Strona 45 z 45

tequila con muerte

: śr kwie 01, 2026 7:01 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
coś na pewno jest...
Madox chyba już też znał tą jej panikę, te ataki, które do niedawna dotyczyły Daltona, a teraz... jej matki? Widział to w jej oczach i w tym jak się spięła, czuł to po prostu, w jej szybko bijącym sercu, w tym urywanym oddechu. Zresztą on zawsze czuł takie rzeczy i umiał je rozładować. No chyba, że był na zjeździe, wtedy sam panikował... Ale wtedy potrafiła go ogarnąć Pilar. Tylko ona właściwie.
Uzupełniali się idealnie.
Dopełniali się w taki sposób, że to czasem wydawało się niemożliwe. I teraz też Madox się nawet nie zawahał, nawet nie zastanowił, tylko działał instynktownie, tak jak czuł, odzywając się do niej spokojnie, dotykając ją, miękko, ale wciąż blisko. Zawsze chciał być blisko niej.
Przysunął się jeszcze, nie gwałtownie, odruchowo, naturalnie, uśmiechnął się delikatnie, kiedy powiedziała, że czuje, a na jej kolejne słowa nawet uniósł zaczepnie jedną brew.
- Zajebiście, zawsze chciałem wypierdolić w kosmos - znowu przytulał sobie do policzka jej dłoń, ciemne tęczówki zawiesił na jej błyszczących oczach - a z tobą, to już w ogóle brzmi fajnie - znowu się uśmiechnął. Wszystko mu z nią brzmiało zdecydowanie lepiej. Nawet jeśli panikowała, to co z tego, Madox nawet przez sekundę nie pomyślał, że jemu też to zepsuje humor, czy, że coś tutaj było nie na miejscu. Wszystko było jak najbardziej tak, bo on ją brał i kochał ze wszystkim. Z tym jak była silna i pokazywała wszystkim gdzie jest ich miejsce, Pablo Gonzalesowi na przykład, rozpierdalając go w strzelaniu, ale też w tymi lękami, które chowała gdzieś głęboko, nawet przed nim czasem. I tak jak wtedy, na zapleczu klubu jej powiedział, że co by się nie działo, nieważne jak ona by sobie radziła z problemami, to on będzie obok, tak, teraz jej to powtórzył. Siempre obok niej.
A zaraz jakby na potwierdzenie przytulił ją do siebie, pozwolił jej się wsłuchać w rytm jego serca, w oddech, w to jak krew krążyła w żyłach, a potem w muzykę z łodzi, inną niż ta pod sceną. A kiedy Pilar zaczęła się delikatnie poruszać w jej rytmie, to przesunął palcami miękko po jej plecach, idealnie się zgrywali, do rytmu, do siebie nawzajem. Chociaż kiedy powiedziała, że to diablo-bóg brzmi okropnie, to parsknął gdzieś w jej kark, przytulił się jeszcze do niego, a zaraz odsunął się żeby spojrzeć w jej oczy.
- Czemu? Brzmi świetnie, to co dobre z boga i to co... złe z diabła, tutaj - wskazał na siebie palcem, ale zaraz już znowu sunął nimi gdzieś po jej plecach, gdzieś po suwaku sukienki i po nagiej, pomalowanej skórze - a jaka jest lepsza? - zapytał zaraz - jaguar? - pokazał jej czubek języka - jakbym miał taką na mieście, pasowałaby do... - już jej miał nawijać, że do tej jego renomy dzikusa i kobieciarza by pasowała. Tylko czy Madox wciąż miał taką renomę? Chyba nie.
Zresztą zaraz już w przypływie chwili wyznawał jej miłość, najprawdziwszą, taką zarezerwowaną tylko dla niej, a ona od razu odpowiedziała. Teraz te ich słowa wychodziły z nich tak naturalnie, jakby... chyba po prostu nie dało się inaczej. Bo tak już było, że oni się kochali. Madox znowu się do niej przysunął i już nawet otworzył usta, żeby jej coś powiedzieć, ale kiedy odezwała się po hiszpańsku, to się zamknął, to jej słuchał. I znowu złapał powietrze w płuca i znowu miał jej coś nawijać, pewnie coś głupiego, jak to Madox w takich chwilach, ale całe szczęście Pilar zamknęła mu buzię w pocałunku. Innym, najpierw wolno-słodkim, a potem coraz bardziej głębokim, nie szybkim i gwałtowny, jak zawsze, takim, w którym czuli każde muśniecie warg, w którym czuli swoje języki i chyba nawet tą krew, która przepływała gdzieś pod skórą. Wszystko czuli. To jak skóra ocierała się o skórę, jak łaskotały i drapały ich ciuchy. Jak serca znowu biły jednym rytmem, jedno, obok drugiego.
