Strona 6 z 8

let me make you coffee tonight

: pn mar 23, 2026 8:39 pm
autor: margo mercer
Zasnęła niemal od razu. Sen przychodził do niej łatwo nawet po najdłuższych dniach. Wystarczyło, że kładła się do łóżka, że otulał ją chłód pościeli, by ciało samo odpuszczało, a umysł przestawał pracować. Noc była dla niej czymś bezpiecznym, czymś, co porządkowało wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Odkąd jednak sypiała z nim, ten komfort przybrał zupełnie inny wymiar - głębszy i spokojniejszy.
W ostatnich tygodniach niemal zawsze kończyli razem. Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki noce, które spędzili osobno - te kilka dni ciszy po kłótniach, gdy uparcie trzymali się na dystans, ograniczając kontakt do minimum, karząc się wzajemnie milczeniem. Poza tym z a w s z e wracali do siebie. Niezależnie od tego kto pojawiał się u kogo, jak późno było i jak bardzo powinni byli wrócić do własnych mieszkań, żadne z nich nie wychodziło po wszystkim. Od początku nie chodziło wyłącznie o seks. Chodziło o bliskość, o tę trudną do nazwania potrzebę bycia obok, silniejszą niż rozsądek i wszystkie inne sprawy, które domagały się ich uwagi.
Przywykła do jego obecności szybciej niż powinna. Do ciężaru jego ciała obok, ciepła, do rytmu oddechu, który w nocy stawał się jej własnym. Do tego stopnia, że gdy nie było go obok, budziła się odruchowo, przesuwając dłonią po drugiej stronie łóżka, jakby szukała czegoś, co powinno tam być. I choć nigdy nie była typem osoby, która potrzebowała nieustannego kontaktu, oblepiając drugiego człowieka, przy nim ignorowała to całkowicie. Przekraczała kolejne granice powoli, centymetr po centymetrze, aż w końcu nie zostało między nimi nic czego nie mogłaby dotknąć.
Tej nocy, nawet przez sen, nie przestawała go szukać. Ramiona obejmowały go mocniej, ciało przesuwało się bliżej za każdym razem, gdy tylko poczuła najmniejszy dystans. Instynktownie, bez świadomości, dążyła do tego jednego punktu styku, który pozwalał jej czuć go całą sobą.
I to właśnie jego brak ją obudził.
Nie dźwięk, nie ruch, nie zapach, tylko nagła, wyraźna pustka, która wyrwała ją ze snu szybciej niż cokolwiek innego. Otworzyła oczy, jeszcze przez chwilę pozostając w półśnie zanim uniosła się lekko i rozejrzała po pomieszczeniu. Sięgnęła po telefon, mrużąc oczy na jasny ekran. 6:01.
Po krótkiej chwili była już na nogach, narzucając na siebie tylko bieliznę i jego koszulę, niedbale zapiętą na kilka guzików, wystarczającą, by odgrodzić się od chłodu, który powoli ustępował miejsca ciepłu rozchodzącemu się od kominka. Materiał był za duży, opadał luźno na jej ramiona, a zapach, który w nim został, skutecznie działał na jej zmysły.
Zatrzymała się przy kuchennej wyspie, próbując palcami ujarzmić splątane, ciemne włosy, które pozostawały w nieładzie po nocy i przetarła oczy, wciąż jeszcze nie do końca przytomna. - Jest p i e p r z o n a szósta rano - mruknęła z lekkim niedowierzaniem, choć uśmiech już czaił się w kącikach jej ust. - To nawet nie jest ranek. To środek nocy, gdy mamy wolny dzień - nie powiedziała nic więcej, gdy do niej podszedł. Zamiast tego wspięła się lekko na palce, odpowiadając na jego pocałunek bez wahania. Przymknęła oczy, przeciągając tę krótką chwilę, gdy pozwalała sobie na ciche, zadowolone westchnienie, wyrywające się spomiędzy ust bez żadnej kontroli.
- Wiesz, co robisz? - zapytała po chwili ciszej, zerkając w stronę patelni, która zaczynała domagać się uwagi. Nie ruszyła się jednak ani o krok, jakby to w ogóle nie był jej problem. Zamiast tego obeszła wyspę i bez większego wysiłku wskoczyła na blat - ten sam, który jeszcze kilka godzin wcześniej miał zupełnie inne przeznaczenie. Usiadła wygodnie, podciągając jedną nogę i oparła dłonie za sobą, obserwując go bez skrępowania.
- Możemy tu zostać jeszcze jeden dzień? - zapytała nagle, tonem zbyt lekkim, by brzmiał poważnie; wiedziała, że n i e mogli, że świat na zewnątrz zaraz się o nich upomni, że sprawa nie zniknie, że obowiązki nie pozwolą im udawać, że to miejsce istnieje poza czasem.
Przechyliła lekko głowę i po prostu patrzyła na niego, jakby próbowała zapamiętać wszystko, co wydawało jej się tak oczywiste, tak naturalne, jakby n a p r a w d ę mogło stać się jej codziennością.

