intensywnie, z takim ogniem, że kiedy powiedziała to zmuś mnie, to gotowy był się zerwać z miejsca i to zrobić. Zmusić ją.
Nigdy jej nie zmuszał, zawsze dawał jej wybór. Był zaborczy, ale...
Dzisiaj by ją zmusił.
Kurwa.
Nie musiała go nawet prowokować, bo cały się spiął. Wiedział jednak, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że to jej słodka zemsta za to co on robił. I w każdym innym wypadku on by się nawet nie zastanowił, nie zawahał, po prostu to zrobił. Zmusił ją, żeby wylądowała przed nim na kolanach, żeby się nim krztusiła.
A kurwa przed nią to on wylądował na kolanach.
- Tańczyć? Pilar... - jęknął i jeszcze dwa kroki w jej kierunku zrobił na kolanach, spojrzeniem wodząc po jej gorącym ciele. Po biodrach, które kręciły się w rytm muzyki, a które powinny teraz w chaotycznych pchnięciach uderzać o te jego. Po piersiach, które sterczały zaczepnie, tak, że aż skręcało go w środku. Po udach, które odsłaniała coraz bardziej, a które... chciał lizać.
- Kurwa - rzucił tylko, a zaraz podparł się nogą i wyrwał do niej. Dopadł do niej jak jakiś dziki kot swoją ofiarę. Przesunął palcami po jej biodrach, zaczepił nimi o piersi, kciukami drażniąc sterczące sutki, ale zaraz zaciskał je na jej pośladkach, przyciągając ją do siebie, tak, żeby go czuła, kiedy na nią naparł - te haré - zmuszę cię te słowa ułożył na jej pełnych, gorących wargach.
Zrobiłby to.
Tylko gdzieś obok nich jakaś parka siedząca na pomoście zaczęła się śmiać, a z plaży dotarły do nich strzępki rozmów. Ale Madox przez chwilę miał to głęboko w dupie, miał to gdzieś, jego klatka piersiowa unosiła się już w tych szybkich, urywanych oddechach. Jego czarne oczy utkwione były w jej twarzy.
- Aquí - tutaj, warknął i sięgał już ręką pod falbanę jej sukienki, już zaciskał palce na koronce jej bielizny, pozbawiłby ją jej jednym sprawnym ruchem. Jak na zawołanie parka, która siedziała sobie na pomoście trzymając się za rączkę nagle wstała i ruszyła w kierunku plaży. Zostali sami, po środku tego pomostu, wystarczająco daleko od plaży, żeby...
Madox szarpnął jej bieliznę w dół, a zaraz znowu już lądował przy niej na kolanach, zaraz podwijał czerwony, zwiewny materiał. A jego zęby najpierw zaczepiły o skórę na jej kolanie, żeby po chwilę ciepłe wargi znaczyły ścieżkę na jej rozgrzanym udzie, wyżej. Przytrzymał ją przy sobie plątając palce w falbanach jej sukienki.
Chciał ją zmusić? Czy chciał ją złamać?
Czy po prostu chciał... ją lizać?

Te haré... aquí ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ🔥་༘࿐

tequila con muerte

: pt kwie 03, 2026 10:17 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
brzydkie rzeczy, nie dla dzieci

