Strona 6 z 6

old ghosts came hunting

: pn mar 30, 2026 4:10 pm
autor: Valkyrae Callahan
  Nie zrozumiał jej. Była pewna, że jej nie zrozumiał, ale nie miało to dla niej znaczenia. Nikt, kto nie przeszedł przez takie piekło, kto nie został upodlony do takiego stopnia, że przestał być osobą, a był tylko przedmiotem, nie był w stanie zrozumieć. Nawet nie empatyzować. A już na pewno taką osobą nie mógł być mężczyzna.
  Nikt, kto wiedziałby, przez co przechodziła i jaki ciężar w sobie niosła; jaki wstyd i obrzydzenie zalęgły się w jej umyśle, nie znalazłby żadnego słowa. Nikt, kto by ją zrozumiał, nie umiałby powiedzieć czegokolwiek.
  Więc wiedziała, że nie rozumiał jej.
  Damon był jeszcze trudniejszym przypadkiem, bo nie miał w sobie za grosz delikatności – tej operacyjnej, wszytej w jego codzienność i postępowania; ale dostrzegała to, jak zmieniało się jego spojrzenie, niemalże momentalnie, kiedy przenosił spojrzenie ze wszystkiego innego na nią.
  I przez to wszystko, nawet jeśli wiedziała, że nie rozumiał, czuła się przy nim choć minimalnie lepiej. Ufała mu na tyle, że jego skóra, na jej nagim ciele, w takiej chwili jak ta, nie skutkowała chęcią ucieczki; nie parzyła, nie odrzucała. Po prostu była – jak coś, co miało istnieć i było niezaprzeczalne.
  Nie wiedziała jak ma się czuć z jego postanowieniem – uważała, że jej wartość została tak umniejszona, że nie zasługiwała na jego czas i obecność, a co dopiero na jego bliskość. Czuła się na tyle żałośnie, że takich słów z jego strony nie brała na poważnie – była przekonana, że prędzej czy później odejdzie i teraz przynajmniej znałaby powód cudzego odejścia.
  Zacisnęła mocniej palce na jego koszulce, jakby to była jedyna rzecz, która jeszcze trzymała ją w miejscu, kiedy wszystko inne zaczynało się rozjeżdżać. Jedyna stabilność i jedyny punkt, który był nieruchomy w jej życiu.
  Nie podniosła głowy, gdy znów zabrał głos. Ale to nie znaczyło, że go nie usłyszała; że nie zwróciła uwagi na to, co jej chciał przekazać. Jego słowa jednak nie przeszły przez nią tak, jak pewnie powinny. Nie wsiąkły w jej umysł, ani nie zakotwiczyły się gdzieś głębiej. Odbiły się na jej powierzchni. Bo ona nie widziała w sobie niczego, co zasługiwałoby na wszystko, co najlepsze.
Była jednak nieodparta świadomość jednego. Niezaprzeczalnego faktu, który cały czas istniał, a któremu się nie przyglądała. Ta sama, która teraz uważała, że powinna go od siebie odsunąć, zanim on sam to zrobi.
  — To ty, Damon — odpowiedziała, pozwalając sobie wybrzmieć pośród szumu wody. — Ty jesteś najlepszym, co mam. — Nie mówiła tego z przesadną dramatycznością czy ckliwością. Bardziej jak przykry fakt, z którego musiała się rozliczyć. — I jednocześnie jedynym — dodała, znacznie ciszej i znacznie żałośniej; Mógł się z nią nie zgodzić i jak go znała – wiedziała, że się nie zgodzi. Ale nie dało się zaprzeczyć temu, że w jej szarym, przykrym życiu, jego brzydka osobowość była czymś, czego chciała się trzymać. I wcale nie dlatego, że musiała. Dlatego, że ta brzydka osobowość wcale nie była tak paskudna, jak ją opisywał.
  Dlatego, że ta brzydka osobowość akurat dla niej postanawiała być tą ładną.
  — I co jeśli — zaczęła, zawieszając po chwili głos. Bardzo dorze słyszalne było to, jak ciężko jej znaleźć sobie siłę, by składać dźwięki dalej w słowa i zdania. Jak jej gardło zaciska się w żałości. — I co jeśli świat już się skończył?
  Bo dla niej tak było. Bez zbędnego dramatyzowania; bez wyolbrzymiania; bez naciągania faktów. Dla niej to był koniec – ściana od której się odbiła z tym przykrym poczuciem rozczarowania, że nie ma nic dalej. Że jest tylko droga wstecz, a której pokonanie nie przyszło jej z łatwością.


Damon Tae

old ghosts came hunting

: wt mar 31, 2026 3:28 pm
autor: Damon Tae
Prawdopodobnie nigdy jej nie zrozumie. Jak by mógł? Nie umiał się postawić na jej miejscu, nawet jeśli bardzo by próbował, to i tak nie byłoby to dostatecznie dobre. Kiepsko szło mu wchodzenie w czyjeś buty, zwłaszcza odczucia czy uczucia, i chociaż dla Senny naprawdę się starał być najlepszą wersją gównianego siebie, to i tak wychodziło to… jak wychodziło.