A kiedy w końcu oderwali się od siebie, kiedy Madox znowu zaciągnął się powietrzem wymieszanym z obłędnym zapachem jej perfum, jej ciała, to aż westchnął.
- Nikt nie całuje, tak jak ty - wyznał jej, tylko ona zaraz też to zrobiła... I to jej zwierzenie było... - bezpieczną przystanią? - powtórzył po niej i chyba chwilę układał te słowa w głowie, trawił je. Bo on ją przecież tak często narażał, i... on chyba nie umiał być dla kogoś bezpieczną przystanią, w ogóle przystanią, bo on przecież wiecznie gdzieś gnał, pakował się w kłopoty, nie myślał o innych.
Nie.
Z nią przecież potrafił się zatrzymać. Myślał o niej, stawiał ją często na pierwszym miejscu. Może nawet kiedyś się przy niej nauczy nie pakować w kłopoty? Może...
- To brzmi... - zastanowił się przez moment - nigdy czegoś takiego nie słyszałem, i to jest zajebiste - szarpnął się do niej, kiedy opadła plecami na drzewo, trochę może niebezpiecznie, bo mogła poczuć nierówną korę na plecach, ale... nigdy im to nie przeszkadzało - bardzo gorącą - przyparł ją mocniej do drzewa, wciąż biło od nich to ciepło, a teraz jeszcze jakieś takie bardziej ogniste, kiedy patrzyli sobie znowu tak intensywnie w oczy, ciemne, błyszczące - zajebista przystań, podoba mi się - jeszcze musnął zaczepnie jej wargi, a zaraz usiadł sobie na ziemi między jej nogami, wtulając policzek w jej rozgrzane udo, sunął palcami po jej łydkach, spojrzenie zawiesił gdzieś na tym oceanie przed nimi, na tańczących na jego powierzchni światłach. Chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale kiedy to ona zaczęła mówić o matce, to odchylił do tyłu głowę, oparł ją na jej udzie, żeby na nią spojrzeć z dołu.
- To jest... - zaczął i aż zmarszczył brwi łapiąc do góry nogami jej spojrzenie - ja ci pomogę - może to brzmiało trochę, jak słowa, które rzuca się po prostu po to, żeby kogoś pokrzepić, ale Madox nigdy nie rzucał słów na wiatr, nie gadał sobie bo tak. Patrzył na nią z dołu i nawet zmarszczył brwi, ale dziwnie mu się tak łapało jej spojrzenie, więc zaraz się wyprostował, zaraz już znowu się do niej odwracał, żeby czarne oczy zawiesić na tych jej, w których odbijały się miliony światełek.
- My też byliśmy skazani na porażkę, a zobacz... Na razie dajemy radę - najpierw chciał się do niej przysunąć, ale zaraz ją szarpnął i posadził na sobie - więc nigdy nie mów nigdy Pilar - szarpnął się do niej bliżej, ale zamiast zamknąć znowu jej usta w pocałunku, to ułożył na jej wargach kolejne słowa - więc może... jeszcze daj temu szansę? - tak jak... jemu dała. Kiedy mieli się unikać po Medellin, udawać, że się nie znają, a on... przyszedł do niej z choinką. Pilar była policjantką i wiadomo, że wiedziała jak się szuka ludzi, miała swoje sposoby, ale Madox miał swoje, trochę może inne niż te jej. Mógł też ich spróbować, chciał.
Nawet chciał jej jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy tuż przy oceanie wybrzmiał huk, a zaraz niebo rozbłysło się fajerwerkami. Były piękne, odbijały się od wody, a Madox zaraz odwrócił do nich Pilar, tym razem ją sadzając sobie na kolanach, opierając jej plecy o swoją klatę, objął ją w pasie, policzek przytulił do jej szyi. Jeszcze chciał jej powiedzieć, że przecież on też się nie spodziewał, że po dziesięciu latach jeszcze spotka swoją matkę, a tu proszę... I jeszcze nawet miał siostrę, kto by się spodziewał? Tylko, że huk, który odbijał się od tej otwartej przestrzeni zagłuszał wszystko. Sprawiał, że w głowie wybrzmiewały tylko te miliony rozbłysków na czarnym niebie. Nic innego.

Pilar Noriega Wifeyy🥺❤️💍

tequila con muerte

: śr kwie 01, 2026 10:26 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
wciąż naćpani
Był jej bezpieczną przystanią.