Rhys Madden

let me make you coffee tonight

: pn mar 23, 2026 9:03 pm
autor: Rhys Madden
Margo zawsze należała do osób u ł o ż o n y c h. Nie przesadnie elegancko ubranych i nie sztywnych w swoich gustach, ale jej odzież zawsze była adekwatnie dobrana do warunków pracy, koszula wyprasowana, włosy spięte bądź doprowadzone do porządku. Choć widział wiele jej wcieleń na przestrzeni ostatnich tygodni, to do jej codziennej wersji przywykł najbardziej - tej, która robiła im kawę rano bądź przynosiła akta nowej sprawy przydzielonej im przez dowódcę.
Nie mogła teraz bardziej się od niej różnić.
Jego usta same rozchyliły się w uśmiechu na ten widok - burzy ciemnych włosów, wykręconych w każdym kierunku świata. Zbyt dużej koszuli, która należała do niego, odsłaniających jej nagie ramiona. Resztki makijażu, roztartego wokół wciąż zaspanych oczu.
Przez myśl przeszło mu, że mógłby się do tego przyzwyczaić.
- Agresywna z samego rana - westchnął ostentacyjnie, jakby przekleństwo wypowiedziane w odpowiedzi na jego powitanie w jakikolwiek sposób mu przeszkadzało. Jego dłoń zsunęła się po kobiecej talii, docierając do przykrytych koszulą pośladków na jedną, krótką chwilę. - Dobrze ci w mojej koszuli - mruknął, wiedziony tym samym instynktem, który sprawiał, że jego ręce błądziły w miejscach, w których ich być nie powinno.
Odwrócił się do aneksu kuchennego, wyswabadzając ją z ramion i pozwalając przejść dalej gdy przypomniała mu o istnieniu patelni. Jego umiejętności gotowania ograniczały się do dwóch lub trzech potraw, które potrafił przyrządzić - ale szczerze wątpił, by w przyrządzeniu śniadania tkwiła wielka filozofia.
- Jajecznicę - oznajmił, z trudem odrywając od niej wzrok by przerzucić na patelnię rozbite wcześniej do miski jajka. - Nie będzie to jakość szefa kuchni Margo Mercer, ale będziesz musiała się z tym pogodzić.
Odwrócił się, sięgając do szafki by wyjąć z niej dwa kubki. Przygotowała mu obiad, więc mógł jej się odwdzięczyć - szczególnie, że w przeciwieństwie do niej, chwilowo nie był poszkodowany przytomnością. Wsadził naczynie pod dyszę ekspresu i włączył urządzenie, a chwilę później do zapachu smażonej jajecznicy w kuchni dołączył też aromat przygotowywanej kawy.
- Możemy zostać nawet miesiąc - odparł z nutką rozbawienia, choć spędził na tyle czasu przytomny i obudzony, że zdążył pogodzić się z zakradającą do ich domku rzeczywistością. - Ale Rinaldi może na nas nie zaczekać.
Stanął przy kuchennej wyspie, wyciągając w jej stronę rękę z kubkiem z zaparzoną świeżo kawą. Jego dłonie oparły się po obu stronach jej ciała gdy nachylił się, nie mogąc oprzeć jeszcze chwili bliskości, chwili n o r m a l n o ś c i, jakby to, co mieli tutaj, było dla nich codziennością - a nie to, do czego wracali.
- Jaki jest plan? - zapytał, gdy już wymienił kawę na jeden, dodatkowy pocałunek i odwrócił się, zmuszony do kontrolowania tego, co działo się na patelni. - Sprawdzamy, czy Rinaldi jest w domu i pytamy sąsiadów, jeśli go nie będzie?

