tequila con muerte
: ndz kwie 12, 2026 7:51 pm
trigger warning
przekleństwa, strzelanina, krewBo jednak Madox mimo swojego narwaństwa miał w sobie odrobinę instynktu samozachowawczego. Cofnął się gdy do ogrodu zaczęli zwalać się agenci SWAT. Chciał sprawdzić co z nią. Już do niej sięgał, do jej bezwładnej ręki.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
I tylko jego palce przesunęły się po jej skórze, kiedy go od niej odciągali. A potem już zakuwali w kajdanki, jak jakiegoś bandytę. A ten leżał na deskach werandy w kałuży krwi.
Załatwili Gonzalesa, teraz już na pewno.
A na pewno nie dla Madoxa, bo on się znowu tylko szarpał, żeby go puścili, żeby zobaczyć co z Pilar.
- Montoya... - oczywiście, że zwrócił się do kobiety, bo przecież nie do jej męża, który jakąś chorą satysfakcję czerpał chyba z tego, że Noriega miał na sobie kajdanki.
- Nie ma kurwa takie opcji, jedziesz z nami - rzucił detektyw Montoya, niewzruszony, z rękami skrzyżowanymi na piersi, na której na łańcuszku wisiała jego odznaka.
- No i chuj, zabierz mnie Montoya, nic wam nie powiem, nawet kurwa pół słowa, dopóki... - Madox nie skończył, ale chciał powiedzieć, że dopóki nie dowie się co ze Stewart. Bo kiedy zabrali ją do ambulansu, to powiedzieli mu tylko tyle, że żyje...
Ulżyło mu, ale widział jak ten facet ją kopał, bez opamiętania. Tak samo, jak później oddał mu Madox.
- Zamknijcie się! - przerwała Pani Montoya dociągając na głowie ciasny kucyk, w którym zebrane miała czarne włosy. Chciała jeszcze coś dodać, może jeszcze krzyknąć? Na męża, na Madoxa, którzy zachowywali się trochę jak dzieci. Dwóch chłopaczków w piaskownicy, którzy nie potrafili się dogadać. Ale sanitariusze zawołali o pomoc, a Madox znowu się szarpnął, znowu się wyrwał i tylko został pchnięty niżej. Głowa nisko... Widział po Montoyi, że chętnie by mu przyłożył. I vice versa.
Policjantka zajrzała do karetki i zaraz się podciągnęła, żeby do niej wejść.
- Spokojnie Pilar, musisz jechać do szpitala - zaczęła tonem troskliwej mamuśki. Nawet podeszła do Stewart chcąc ją uspokoić, tylko ona wciąż pytała o Madoxa. A Noriega wciąż się wiercił, wciąż szarpał i wciąż patrzył spode łba na Montoyę, który stał nad nim.
Zlitowała się ona...
Znowu ciemne spojrzenie przeniosła na męża, i jakby oczy mogły mówić, to jej by powiedziały, że oni też by się tak do siebie wyrywali. Też by jedno nie zostawiło drugiego.
Madox chyba to wiedział, wyczytał z jej wzroku. I chyba jej małżonek też, bo warknął tylko pod nosem, ale rozpiął mu kajdanki.
A kiedy tylko Madox był wolny, to zaraz dopadł do karetki, zaraz już wchodził do niej przepychając się obok Montoyi, której rzucił ciche dzięki.
- A pan to kto? - zaczęli sanitariusze, no ale chyba wiadomo, że ten Madox, skoro Stewart przestała się szarpać.
- Ja pierdolę... Pilar, nic ci nie jest? Jak się czujesz? Co cię boli? Jak to wygląda... kurwa... ile krwi - zaczął już nawijać Noriega wcale nie przejmując się tym, co mówili medycy.
- Jej partner, jedzie z wami, zabierajcie ich - zarządziła detektyw Montoya tonem, który nie znał sprzeciwu. I chyba medycy to wyczuli, tak jak to, że Madox nie odsunie się od Stewart, więc go tylko przestawili, żeby zająć się jej ręką. Montoya zamierzyła się do wyjścia, ale jeszcze zawiesiła się przy drzwiach na jakimś uchwycie.
- Noriega jak mi spierdolisz, to cię znajdę i tym razem sama zakłuje cię w kajdanki... - rzuciła łapiąc spojrzenie Madoxa. I on przecież w normalnych warunkach pytał by jej czy mu to obieca, albo czy będzie miała na sobie mundurek, bo taki był Noriega. A jednak teraz skinął jej tylko głową, palce zaciskając na ręce Pilar. Montoya wyszła z karetki, a sanitariusze opatrzyli jeszcze rękę Pilar, posadzili Madoxa na jakimś siedzeniu i kazali kierowcy ruszać.
Syreny wyły nad ich głowami mieszając się, bo karetek pojawiło się więcej, i więcej wozów policyjnych. A przez okna znowu te blendujące się za sobą niebiesko-czerwone światła, jak przy hacjendzie Gonzalesa. Tylko... teraz policja działała już spokojniej. Bo Pablo już...
Droga do szpitala minęła im szybko. Kilka ulic dalej. Sanitariusze wciąż tłumaczyli Pilar, że muszą jej zrobić badania, tomograf, prześwietlenie, usg, wszystko, bo mogła mieć obrażenia wewnętrzne.
To samo powiedział lekarz, który odebrał ją w szpitalu.
- Pan nie... - rzucił do Madoxa, kiedy chcieli ja zawieźć na salę.
- Ja tak, jestem jej partnerem, policja, działaliśmy pod przykrywką - już znowu wciskał kit, ale lekarz spojrzał na sanitariuszy, którzy to potwierdzili, wpuścili go na sale, chociaż kazali stanąć z boku, kiedy ją badali.
Kiedy szpitalne nożyczki cięły czerwony materiał jej sukienki, żeby odsłonić poobijaną skórę.
Madox aż się przeszedł, bo... mógł być szybszy, mógł się wyrwać już wcześniej. Nie pozwolić jej skrzywdzić, a on zawsze pozwalał. Obwiniał się. Jak on kurwa dba o jej bezpieczeństwo? Nie dba...
Przesunął palcami po jasnych włosach, a zaraz podeszła do niego jakaś rezydentka.
- Pana też trzeba obejrzeć... - stwierdziła, bo Madox też był trochę poobijany, dostał kilka razy w gębę, pozdzierał ręce, ale przecież to nic. Pokręcił tylko głową.
Nunca te abandonaré ₊˚⊹♡