Niezależnie od tego jak absurdalnie to brzmiało. Jak wydarzenia, które ich spotkały odkąd tylko ich drogi się zeszły plątały ich nogi, sprawiały, że wiele razy ocierali się o śmierć… ona i tak uważała go za przystań. Stałą w swoim życiu. Bo chociaz razem wciąż mkneli w przódu, żadko kiedy się zatrzymywali, byli chaotycznie i nierozgarnięci, to byli w tym razem. I chyba właśnie to było dla niej najważniejsze. To że kiedy wszystko dookoła się waliło, świat dosłownie rozpadał się w rękach jak wtedy z Daltonem, on był przy niej. Nawet kiedy było ciężko. Nie poddał się. A przecież mógł. Miał pełne prawo tym po prostu pierdolnąć. Przecież Madox… mógł mieć każdą. Miała tego świadomość. Naprawdę nie ciężko było się w nim zakochać, sama doskonale coś o tym wiedziała. A jednak kiedy zrobiło się gorzej on wcale nie machnął na nią ręką, jak te wszystkie rodziny w bidulu, które rozważały adopcje małej Pilar, a potem odpuszczały — on złapał ją za rękę i wskoczył razem z nią w ogień, nie zważając w ogóle na to, że sam mógł się spalić. A przy tym wszystkim jeszcze upewniał się, że była bezpieczna. Wstawiał się za nią. Po raz pierwszy w jej życiu — a to już trzydzieści lat na tym skurwiałym świecie — ktoś stawiał ją nad wszystko inne. I to było… niesamowite.
Czuła to. Czuła ogromną wdzięczność względem jego osoby, tego wieczoru jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, kiedy pieprzona emka oczyściła jej głowę i pozwoliła w niej poukładać pewne rzeczy. I tą właśnie wdzięczność przekazywała mu w swoich kolejnych gestach, słowach, a potem i pocałunkach. Była w tym czuła do granic możliwości, celebrowała chwilę, dbała o każdy najdrobniejszy detal i pociągnięcie językiem, chociaż serce w piersi pracowało już na najszybszych obrotach. Fascynujące było to, jak potrafili zachowywać się jak największe dzikusy, jakie widziała ta planeta, zrywając z siebie ciuchy i gryząc się chaotycznie, a następnym razem robić to żałośnie po-wo-li, wszystko z dokładnie takim samym efektem.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy powiedział, że nikt nie całował jak ona. Jego pocałunki również były jedyne w swoim rodzaju. Wzbudzały w niej tak skrajne uczucia, rozpierdalały od środka w najpiękniejszy, możliwy sposób.
A jak ja całuje? — nie miała jednak zamiaru tak łatwo odpuścić tego tematu, dlatego zaraz znowu się do niego nachyliła, drocząc się z jego ustami, zahaczając je mokrym językiem. — Słodko? — musnęła je kilkakrotnie przelotnie. — Czy jak dzikuska? — złapała jego dolną wargę w zęby i przygryzła mocno, naciągając delikatnie. Następnie złożyła kilka pocałunków na jego żuchwie i kąciku. — Co wtedy czujesz? — wyszeptała, a potem ponownie go pocałowała, już mocniej i o wiele pewniej, szarpiąc za materiał koszulki. Dobrze, że miał ją rozpiętą, bo inaczej kolejne guziki zostały by unicestwione.
I może nawet pchnęłaby go na piach i całowała każdy centymer jego obłędnego, ale wtedy on tak wygodnie ułożył się między jej nogami i zaczął gładzić równie umazane nogi, że nie miała już serca go ruszać. Szczególnie, że sama mogła błądzić rękami po jego rozgrzanej klacie i spoglądać na ocean. A potem jeszcze rozmawiać o matce, której nigdy nie miała. Już o wiele spokojniej niż kiedy wyszli z namiotu karlicy.
Serce zacisnęło się jej mocniej, gdy powiedział, że jej pomoże. Wiedziała, że chciał, ale…
Kocham cię — rzuciła w odpowiedzi, wplatając palce w jego włosy. — I kurewsko to doceniam, ale nie masz jak — wzruszyła ramionami, po czym uniosła spojrzenie na ocean. Na wodę ciągnącą się w nieskończoność. Może ona faktycznie gdzieś tam była? — Nie ma nawet żadnego punktu zaczepiania — a akurat ona jako policjantka coś o tym wiedziała. Nawet jebany Sherlock Holmes nie rozwiązałby sprawy z powietrza. — Nic, Madox. Nawet imienia — wróciła do niego spojrzeniem, w którym mógł zobaczyć mieszankę zupełnie nowych emocji, też tych dziecięcych z przeszłości. — Nawet zapisów ze szpitala. Wiem to, bo włamałam się nawet do jebanego szpitala i pobrałam całą bazę danych. Spisy zaczynają się od roku dwutysięcznego. Po prostu nie ma jak — było słychać zawód w jej głosie, ale też doprawiła to uśmiechem, bo przecież wiedziała o tym już od dłuższego czasu. Pogodziła się z tym. To nie była żadna nowa sprawa, jedynie trochę rozgrzebana. — Ale to nic — zapewniła go. — To też nie tak, że ona mnie chciała. W końcu wyjebała mnie na wycieraczkę. Miała osiemnaście lat, żeby się po mnie wrócić — miała żal do matki, to nawet nie podlegało wątpliwości. I jasne, słuchała go uważnie i rozumiała, co próbował jej przekazać, ale jednak z Esme sytuacja wyglądała inaczej. Ona chciała być znaleziona, poza tym Madox ją znał. Pilar nawet by nie wiedziała, jak ona wygląda. Miała już nawet coś dodać o tym daniu temu szansy, kiedy wciągnął ją na siebie, ale wtedy wybrzmiał pierwszy huk, a niebo rozbłysło w obłędnych kolorach.
