Strona 50 z 50

tequila con muerte

: wt kwie 14, 2026 2:32 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, szpital i... poród
Oczywiście, że odwrócił się dookoła własnej osi prezentując się jej w kitlu, a kiedy powiedziała to, że kto by pomyślał, że doktor Fernandez jest tak kurewsko caliente, to nawet puścił jej oczko, z jakimś tekstem, że zaprasza ją na badanie. Tylko nie mieli na to wcale czasu, na kawę też nie... Chociaż doktor Fernandez w wykonaniu Noriegi na pewno się nie pierdolił, tylko od razu przechodził do rzeczy.
Madox zresztą też, bo zaraz już pakował Pilar na wózek.
Chociaż kiedy dostał pół batonika, to zjadł go w dwóch gryzach, mrucząc pod nosem, bo Madox nawet nie wpadł na to, żeby sobie takiego batona kupić, kiedy czekał aż Stewart wróci z badań, a mógł. A zaraz też powiedział jej, że doktor Fernandez mógł kupić więcej tych batonów, a najlepiej jakby sobie nimi wypchał całe kieszenie.

Ale nie wypchał.


Madox korytarzem ruszył oczywiście z pełną powagą, bez żadnego zawahania, nawet głową skinął kilku innym lekarzom, którzy go mijali, no bo doktor Fernandez oprócz tego, że był caliente, to był też kulturalnym gościem.
Potem do windy i na dół.
A potem do karetki i

do widzenia.


Za proste by to było i za piękne.
Bo zaraz przed szpitalem parkowała taksówka, w której czerwona sukienka odbierała poród. Całe szczęście, że była lekarzem, ale nieszczęście, że jednak rodziło się tam dziecko...
Chociaż może dla rodziców to szczęście. Ale Madox osobiście pobladł, bo wróciły do niego jakieś traumy związane z tym, jak on już kiedyś podobno odebrał poród, nie pamiętał za wiele, ale kurwa... Jego samo gadanie o czymś takim delikatnie mówiąc mierziło. A co dopiero brać w tym udział. Kiedy facet zaczął szarpać go za kitel, to Madox już go ściągał.
- No nie pomogę, bo to tylko taki strój - i już go z siebie zrzucił zostawiając w rękach mężczyzny. Miał się wycofać i najlepiej to zabrać Pilar, może jakby stad wyjechali tym wózkiem, to potem by sobie zamówili taksówkę i jakoś by to poszło. Ale nie... czerwona sukienka kazała mu pomóc z przeniesieniem rodzącej kobiety, a chłop już go szarpał za koszulę. Pomógł tej kobiecie wysiąść, ale z każdym skurczem krzyczała mu do ucha i ściskała go za... koszulę. Ta koszula wyglądała już tragicznie, kolejne droga koszula, której pewnie nie odratuje.
Madox bardziej się przejął ta koszulą niż czymkolwiek innym, bo facet ze swoją żoną na wózku ruszyli już do wejścia. Wiadomo, że Noriega już stał obok Pilar.
- Może chodźmy stąd, wezmę cię na ręce... - zaproponował, ale zaraz okazało się, że poród będzie się odbywał w karetce, bo drzwi do szpitala były zablokowane z powodu braku prądu.
Nie no kurwa, świetnie.
Madox nawet się obejrzał przez ramię, ale przecież tych szpitalnych drzwi nie ruszą, nawet jakby chcieli je wybić to raczej nie byłoby to proste. Na szczęście była ta karetka.

Dla kogo szczęście, dla tego szczęście.