Ale przynajmniej miał dla kogo próbować.
Był ostatnią osobą, która powinna ją pocieszać czy przy niej być. Nie miał tej empatii, której najprawdopodobniej potrzebowała. W zasadzie, nie wiedział czego potrzebowała po tym syfie przez który musiała przejść. Nie umiał się domyśleć. Jego umysł nie przetwarzał takich informacji. Nigdy przecież nie znalazł się w jej miejscu i raczej nigdy nie poczuje tego co ona. Wielokrotnie był bity, nosił rany na ciele po tym, jak był przetrzymywany i przesłuchiwany, ale to był rodzaj bólu do którego przywykł i który nie przenikał go na wskroś. Który nie zdzierał z niego człowieczeństwa, tylko utwardzał.
Ona pewnie też wolałaby ten inny rodzaj bólu.
Wewnętrznie go bolało to w jakim była stanie. Nie widać było po nim tego, jak bardzo ruszał go jej widok, ale samo spojrzenie w jej kierunku mówiło więcej niż wyraz jego twarzy. To właśnie w nim ukrywał wszystko, co tyczyło się jej. Całą swoją delikatność, której i tak nie było wiele oraz łagodność, których poziom w tym momencie był wyższy niż kiedykolwiek.
Nie wypuszczał jej ze swoich objęć, ciasno trzymając jej drobną, pokrytą siniakami sylwetkę. Czuł jak jej drobne palce zaciskają się coraz mocniej na jego przesiąkniętej wodą koszulce. Nie zamierzał się odsuwać tak długo, dopóki sama tego nie będzie chciała. To jedyne co mógł w tej chwili zaoferować. Mógł ją stąd wynieść, opatulić ręcznikiem, a potem zanieść do łóżka i przykryć kołdrą w nadziei, że chociaż na moment zaśnie, a jej głowa się uspokoi.
Ale wiedział, że to jeszcze nie był ten moment.
Więc siedział z nią pod gorącym prysznicem, pozwalając jej na wylanie z siebie wszystkiego co w niej siedziało. Nie była to jednak złość… a chyba wolałby właśnie ją. Wolałby, aby biła go w pierś z całych sił, niż aby oglądał ją tak smutną i złamaną.
Wiedział, że już nigdy więcej nie chciał jej takiej oglądać. I wiedział też, że lista jego celów zmieniła niektóre priorytety.
To ty, Damon. Ty jesteś najlepszym co mam.
Nie odezwał się. Dalej, z góry, wpatrywał się w jej sylwetkę. Był jednocześnie też najgorszą możliwą osobą do której mogła się przywiązać, a to, co się jej stało, było jedynie potwierdzeniem. Z drugiej strony rozumiał co mu mówiła, bo byli wzajemnie do siebie przywiązani. Mieli głównie siebie. W jego życiu, to ona była tą stałą dla której był w stanie przejść przez piekło. I zdawał sobie sprawę, że on także stanowił ważną część u niej.
W końcu to głównie ze sobą spędzali czas. I siebie nawzajem w pewien sposób uratowali.
Może nie był na skraju gdy się poznali, ale to ona obudziła w nim tą część człowieczeństwa, która miała być już dawno temu, głęboko pochowana.
I co jeśli świat już się skończył?
Nie skończył — powiedział, twardziej niż powinien, a jednocześnie na tyle miękko, na ile mógł. — Wciąż tu jesteśmy. — Miał w sobie dwa wilki: jeden, który był przy niej i dla niej, a drugi, który chciał wyjść, wrócić do Korei i rozpierdolić tamto miejsce. I te tak różne emocje w środku niego walczyły. — Dalej oddychamy. Czyli jeszcze nie koniec — dodał, ostrożnie gładząc ją po mokrych włosach, powoli przenosząc dłoń na jej policzek i dalej podbródek, który ostrożnie ujął w dwa palce. Uniósł go, kciukiem gładząc jej skórę. — Wypłaczesz to, dostaniesz tyle czasu ile chcesz, a potem, jak wcześniej, wstaniesz i zrobisz krok, potem kolejny. A reszta przyjdzie później. — Nie umiał mówić gładko i delikatnie. Nie umiał być empatycznym człowiekiem, którego najprawdopodobniej potrzebowała. Dlatego uważał, że był ostatnią osobą, która powinna przy niej być, bo on, jakkolwiek jego świat się walił, zaciskał zęby i wstawał raz za razem. I chociaż nie było to to samo, to… umiał sobie radzić tylko tak.
Dlatego uchodził za maszynę, a nie człowieka.
Nie daj skurwysynom satysfakcji — powiedział, zaczesując mokre pasmo włosów za jej ucho. — Pomogę ci się podnieść — dodał.