Momentalnie zadarła głowę i dała się odwrócić, wpatrzona w fajerwerki. Były przepiękne. Kolorowe i tak bardzo różnorodne. Jak każda osoba tutaj na tej imprezie. Stewart nie była pewna, czy to emka tak zaczynała na nią działać, ale każda iskierka, nawet kiedy już opadała w dół, błyszczała niesamowicie, kolory blendowały się ze sobą, tworząc coś, czego Pilar nigdy wcześniej nie widziała. Rozłożyła się wygodnie na jego ciele, wsłuchując jak mocne uderzenia jego serca blendują się z hukiem sztucznych ogni. I kiedy pokaz wciąż trwał w najlepsze, w końcu podciągnęła się w górę i odwróciła do niego przodem.
Quiero darle una oportunidad a estetemu chce dać szansę, powiedziała przysuwając się do niego tak blisko, żeby mógł ją dobrze słyszeć. — porque es… bo to… wbiła palec w swoją klatkę a zaraz potem w jego. — Esto es real. Lo más real que existe en todo el maldito mundo To jest prawdziwe. Najprawdziwsze na całym, jebanym świecie. Wbiła spojrzenie w jego obłędnie ciemne oczy, w których teraz odbijała się z każda jedna fajerwerka, wybuchająca na niebie. — Y que todos los demás se vayan a la mierda A cała reszta może się pierdolić, zakończyła to kolejne już tego wieczoru przemówienie, podsumowując wszystko czułym pocałunek, który złożyła na jego ustach — mocno i pewnie — a zaraz potem zerwała się na równe nogi.
Vamos — wyciągnęła do niego rękę i pomogła wstać. — Z molo na pewno zajebiście to widać! — oznajmiła, uśmiechnięta od ucha do ucha, gotowa zaciągnać go tam, gdzie finalnie nigdy nie dotarli, na samiuśki koniec molo. Fajerwerki były puszczane z łodzi, stojącej na wodzie, dlatego na pewno nie było lepszego miejsca do oglądania momentu kulminacyjnego! A przynajmniej tak podpowiedziało Pilar jej wewnętrzne dziecko.

Esto es real. Lo más real que existe en todo el maldito mundo ⋆✴︎˚。⋆*ੈ✩‧₊˚ 💥🎆🎇💥

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 12:01 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
impreza trwa
Rzeczywiście niezwykłe było to, jak szeroką paletę różnych emocji, rożnych uczuć, ale i odczuć sobie przekazywali. Raz intensywnie, do szaleństwa, a zaraz czule i z miłością. Chociaż ta miłość chyba była zawsze, nawet jak się kłócili, nawet kiedy te quiero zastępowało te odio, to przecież to nie było nigdy tak, że się nienawidzili naprawdę. Chociaż to czasem były tak skrajne emocje, tak różne. Inne.
I to jak całowała go Pilar też było inne, co zaraz jej powiedział. Bo Madox w zasadzie zawsze lubił, kiedy to było gorące, nawet pocałunki, ale kurwa... Nigdy z nikim nie były tak ogniste jak z nią. Już otworzył usta, żeby jej powiedzieć jak, ale kiedy zaczepiła go językiem, to wypuścił powietrze z płuc i uśmiechnął się delikatnie.
- Najsłodziej na świecie - mruknął w jej pełne, gorące usta, kiedy muskała jego wargi, mogła poczuć to jak uśmiechnął się jeszcze bardziej - terrible salvaje -straszna dzikuska, poczuł to, kiedy go ugryzła, ten przyjemny, dziki dreszcz zbierający się na plecach. Wypuścił mocno powietrze z płuc przez nos, kiedy zeszła pocałunkami niżej. Zastanowił się moment, kiedy zapytała co wtedy czujesz i najpierw wywrócił oczami, ale zaraz utkwił je w jej twarzy - wszystko... Jak serce napierdala, jakby miało wyskoczyć z piersi, i jak kręci mi się w głowie od tego obłędnego smaku. Jak po plecach przechodzi dreszcz i jak cały czas chcę więcej, to wszystko czuję naraz, są słodkie, i są gorące, i są niesamowite - wyrzucił z siebie na jednym oddechu, zanim znowu pocałowała go w ten niesamowity sposób. Zanim nie przyciągnęła go do siebie za koszulę. Serce od razu przyspieszyło obijając się w piersi, tak, że dzwoniło w uszach. Po plecach rzeczywiście przeszedł mu dreszcz, mocny intensywny, wzdłuż kręgosłupa. I zakręciło mu się w głowie - obłędne - jeszcze raz musnął jej wargi zaczepnie, gwałtowniej, zanim ułożył się miedzy jej nogami. Zanim nie zaczął sunąć palcami po pomalowanej skórze, zaczepiając nimi o materiał jej sukienki.