Bo Noriega był już blady, a zaraz pewnie kurwa będzie fioletowy, zielony i albo rzygnie, albo zemdleje. Takie były opcje. Już mu było słabo, a tu zaraz znowu Ana, która dzisiaj zamiast czerwonej sukienki miała na sobie dżinsowe szorty i koszulkę na ramiączkach, go szarpnęła.
- Dobra, ale tylko... - zaczął, ale nie dokończył, bo rodząca znowu krzyknęła i zaraz z jej mężem Noriega pomagał wpakować ją na leżankę do karetki. Najpierw szarpnęła gdzieś za tą piękną rozpierdoloną koszulę Madoxa, a potem za włosy swojego męża. Chciała też za jasne kudły chwycić Noriegę, ale w porę się odsunął.
- Ja wychodzę... bo ja nienawidzę widoku krwi, zemdleje, albo zwymiotuje... - zaczął od razu dyskusję, kiedy Ana mówiła, że ma być bez. Ale taka była prawda, tylko, że to chyba nie chodziło o krew, bo akurat z tym Madox nigdy nie miał problemu. Nie miał problemu z dziurami w głowie, z postrzałami, złamaniami otwartymi, a jednak porody to było dla niego za wiele. Wychodzi na to, że Madox miał... dziwne fobie, igły, karły i porody.
Wyszedłby z tej karetki, już stał przy drzwiach, tylko, że mąż Lucii wypadł z karetki pierwszy i... zaraz rzygał pod koła.
Kurwa. Kurwa. Kurwa.
Zawahał się, i zerknął jeszcze na Pilar, która już zajęła wskazaną przez lekarkę pozycję.
- Ja pierdole... - no co miał zrobić? Chyba musiał pomóc, chociaż w pewnym momencie myślał, że jego też autentycznie cofnie, kiedy Ana powiedziała o tym bałaganie - co mam kurwa pod nią podłożyć? Wiadro? - oby tylko nie zrobił się aż taki bałagan.
Madox był już fioletowy, z tej swojej bladości zrobił się trupio blady, jakby odjęło mu wszystkie kolory, jakby sam miał tu zaraz zejść. Ale wziął paczkę z rękawiczkami, skalpel, jakieś środki do dezynfekcji i nawet jakiś podkład sanitarny, żeby coś pod nią podłożyć. Stanął za plecami pani prawdziwej doktor, a kiedy ona zaglądała pod sukienkę Lucii, to się cofnął.
- Może ja... - już chciał powiedzieć, że może głową by już wolał wywarzyć te drzwi, niż brać w tym udział... ale wtedy Ana powiedziała, że widzi główkę - ja pierdole... - wyrwało się Noriedze, ale zaraz już odpakowywał te rękawiczki, żeby podać je Anie, i jeszcze te podkłady i jakieś kolejne medyczne szmaty, trzymał ten skalpel, ale modlił się, żeby nie był potrzebny. Niech to dziecko po prostu... wyjdzie.
Nie chciał tam zaglądać, ale Ana zaraz wyjrzała spod sukienki, tylko tym razem zwracała się do Pilar.
- Ona musi przeć. Trzy oddechy i przemy, liczcie to... Raz, dwa, trzy... i teraz - narzuciła jakiś tam rytm i Madox też starał się nabrać w płuca te trzy oddechy, ale nabrał chyba z trzydzieści. Małych, panicznych oddechów.
Ciężarna znowu krzyknęła, później Ana też podwijając do góry sukienkę... I to było trochę za dużo, bo Madox po prostu... pierdolnął na podłogę w tej karetce.
Ale ostrzegał uczciwie, że on nienawidzi widoku krwi.
Kiedy Pilar się ruszyła, to Ana zaraz wbiła w nią spojrzenie.
- Nic mu nie będzie, faceci to mięczaki - pokręciła głową -ty musisz mi pomóc, pamiętaj przemy! Dacie radę dziewczyny! - zawołała jeszcze - już jest bardzo dobrze, jeszcze trochę... - i chyba dobrze parły, bo po chwili Ana trzymała w ramionach dziecko, które obejrzała, sięgnęła po nożyczki i przecięła pępowinę, a zaraz w karetce wybrzmiał krzyk maleństwa, a potem zaraz krzyk ojca, że drzwi się odblokowały...
Szkoda tylko, że już było po wszystkim.

