And she, just like I got her head in the clouds
: czw mar 05, 2026 7:31 pm
Kiwnęła głową, przyznając jej rację. No pewnie, że nie będą ćpać cały czas. Trzeba sobie czasem robić przerwy! Zresztą. Miały zapas tak czy siak. Pewnie będą musiały go tu zostawić, bo tego nie przerobią we dwie. Ale April zawsze kupowała z rozmachem, nawet narkotyki. Cieszyła się jednak, że mają potencjalny kontakt na przyszłość. Albo że będzie mogła polecać Princess Bubblegum znajomym, którzy tu przylecą na wakacje. Przez taki wszechobecny w jej bani entuzjazm nie było szans, żeby kiedyś zauważyła subtelne oznaki zazdrości u Teddy. Musiałaby się naprawdę postarać, a trudno to zrobić, jak się nawet nie wie, że się próbuje. Może kiedyś skupi się nieświadomie i zdobędzie upragnione dowody.
— Masz rację, masz rację i masz rację — przyznała z uśmiechem. Była dzisiaj wyjątkowo zgodna i uległa. To klękanie przed Teddy wcale nie było najwyższym wyrazem posłuszeństwa. Co innego takie wielokrotne przyznawanie jej racji. Ale o co tu się kłócić? Wyglądała bardzo dobrze, to oczywiste. Pachniała świetnie – sama nie mogła się siebie nawąchać. A to, że są kompatybilne jest największą oczywistością z nich wszystkich.
— Jeżeli miałybyśmy celować w narkotyczną muzykę, to lepsza byłaby KI/KI. Albo w ogóle wzięcie innych narkotyków. Mam ochotę potańczyć, więc totalnie zgadzam się na nasthug — wyjaśniła, zgarniając wszystko, czego potrzebowała. Czyli właściwie tylko telefon i narkotyki. Zarzuciła kurtkę na ramiona raz jeszcze, przejrzała się w lustrze i sprawdziła pogodę. Nie miała ochoty rezygnować z planu, było jej po prostu szkoda. No nic, odkąd tu przyleciały bez przerwy gubiła jakieś ubrania, najwyżej kurtkę spotka ten sam los. Zamówiła w międzyczasie Ubera, żeby nie musiały na trzeźwo pokonywać kilometrów na obcasach. Nad ranem pewnie będzie im wszystko jedno. Ba, taki spacer może nawet je utrzymać przy życiu.
Dostanie się do centrum autem zajęło im tylko kilkanaście minut. Wybrała fenomenalną lokalizację na nocleg, należą jej się dodatkowe oklaski. Wysiadły z Ubera na jednej z głównych ulic. Adres wybrała dość losowo w pobliżu klubu, do którego miały później trafić. Miały jeszcze trochę czasu, żeby spuścić parę.
— To co, może jakieś karaoke? — zaproponowała, ciągnąć ją za sobą za rękę. Pruła przed siebie, rozglądając się uważnie. Śledziła wzrokiem każdy szyld, każdą witrynę, chcąc znaleźć miejsce, w którym po prostu będzie przyjemne. Chyba trochę za bardzo zaczęła się nakręcać, biorąc pod uwagę, jak było wcześnie. Zdała sobie z tego sprawę, potykając się w końcu o jakiś krawężnik. Albo własne nogi? Trudno stwierdzić. Zachwiała się niepewnie, ale utrzymała równowagę. Wywróciła oczami, zirytowana samą sobie. Wzięła głęboki wdech i wydech, no dobrze, tylko spokojnie.
— Albo to! Co za tandeta — zawołała radośnie wskazując na jakiś bardzo mocno świecący punkt kawałek dalej. Wciąż były blisko oceanu, od wody dzieliło je tylko kilka ulic. Nic dziwnego, że wszędzie dało się zauważyć jakieś pułapki na turystów. Wielka, świecąca i grająca instalacja. Na licznych półkach powystawiane były maskotki, plastikowe zabawki, tanie deskorolki, słodycze, świecące breloczki i każdy możliwy szajs, na jaki człowiek może wpaść. Pod tym wszystkim stał zblazowany mistrz ceremonii. Młody, długowłosy chłopak, który wyglądał, jakby praca była dopiero jego drugą aktywnością, a pierwszą jaranie blantów. Bosko! April zaciągnęła Teddy w tamtą stronę. Strącenie kilku kubeczków piłką nie wydawało się przecież skomplikowane. Od razu zapłaciła za pierwszą kolejkę.
— Patrz to. Za pierwszym. — Wyważyła piłkę w dłoni jak profesjonalistka. Zmrużyła oczy, próbując obliczyć w głowie siłę, z jaką powinna rzucić, biorąc pod uwagę szybkość wiatru, planety i jej własnych ambicji. Szkoda, że nie znała się na fizyce. Cisnęła pierwszą piłką, drugą i trzecią.
