+18, nagość tylko i przekleństwa i nie wiem w sumie, już nie ma ruhahania
Czuł euforię, ogarniał go ten głęboki relaks, całe ciało się odprężyło. Wszystkie potrzeby były zaspokojone. Ale umysł... Ten wcale się nie wyciszył.
Bo Madox w głowie miał pełno różnych myśli, prawdziwy natłok emocji. Przecież on zawsze wiedział co do niej czuje, określał to od początku w gestach, w słowach, nigdy się nie wahając, nie zastanawiając, bo
wszystko dookoła mogło się pierdolić... Bo liczyła się tylko ona.
I to, że on chciał ją.
Chciał ją na tej plaży, kiedy oświadczał się jej
pechowym pierścionkiem swojej matki. Chciał jej, kiedy miotał się przy śmietniku, gdy próbowała mu go oddać. I chciał, kiedy zrobił to po raz drugi, w domu, do którego się włamali. Był pewny. Ale teraz...
kurwa. Teraz był chyba pewniejszy niż kiedykolwiek. Z ciemnymi tęczówkami zawieszonymi na jej pięknych czekoladowych oczach. Z sercem bijącym w piersi szaleńczo, sercem na którym układała swoją dłoń, na jego
dzikim lwie. I gdyby mu powiedziała tylko słowo, to by się zerwał i wziął ją za żonę w tej chwili.
Teraz.
Już.
Tutaj.
Bo Madox nigdy nie umiał sobie nic
dozować. Jak się bawić, to się bawić. Iść na całość. On zawsze, za każdym pierdolonym razem, wolał żałować, że coś zrobił, niż potem wyrzucać sobie, że mógł, a się nie zdecydował. Zawsze to robił, działał, tak jak kazało mu serce, tak jak czuł. I dzisiaj pewnie też by to zrobił, oparł palce na jej ręce na swoim torsie...
Splótłby jej palce ze swoimi, pociągnął ją znowu w ten szalony, kolorowy tłum, znalazł wróżkę, szamana, albo Jezusa, któremu prawie stanął od jego aury, i wziął z nią ślub. Nie wiążący, nie taki, który sankcjonuje jakikolwiek urząd. Tylko taki, który przypieczętowałby tą wyjątkową noc. Ich wyjątkowe uczucie.
Ale jej obiecał...
Obiecał, że nie będzie taki
narwany, że teraz to ona
wybierze moment. Chociaż dla niego ten był całkiem odpowiedni. Ale Madox po prostu nie umiał zostawiać
czegoś na kiedyś, on chciał wszystko już, wszystko teraz...
Uczył się z nią, że czasem
przeciąganie jest przyjemne, że czasem wydłużanie chwili w jebaną nieskończoność przynosi prawdziwą przyjemność. W łóżku się z nią tego uczył. Ale wciąż nie umiał dozować sobie po prostu
jej. Mogłaby zostać dzisiaj jego narzeczoną, żoną, a jutro kupować sobie z nim dom z ogródkiem (i ogórkiem też) i wieszać na drzewie huśtawkę z opony. I nawet jakby to wszystko mieli, to i tak każdy kolejny dzień byłby nową przygodą, byłby niesamowity, bo przecież...
u nich wiecznie się coś działo.
Nie umieli się zatrzymać. Osiągnęli stan spełnienia, za-do-wo-le-nia. Ale nie spokoju. Nie wyciszenia. Bo przecież serca wciąż gnały, wciąż wyrywały się do siebie. Ciała też wciąż reagowały na dotyk, drżeniem, szarpnięciami, jakby przed chwilą nie odpuściły kompletnie, nie poddały się w tej walce z kolejnym
zajebistym orgazmem, najlepszym kurwa w życiu.
-
Do kosmosu? - powtórzył po niej z uśmiechem -
to w chuj bardzo - i znowu ją do siebie ciągnął, żeby oparła się na jego klacie, żeby znowu poczuć gdzieś na szyi jej ciepły, przyjemny oddech. Powiódł ciemnymi tęczówkami dookoła, ale zaraz zawiesił je na jej twarzy, na profilu, kiedy mu przytaknęła na temat zamieszkania w tej budce -
pod oknem rozłożyłoby się gazetę do spania... - mruknął jej do ucha, bo kiedyś przecież po Emptiness krążyły takie plotki, że Noriega nie ma łóżka, tylko śpi na gazecie. Miał, całkiem wygodne swoją drogą, o czym Pilar też już się mogła przekonać. Zawiesił spojrzenie na tym biurku, z którego zrzucili chyba wszystko co się dało. Ale kto by się tym przejmował?