poder femenino ˚˖𓍢🌷✧˚.🎀

tequila con muerte

: wt kwie 14, 2026 4:19 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa, poród
Niby mieli pecha, a jednak gdzieś pomiędzy tym wszystkim okazało się, że tak naprawdę w chuj szczęścia również. Bo gdyby wyszli chociaż chwilę później z sali, chwile później władowali się do windy… utknęliby w szpitalu na niewiadomo ile. A takto? Nie dość, że byli na wolności (poniekąd), to jeszcze detektywi Montoya zostali uwięzieni w środku i mogli im naskoczyć. A przynajmniej tak próbowała to sobie tłumaczyć Pilar, próbując za wszelką cenę znaleźć jakieś pozytywy w tej pojebanej, spaczonej sytuacji.
Nie chciała przyjmować porodu. Sama ledwo mogła się ruszać. Ale kurwa co mieli zrobić? Powiedzieć, że nie i po prostu spierdolić? Przecież to nie było w ich stylu. Przecież oni wiecznie komuś pomagali, robili dobre uczynki, a potem dostawali w nagrodę godzinkę tylko dla siebie, przy dobrych wiatrach.
Poza tym, tutaj nawet gdyby chcieli uciec Ana by im na to nie pozwoliła. Jej stanowczy głos dyktował im coraz to kolejne komendy i nim którekolwiek z nich się chociażby odwróciło, wszyscy już byli w karetce. No prawie wszyscy, bo zaraz się okazało, że maż ciężarnej kobiety był jebanym słabeuszem i poszedł zarzygać praktycznie cały zewnętrzny bok ambulansu. Nawet w środku było słychać to, jak bardzo go naciągało, przez co Pilar aż podziękowała w duchu wydzielającej się kobiecie, że przynajmniej to zagłuszała, bo naprawdę mało brakowało, żeby to Stewart zaraz puściła na ich wszystkich pawia.
Krwi się nie bała, porodów również, chociaż przy żadnym wcześniej nie była. Ogólnie albo miała mało jakiś różnych fobii albo były jeszcze one kompletnie nieodkryte, tak jak to wyszło z nurkowaniem dzień wcześniej. Nawet nie wiedziała, że czegoś się bała, dopóki nie musiała tego zrobić. Całe szczęście trzymanie Lucii za rękę wychodziło jej całkiem dobrze. Okazało się, że dostała o wiele łatwiejsze zadanie niż Madox, który musiał latać po całej karetce i podawać Anie co do kolejne przedmioty.
Stewart na zmianę oddychała głośno wraz z Luciją, karząc jej przeć, by zaraz potem zawołać Noriegę i jemu również kazać oddychać. Głęboko. Tak żeby przestał panikować. Szkoda tylko, że to wcale nie okazało się pomocne, bo kiedy Ana musiała naciąć pochwę, żeby odpowiednio odebrać poród, a z ciężarnej wylały się pierwsze wody, Madoxa po prostu… odcięło. Kompletnie. Poleciał na ziemię jak długi. I oczywiście, że Pilar się do niego wyrwała, oczywiście, że chciała mu pomóc wstać albo chociaż ułożyć go w jakiejś bezpiecznej pozycji, tylko lekarka znowu zaczęłą się na nią wydzierać, wraz w akompaniamnecie rodzącej Lucii, która ściskała ją już tak mocno, że na ciele Stewart porobiły się kompletnie nowe krwiaki i odciski.
Nie miała pojęcia, ile dokładnie trwał cały poród. Pięć minut? Może dziesięć? A może jebane pół godziny? Kompletnie straciła rachubę czasu, jednak finalnie udało się doprowadzić do tego, by w rękach Any ukazało się kompletnie zakrwawione, obrzydliwe, płaczące dziecko. Lucia oddychała ciężko, ledwo łapiąc oddech. Jej klatka piersiowa unosiła się ciężko, ale w końcu zwolniła uścisk, dzięki czemu Pilar mogła w końcu doskoczyć do Noriegii i ułożyć go w odpowiedniej pozycji.
A kiedy się obudził po jakimś czasie, mógł zobaczyć, jak Ana już kończyła szyć ciężarną Luciię, przeciągając kolejną niteczkę, podczas gdy Pilar siedziała w kącie karetki, kompletnie uwalona krwią z noworodkiem na rękach, owiniętym jedynie w pierwsze, lepsze szmaty, które udało im się znaleźć. Bujała go delikatnie, mrucząc coś pod nosem, a może i śpiewając, bo dzieciak w końcu przestał płakać. Na rękach miała jeszcze więcej siniaków, tym razem od blondynki rozwalonej na leżance. A facet, który z nimi był? Znowu leżał nieprzytomny gdzieś pod nogami Noriegi. Chyba nawet we własnych rzygach.
O proszę — zaczęła Ana, która jako pierwsza kątem oka zobaczyła, że Madox się ocknął. — Pierwsza śpiąca księżniczka się obudziła — dopiero kiedy to powiedziała, przy okazji przeciągając ostatni szew, Pilar podniosła wzrok. Od razu złapała ciemne spojrzenie Noriegi i uśmiechnęła się ciepło, chociaż w tym szpitalnym wdzianku, z krwią i dzieckiem na rękach musiała wyglądać, jakby co najmniej zbiegła z jakiegoś zakładu zamkniętego.
Jak się czujesz? — spytała przyciszonym głosem, nie chcąc za nic w świecie obudzić ciekawa. Wystarczająco już nasłuchała się jego krzyków.
Dobra, tutaj skończyłam — Ana zerwała się z miejsca i popatrzyła tylko po nich wszystkich, po czym przeskoczyła nad wciąż nieprzytomnym mężem Lucii. — Idę sprawdzić, czy wrócił prąd — zeskoczyła ze schodka i zatrzasnęła za nimi drzwi. W karetce przez chwilę było cicho. Lucia ciężko oddychała, ledwo przytomna, wymęczona do granic możliwości, a Pilar przywołała Madoxa do siebie bliżej.
Posłuchaj mnie — zaczęła spokojnie, wciąż bujając nieswoje dziecko na rękach. — Widziałam, że w stacyjce są kluczyki… jeśli faktycznie wrócił prąd, chyba nie zostanie nam nic innego jak zawędzić ten ambulans — uśmiechnęła się do niego bezczelnie. Było to niebezpieczne, mogli za to trafić za kratki, ale kurwa, przecież taksówki i tak nie wezwą, bo nikt normalny nie zabrał by tak wyglądającej Stewart gdziekolwiek. Musieli zajebać ambulans, jeśli chcieli dotrzeć do Acapulco.

Roba una ambulancia conmigo 🚑🚑

tequila con muerte

: wt kwie 14, 2026 6:12 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, a madox wciąż przezywa poród
Godzinka dla siebie by im wystarczyła…
Ale nie, bo przecież oni znowu musieli pomagać, jakby przez te jebane trzy dni za mało się na pomagali, na poświęcali dla innych. Pilar tak się poświęcała, że stała teraz w tej szpitalnej piżamie, spod której wystawały liczne siniaki, z kroplówką wiszącą z ramienia, przy leżance z ciężarną.