margo mercer

let me make you coffee tonight

: pn mar 23, 2026 9:53 pm
autor: margo mercer
Koszulę założyła zupełnie ś w i a d o m i e. Nie dlatego, że była najbliżej, ani dlatego, że było jej chłodno, choć oba te powody mogłyby brzmieć wystarczająco przekonująco. Prawda była znacznie prostsza - wiedziała, jak na nią zareaguje. Wiedziała, co działo się w jego spojrzeniu, gdy widział ją w czymś, co należało do niego, jakby w tym jednym, pozornie niewinnym geście było coś znacznie bardziej intymnego niż nagość. Już raz to dostrzegła - tamten błysk, pierwotny i niemal instynktowny, który przebił się przez jego zwyczajową kontrolę. Wtedy był podszyty zazdrością, irracjonalną i nieukierunkowaną, ale wystarczająco wyraźną, by zapamiętała ją na długo.
Dlatego teraz pozwoliła sobie na tę małą prowokację. Na koszulę niedbale opadającą na ramiona, na kilka guzików zapiętych byle jak, na materiał, który nie należał do niej, a jednak układał się na jej ciele w sposób idealny. - Wiem - rzuciła pod nosem z lekkim rozbawieniem, kiedy skomentował jej wygląd, nie próbując udawać skromności. Jej spojrzenie przesunęło się po nim leniwie, od twarzy w dół, jakby sama oceniałа efekt, który udało jej się osiągnąć. - Postaram się nie przyzwyczaić - dodała jeszcze ciszej, choć w tonie jej głosu nie było ani grama przekonania.
Dopiero później nadeszła r z e c z y w i s t o ś ć.
Wślizgiwała się do wnętrza domku powoli, nieśmiało, jakby sama nie była jeszcze pewna czy ma prawo przerwać to, co wydarzyło się między nimi w nocy. Światło było miękkie, rozproszone, odbijało się od jasnych powierzchni kuchni i osiadało na ich skórze ciepłym, złotym odcieniem, który łagodził jej ostrość. A jednak ta rzeczywistość wracała - cicha, uporczywa, przypominająca o sobie w każdym słowie, które sprowadzało ich z powrotem do pracy, sprawy i ludzi takich jak Rinaldi.
Uniosła kubek do ust, pozwalając, by gorzka, mocna kawa rozlała się po jej podniebieniu, rozgrzewając ją od środka, przywracając powoli do pełnej świadomości. Ciepło było przyjemne, ale nie tak bardzo jak jego obecność t u ż obok. Gdy się zbliżył, nie zawahała się ani na moment - odstawiła kubek gdzieś za siebie, niemal odruchowo, jakby wszystko inne mogło poczekać.
Pochyliła się lekko w jego stronę, skracając dzielącą ich odległość do zera, tak że ich oddechy zmieszały się w jednym, wspólnym rytmie. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego z i e l o n y c h oczach, potem przesunęło niżej po linii jego twarzy, jakby wciąż nie mogła się tym widokiem nacieszyć. Uśmiech, delikatny i ledwie zauważalny, poruszył kącikami jej ust, nie będąc żadną prowokacją. - Wiem dokładnie, gdzie go znaleźć - powiedziała w końcu, równie cicho, jakby nie chciała, żeby te słowa zabrzmiały zbyt ostro w tej przestrzeni, którą jeszcze chwilę temu wypełniało wyłącznie coś miękkiego.
Uniosła dłoń niemal bezwiednie, odnajdując drogę do jego włosów. Przesunęła po nich powoli, porządkując niesforne kosmyki w geście tak czułym, jakby robiła to od zawsze. Jej spojrzenie na moment złagodniało zanim znów wróciła do tematu, choć nawet wtedy nie traciła tego subtelnego ciepła.
- Jeśli go tam nie będzie, ktoś na pewno go widział. To mała miejscowość, w której nic nie dzieje się niezauważone - na krótką chwilę zawiesiła głos, jakby układała sobie w głowie kolejne kroki, choć w rzeczywistości bardziej skupiała się na nim niż na samej sprawie. Jej kciuk przesunął się jeszcze raz po jego skroni nim opuściła dłoń, pozwalając jej opaść gdzieś pomiędzy nimi. - Nie będzie chciał z nami rozmawiać - przyznała już bardziej rzeczowo, ale w jej tonie nadal pobrzmiewała ta sama miękkość. - Więc będziemy musieli znaleźć powód, żeby jednak to zrobił - przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się uważniej, jakby szukała w nim potwierdzenia własnych myśli.
- Jego rodzina wydaje się być idealną kartą przetargową. Jeśli obiecamy mu, że ich ochronimy, to być może da nam to, czego potrzebujemy - choć mówiła o pracy, którą mieli wykonać, jej ciało wciąż pozostawało blisko jego, a sposób w jaki na niego patrzyła, mówił jednoznacznie, że niezależnie od tego, co czekało ich za drzwiami tego domu jeszcze przez tę jedną chwilę była tu - z n i m.