On działał i tylko tak umiał pomóc. Jego całe zachowanie było zaprogramowane na działanie, niezależnie od tego, co się działo dookoła i w jakim gównie by nie był.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: pt kwie 03, 2026 9:27 am
autor: Valkyrae Callahan
  Dla niej był to koniec. Ot, po prostu. Bez dramatyzowania. Straciła samą siebie, a przecież tylko to jej zostało. Upodlono ją, sprowadzono do poziomu czegoś, co nie miało woli, uczuć i obaw. I czuła się przez to niegodna niczego – a zwłaszcza obecności Damona. Patrzyła na siebie przez pryzmat kogoś, kto nie miał wartości, kto był dotknięty, zużyty i nieatrakcyjny w tym wszystkim. Jako kogoś, kto nie miał już nic do zaoferowania, bo wszystko to zostało zabrane.
  Ale rozumiała, że nie rozumiał.
  Więc jego słowa nie raniły jej, nie godziły w nią, nie sprawiały, że nie chciała go słuchać.
  Słyszała, ale poza sensem i perspektywą, którą próbował jej przekazać, słyszała w tym wszystkim coś zupełnie innego.
  Głowę, za jego gestem, uniosła niechętnie i z wyczuwalnym oporem; ze strachem, przed tym, aby na nią spojrzał. Wierząc, że wtedy już naprawdę dostrzeże, jak niewiele była warta. Dlatego jej spojrzenie błądziło wszędzie, aby nie spotkać się z jego oczami. Panicznie bojąc się, że zobaczy tam jedynie rozczarowanie, które zastąpi to, co kiedyś tam widziała.
  Linia jej ust zadrgała tak, jakby przez moment kącik jej ust miał się unieść ku górze; w czymś, co trudno byłoby nawet nazwać uśmiechem. Zniknęło to równie szybko, co się pojawiło.
  — Nawet jak próbujesz być wsparciem jesteś okropnie szorstki — stwierdziła, choć bez wyrzutu. Bliżej temu było do słabej, miękkiej zaczepy, niż jakiegokolwiek ataku wobec jego zachowania.
  Choć dla niej istotniejsze było to, że w ogóle próbował być. I zawsze był w ten swój szorstki, niewygodny sposób, ale z jakiegoś powodu to po prostu pomagało. Tak samo jak i na pokładzie lotniskowca, jak i później, gdy wróciła z, jak to nazwał – wazonem, który w istocie był prochami jej psa, tak też teraz. Wiedziała, że był tak, jak tylko potrafił.
  I doceniała to. Jej umysł to doceniał. Jej ciało to doceniało. Wiedziała to po tym, że jego bliska obecność, wobec jej nagiego ciała, nie pchała jej mięśni do ucieczki, a przeciwnie. W jego stronę, jak gdyby to nie z dala od niego miało być bezpiecznie, a właśnie przy nim.
  Wiedziała, że musi się pozbierać, nawet jeśli czuła, że nie ma siły. Wiedziała również, że on tego nie zrobi za nią, nie powie niczego, co pomogłoby szybko zagoić ranę. Nie był tym, który by ją połatał, ale tym, który dałby jej narzędzia i przestrzeń, aby zrobiła to sama.
  I pewnie tego potrzebowała – bo to była wtedy jej kontrola nad samą sobą; jej działania i jej osiągnięcie.
  Ale to, że postanowiła zdławić emocje, wcale nie znaczyło, że już bolało mniej. Niezmiennie, wciąż tak samo, ale starała się nie zwracać uwagi. Przede wszystkim – dla niego. Aby to on nie musiał wychodzić z własnego komfortu, aby być dla niej.
  Wciąż czuła, jak po jej własnej twarzy spływa nie tylko gorąca woda z prysznica, ale kolejne łzy. Po prostu płynęły niekontrolowanie, rozlewając się po jej policzkach, a ona nie umiała tego zatrzymać. Nawet jeśli nie szlochała, nawet jeśli jej ciałem nie targały kolejne spazmy.
  — Czy — zaczęła słabo; na tyle, że chyba sama siebie nie usłyszała. Chrząknęła nerwowo i przełknęła ciężko ślinę. Zawiesiła się w milczeniu, chcąc jeszcze raz przemyśleć to, co planowała powiedzieć. Po dłuższej chwili, choć zdecydowana, to słabym głosem, podjęła: — Nie wracaj tam. Zmusiła się by w końcu na niego spojrzeć. Wcale nie dlatego, że przestała się bać tego, co zobaczy na jego twarzy, a właśnie przez to, że teraz chciała to zobaczyć. To, jak będzie reagował. I to, czy jej prośba zostanie faktycznie zaakceptowana, czy jedynie przytaknięta słowem, ale nie decyzją. — Czegokolwiek nie postanowiłeś, proszę cię, nie wracaj tam.
  Pamiętała to, co jej obiecał. Pamiętała jego słowa z samolotu. I wiedziała, że kiedy on przysięgał, to nie były to jedynie puste, ładnie brzmiące słowa, a ciężkie postanowienie. Ale ona nie chciała.