— Przykro mi, może następnym razem. — Zblazowany chłopak uśmiechnął się przepraszająco. April tylko prychnęła pod nosem. Ale żeby trzema piłeczkami nie strącić nawet połowy kubeczków, to już naprawdę trzeba być skończoną sierotą.
Ty najlepsza jaką znam, nie trzeba wierszy nam
— Masz rację, masz rację i masz rację — przyznała z uśmiechem. Była dzisiaj wyjątkowo zgodna i uległa. To klękanie przed Teddy wcale nie było najwyższym wyrazem posłuszeństwa. Co innego takie wielokrotne przyznawanie jej racji. Ale o co tu się kłócić? Wyglądała bardzo dobrze, to oczywiste. Pachniała świetnie – sama nie mogła się siebie nawąchać. A to, że są kompatybilne jest największą oczywistością z nich wszystkich.
— Jeżeli miałybyśmy celować w narkotyczną muzykę, to lepsza byłaby KI/KI. Albo w ogóle wzięcie innych narkotyków. Mam ochotę potańczyć, więc totalnie zgadzam się na nasthug — wyjaśniła, zgarniając wszystko, czego potrzebowała. Czyli właściwie tylko telefon i narkotyki. Zarzuciła kurtkę na ramiona raz jeszcze, przejrzała się w lustrze i sprawdziła pogodę. Nie miała ochoty rezygnować z planu, było jej po prostu szkoda. No nic, odkąd tu przyleciały bez przerwy gubiła jakieś ubrania, najwyżej kurtkę spotka ten sam los. Zamówiła w międzyczasie Ubera, żeby nie musiały na trzeźwo pokonywać kilometrów na obcasach. Nad ranem pewnie będzie im wszystko jedno. Ba, taki spacer może nawet je utrzymać przy życiu.
Dostanie się do centrum autem zajęło im tylko kilkanaście minut. Wybrała fenomenalną lokalizację na nocleg, należą jej się dodatkowe oklaski. Wysiadły z Ubera na jednej z głównych ulic. Adres wybrała dość losowo w pobliżu klubu, do którego miały później trafić. Miały jeszcze trochę czasu, żeby spuścić parę.
— To co, może jakieś karaoke? — zaproponowała, ciągnąć ją za sobą za rękę. Pruła przed siebie, rozglądając się uważnie. Śledziła wzrokiem każdy szyld, każdą witrynę, chcąc znaleźć miejsce, w którym po prostu będzie przyjemne. Chyba trochę za bardzo zaczęła się nakręcać, biorąc pod uwagę, jak było wcześnie. Zdała sobie z tego sprawę, potykając się w końcu o jakiś krawężnik. Albo własne nogi? Trudno stwierdzić. Zachwiała się niepewnie, ale utrzymała równowagę. Wywróciła oczami, zirytowana samą sobie. Wzięła głęboki wdech i wydech, no dobrze, tylko spokojnie.
— Albo to! Co za tandeta — zawołała radośnie wskazując na jakiś bardzo mocno świecący punkt kawałek dalej. Wciąż były blisko oceanu, od wody dzieliło je tylko kilka ulic. Nic dziwnego, że wszędzie dało się zauważyć jakieś pułapki na turystów. Wielka, świecąca i grająca instalacja. Na licznych półkach powystawiane były maskotki, plastikowe zabawki, tanie deskorolki, słodycze, świecące breloczki i każdy możliwy szajs, na jaki człowiek może wpaść. Pod tym wszystkim stał zblazowany mistrz ceremonii. Młody, długowłosy chłopak, który wyglądał, jakby praca była dopiero jego drugą aktywnością, a pierwszą jaranie blantów. Bosko! April zaciągnęła Teddy w tamtą stronę. Strącenie kilku kubeczków piłką nie wydawało się przecież skomplikowane. Od razu zapłaciła za pierwszą kolejkę.
— Patrz to. Za pierwszym. — Wyważyła piłkę w dłoni jak profesjonalistka. Zmrużyła oczy, próbując obliczyć w głowie siłę, z jaką powinna rzucić, biorąc pod uwagę szybkość wiatru, planety i jej własnych ambicji. Szkoda, że nie znała się na fizyce. Cisnęła pierwszą piłką, drugą i trzecią.
— Przykro mi, może następnym razem. — Zblazowany chłopak uśmiechnął się przepraszająco. April tylko prychnęła pod nosem. Ale żeby trzema piłeczkami nie strącić nawet połowy kubeczków, to już naprawdę trzeba być skończoną sierotą.
Ty najlepsza jaką znam, nie trzeba wierszy nam