Rhys Madden

let me make you coffee tonight

: wt mar 24, 2026 11:06 am
autor: Rhys Madden
Nie wiedział jak poprzednia noc zniesie test tego, co miało nadejść d z i s i a j.
Zderzenia ich dwóch światów, w których operowali, zwykle wydarzały się dopiero przed wejściem do komisariatu. Przekroczenie magicznej bariery miejsca pracy jakby automatycznie sprawiało, że jedno przestawało myśleć o drugim wyłącznie w kontekście wspólnie spędzonej nocy. Tym razem jednak linie były rozmazane - nie byli oficjalnie w pracy, a jednak mieli przy sobie odznaki. Nie byli służbowo w tym miejscu, ale jednocześnie zamierzali złożyć wizytę osobie, która miała doprowadzić ich do prawdy w prywatnie prowadzonym przez nich śledztwu.
Rozkoszował się tą chwilą, a której jeszcze na moment, była wyłącznie j e g o.
Z rozczapierzonymi włosami i zbyt dużą koszulą, noszącą na sobie męski zapach należący do niego. Choć rzeczywistość zakradała się już do środka wraz z promieniami wschodzącego słońca, jego ruchy wciąż były powolne, ospałe - nawet mimo tego, że od dawna nie spał. Nie chciał się nigdzie śpieszyć, wiedział, że świat rzeczywisty dopadnie ich prędzej czy później.
- Mhm - odrzucił, bardzo elokwentnie, skupiając na jej słowach wyłącznie po części. Bardziej przejmował się tym, że jej skóra wciąż pachniała wczorajszym wieczorem - wtedy, gdy nachylił się w dół, składając pocałunki na jej policzku i skroni. Czuł jej palce w swoich włosach, wciąż zmierzwionych po ich prysznicu i dalszym tarzaniu się w pościeli. - Wykorzystanie jego rodziny? - parsknął w jej szyję, unosząc głowę by móc na nią spojrzeć. - Bardzo brudna zagrywka, partnerze.
Niechętnie oderwał wzrok od jej p i w n y c h oczu, wracając do robienia jajecznicy. Nie była prawdopodobnie tak dobra, jak zrobiłaby ją Margo - ani ogólnie ktoś, kto potrafił gotować i robił to na co dzień - ale według jego standardów była adekwatna.
- Jeśli Rinaldi jest zastraszony, może nie chcieć z nami współpracować niezależnie od tego, jakie przytoczymy mu argumenty - westchnął, nakładając na talerze zrobione śniadanie. Z naczyniami i kubkiem swojej kawy wrócił do wyspy kuchennej, stając obok - nie zważając na to, że Margo na niej siedziała, zamiast robić to przy niej. - Teoretycznie moglibyśmy go zgarnąć za któreś z drobnych rzeczy, które ma w kartotece - dodał, przywołując w pamięci jego akta, które Mercer skrupulatnie stworzyła gromadząc drobne informacje.
Rinaldi nie miał czystego sumienia - w jego aktach tkwiły jakieś drobne przestępstwa sprzed paru lat, które były bliskie przedawnieniu, ale które w pewien paskudny sposób mogli wykorzystać by ściągnąć go z powrotem na komisariat. Nie było to ani ładne, ani eleganckie, ale jego mózg operował na pragmatycznych torach gdy zaczęli znów mówić o pracy.
- Zjedzmy moje wspaniałe śniadanie - postanowił, unosząc widelec by go wycelować w jej stronę. - Doprowadź się do porządku i możemy jechać - dodał, z rozbawieniem patrząc na burzę włosów otaczającą jej twarz.
On nie potrzebował zbyt wiele czasu by być gotowym do wyjścia.