I już nawet nie dlatego, że wiedziała, że taka zemsta nic u niej nie zmieni, ale przez to, że nie chciała go wystawiać na kolejne ryzyko przez samą siebie. Już raz go prawie straciła; do teraz czuła ten posmak grozy.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: pt kwie 03, 2026 12:35 pm
autor: Damon Tae
Nie umiał inaczej. Nie był empatyczną, czułą osobą na którą zasługiwała i możliwe, że właśnie potrzebowała. Nie potrafiłby tylko głaskać i mówić, że wszystko będzie dobrze. Że nic się nie stało, bo się kurwa stało i chociaż nie dotyczyło to bezpośrednio jego, to wszystko co krzywdziło ją, wpływało także na niego. Na jego decyzje i samopoczucie. To było niezależne od niego. Odkąd oficjalnie się do niej przywiązał, to było to nieodwracalne. Czy tego chciała, czy nie.
I nawet jeśli by go rzuciła, to niczego by to nie zmieniło. Bo nie chodziło o status ich związku, a o relację. Damon się nie przywiązywał łatwo. Praktycznie w ogóle, ale jeśli już to robił, to niezależnie od sytuacji, był wiernym, cholernie lojalnym psem, którego mogłaby skopać i przywiązać do drzewa, a on i tak by się uwolnił oraz wrócił, by zadbać o jej bezpieczeństwo.
Zwykle nie obchodzili go ludzie. To co przeszli, to co będzie się z nimi działo. To co czuli, albo to jak mogłoby coś na nich wpłynąć. Ale Senna była tym jednym, jedynym wyjątkiem od reguły, który pojawił się w jego życiu i przez który sam się częściowo zmieniał.
Z nikim innym nie siedziałby pod prysznicem, gładząc go po plecach.
Mam zacząć być miękki? — spytał, przekrzywiając delikatnie głowę w bok.
Nawet by nie umiał. Wszystko brzmiałoby sztucznie, a w jego wykonaniu, także bardzo niezręcznie i dziwnie, bo ta „miękkość” i delikatność zupełnie do niego nie pasowały. Zwykle mówił rzeczy, które nie były ładne i miłe, ale dla niej się starał. I nawet częściowo zakładał filtr na mordę, aby nie powiedzieć czegoś, co mogłoby jedynie pogorszyć sytuację.
To było spore poświęcenie i wysoki rodzaj dbania o kogoś z jego strony.
Nawet jeśli powinno być zwykłą, ludzką czynnością.
Sam był wychowywany twardą ręką, w świecie, gdzie miękkość nie wchodziła w grę, bo albo zabijałeś pnąc się na szczyt, albo sam umierałeś. Jego rodzina nie głodowała, a co za tym szło, poświęcała kogo trzeba, aby awansować. Nie było czasu i miejsca na sentyment, ani przyjaźnie. Nie było okazji, aby się załamać, bo to oznaczało śmierć dla ciebie i bliskich, a martwy nikomu nie pomożesz. I właśnie dlatego wolał pomóc jej działać, niż dalej się załamywać.
Nawet jeśli wiedział, że potrzebowała czasu i przestrzeni, aby się poskładać na nowo.
O ile w ogóle była w stanie to zrobić. Zamierzał jej w tym jednak pomóc.
Przez cały ten czas nie ruszał się spod gorącego strumienia wody, który przyklejał jego czarne kosmki włosów do twarzy i przyklejał ubrania do ciała. Nie spuszczał też z niej spojrzenia, chociaż woda częściowo wlewała mu się do oczu. Wydawałoby się, że widział wszystkie te roztrzaskane emocje na jej twarzy, ale tak naprawdę nie wiedział jak bardzo musiała być złamana w środku. I pewnie nigdy tego nie zrozumie, ale przynajmniej próbował.
Brew mu drgnęła wyżej na jej słowa. A raczej prośbę.
Wlepił swoje czarne tęczówki w jej oczy, gdy w końcu na niego spojrzała. Żaden inny mięsień na jego twarzy nie drgnął, gdy prosiła, aby tam nie wracał, niezależnie od tego co sobie postanowił. A jeszcze za nim po nią poleciał, obiecał sobie, że zabije wszystkich, którzy się do tego przyłożyli.
I teraz miał jej przysięgać, że zostawi wszystkich bez konsekwencji?
Przez dłuższą chwilę się nie odzywał. Między nimi rozbijał się głuchy dźwięk szumiącej wody, gdy przez cały ten czas, nawet na sekundę, nie odwrócił wzroku od jej oczu. Możliwe, że chcąc zrozumieć to, dlaczego go o to prosiła.
Wydawał się wiedzieć, bo przecież mówiła mu, że nie chce go stracić. Że ma jej nie zostawiać, a powrót do Korei wiązał się z ryzykiem, że zginie w trakcie wypełniania obietnicy… ale dla niego było też absurdalne, aby pozwolić tym ludziom oddychać.
Dlaczego? — spytał w końcu, wciąż nie odrywając spojrzenia.
Jego wewnętrzny, krwawy wilk chciał zrobić rzeź.
Problem w tym, że ten delikatny, którego częścią była Senna, prosił, aby przestał.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: wt kwie 07, 2026 4:46 pm
autor: Valkyrae Callahan
  — Wtedy przestaniesz być sobą — odpowiedziała, na ustach mając coś, co trudno było nazwać jakkolwiek inaczej, niż grymasem. Nie był to uśmiech, nie było to nic konkretnego. Jak taka emocja, która być może chciała odegrać swoją rolę – zarówno w głosie, jak i na mięśniach jej twarzy, ale nie była w stanie przebić się przez ciężar rzeczywistości, którą Callahan teraz na sobie dźwigała.