Dopiero kiedy powrócił temat jej matki, odwrócił się do niej znowu. Utkwił spojrzenie w jej twarzy, w oczach, które zawiesiła na oceanie.
- Nie ma rzeczy niemożliwych - rzucił i pewnie każdy z boku powiedziałby, że to takie gadanie głupiego. Może tak było?
Ale Madox naprawdę w to wierzył, że nie ma rzeczy niemożliwych, wszystko można tylko trzeba do tego odpowiednio podejść. Po trupach do celu...
- Może nie rodziła w szpitalu? - zapytał, ale przysunął się bliżej znowu ją objął - i skoro cię oddała, to może musiała? Każdy medal ma dwie strony i ty... masz dostęp do jednej, a ja do drugiej - wzruszył ramionami. Bo Madox nie chciał teraz zepsuć tego momentu gadaniem o tym, że jej matka mogła urodzić na jakieś melinie, ale mogła. A on znał ludzi, którzy prowadzili takie miejsca, znał pseudo lekarzy, chociaż trzydzieści lat to kupa czasu, ale może wystarczyło popytać? Madox zawsze wychodził z takiego założenia, każde informacje można zdobyć, trzeba tylko wiedzieć gdzie pytać.
Pokiwał głową kiedy powiedziała to ale to nic, jakby ją rozumiał, jakby się z tym zgadzał, ale tak naprawdę to przecież już zastanawiał się co by mógł zrobić, do kogo się zgłosić. Chciał jej jeszcze coś powiedzieć, to, że jej matka nie wiedziała co traci, że przecież... mogła być najlepszym, co ją w życiu spotkało, tak jak była dla niego, ale wtedy w niebo poszły pierwsze sztuczne ognie. A potem kolejne. Dziesiątki kolorowych iskier.
Odbijały się w oceanie, i w jej oczach. A huk wypełniał powietrze, sprawiał, że całe ciało drżało...
A może to jego zadrżała, kiedy podsunęła się do niego bliżej.
- A nosotros? - nam?, zapytał, a jedna jego brew uniosła się do góry, bo przecież już chyba zdecydowali, że... dadzą temu szansę? Im szansę.
Chociaż jej kolejne słowa sprawiły, że się uśmiechnął, szarpnął się, żeby dziabnąć ją w palec, który wbiła mu w klatę. Musiał się z nią zgodzić, że to było... najprawdziwsze, co on kiedykolwiek czuł. Zawiesił spojrzenie na jej pięknych, błyszczących, dużych oczach. Już nawet miał powtórzyć po niej, że wszystko inne może się pierdolić, ale znowu zamknęła mu usta pocałunkiem, i teraz on też się do niej wyrwał, już zacisnął palce na jej pośladku, ale poderwała się z miejsca. Teraz on zerknął na nią trochę z wyrzutem, ale zaraz już zbierał się z ziemi chwytając ją za rękę.
- Z samego końca molo - mrugnął do niej jednym okiem i zaraz splótł jej palce ze swoimi , najpierw pociągnął ją za rękę w kierunku molo, ale zaraz już ją wciągał do siebie na plecy, żeby złapać ją pod kolanami niosąc na barana. Właściwie przedarcie się przez ludzi obserwujących fajerwerki nie było takie trudne. Chociaż emka wciąż trzymała, a emocje się udzielały, więc kiedy przechodzili koło tych intensywnie całujących się par, to Madox szczypał ją pod kolanem, albo zaczepiał zębami jej rękę. Koło tych, którzy cieszyli się jak dzieci, oni też na moment przystanęli i też patrzyli w niebo z szerokimi uśmiechami na twarzach. Na molo nie było wcale dużo ludzi. Kilka par.
A na samym końcu... pusto, jakby znowu to miejsce czekało na nich. Rzeczywiście stąd fajerwerki wyglądały najlepiej, jakby były na wyciągnięcie ręki. Na całym niebie.
Madox postawił Pilar na deskach.