A Madox?


A Madox leżał na podłodze, na całe szczęście nie w rzygach, ale kiedy Ana poprosiła go o skalpel bo musiała... naciąć pochwę, to on nie wytrzymał, bo po pierwsze co to za słowo pochwa, a po drugie naciąć?
Aż go coś zabolało, a przecież wcale nie miał pochwy. Zresztą nie potrafił sobie tego wyobrazić i tego jak wychodzi stamtąd dziecko, w ogóle nagle jego myśli zboczyły na jakieś dziwne tory. I kiedy Ana sięgnęła pod sukienkę z tym skalpelem w dłoni, a on... O kurwa. Dlaczego on to zrobił?
Zerknął w kierunku tej pochwy, to po prostu zakręciło mu się w głowie. Mroczki przed oczami i koniec.

Odcięło go.


Nie wiedział ile to trwało. Pięć minut? Może dziesięć? A może jebane pół godziny?
Ale całe szczęście, że przytomność odzyskał dopiero w momencie, w którym dziecko już było na zewnątrz. Zapobiegawczo nie patrzył już w kierunku pochwy, którą szyła Ana, nawet zasłonił się ręką. Jak tak dalej pójdzie, to będzie chyba miał jakieś koszmary, albo będzie musiał Pilar odciągnąć na bok, żeby zajrzeć jej pod piżamkę, żeby kurwa nie miał takich widoków, jak na leżance przed oczami. Jeszcze spuścił głowę chowając ją między kolanami, bo wciąż było mu słabo, no i kątem oka widział, że doktor Ana coś szyła. Nabrał ciężko do płuc powietrze i dopiero rozejrzał się za Pilar.
Wyglądała... pięknie.
Jak pierdolona super bohaterka, która odebrała poród (co z tego zrobiła to doktor Ana), ale to Pilar bawiła to małe... pomarszczone... czerwone dzieciątko. I przez chwilę Madox tylko na nią patrzył, ale zaraz zebrał się z podłogi, otrzepał, bo go wzdrygnęło. Nie na widok krwi, nie na ten cały bałagan, ale...
- Ale brzydalstwo - stwierdził zaglądając do Pilar i zerkając na dziecko. Nie wyglądało wcale dobrze... Ale Stewart wyglądała, z dzieckiem też jej było do twarzy, ale Madox jednak nie chciał w ogóle myśleć o dzieciach, nie po tym co zobaczył. Odganiał od siebie te myśli.
- Jest okej, a ty? - już stał nad Pilar opierając się ręką gdzieś o ścianę, bo jeszcze trochę było mu słabo. Drugą ręką sięgnął do policzka Stewart, żeby zdjąć z niego jakieś kosmyki, które się tam przykleiły, była brudna. Ale przy tym też... piękna, z tym dzieckiem na rękach. I to było jakieś pojebane, bo dzieci były okropne. Poród jeszcze gorszy. Ale Pilar było do twarzy z dzieckiem.
Chociaż może było to spowodowane tym, że Madox wciąż jeszcze był jakiś blady i tak nie do końca wrócił do siebie. Pochylił się nad Stewart, kiedy zawołała go bliżej, w ogóle nie kontaktując, że Ana poszła sprawdzić, czy prąd wrócił. Ciemne tęczówki zawiesił na tym brzydkim dzieciątku w ramionach Pilar. A kiedy kazała mu słuchać, to dopiero podniósł na nią spojrzenie.
- Ale bez tego... - tu wskazał palcem na dziecko i się skrzywił, wystawił język - i bez tego... - odchylił do tyłu głowę, ale chodziło mu o matkę i ojca.
Ojca, który gdzieś w międzyczasie też zebrał się z podłogi. Właściwie też wyglądał okropnie, tak jak jego wyczerpana żona i to pomarszczone dziecko. I pewnie każdy normalny człowiek stwierdziłby, że to piękne, cud narodzin i te sprawy, to Madox mógłby z tym dyskutować.
Przysunął się do Pilar, tak, żeby oprzeć się o ścianę obok niej, żeby sięgnąć ręką do jej kolana, przesunąć po nim palcami, z tej perspektywy dziecko wciąż wyglądało... nieładnie. A Stewart wciąż pięknie.
- Wyglądasz... - zaczął Madox i pewnie by jej to powiedział, jak. Ale drzwiczki karetki otworzyły się, a zaraz pojawiły się jakieś pielęgniarki, sanitariusze, którzy przenieśli Lucię, ktoś też wziął od Pilar maleństwo, którego od razu pilnował jego ojciec - jaki on jest piękny - mówił, a Madox tylko wywrócił oczami i nawet miał pytać, czy dobrze mu się przyjrzał, ale kiedy wszyscy byli zajęci matką i dzieckiem, to oni z Pilar zakręcili się koło karetki. Madox przytrzymał Stewart, pomógł jej wejść do środka. Jakoś tak niezauważenie.
A potem sam jeszcze odezwał się do jakiejś pielęgniarki.
- A ja to właściwie... Jestem mechanikiem, przegląd robię, tej furki, bo coś tam stukało i muszę to jeszcze sprawdzić... - pielęgniarka spojrzała na niego jakoś podejrzliwie, ale zaraz ktoś zawołał ją do środka. A Madox tylko pierdolnął tylnymi drzwiami karetki, a zaraz wpakował się do przodu obok Pilar. Przekręcił kluczyk, i zaraz wyjechał z podjazdu trochę chyba szybciej niż powinien. Ambulansem zarzuciło, a na pace... chyba wyjebało się wszystko co możliwe, i walnęło coś ciężkiego...
Ale oni za bardzo się tym nie przejęli.
- Włącz koguta, to dodamy mu trochę gazu... Ciekawe ile pojedzie - Madox zerknął z ukosa na Pilar. Karetki jeszcze w zasadzie nie prowadził, ale chyba powinny być szybkie? Wyjechali na jakąś prostą drogę i zanim Pilar odpaliła syrenę, to nagle...