  Coś, co jednak świadczyło, że nie przepadła tak całkowicie. Ale jednocześnie coś, co absolutnie każdy mógłby w tak prosty sposób przegapić.
  Ale tymi słowami zamknęła pewnie całą dyskusję o zmianie nastawienia. Nie oczekiwała od niego tego, że zrobi się miękki – ani w tym przejaskrawionym tego słowa znaczeniu, ani w rozumieniu: bardziej delikatny wobec niej. W istocie – nie byłby wtedy sobą, już w ani jednym procencie, gdyby robił to odpowiednio modelowo, rodem z bestsellerowego romansu.
  I prawdopodobnie w takiej formie by go nie akceptowała i nie dopuszczała zbyt blisko do siebie. Piękne, ozdobione epitetami słowa wsparcia nijak by do niej trafiały; zamykałaby się na nie jeszcze bardziej. Senna potrzebowała, aby ktoś ustawił ją z powrotem na tor; podparł, aby ona sama wstała, a nie podnosił ją za nią.
  Nie potrzebowała, aby ktoś robił robotę za nią. Potrzebowała tego, co jej dawało narzędzia, by samemu to zrobić.
  I tym bardziej wiązała się emocjonalnie z Damonem. Z dnia na dzień, powoli, lecz bardzo trwale. I z każdą życiową perturbacją jeszcze intensywniej, jeszcze mocniej. Do tego stopnia, że w momencie w którym ona, osoba która nauczona była, że i tak wszyscy odejdą w sytuacji o parę cali od tego bliskiej, uświadomiła sobie, że to jej przekoannie wcale nie chroniło jej przed strachem przed utratą.
  Spodziewała się pytania dlaczego. Damon nigdy nie brał ich słów czy decyzji takimi, jakimi je usłyszał – jeśli nie były one instrukcją, w której rozprawiała o wszystkich za i przeciw; logicznym fundamentem, na którym operował w życiu. W tym momencie dała mu zwykłą, emocjonalną prośbę, a on miał tego nie rozumieć.
  Albo inaczej – w takim wydaniu nie było czymś, co pewnie mógłby zaakceptować.
  Ale nie odpowiedziała mu od razu, w tym momencie samej zawieszając zasłonę z milczenia między nimi, na kilka kolejnych sekund, które w rzeczywistości ciągnęły się bezlitośnie. To pytanie było proste w swoim brzmieniu i wytłumaczenie, w jej głowie, też brzmiało prosto. Ale tam i tylko tam, bo gdy przychodziło do ubrania tego w słowa, wszystko zdawało się tego sensu nie mieć.
  — Bo — podjęła, nim znów skapitulowała.
  Raz jeszcze zrobiła ewaluację własnych argumentów i tego, co chciała mu przekazać. Przesunęła palcami po zmarszczonym, mokrym materiale ubrania na jego ramieniu.
  — Dla mnie to niczego nie zmieni. Niczego — podjęła w końcu, czując jak jej głos choć na to jedno zdanie odzyskał stabilność i nie drżał. — Nie odwróci tego, co się stało, ani nie sprawi, że poczuję się lepiej, albo że zmienię zdanie o samej sobie. — Bo o nie to mogło na to wpłynąć. Nie zemsta i odebranie życia osobom, które ją upodliły. Gdyby tak było, gdyby istniała tak droga na skróty, to na pewno by się zwróciła w jej stronę, ale ona wiedziała, że to niczego nie zmieni w niej samej.
  To co przed nią czekało to długa, miesięczna a może wieloletnia praca nad sobą. A już raz pokazała, że potrafi. Że umie nabrać kierunku, że umie zacząć się leczyć – z odpowiednią pomocą nawet szybciej niż wcześniej.
  — A po tym, co się tam stało, wiem że będą ciebie głodni jeszcze bardziej i będą walczyć jeszcze zacieklej. A nie chcę, żebyś ryzykował sobą dla czegoś, co wcale nie cofnie tych kilku dni i nie wymaże ich z mojej pamięci. — Ścisnęła nieco mocniej materiał jego koszulki, czując jak marszczy się między jej palcami. — A jeśli miałabym cię stracić z własnej winy, to pewnie nigdy bym sobie tego nie darowała.
  Bo gdyby przyklasnęła mu na ten pomysł i powiedziała mu ‘Idź, Damon, to świetna myśl. Bardzo mi pomoże’ to byłoby wszystko na niej. I nie sposób było nie zakładać, że faktycznie mogłaby go stracić, kiedy już widziała go w stanie takim, jak ledwie dobę czy dwie temu.
  Jak to jego organizm pokazał, że wcale nie jest niezniszczalny.
  — Chyba, że tu chodzi o ciebie — dodała, jeszcze zanim w ogóle się odezwał. — O twoją dumę, o honor, o potrzebę zemsty. — Bo może to dla niego było ważne, nawet jeśli dla niej nie było. Może to dla niego miało znacznie. — Wtedy nie będę próbowała cię zatrzymywać.