- Możemy się trochę ochłodzić - zaproponował i zaraz już ściągał z siebie buty, żeby usiąść na brzegu molo, spuścić nogi do wody, była przyjemnie chłodna, wyciągnął rękę do Pilar - i odpalić cygaro - miał w kieszeni takie które dostał od dziadka na łodzi, trochę się pogniotło gdzieś podczas ich przygód, ale wciąż nadawało się do użytku. Dał je jej, kiedy sam grzebał po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki. Znalazł ją w końcu. Podał jej, ale cygarko zabrał, żeby mu odpaliła, a kiedy to zrobiła to pociągnął mocno i pyknął kilka razy, kilka kółek dymu, które uniosły się nad ich głowami.

El que mejor besa del mundo ( ˶˘ ³˘(ˊᗜˋ*)!♡

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 9:55 am
autor: Pilar Stewart
Słuchała go uważnie, kiedy opowiadał o ognistych pocałunkach, a jej oczy świeciły się chyba bardziej niż nie jedna, kolorowa lampka wbita w ziemię dookoła sceny. Wiedziała, że potrafili się zgadzać z wielu rzeczach, ale żeby on słowo w słowo opisał to, co sama czuła? No to akurat było niesamowite. Jakby wszedł jej do głowy i rozgościł się wśród myśli. Może było aż tak przewidywalna? A może po prostu czuli do siebie dokładnie to samo. Nie wiedziała jak rzadki to był przypadek, nie miała za dużo miejsca na porównania, ale ten tutaj, ten między nimi wydawał się… całkiem wyjątkowy. Excepcional.
Wyjątkowy był również sposób, w jaki Madox nie przyjmował do wiadomości, że to była sprawa bez wyjścia, jak usilnie powtarzał, że nie było rzeczy niemożliwych. Jak stał przy tym uparcie. I tu akurat się różnili, bo Stewart wiedziała, że były. Po dziesięciu latach pracy w policji wiedziała, że taka już była kolej rzeczy, że niektóre sprawy pozostawały niewyjaśnione. I może ta jej właśnie taka była. A może nie? Może teraz, kiedy miała dodatkową parę rąk do pracy i dojścia, do których ona nie miała za grosz, może jednak można było to znowu ruszyć? Rozgrzebać? Nastawić się na ponowne odgrzebywanie wspomnień i żali?
Może nie rodziła w szpitalu?
Może — wzruszyła ramionami na jego teorię. — Ale wszystko wskazuje, że był to szpital albo chociaż miejsce dostosowane do porodów. Podobno jak mnie znaleźli, to chociaż byłam świeżo po urodzeniu, to byłam czyściutka i owinięta w specjalną szmatę, którą dostajesz w placówce medycznej — wyjaśniła pokrótce to, co już wiedziała. Bo przecież wiadomo, że już jako policjantka była nie raz w swoim bidulu zadawać pytania, przeglądać akta i wszelkie zapiski. — Wiesz, najgorsze jest to, że nie ma punktu zaczepienia. Nic. Żadnego imienia, adresu, śladu, że ona w ogóle kurwa istniała — wzruszyła ramionami. I może powiedziałaby mu coś więcej, może opowiedziała o Helenie i tym jak włamały się do szpitala tylko po to, żeby gówno się dowiedzieć, ale przecież to nie był czas ani tym bardziej miejsce na tego typu rozmowy.
Tu mieli się bawić, tańczyć, skakać i kochać się do białego rana. To miała być ich ostatnia noc z Meksyku, ostatnie szaleństwo przed powrotem to chłodnej rzeczywistości. Nie chciała marnować czasu na gadanie o matce, bo to i tak nic by nie dało. A dawał im za to wszechświat — mały prezent w postaci pokazu sztucznych ognii. Jakby czekał z tym specjalnie na moment, w którym wyjdą od wróżki karlicy (bo to ważne, że była karłem) i Pilar się uspokoi, żeby nagrodzić ich tysiącami kolorowych iskierek na ciemnym niebie. W dodatku to wszystko w połączeniu ze stanem, w jakim narkotyki w końcu działały w niej na pełnych obrotach, sprawił, że Stewart się dosłownie rozpływała w ekstazie.
Szczególnie kiedy Madox wziął ją na barana i razem przedzierali się przez tłum. Razem skakali z ludźmi i cieszyli się jak dzieci, chociaż Pilar to najbardziej i tak zafascynowała była pokazem, który zdawał się nie mieć końca. Za każdym razem, gdy następowała chwila przerwy bała się, że nawet nie zdążą dotrzeć na molo. Zaciskała wtedy mocniej palce na skórze swojego narzeczonego i krzyczała mu do ucha jakieś sto vamos na minutę.
Ale zdążyli.
I to na ten najpiękniejszy moment, kiedy ognie układały się w całe obrazy. Pilar patrzyła na to jak zaczarowana. Już nawet nie była pewna, czy to się naprawdę tak pięknie wyświetla, czy to jedynie jej głowa układała z tego kształty jak motylek, czy kwiatek. Nawet nie zauważyła momentu, w którym Madox ściągnął buty i fakt, że w ogóle był w stanie wsadzić stopy do wody na molo. Ale tego wieczoru tak wszystko im się układało, że może i akurat był jakiś przypływ i stan wody był o wiele wyższy niż zazwyczaj. Wszystko specjalnie dla nich. Yolo!
