old ghosts came hunting
: pn mar 30, 2026 4:10 pm
Nie zrozumiał jej. Była pewna, że jej nie zrozumiał, ale nie miało to dla niej znaczenia. Nikt, kto nie przeszedł przez takie piekło, kto nie został upodlony do takiego stopnia, że przestał być osobą, a był tylko przedmiotem, nie był w stanie zrozumieć. Nawet nie empatyzować. A już na pewno taką osobą nie mógł być mężczyzna.
Nikt, kto wiedziałby, przez co przechodziła i jaki ciężar w sobie niosła; jaki wstyd i obrzydzenie zalęgły się w jej umyśle, nie znalazłby żadnego słowa. Nikt, kto by ją zrozumiał, nie umiałby powiedzieć czegokolwiek.
Więc wiedziała, że nie rozumiał jej.
Damon był jeszcze trudniejszym przypadkiem, bo nie miał w sobie za grosz delikatności – tej operacyjnej, wszytej w jego codzienność i postępowania; ale dostrzegała to, jak zmieniało się jego spojrzenie, niemalże momentalnie, kiedy przenosił spojrzenie ze wszystkiego innego na nią.
I przez to wszystko, nawet jeśli wiedziała, że nie rozumiał, czuła się przy nim choć minimalnie lepiej. Ufała mu na tyle, że jego skóra, na jej nagim ciele, w takiej chwili jak ta, nie skutkowała chęcią ucieczki; nie parzyła, nie odrzucała. Po prostu była – jak coś, co miało istnieć i było niezaprzeczalne.
Nie wiedziała jak ma się czuć z jego postanowieniem – uważała, że jej wartość została tak umniejszona, że nie zasługiwała na jego czas i obecność, a co dopiero na jego bliskość. Czuła się na tyle żałośnie, że takich słów z jego strony nie brała na poważnie – była przekonana, że prędzej czy później odejdzie i teraz przynajmniej znałaby powód cudzego odejścia.
Zacisnęła mocniej palce na jego koszulce, jakby to była jedyna rzecz, która jeszcze trzymała ją w miejscu, kiedy wszystko inne zaczynało się rozjeżdżać. Jedyna stabilność i jedyny punkt, który był nieruchomy w jej życiu.
Nie podniosła głowy, gdy znów zabrał głos. Ale to nie znaczyło, że go nie usłyszała; że nie zwróciła uwagi na to, co jej chciał przekazać. Jego słowa jednak nie przeszły przez nią tak, jak pewnie powinny. Nie wsiąkły w jej umysł, ani nie zakotwiczyły się gdzieś głębiej. Odbiły się na jej powierzchni. Bo ona nie widziała w sobie niczego, co zasługiwałoby na wszystko, co najlepsze.
Była jednak nieodparta świadomość jednego. Niezaprzeczalnego faktu, który cały czas istniał, a któremu się nie przyglądała. Ta sama, która teraz uważała, że powinna go od siebie odsunąć, zanim on sam to zrobi.
— To ty, Damon — odpowiedziała, pozwalając sobie wybrzmieć pośród szumu wody. — Ty jesteś najlepszym, co mam. — Nie mówiła tego z przesadną dramatycznością czy ckliwością. Bardziej jak przykry fakt, z którego musiała się rozliczyć. — I jednocześnie jedynym — dodała, znacznie ciszej i znacznie żałośniej; Mógł się z nią nie zgodzić i jak go znała – wiedziała, że się nie zgodzi. Ale nie dało się zaprzeczyć temu, że w jej szarym, przykrym życiu, jego brzydka osobowość była czymś, czego chciała się trzymać. I wcale nie dlatego, że musiała. Dlatego, że ta brzydka osobowość wcale nie była tak paskudna, jak ją opisywał.
Dlatego, że ta brzydka osobowość akurat dla niej postanawiała być tą ładną.
— I co jeśli — zaczęła, zawieszając po chwili głos. Bardzo dorze słyszalne było to, jak ciężko jej znaleźć sobie siłę, by składać dźwięki dalej w słowa i zdania. Jak jej gardło zaciska się w żałości. — I co jeśli świat już się skończył?