  Bo chociaż to ona bała się, że go straci, to nie chciała mu odbierać wolności i tego, aby odmawiał sam sobie własnej potrzeby, którą należało nakarmić. Zawsze, ale to zawsze degradowała swoje potrzeby poniżej jego i zawsze to jego komfort i przestrzeń stawiała na pierwszym miejscu; tak i teraz – aż głupio jej było, że powiedziała to, co padło chwilę wcześniej, gdy jednak przyszła świadomość, że deklaracja eliminacji jej oprawców nie była tak naprawdę dla niej, a dla niego samego.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: wt kwie 07, 2026 7:55 pm
autor: Damon Tae
Rzadko kiedy działał na podstawie emocji. Zwykle potrafił opanować swoje zdenerwowanie. Prowokacje na niego nie działały, tak samo jak groźby. To czyniło z niego człowieka niebezpiecznego, bo nie wiadomo było jak się zachowa. Nie można było wyprowadzić go z równowagi i wprowadzić w stan rozproszenia. Zawsze był jak doskonale naoliwiona maszyna, której działania były wyostrzone i bazowały na analityce oraz prawdopodobieństwie.
Ale był pamiętliwym skurwysynem. I zwykle odpłacał pięknym za nadobne.
Może nie od razu, ale prędzej czy później pojawiał się, aby odebrać dług wdzięczności lub by przypomnieć o swoim istnieniu po to, by zrujnować komuś życie. Jego plan na mordercę ojca był długi, ale szczegółowy, a jemu nie brakowało cierpliwości. Fakt, ze na czarnej liście, którą nosił w pamięci znalazły się nowe osoby, niewiele zmieniał w jego zachowaniu.
Był windykatorem z którym nie chciało się raczej zadzierać.
Słuchał jej i nie odwracał spojrzenia. Za każdą decyzją szły argumenty. Chciał pozbyć się oprawców Senny, bo uważał, że nie powinni oddychać za to co zrobili. Że powinni cierpieć, bo tak działa karma, która często miała jego postać. Bo skrzywdzili kogoś, na kim jemu zależało. Nawet nie chodziło o to, że dopuścili się innych okropnych rzeczy. Nie obchodziło go, że krzywdzili niewinnych czy skazywali ich na śmiertelne prace w obozach pracy.
Nie karał złych. Karał tych, którzy jemu zaszli za skórę.
Ale Senna tego nie chciała, co było dla niego z jakiegoś powodu… zaskakujące. Na tyle, że brew mu drgnęła, gdy dalej mówiła. I chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że ich śmierć nie zmieni tego co się stało, to był zdania, że zasługiwali na to, aby cierpieć.
Ale czy tu chodziło o niego? Możliwe, że w pewnym sensie na pewno. Ale dlatego, że skrzywdzono kogoś, na kim jemu zależało. Że skrzywdzili kogoś, kto był dla niego ważny i ta osoba cierpiała, była sponiewierana i poniżana. I to było cierniem w jego oku. Zwyczajnie nie mógł patrzeć na to, jak ją złamali.
Teraz więc miał w sobie dwa, sprzeczne wilki. Jeden chciał zrobić rzeź, a drugi skapitulować i zgodzić się na spokój. Na powrót do „normalności”, o ile ich życie można było nazwać normalnością.
Chcę ich zabić też za inne rzeczy — powiedział, a jego twardy ton przebił się przez wciąż szumiącą wodę.
Ludzie, którzy stali za porwaniem Senny, byli też odpowiedzialni za wiele innych rzeczy, które były z nim związane, a pojedyncze jednostki, te wyżej postawione, których niestety nie spotkał na swojej drodze, współpracowały z osobami, które zdradziły jego ojca. — Ale mogą one poczekać — dodał.
Mógł to uznać za kolejne zlecenie, albo raczej - jego anulację. Albo zawieszenie.
W porządku — powiedział, przekrzywiając lekko głowę w bok, patrząc na nią z góry. Zbyt wiele przeszła, aby w tym momencie, raz jeszcze, stawiał na swoim. Gdyby chodziło tylko o niego, najpewniej by tam wrócił już kolejnego tygodnia, gdy doszedłby do siebie. Ale odkąd był z nią poważnie związany, zaczął łapać się na tym, że się na nią oglądał. Może nie robił tego tak, jak powinien, ale szło mu coraz lepiej.
A teraz uważał, że potrzebowała go bardziej tu, przy sobie, niż kiedykolwiek wcześniej.
Ale Senna — zaczął, przejeżdżając ręką po mokrych włosach, aby ściągnąć nadmiar wody oraz niesforne kosmki z oczu. — Mam tam jeszcze matkę, którą muszę sprowadzić. — Bo teraz na pewno szukają jej o wiele dokładniej i przypomnieli sobie o jej istnieniu, gdy Damon zrobił rozpierdol w siedzibie wojskowej.
Jego drugi słaby punkt.