Usiadła w końcu obok niego i pomogła mu odpalić cygaro, ciągle zadzierając głowę w górę, aż w końcu nie położyła się na chłodnych deskach, by mieć świetny widok i na fajerwerki i Madoxa.
Ogarniemy sobie takie na naszym weselu? — spytała w końcu, przyglądając się, jak tym razem ogniki ułożyły się w róże. — Albo naćpiemy wszystkich do tego stopnia, że trochę poruszamy zimnymi ogniami na patyku, a goście będą myśleć, że to jakiś dojebany pokaz — zaproponowała alternatywę, o wiele bardziej budżetową. Tak naprawdę, to Pilar wcześniej wcale nie myślała o samym ślubie. Dopiero teraz, kiedy leżała sobie na fazie, oglądająć kolorowe światełka, chociaż sama tak naprawdę nie wiedziała, czy chciała w ogóle wesele, czy może nie lepiej byłoby uciec gdzieś tylko we dwójkę. — A może w ogóle… — już miała mu to nawet zaproponować, ale wtedy coś głośnego huknęło nad ich głowami, a kiedy Pilar podniosła spojrzenie to… — Ja pierdole — tylko tyle była w stanie z siebie wydusić, kiedy nagle niebo wyglądało tak, jakby wybuchło tam pięćdziesiąt puszek z farbą i dosłownie zalało galaktykę. Kolory były wszędzie, to było… coś niesamowitego, pięknego. Nigdy czegoś takiego wcześniej nie widziała, a oni mieli na to najlepszy z możliwych widoków. Jeśli Madox jeszcze nie leżał obok niej, to szarpnęła go do siebie, bo z tej perspektywy wyglądało to tak, jakby wielki wodospad kolorów leciał im prosto na twarze.

⋆✴︎˚。⋆⋆✴︎˚。⋆ Excepcional ⋆✴︎˚。⋆⋆✴︎˚。⋆

tequila con muerte

: czw kwie 02, 2026 12:37 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa i wciąż dziko, ale nie bardzo
Coś w tym było, że policja przecież miała w aktach wiele niewyjaśnionych spraw, a półświatek ten często doprowadzał sprawy do końca, a potem usuwał dowody i Madox też przecież brał w tym czasem udział. Bo za tą jego ładną buzią, za tymi ciemnymi oczami to pewnie kryło się więcej niż jego rozmówcy się wydawało, więcej niż, to o co posądzała go Pilar.
Chociaż... ona wiedziała przecież o tej jego złej stronie, że miał Diabła pod skórą.
Ale miał też coś takiego... teraz jak na nią patrzył marszcząc brwi, zastanawiając się - a widziałaś tą szmatę? Skoro to jedyna rzecz, którą przy sobie miałaś to powinni ją zachować. Kto cię znalazł? Nic nie widział? Ile latynoskich dzieci rodzi się w szpitalach w Toronto dziennie? Znam takiego gościa, Kolumbijczyk, lekarz, przyjmuje porody, od kobiet, które są tu nielegalnie, czasem mnie szył - zresztą nie tylko jego, półświatek też miał swoich lekarzy, ale nie wszyscy byli zwyrolami. Niektórzy chcieli pomóc, i Madox też chciał, gdzieś pod łatką tego pierdolniętego właściciela Emptiness kryła się też jego lepsza strona, gdzie przecież pomagał swoim.
A Pilar to chyba chciał pomóc najbardziej, bo była najbardziej jego - jak będziesz chciała to to ruszymy - sięgnął palcami do jej policzka, żeby przesunąć po nim opuszkami, może nawet chciał dodać coś jeszcze?
Ale nie zdążył bo w powietrze poszły sztuczne ognie, kurwa tak kolorowe i tak piękne, że nawet wróżka karlica (ważne, bo karły emanowały jakimś takim... złym urokiem, złym okiem, czarna magia i te sprawy) ze swoim mini namiocikiem i tą całą przepowiednią, mogła się schować.
Chociaż gdzieś z tyłu głowy Madox miał jej słowa, miał to co powiedziała mu Pilar, dużo różnych myśli, których jeszcze nie chciał do siebie dopuszczać. Jeszcze przez chwilę nie.
Bo przecież to miał być ich wieczór, ich meksykańska, dzika noc, tylko we dwoje. A oni cały czas byli z kimś.
Cały czas coś.
Chociaż teraz mogli złapać te kilka chwil sam na sam. Zawsze te chwile we dwoje wyciskali do cna. Bo to przecież zdarzało im się tak rzadko, a dzisiaj... Dzisiaj od rana ktoś im się wpierdalał, Guilia i Matteo, autostopowicze z Polski, gej Antoine, wróżka KARLICA.