ktoś odsunął to okienko za ich plecami z hukiem.


Madox się obejrzał i dobrze, że jechał karetką, bo jakieś auto przed nim zjechało i całe szczęście, bo by w nie chyba przyjebał.
- Co wy kurwa robicie?! - krzyknęła Ana rozmasowując guza na czole. To już wiadomo co tak pierdolnęło, jak Madox wyjeżdżał z podjazdu - zatrzymaj się, bo dzwonię na policję! - krzyknęła znowu - zatrzymaj się mówię - powtórzyła. Ale Madox zaraz oglądał się na nią przez ramię, chociaż teraz też starał się patrzeć na drogę.
- Czekaj, czekaj... Musisz nas posłuchać, nie możesz wezwać policji - zaczął i zerknął na Pilar - my... my jesteśmy z policji, ale - odwrócił się w kierunku drogi, żeby zmienić dwa razy pas, fajnie jechało się karetką. Wszyscy mu ustępowali - ona jest z policji, musieliśmy uprowadzić ten ambulans, bo... słyszałaś o Gonzalesie? To ona go zdjęła - znowu wskazał na Pilar. I chociaż Ana nie była przekonana to...
- Pierdolisz? - wyrwało jej się zaraz - pochodzę z Guadalupe i Gonzales od zawsze terroryzował to miasteczko, dlatego przeprowadziłam się do Acapulco, ale dojeżdżałam do pracy do Guadalupe… Nawet nie wyobrażasz sobie co zrobiłaś dla... nas - prawda jest taka, że Pablo miał pewnie tyle samo zwolenników, co przeciwników, a może nawet tych drugich więcej? Tylko przecież oni wczoraj nie wychodzili na ulicę z bronią, tylko cieszyli się z tego w swoich domach. Z tego, że ten bandzior wreszcie dostał to, na co zasłużył.
- Naprawdę, tylko, że policji z Acapulco się to nie spodobało, chcą ją przesłuchiwać, a my... musimy się stąd jakoś wydostać - i jak zazwyczaj Noriega zmyśla na poczekaniu i kłamie jak z nut, to dzisiaj był szczery.
- Stąd to znaczy? - zapytała Ana.
- Z Meksyku - wyjaśnił Madox, a brunetka się zamyśliła.
- Pomogę wam - powiedziała w końcu - jestem Ana, Ana Espinoza, a wy? - zapytała i wystawił do nich przez okienko rękę.
- Espinoza? - Madox się odwrócił znowu zerkając na nią. Znał to nazwisko?