Jeśli nie uda się jej sprowadzić przez osoby trzecie, będę musiał o to zadbać osobiście — powiedział otwarcie. Wcześniej uznawał, że miejsce w którym ją schował jest odpowiednio zabezpieczone i bezpieczne, ale jeśli znaleźli go tutaj… to musiał zacząć działać szybciej, niż to planował. — Ostatni raz — dodał, sięgając dłonią do jej policzka, aby kciukiem przesunąć powoli po jej mokrej skórze. — Jak wrócimy, to się przeprowadzimy. Znajdziemy lepsze mieszkanie, bezpieczniejsze — zapewnił, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.
Zdawał sobie sprawę, że nie będą mogli wrócić do miejsca w którym ją porwano. Zbyt łatwo się do niego włamano. Będzie musiał zadbać o to, aby kolejne miejsce w którym się znajdą, było odpowiednio zabezpieczone przed nieproszonymi gośćmi, zwłaszcza, gdy jego nie będzie w pobliżu.

Valkyrae Callahan

old ghosts came hunting

: pt kwie 17, 2026 8:57 pm
autor: Valkyrae Callahan
  O innych rzeczach nie wiedziała;
  Inne rzeczy wciąż dla niej pozostawały tematem tabu, o który już nawet nie próbowała pytać – w końcu kiedyś próbowała i odbiła się od ściany. No i nauczyła się nie oczekiwać niczego w zamian za swoją lojalność wobec niego; za to, że oddaje mu przestrzeń, w której mógł oddychać, a jednocześnie czuć się inaczej. Nierówność tego układu nawet przestała smakować gorzko, a po prostu była. Bo pozwoliła jej być i ją zaakceptowała – a to tylko po to, aby mieć go przy sobie.
Choć nie mogła powiedzieć, że nie okazywał jej zaufania w swój sposób; i nie mogła powiedzieć, że niczego o nim nie wiedziała. Ale informacja o tym, kim wcześniej był, zdawała się być jedynie niewielkim odsetkiem tego, co ciągnął za sobą.
  Choć nie spodziewała się tej puenty, którą usłyszała.
  Tego, że zrezygnował z własnego „chcę”. Choć lepszym słowem było – odroczył. W końcu nie powiedział, że o swoich innych rzeczach zapomni całkowicie na poczet jej własnej prośby. Senna jednak nie oczekiwała wiele z jego strony; nie spodziewała się ustępstwa z jego strony, bo taką dynamikę akceptowała i na taką mu pozwalała – często rezygnowała z siebie i własnych potrzeb dla tej relacji. Nie były to wielkie wyrzeczenia, przynajmniej tak twierdziła – wolała w większości przypadków rezygnować z własnych przemyśleń, aby nie stwarzać problemów i nie dokładać mu ich w świecie, w którym i tak miał ich sporo.
  Tym bardziej nie spodziewała się, że przystanie na jej prośbę całkowicie.
  Podniosła na niego spojrzenie, które już dawno uciekło od niego, jakby zawstydzona tym, że w ogóle miała śmiałość prosić o coś takiego. Nie wiedziała, które z uczuć targnęło jej wnętrzem mocniej – czy była to wdzięczność, ulga, a może zaskoczenie.
  Zanim jednak zdążyła o tym zadecydować i zanim się odezwała, Damon przyniósł jej dalszą część swojej wypowiedzi.
  Słuchała go i już wiedziała, że całkowicie ustąpi; nawet jeśli wcale jej się nie podobała wizja tego, aby tam wracał, to przecież nie mogła być aż tak egoistyczna. Jej samolubna prośba nie mogła konkurować z matką.
  I choć wiedziała to, nawet taką perspektywę zamierzała przyjąć, to nie zmieniało to faktu, że kiedy obiecał jej ten ostatni raz, to jego słowa wżynały się w jej umysł nieprzyjemnie, niczym sztylet; nie zmieniało tego, że jego dotyk na jej skórze, niby subtelny, był dla niej jak otarcie papierem ściernym.
  — Rozumiem — odpowiedziała. Tak po prostu, akceptując jego decyzję.
  Bo jak mogłaby się sprzeciwiać. Jej obawy, jej lęki były przecież niczym w kontraście do życia rodzicielki. Nigdy by nie pomyślała, że pomyślałby inaczej.
  Nie odpowiedziała, nie zareagowała szczególnie na obietnicę zmiany miejsca. Dla niej to było oczywiste, że nie wróci do miejsca, które miało być bezpieczne, a w którym, mimo tego poczucia, zaczęło się jej kolejne piekło. Niemniej podświadomie wiedziała, że już żadnym murem, żadną powierzchnią nie zapewni jej poczucia bezpieczeństwa. Skoro twierdza upadła raz, może upaść i drugi.
  Teraz była przekonana, że jedynym bezpiecznym miejscem była jego obecność.
  A ta była rozchwiana i ulotna; ale z drugiej strony to jedyne, co jej zostało i nie śmiała prosić, czy nawet oczekiwać więcej.
  Opuściła spojrzenie na nic konkretnego; w kompletnej ciszy pozwalała wodzie spływać po jej skórze, która wciąż zdawała się palić żywym ogniem. Jakby przylgnęła do niej powłoka, tak nieprzyjemna, a której nie dało się zdjąć.
