tequila con muerte
: wt kwie 14, 2026 2:32 pm
trigger warning
przekleństwa, szpital i... poródMadox zresztą też, bo zaraz już pakował Pilar na wózek.
Chociaż kiedy dostał pół batonika, to zjadł go w dwóch gryzach, mrucząc pod nosem, bo Madox nawet nie wpadł na to, żeby sobie takiego batona kupić, kiedy czekał aż Stewart wróci z badań, a mógł. A zaraz też powiedział jej, że doktor Fernandez mógł kupić więcej tych batonów, a najlepiej jakby sobie nimi wypchał całe kieszenie.
Madox korytarzem ruszył oczywiście z pełną powagą, bez żadnego zawahania, nawet głową skinął kilku innym lekarzom, którzy go mijali, no bo doktor Fernandez oprócz tego, że był caliente, to był też kulturalnym gościem.
Potem do windy i na dół.
A potem do karetki i
Za proste by to było i za piękne.
Bo zaraz przed szpitalem parkowała taksówka, w której czerwona sukienka odbierała poród. Całe szczęście, że była lekarzem, ale nieszczęście, że jednak rodziło się tam dziecko...
Chociaż może dla rodziców to szczęście. Ale Madox osobiście pobladł, bo wróciły do niego jakieś traumy związane z tym, jak on już kiedyś podobno odebrał poród, nie pamiętał za wiele, ale kurwa... Jego samo gadanie o czymś takim delikatnie mówiąc mierziło. A co dopiero brać w tym udział. Kiedy facet zaczął szarpać go za kitel, to Madox już go ściągał.
- No nie pomogę, bo to tylko taki strój - i już go z siebie zrzucił zostawiając w rękach mężczyzny. Miał się wycofać i najlepiej to zabrać Pilar, może jakby stad wyjechali tym wózkiem, to potem by sobie zamówili taksówkę i jakoś by to poszło. Ale nie... czerwona sukienka kazała mu pomóc z przeniesieniem rodzącej kobiety, a chłop już go szarpał za koszulę. Pomógł tej kobiecie wysiąść, ale z każdym skurczem krzyczała mu do ucha i ściskała go za... koszulę. Ta koszula wyglądała już tragicznie, kolejne droga koszula, której pewnie nie odratuje.
Madox bardziej się przejął ta koszulą niż czymkolwiek innym, bo facet ze swoją żoną na wózku ruszyli już do wejścia. Wiadomo, że Noriega już stał obok Pilar.
- Może chodźmy stąd, wezmę cię na ręce... - zaproponował, ale zaraz okazało się, że poród będzie się odbywał w karetce, bo drzwi do szpitala były zablokowane z powodu braku prądu.
Nie no kurwa, świetnie.
Madox nawet się obejrzał przez ramię, ale przecież tych szpitalnych drzwi nie ruszą, nawet jakby chcieli je wybić to raczej nie byłoby to proste. Na szczęście była ta karetka.
Bo Noriega był już blady, a zaraz pewnie kurwa będzie fioletowy, zielony i albo rzygnie, albo zemdleje. Takie były opcje. Już mu było słabo, a tu zaraz znowu Ana, która dzisiaj zamiast czerwonej sukienki miała na sobie dżinsowe szorty i koszulkę na ramiączkach, go szarpnęła.
- Dobra, ale tylko... - zaczął, ale nie dokończył, bo rodząca znowu krzyknęła i zaraz z jej mężem Noriega pomagał wpakować ją na leżankę do karetki. Najpierw szarpnęła gdzieś za tą piękną
- Ja wychodzę... bo ja nienawidzę widoku krwi, zemdleje, albo zwymiotuje... - zaczął od razu dyskusję, kiedy Ana mówiła, że ma być bez. Ale taka była prawda, tylko, że to chyba nie chodziło o krew, bo akurat z tym Madox nigdy nie miał problemu. Nie miał problemu z dziurami w głowie, z postrzałami, złamaniami otwartymi, a jednak porody to było dla niego za wiele. Wychodzi na to, że Madox miał... dziwne fobie, igły, karły i porody.
Wyszedłby z tej karetki, już stał przy drzwiach, tylko, że mąż Lucii wypadł z karetki pierwszy i... zaraz rzygał pod koła.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Zawahał się, i zerknął jeszcze na Pilar, która już zajęła wskazaną przez lekarkę pozycję.
- Ja pierdole... - no co miał zrobić? Chyba musiał pomóc, chociaż w pewnym momencie myślał, że jego też autentycznie cofnie, kiedy Ana powiedziała o tym bałaganie - co mam kurwa pod nią podłożyć? Wiadro? - oby tylko nie zrobił się aż taki bałagan.
Madox był już fioletowy, z tej swojej bladości zrobił się trupio blady, jakby odjęło mu wszystkie kolory, jakby sam miał tu zaraz zejść. Ale wziął paczkę z rękawiczkami, skalpel, jakieś środki do dezynfekcji i nawet jakiś podkład sanitarny, żeby coś pod nią podłożyć. Stanął za plecami pani prawdziwej doktor, a kiedy ona zaglądała pod sukienkę Lucii, to się cofnął.
- Może ja... - już chciał powiedzieć, że może głową by już wolał wywarzyć te drzwi, niż brać w tym udział... ale wtedy Ana powiedziała, że widzi główkę - ja pierdole... - wyrwało się Noriedze, ale zaraz już odpakowywał te rękawiczki, żeby podać je Anie, i jeszcze te podkłady i jakieś kolejne medyczne szmaty, trzymał ten skalpel, ale modlił się, żeby nie był potrzebny. Niech to dziecko po prostu... wyjdzie.
Nie chciał tam zaglądać, ale Ana zaraz wyjrzała spod sukienki, tylko tym razem zwracała się do Pilar.
- Ona musi przeć. Trzy oddechy i przemy, liczcie to... Raz, dwa, trzy... i teraz - narzuciła jakiś tam rytm i Madox też starał się nabrać w płuca te trzy oddechy, ale nabrał chyba z trzydzieści. Małych, panicznych oddechów.
Ciężarna znowu krzyknęła, później Ana też podwijając do góry sukienkę... I to było trochę za dużo, bo Madox po prostu... pierdolnął na podłogę w tej karetce.
Ale ostrzegał uczciwie, że on nienawidzi widoku krwi.
Kiedy Pilar się ruszyła, to Ana zaraz wbiła w nią spojrzenie.
- Nic mu nie będzie, faceci to mięczaki - pokręciła głową -ty musisz mi pomóc, pamiętaj przemy! Dacie radę dziewczyny! - zawołała jeszcze - już jest bardzo dobrze, jeszcze trochę... - i chyba dobrze parły, bo po chwili Ana trzymała w ramionach dziecko, które obejrzała, sięgnęła po nożyczki i przecięła pępowinę, a zaraz w karetce wybrzmiał krzyk maleństwa, a potem zaraz krzyk ojca, że drzwi się odblokowały...
Szkoda tylko, że już było po wszystkim.
poder femenino ˚˖𓍢