el que se quitó Gonzales /̵͇̿̿/'̿'̿ ̿ ̿̿ ̿̿ ̿̿💥

tequila con muerte

: wt kwie 14, 2026 11:15 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
przekleństwa
Pilar również nie widziała nic pięknego w zakrwawionym dzieciątku. Podobno do macierzyństwa trzeba było dojrzeć, jednak ona na tamtą chwilę, bujając w rękach czyjeś zakrzyczane dziecko, jedynie przekonywała się bardziej i bardziej, że za nic nie nadawałaby się do tej roli. Madox zresztą też nie. Nie dość, że mdlał na sam widok porodu, to jeszcze chyba z trzy razy podkreślił to, jak brzydki był noworodek. A jaki miał być? Przepiękny? Przecież on kurwa przed chwilą wyszedł z pochwy. A jednak Pilar dzielnie bujała go na boki, co jakiś czas nucąc pod nosem, żeby przypadkiem się nie obudziło.
A kiedy tylko Madox zaczął to swoje wyglądasz... podniosła na niego spojrzenie. Jej ciemne oczy nie patrzyły już na nic innego tylko w obłędny brąz, w którym potrafiła przepaść za każdym razem. Świata poza nim nie widziała. Czekała, aż w końcu powie, co miał na myśli, tylko nim zdążył cokolwiek z siebie wydusić, do karetki wpadli sanitariusze, co mogło jednogłośnie świadczyć o tym, że szpital odzyskał prąd w placówce. W pierwszej kolejności zabrali Luciie, w głównej mierze, bo po prostu było najbardziej. Wyjechali nią z całą leżanką, zawożąc prosto przez rozsuwane drzwi, a zaraz potem wrócili się po dziecko, które jedna z pielęgniarek ostrożnie zabrała od Pilar. Przez chwilę patrzyła na nią podejrzliwie i nawet oznajmiła, że powinna wejść do środka na kontrolę, bo nie wyglądała dobrze. Całe szczęście Stewart zawodowo ją spławiła, a wszystko przypieczętował Madox, oznajmiając, że był mechanikiem, który tylko sprawdzał stan ambulansu.
Czy ktokolwiek to kupił? Pewnie nie, ale też żaden z pracowników nie miał czasu z nimi dyskutować, biorąc pod uwagę, że szpital był odcięty od prądy przez kikanaście minut. A to zaś oznaczało, że trzeba było sprawdzić wszystkie aparatury, jak również pacjentów, jednego po drugim, czy na pewno nie zdało się nic poważniejszego.
Tą sytuacją idealnie wykorzystali Madox z Pilar, którzy zakradli się na przednie siedzenia. Stewart nieco postękała przy wsiadaniu, ale finalnie znalazła się na miejscu pasażera, nim Noriega zdążył władować się za kółko.
911, wezwanie do Acapulco — oznajmiła dumnie, poważnym tonem, jakby faktycznie przyjmowała zlecenie na ratunek. Chociaż jakby tak na nich spojrzeć, a przede wszystkim na nią, to faktycznie można by powiedzieć, że potrzebna była pilna medyczna pomoc. Tylko u Pilar to już chyba tylko na głowę, bo to, że sama namówiła Madoxa do podjebania karetki świadczyło, że od tego kopniaka, kompletnie poprzewracało jej się w głowie. — A gdzie się włącza tego koguta? — nachyliła się nad panelem, na którym była masa przycisków. Kobieca intuicja podpowiadaa jej, żeby po prostu nacisnąć wszystko na raz i wtedy z pewnością, któreś zadziała. Szkoda tylko, że zanim to zrobiła na tyłach znowu coś huknęło, a zaraz potem gowa Any wychyliła się przez niewielkie okienko.
Ja pierdole — krzyknęła Stewart, chyba jeszcze bardziej zaskoczona niż Madox. Serce podeszło jej do gardła, a na samo wspomnienie policji aż westchnęła głośno. Świetnie. Jeszcze tego im brakowało — żeby ktoś ich podpierdolił zaraz po tym, jak e p i c k o udało im się uciec. — Zapłacimy ci, albo nie wiem, będziemy miec u ciebie dług wdzięczności — zaczęła, próbując jakoś podeprzeć słowa, które wyrzucał z siebie Madox. — Albo nie wiem, usunę wszystkie twoje mandaty za parkowanie z systemu — dodała, bo przecież to również mogła zrobić. Jasne, pierwsze musiałaby się nieco nagimnastykować przed kompem, ale przecież sytuacja nie była niemożliwa do osiągnięcie. Szczególnie w takiej sytuacji. Dla spokojnej podróży była w stanie zrobić dla Any naprawdę wiele.
Nie mam żadnych punktów ani mandatów — odpowiedziała dumnie, co jakiś czas patrząc przed siebie, na zmianę z tym, jak ściągała na nich spojrzenie.
Niemożliwe — Stewart skontrowała praktycznie od razu, kręcąc głową z niedowierzaniem, a zaraz podniosła na nią wzrok. — No co? Widziałam przecież jak jeździsz. O mało co nas nie zabiłaś — przypomniała jej, jak dzień wcześniej b e z c z e l n i e zajechała im drogę tuż przed zjazdem na targ. Pilar co prawda zdążyła już o tym zapomnieć, ale skoro znowu była okazja się trochę pokłócić, to przecież oczywistym było, że skorzysta z sytuacji. Madox jednak miał inne plany, bo zaraz nawija o tym, jak to Stewart nie ściągnęła osobiście Gonzalesa, a gdy tylko kobieta się tym zachwyciła, Pilar wzruszyła ramionami.
Tak jakoś wyszło — wzruszyła ramionami. Kto jak kto, ale ona akurat nigdy nie miała potrzeby, by kręcić się w centrum uwagi. Tym bardziej nie miała zamiaru ściągać laurów za to, że zabiła drugiego człowieka. Nic więcej nie dodała, chociaż uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. Miło było usłyszeć, że ktoś faktycznie był jej za to wdzięczny. — Espinoza? — odwróciła się, gdy Ana w końcu się przedstawiła.
Tak, a co? — dopytała zaciekawiona, już o wiele spokojniej wieszając się na okienku w ambulansie.
W sumie to nic — Pilar wzruszyła ramionami. Przelotnie spojrzała na Noriegę, przy okazji podciągając kolana pod samą brodę. — Mieliśmy takiego jednego… kolegę z tym samym nazwiskiem — wyjaśniła spokojnie, szczerząc się do Madoxa. Chociaż czy Marco można było nazwać ich przyjacielem? Zdecydowanie nie. Ale jakby na to nie spojrzeć… TROCHĘ przyczynił się do tego, gdzie właśnie byli. Razem. Bo gdyby nie Marco, Pilar wcale nie pojawiłaby się wtedy u Madox w klubie i finalnie też nie przyjełaby jego propozycji, żeby polecieć z nim do Medellin, a tam… to już wiadomo, co było.
A wy? — zagadała Ana, przyglądając im się z góry. — Macie zamiar się przedstawić? — nie odpuszczała.
Pilar i Madox — zaprezentowała ich imiona, opierając głowę o zagłówek. — …Noriega — dodała, przypisując sobie jego nazwisko. Po pierwsze bo byli zaręczeni i to już praktycznie jakby byli małżeństwem, po drugie żeby Ana wiedziała, że nawet nie miała co próbować, a po trzecie, bo kurewsko jarało ją to nazwisko. Czy dla Any znaczyło cokolwiek? Raczej nie. W Kolumbii z pewnością miało ono o wiele istotniejsze znaczenie.
Do Acapulco dojechali w jakieś pół godziny. Głównie dlatego, że Pilar w końcu odkryła, który przycisk odpowiadał za koguta, przez co wszystkie auta odsuwały im się w drogi, tworząc tunel życia. Szkoda tylko, że oni wcale nie ratowali żadnego życia, oprócz własnych tyłków, które musieli jak najszybciej spakować i zawieźć na lotnisko.