  Zacisnęła znów palce na materiale jego ubrania, marszcząc tkaninę między nimi, później z niedbałością wsuwając dłoń w przestrzeń pomiędzy nimi. Przesunęła po koszulce, sięgając do jej krawędzi i zaczepiając o nią.
  — Zdejmij to, jest kompletnie przemoczone — stwierdziła oczywistość. Nie było w tym podtekstu, ani ukrytej propozycji; po prostu chęć przeniesienia uwagi na coś zupełnie innego. Na coś tak absurdalnie trywialnego w całej tej sytuacji, jak zmoczone wodą ubranie.

Damon Tae

old ghosts came hunting

: wt kwie 21, 2026 8:24 am
autor: Damon Tae
Miał rozgrzebanych wiele różnych spraw - mniejszych i większych, ale wszystkie były względnie niebezpieczne. I większość tyczyła się samej Korei. To co robił dla Giovanniego miało oddzielną teczkę w jego archiwach. Robota dla Włocha była brudna, często krwawa i brutalna, ale nie zahaczała o jego przeszłość, tylko ludzi, którzy nie mieli z nim zbyt wiele wspólnego. Zbierał długi, groził, mordował jeśli tylko jego pracodawca tego chciał. Był lichwiarzem, a jednocześnie ochroniarzem i psem od brudnej roboty. Na wszystko się godził, bo dzięki wielu „przysługom”, sprzedał mu swoje życie.
Najgrubsza teczka jednak dotyczyła jego przeszłości. Jego rodziców, jego samego. Dawnej pracy dla dyktatora, a także ludzi, którzy byli „nad nim”. Wszystkich machlojek, zbrodni, zdrady własnego kraju w którym się wychował… i całego smrodu, który najwyraźniej dalej się za nim ciągnął. I coś wydawało mu się, że nie zamknie tego zbyt szybko, zwłaszcza jeśli chciał pogodzić jakoś nowe i stare życie, bo coraz bardziej się okazywało, że było to prawie niemożliwe.
Normalnie nie miał z tym problemu, ale ze względu na osobę z którą się związał, a na której mu zależało, musiał nieco przeorganizować swoje życie, a także priorytety. Normalnie robiłby to, co uważał za słuszne i nawet przy niej zwykł to robić, ale nawet jeśli był zacofany emocjonalnie… to szybko się uczył. Chociaż w rejonach uczuć i relacji szło mu o wiele bardziej topornie niż w przypadku rozszerzonej matematyki, fizyki czy robotyki.
Musiał ją jednak powiadomić, że matka, chociaż wydawał się ją „porzucić” w dawnym kraju, wciąż znajdowała się wysoko w rankingu jego osób bliskich. I z tego co wiedział, wciąż była bezpieczna, chociaż zdawał sobie sprawę, że po jego ostatnim występku, jej poszukiwania mogą stać się ważniejszą kwestią niż ostatnio. A on, chociaż nie wydawał się przywiązywać, to miał kilka osób na których mu zależało. A kobieta była ostatnim rodzicem, w dodatku ważnym, którego bezpieczeństwo było ważnym aspektem.
Nawet na odległość.
Oglądał ją przez cały ten czas, nawet gdy twierdziła, że rozumie. Z jednej strony wierzył, że faktycznie tak było. Z drugiej, miał nieco inne wrażenie, ale ono było też upośledzone przez całą tą sytuację w jakiej się znaleźli. Odczytywanie jej intencji i uczuć było nieco zafałszowane przez traumę, którą musiała przeżyć i która wciąż ją gnębiła.
Bo on wiedział, że była zła, dopiero jak krzyczała i smutna jak płakała. Momenty w których musiał się domyślać lub czytać więcej, wciąż były na etapie „rozpracowywania”.
Wiedział jednak, że kilka rzeczy należało zmienić, bo sam też nie chciał żyć w domu, który już kiedyś został napadnięty. Nie dlatego, że nagle przestało być fortecą, a dlatego, że wiedziano gdzie go szukać. Zmiana więc miejsca pobytu była dla niego oczywista, a ze względu na Sennę, priorytetową. Bo wiedział, że w końcu będzie musiał wyjechać do pracy, a ona zostanie sama. Nie chciał dopuścić do tego, że sytuacja się powtórzy.
Zmarszczył lekko czoło, gdy temat zszedł na jego przemoczone ubranie, które kompletnie go nie interesowało. Zerknął krótko na swoją koszulkę, która przylegała do jego ciała niczym druga skóra, aby zaraz wrócić spojrzeniem do dziewczyny.
Zaraz się przebiorę — stwierdził. Drgnął zaraz po tym i ukląkł na jedno kolano, wyciągając do niej dłoń, drugą wciąż asekurując jej drobną osobę przed ewentualnym zachwianiem i upadkiem. Pomógł jej wstać z ziemi, zakręcił kurek z wodą i jedną ręką sięgnął po duży ręcznik kąpielowy, który na nią zarzucił i owinął. — Potrzebujesz czegoś? — spytał jeszcze, wciąż ją asekurując, w razie jakby miała opaść z sił.

eot

Valkyrae Callahan