I teraz kiedy usiedli na tym małym molo, na samym końcu we dwoje, to Madox zaraz wyciągał do niej rękę. To nie był ten deptak, przy którym stały łodzie, gdzie roiło się od ludzi. To był niewielki pomost do skakania, niski i tak skonstruowany, że można na nim było z powodzeniem moczyć nogi, albo... wykonać skok z fikołkiem do wody i Madox nawet się przez chwilę zastanawiał nad takim skokiem, nawet sobie pasek odpiął, ale finalnie usiadł na deskach zamaczając tylko nogi. Pyknął sobie cygaro, które mu odpaliła, było aromatyczne, znajomy zapach... trochę jego domu. Noriega też zadarł głowę do góry patrząc w niebo, ale kiedy Pilar zapytała, czy ogarną sobie takie na ich weselu, to zaraz obejrzał się na nią przez ramię. Bo... oni przecież nie rozmawiali jeszcze o tym weselu.
Uśmiechnął się na jej kolejne słowa, a zaraz już przysuwał się do niej, żeby oprzeć głowę gdzieś na jej piersi, a spojrzenie na moment zawiesić na jej oczach.
- Myślisz? Dalibyśmy wszystkim kwas i od razu wesele byłoby niezapomniane - zaczepił ją jeszcze szczypiąc zębami gdzieś w podbródek, i kiedy zaczęła to znowu utkwił czarne oczy w jej pięknej twarzy, w tych ustach, które zaraz wyrzuciły z siebie to ja pierdole i wtedy on też powiódł spojrzeniem w niebo - o kurwa... - wyrwało mu się też. Bo to co działo się nad ich głowami, te kolory, to było niesamowite i on czegoś takiego jeszcze nie widział. I chciał powiedzieć Pilar jeszcze sto różnych rzeczy, ale w tej chwili to aż mu odjęło mowę, patrzył jak zafascynowany na ten widok. Chociaż odnalazł jaj palce i oparł sobie jej dłoń na klatce piersiowej, na dzikim lwie, pod którym szybko waliło jego serce. Mocno, tak jakby miało zaraz wypierdolić w kosmos.
Wodospady kolorów spłynęły po czarnym nieboskłonie, cisze nie tylko wypełniał huk wystrzału, ale tysiące różnych reakcji, które mieszały się w jedno wielkie wow pełne zachwytu, później nawet wybrzmiały brawa. I na moment zaległa cisza, czarne już niebo, wstrzymane oddechy, a zaraz... od plaży znowu uderzyła ich muzyka, światła, śmiech. Dźwięk całego festiwalu, bo wszyscy zaczęli znowu korzystać z tej wyjątkowej nocy.
A Madox skorzystał z tego, że leżał obok niej, przekręcił się na brzuch, a zaraz już opierał głowę na jej piersi, zadzierając ją do góry, żeby na nią spojrzeć.
- Pilar... - zaczął - musisz mi coś powiedzieć... - rzucił trochę tajemniczo, palcami sunąc po jej udzie z którego zgarniał zwiewny materiał sukienki - jak ma wyglądać nasze wesele? - musiał jej o to zapytać, bo go to ciekawiło, bo wcześniej nie było okazji o tym porozmawiać - bo to, żeby były fajerwerki, to już wiem - przekręcił się, żeby musnąć wargami pomalowaną skórę na jej dekolcie - bo ja... Ja bym chciał, żeby to było takie wesele, jakie ty sobie wymarzysz - może brzmiało to banalnie i przecież każdy mężczyzna dla swojej kobiety chciałby czegoś takiego, ale... Madox nie był każdy. I dużo rzeczy miał gdzieś, a jednak tutaj naprawdę tego chciał - i jak będziesz chciała kucyka, to będzie kucyk, albo nie wiem... wieża z szampana - on pewnie by się na taką wieżę skusił, bo już je widział na kilku imprezach, a nigdy nie widział jak je napełniali. Pech.
- Ale przede wszystkim to mi powiedz jedną rzecz - znowu podniósł głowę, żeby spojrzeć w jej piękne, duże oczy, wciąż ciemne, wciąż rozmigotane, niesamowite - kiedy to zrobimy? - podciągnął się na ręce, tak, że pochylić się nad nią, spojrzeć na nią z góry, oprzeć dłoń przy jej biodrze po którym przesunął palcami, zamknąć ją w uścisku - myślałaś o tym? - zawiesił ciemne spojrzenie na jej pięknych oczach, chociaż zaraz uciekło na jej pełne, gorące wargi.

Me gustaría que esta boda fuera tal como la soñaste ⋆✴︎˚。⋆*ੈ✩‧₊˚