Es hora de correr, nena

tequila con muerte

: śr kwie 15, 2026 10:46 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, kradzież, porwanie i wielka ucieczka
Madox nigdy nie prowadził karetki, ale w zasadzie jeździł różnymi samochodami, więc... to nie mogło być trudne.
Okazało się, że trochę było, kiedy za mocno wszedł w zakręt i wszystko na pace się wyjebało. Ale... pojeździłby dwa dni i by się wprawił. Może powinien jednak zastanowić się nad rzuceniem Emptiness?
Na pewno by to zrobił.
Chociaż kiedy patrzył na Pilar, poobijaną, zakrwawioną, to... miał różne myśli.
- A nie jak w radiowozie? Szukaj takiego przycisku - oczywiście, że Madox jechał radiowozem, nawet zdarzyło mu się go prowadzić.
Zanim jednak Stewart znalazła taki przycisk, to z tyłu wyjrzała na nich... Ana. Biedna Ana, której przecież wcale nie chcieli porywać, ale z drugiej strony... Może mogła im się przydać? Zresztą biorąc pod uwagę fakt, że ona znowu pojawiła się w ich życiu, to coś tutaj musiało być na rzeczy, jakieś przeznaczenie, czy przyciąganie, tutaj zadziałało.
Oczywiście, że Noriega się zdziwił, ale on przecież nigdy nie daje takich rzeczy po sobie poznać, rzadko... bo zaraz wchodzi w nową rolę i kombinuje.
Bo trzeba brać, to co przynosi los.

I wyciskać do pierdolonego cna.


Sięgnął ręką do uda Pilar, żeby ją po nim poklepać, a kiedy ona też zaczęła nawijać, że zapłacą kobiecie, albo skasuje jej wszystkie mandaty, to się uśmiechnął.
Jemu też mogłaby skasować, akurat Madox miał ich... dużo.
Kiedy brunetka powiedziała to, że nie ma punktów, ani mandatów, to Noriega prychnął, bo on też kompletnie jej nie wierzył, nawet chciał się zgodzić ze Stewart, że przecież widzieli jak jeździła. Ale zamiast tego nawijał zaraz, że Pilar osobiście zdjęła Gonzalesa, nawet miał dodać, że wreszcie ktoś zrobił to co powinien, a nie bawił się z nim przez dziesięć lat, jednak wtedy odpaliła się Ana, która zaczęła opowiadać, co Stewart zrobiła dla całego Guadalupe.
- Mówiłem, że powinni ci dać medal - wtrącił Madox. Może nawet dodałby coś jeszcze, ale wtedy brunetka się przedstawiła i Noriega wcale w pierwszej chwili nie pomyślał o Marco, chociaż to prawda, że wiele mu zawdzięczali, bo można by powiedzieć, że ich związek? Relacja? Zaczęła się praktycznie od flirtu nad trupem.

Pojebane.