Miał rację.
Zanudziłaby się, gdyby nie on. To nawet nie podlegało dyskusji. Bo chociaż jej praca dostarczała ciągłych skoków adrenaliny i poczucia spełnienia, tak przecież po wykonanej robocie wracała do domu, zamykała się w swoich czterech ścianach i tyle. Czasami wyszła z kumplami z komendy na piwo, czasem potańczyć, ale przecież jej życie kręciło się tylko i wyłącznie wokół psiarni. Jej spełnienia w życiu było wyznaczane tym, czy udało jej się wsadzić kolejnego skurwysyna za kratki. A przy nim? Przy nim miała całą paletę emocji. Pojebanych emocji. Tak skrajnych, że rozpierdalało ją od środka. Ich duet ściągał na siebie tak wiele kłopotów, że na dobrą sprawę już dawno powinni być martwi. A jednak nie byli. Walczyli z każdą przeciwnością losu i każdą kulką, która została wystrzelona w ich kierunku. Kochali się, kłócili, godzili, współpracowali i wariowali na własnym punkcie każdego dnia. I szczerze? Nie zamieniłaby tego na nic innego.
Tak samo jak nie żałowała swojej decyzji, by pomimo walącego w piersi serca i gęsiej skórki na całym ciele, odsunąć się od niego. Pomęczyć go. Dokładnie tak samo, jak on zrobił z nią, gdy malowali swoje rozgrzane ciała jeszcze w domu.
Lubiła, kiedy ją prosił.
Uwielbiała, gdy b ł a g a ł.
Była uzależniona od sposobu, w jaki jego pełne, gorące wargi układały krótkie ruego, a w jego głosie była słyszalna desperacja. Cały jej ciało zadrżało nie tylko po dźwiękiem słów ale i spojrzenia, które teraz było już zupełnie czarne. Z jego oczy zniknał czekoladowy brąz, a na jego miejsce pojawiło się czyste, prymitywne pożądanie.
Chciał ją.
Widziała to aż za dobrze.
I ona również go chciała. A jednak spięła się w sobie, by zerwać się na równe nogi i wykonać te kilka kroków w tył, oddalając się na bezpieczną odległość. By nie spuszczając z niego wzroku, dotykać się bezczelnie w najbardziej wrażliwe, taktycznie miejsca. Na jego oczach.
Tylko wtedy on padł na kolana. Bez najmniejszej komendy uklęknął przed nią i podszedł delikatnie do przodu. Nie cofnęła się. Nagle nie potrafiła się ruszyć. Była zbyt zajęta p o d z i w i a n i e m tego obłędnego widoku. Nawet nie potrafiła zapanować nad oczami, które mimowolnie się zaświeciły, a kąciki ust mimowolnie uniosły ku górze. Zacisnęła mocniej palce na materiale sukienki, unosząc ją jeszcze bardziej w górę, przy okazji ryjąc paznokciami po nagiej skórze na wysokości ud.
Jego zmusze cię było muzyką dla jej uszu. Ani trochę nie widziała w tym groźby, jedynie ekscytacje. Coś na co nie mogła się doczekać. Lubiła igrać z ogniem, a z nim to już w ogóle. Swoją drogą niesamowite było to, jak osoby, które kiedyś nie potrafiły poszczycić się nawet minutą gry wstępnej, teraz tak skrajnie doprowadzały się do szału, przeciągając wszystko bardziej i bardziej. Na absolutny skraj.
Wstrzymała powietrze, kiedy zerwał się z miejsca i znalazł się przy niej w mgnieniu oka. Nawet nie zdążyła wykonać pół kroku, a on już szarpał ją do siebie tak mocno, że jej miednica dosadnie poczuła, jak spragniony jej był. Rozszerzyła ust, by złapać powietrze, którego nagle zaczęło jej brakować. Ale on nawet na to nie dał jej szansy, bo swoimi dłońmi już rozpoczął wędrówkę po jej ciele. Po biodrach i piersiach… zmuszę cię.
Estoy e s p e r a n d o c z e k a m, wycedziła powoli, każdą, pojedynczą literę układając na jego rozgrzanych, drżących wargach. Wargach, które tak kurewsko chciała posmakować, że… prawie to zrobiła. Nie zdążyła jednak, bo on już znowu padał przed nią na kolana. Znowu wyglądając obłędnie. Z bliska nawet jeszcze lepiej niż wcześniej.
Wsunęła palce w blond włosy, a kiedy szarpnął jej bieliznę w dół, zacisnęła się na nich mocno, nawet nie kontrolując jęku, który opuścił jej usta. Każdy jego pocałunek palił. Czuła mrowienie przy kolanie, które przygryzł, a potem było tylko gorzej, gdy zaczął przesuwać się coraz wyżej i wyżej… Może chciał ją zmusić. Może złamać. A może nawet lizać. Ale ona nie miała zamiaru mu się tak łatwo dawać.
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description