Oni się nie przejmowali, nawet jeśli jutro wystawią za nimi w Meksyku list gończy i będą ich ścigać za włamanie... do czyjegoś domu i budki ratownika -
a wiesz gdzie jeszcze mam fajne biurko? - zapytał już zaczepnie przysuwając głowę do jej piersi, osadzając na niej ciepły oddech, zamruczał, kiedy szarpała go znowu za włosy, kiedy jej paznokcie sunęły po jego skórze -
w Emptiness - to rzeczywiście było dziwne, że oni kochali się w takich odklejonych miejscach, a w jego klubie jeszcze nie. A przecież Madox często zaliczał laski w klubie... tylko może to właśnie było słowo klucz
zaliczał laski, bo oni z Pilar weszli już chyba na jakiś inny poziom seksu. Nie kierowany tylko i wyłącznie tym, żeby się zaspokoić, w tej jednej,
dzikiej, ulotnej chwili.
Tylko tym, żeby przekroczyć jakąś kolejną granicę, żeby wspiąć się na coraz to nowsze wyżyny rozkoszy. Za każdym razem wyżej. Za każdym razem inaczej. Nie tylko fizycznie, ale... jakoś inaczej się to osadzało w głowie. Odciskało na umyśle jakieś inne piętno.
Teraz też Madox jeszcze tak do końca nie mógł się skupić na jej słowach, zaciągając się mocno w płuca jej zapachem. Przytulając do niej. Dopiero kiedy powiedziała o tym
problemie, to podniósł na nią spojrzenie. Zmarszczył brwi, bo wiecznie
te problemy… Ale zaraz parsknął śmiechem, szczerze, intensywnie, aż mogła to na sobie poczuć.
-
Rozpalę ci ognisko na plaży, a kocioł pożyczysz od karlicy czarownicy - pokazał jej czubek języka, a zaraz znowu się uśmiechnął, znowu do niej szarpnął. I już chciał złożyć na jej pełnych, gorących wargach kolejny pocałunek, ale wtedy powiedziała to, że
chce sprzedać mieszkanie, uniósł jedną brew, spoważniał nieco. Bo już o tym rozmawiali, i powiedział jej, że jeśli chce je zostawić to, to nie jest problem. Przez chwilę chciał jej to powtórzyć, że przecież może je zostawić, a mieszkać u niego, mieszkać z nim.
U nich.
Klatka piersiowa uniosła mu się mocniej, kiedy nabrał powietrze w płuca, mogła tu czuć na ręce zawieszonej przy jego torsie, kiedy przekładała w palcach jego łańcuszki.
-
Okej - powiedział spokojnie, a kiedy szarpnęła za łańcuch (wściekły pies na łańcuchu, woof woof, sorry ;p), to zaraz pochylał do niej głowę, żeby ją zaczepić, żeby szczypnąć zębami skórę na jej dłoni, w której trzymała złote medaliki (pewnie ten z sutkiem też, lol) -
jak chcesz, i tak tam nie wrócisz - podniósł na nią spojrzenie, na jej piękne, błyszczące oczy. A na jej kolejne słowa sięgnął do jej policzka, żeby ułożyć na nim palce, zgarnąć z niego jej
kudły, które lepiły im się do skóry -
też już przyzwyczaiłem się do tego, że zanim się położę to mam rozgrzebaną pościel i wygrzaną poduszkę - znowu sobie żartował, ale przecież Madox wiecznie to robił. Jak nie wyrzucał z siebie słów, które leżały mu gdzieś na sercu, na dnie duszy, albo cisnęły w wątrobę, po prostu, wyznając jej miłość, to... żartował. To obracał wszystko w te swoje
żarciki, ale prawda jest taka, że on też nie chciał... Nie potrafiłby już żyć bez niej. Nie pozwoliłby jej się wyprowadzić, zacznijmy od tego. A gdyby się uparła, że to zrobi, to chyba poszedłby za nią i naprawdę spał na wycieraczce póki by się nad nim nie zlitowała. Ułożył rękę na jej szyi, a ciemne oczy przesunęły się po jej piersi, ale zaraz znowu odszukały jej spojrzenie -
zawsze chciałem - powiedział spokojnie, bo to też jest fakt, że on wtedy kiedy proponował jej wprowadzenie się do siebie, to wcale nie z myślą, że to będzie na chwilę. Bo Madox się nigdy nie bał... Kolejnych kroków. Przekraczania granic. Tego, żeby zawalczyć o nich. Chociaż czasem przecież nie powinni.
Nie powinni się widywać.
Nie powinni być razem.
Ale byli.
Przeciwko całemu światu.
Zaraz westchnął ciężko odchylając do tyłu głowę.
-
Wywalimy Richa i Rosę? Ale z drugiej strony... to jakbyśmy chcieli gdzieś jechać, to zawsze ma kto zostać z Sombrą - stwierdził, a zaraz zerknął na zegarek na nadgarstku -
kurwa... - wyrwało mu się i już przekręcał rękę, żeby pokazać go Pilar. Dochodziła czwarta. Muzyka w tle też jakby ucichał. Nawet nie wiadomo kiedy. Madox kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ten czas im tutaj zleciał...
Nie no zdawał sobie sprawę, spędzili go
kurewsko przyjemnie.
siempre te quise ⋆.ೃ࿔
*:・