Kiedy Pilar ich przedstawiła, to Madox nawet podniósł rękę, żeby się przywitać, ale cały czas myślał o tym Espinozie, ale może to tylko taki zbieg nazwisk, prawda?
Na pewno w Meksyku jest od chuja Ezpinozów.
- Noriega? - zainteresowała się jednak Ana - to ty... - nie dokończyła, bo Madox skinął głową.
Dobra. Trzeba było to trochę nakreślić, bo czuł też na sobie ciemne, przenikliwe spojrzenie Pilar.
- Espinoza prowadził od lat sprawę Gonzalesa - zaczął zerkając na Stewart, a potem na Anę, która tylko wtrąciła, że to był jej ojciec - w 2024 Espinoza zginął na służbie, podczas nalotu na Pablo, prawie go mieli, ale ktoś z policji się wysprzęglił, potem zginęło jeszcze kilku policjantów, którzy mogli coś wiedzieć, jeden samobójstwo, drugi wypadek... No ogólnie pojebana akcja - Ana musiała sobie zdawać z tego sprawę, skoro to był jej ojciec, w ogóle to była głośna sprawa - wtedy wszystko przejęli Montoyowie, bo to pierdoleni służbiści, cała rodzina Montoyi związana jest z policją, a jego siostra, czy tam matka, zginęła podczas jakiejś akcji związanej z przemytem, pracowała w porcie, no wiecie, nie ma opcji, żeby Gonzales ich złamał - wzruszył ramionami, dlatego nie było też opcji, żeby od tak ich puścili - no i Gonzales ustawił to tak, że wszystko poszło na Espinozę, że to on zdradził - zerknął tylko na Anę, która się skrzywiła, chciała coś powiedzieć, ale Madox ją ubiegł i kontynuował - mnie wtedy przydzielili do Frankiego, zacząłem go wtedy urabiać, ale Ferrari to idiota - Madox zawsze to mówił i powtórzyłby to jeszcze sto razy - i on wtedy się wygadał, że to nie Espinoza, niby nie moja sprawa nie, bo ja miałem tylko zaprzyjaźnić się z Ferrarim, żeby później zbliżyć się też do Gonzalesa... - powinien iść po najmniejszej linii oporu, wykonać tylko swoje zadanie i tyle. Ale przecież Madox nie byłby sobą, gdyby... nie robił po swojemu. Gdyby takie informacje jak przekazał mu Franki puścił koło uszu.
- Ale podrzuciłeś tropy i Montoyowie doszli do tego, że to nie był mój ojciec - wtrąciła Ana, westchnęła przy tym jakoś smutno - wiem, bo mój narzeczony pracuje w policji, i niby wiecie, nie możemy o tym rozmawiać, ale... my kobiety mamy różne sposoby - zerknęła na Pilar, Madox też to zrobił, ale zaraz znowu odezwała się Ana - czyli ty Pilar… zabiłaś Gonzalesa - westchnęła ciężko, bo z jednej strony była lekarzem, czyli życia powinna... ratować. Ale z drugiej na pewno sama gdyby tylko mogła to pomściłaby ojca. Chociaż skoro dzisiaj one razem z Pilar odebrały ten poród, to może się wyrównało? Życie za życie - a dzięki tobie Madox oczyścili nazwisko mojego ojca - sięgnęła do nich, żeby oprzeć im ręce na ramionach - więc to ja mam w stosunku do was... Kurewski dług wdzięczności. Pomogę wam się wydostać z Meksyku, zadzwonię do narzeczonego, on jest... On zrobi dla mnie wszystko - Madox znowu zerknął na Pilar, bo to... tak jak z nimi. Wszystko by dla siebie zrobili.
I też chyba nie powinni mieć przed sobą tajemnic.
Zaparkował karetkę na podjeździe domu, który wynajmowali.
- Pomożesz jej Ana? A ja gdzieś to przestawię, żeby tak nie rzucało się w oczy - bo tutaj trochę się rzucało. Espinoza zaraz skinęła głową i nawet z tym wenflonem Pilar pomogła, nie musiał robić tego doktor Fernandez.
Poszły do domu, gdzie zaraz pojawili się Matteo i Giulia (bo z nimi też się trzeba pożegnać).
- Oh madre di Dio, Pilar co ci jest? To ta choroba? - zapytała Giulia zasłaniając twarz, a Matteo aż się cofnął o krok. Ana zerknęła na Stewart a zaraz skinęła głową.
- Tak, to bardzo zaraźliwe, nie zbliżajcie się, przyjechaliśmy po ich rzeczy, bo zabieramy ich na kwarantannę, jestem doktor Espinoza, polecam wykąpać się w chlorowanej wodzie, zmyje niektóre zarazki - powiedziała poważnie, a kiedy Giulia krzyknęła i złapała Matteo za policzki, to wywróciła oczami, tak, żeby tylko Pilar ją widziała - idiotas - mruknęła cicho.

una verdadera superheroína ☆༻*ੈ✩‧₊˚