Bo dla niej tak było. Bez zbędnego dramatyzowania; bez wyolbrzymiania; bez naciągania faktów. Dla niej to był koniec – ściana od której się odbiła z tym przykrym poczuciem rozczarowania, że nie ma nic dalej. Że jest tylko droga wstecz, a której pokonanie nie przyszło jej z łatwością.
Damon Tae
Nikt, kto wiedziałby, przez co przechodziła i jaki ciężar w sobie niosła; jaki wstyd i obrzydzenie zalęgły się w jej umyśle, nie znalazłby żadnego słowa. Nikt, kto by ją zrozumiał, nie umiałby powiedzieć czegokolwiek.
Więc wiedziała, że nie rozumiał jej.
Damon był jeszcze trudniejszym przypadkiem, bo nie miał w sobie za grosz delikatności – tej operacyjnej, wszytej w jego codzienność i postępowania; ale dostrzegała to, jak zmieniało się jego spojrzenie, niemalże momentalnie, kiedy przenosił spojrzenie ze wszystkiego innego na nią.
I przez to wszystko, nawet jeśli wiedziała, że nie rozumiał, czuła się przy nim choć minimalnie lepiej. Ufała mu na tyle, że jego skóra, na jej nagim ciele, w takiej chwili jak ta, nie skutkowała chęcią ucieczki; nie parzyła, nie odrzucała. Po prostu była – jak coś, co miało istnieć i było niezaprzeczalne.
Nie wiedziała jak ma się czuć z jego postanowieniem – uważała, że jej wartość została tak umniejszona, że nie zasługiwała na jego czas i obecność, a co dopiero na jego bliskość. Czuła się na tyle żałośnie, że takich słów z jego strony nie brała na poważnie – była przekonana, że prędzej czy później odejdzie i teraz przynajmniej znałaby powód cudzego odejścia.
Zacisnęła mocniej palce na jego koszulce, jakby to była jedyna rzecz, która jeszcze trzymała ją w miejscu, kiedy wszystko inne zaczynało się rozjeżdżać. Jedyna stabilność i jedyny punkt, który był nieruchomy w jej życiu.
Nie podniosła głowy, gdy znów zabrał głos. Ale to nie znaczyło, że go nie usłyszała; że nie zwróciła uwagi na to, co jej chciał przekazać. Jego słowa jednak nie przeszły przez nią tak, jak pewnie powinny. Nie wsiąkły w jej umysł, ani nie zakotwiczyły się gdzieś głębiej. Odbiły się na jej powierzchni. Bo ona nie widziała w sobie niczego, co zasługiwałoby na wszystko, co najlepsze.
Była jednak nieodparta świadomość jednego. Niezaprzeczalnego faktu, który cały czas istniał, a któremu się nie przyglądała. Ta sama, która teraz uważała, że powinna go od siebie odsunąć, zanim on sam to zrobi.
— To ty, Damon — odpowiedziała, pozwalając sobie wybrzmieć pośród szumu wody. — Ty jesteś najlepszym, co mam. — Nie mówiła tego z przesadną dramatycznością czy ckliwością. Bardziej jak przykry fakt, z którego musiała się rozliczyć. — I jednocześnie jedynym — dodała, znacznie ciszej i znacznie żałośniej; Mógł się z nią nie zgodzić i jak go znała – wiedziała, że się nie zgodzi. Ale nie dało się zaprzeczyć temu, że w jej szarym, przykrym życiu, jego brzydka osobowość była czymś, czego chciała się trzymać. I wcale nie dlatego, że musiała. Dlatego, że ta brzydka osobowość wcale nie była tak paskudna, jak ją opisywał.
Dlatego, że ta brzydka osobowość akurat dla niej postanawiała być tą ładną.
— I co jeśli — zaczęła, zawieszając po chwili głos. Bardzo dorze słyszalne było to, jak ciężko jej znaleźć sobie siłę, by składać dźwięki dalej w słowa i zdania. Jak jej gardło zaciska się w żałości. — I co jeśli świat już się skończył?
Bo dla niej tak było. Bez zbędnego dramatyzowania; bez wyolbrzymiania; bez naciągania faktów. Dla niej to był koniec – ściana od której się odbiła z tym przykrym poczuciem rozczarowania, że nie ma nic dalej. Że jest tylko droga wstecz, a której pokonanie nie przyszło jej z łatwością.
Damon Tae