margo mercer

let me make you coffee tonight

: wt mar 24, 2026 1:00 pm
autor: margo mercer
Parsknęła krótko, miękko, z tym rozbawieniem, które nie miało w sobie ani grama złośliwości. W jego słowach było coś znajomego, co od razu ustawiło ją w opozycji, ale nie w sposób, który prowadził do konfliktu, raczej do tej ich charakterystycznej równowagi, w której każde stało dokładnie tam, gdzie powinno. - Przebywam za dużo w twoim towarzystwie - mruknęła, kręcąc lekko głową, choć uśmiech nie schodził z jej ust.
Nie przestawała go przy tym dotykać, jakby to było czymś zupełnie niewymuszonym. Jej palce przesunęły się po jego przedramieniu, zatrzymały na chwilę na nadgarstku nim znów uniosły się wyżej. Kiedy próbował się odsunąć, złapała go za rękę, lekko, ale wystarczająco stanowczo, żeby zatrzymać go w miejscu.
Zmusiła go tym j e d n y m gestem, żeby na nią spojrzał.
Kręcąc głową powoli, niemal niezauważalnie, jej spojrzenie straciło na moment na lekkości, która towarzyszyła mu jeszcze chwilę wcześniej. - Nie - powiedziała spokojnie, ale wyraźnie. - Nie będziemy tego robić. Nie będziemy dalej zastraszać człowieka, który już jest zastraszony - nie było w jej głosie miejsca na dyskusję, ani cienia wahania. To była granica - jedna z tych, których nie przekraczała niezależnie od okoliczności. Rinaldi nie był dla niej przeciwnikiem - był kimś, kto znalazł się w złym miejscu, w złym czasie i to wystarczało, żeby spojrzała na niego inaczej.
Puściła rękę Maddena dopiero po chwili, gdy uznała, że powiedziała wszystko, co miała do powiedzenia. Sięgnęła po talerz, który jej podał, skupiając się na nim przez moment, choć to skupienie było tylko pozorne. - Mam nadzieję, że zrozumiałeś, co powiedziałam - dodała, unosząc na niego wzrok. - Rhys? Zgarnięcie go n i e w c h o d z i w grę - szturchnęła go lekko ramieniem, a uśmiech wrócił na jej twarz, rozbijając powagę tych słów. Dwa światy zaczynały się ze sobą mieszać - ten, w którym siedzieli blisko siebie w ciepłym domku i ten, który czekał na nich na zewnątrz, wymagający zupełnie innej wersji ich samych.
Wzięła pierwszy kęs, przeżuwając go powoli i choć smak był naprawdę dobry, skrzywiła się teatralnie, jakby właśnie potwierdzała najgorsze przypuszczenia.
- A co jest nie tak z moim wyglądem? - zapytała z przekorą, unosząc na niego spojrzenie, w którym znów pojawił się ten znajomy błysk. Jedną ręką przeczesała włosy, żyjące dziś własnym życiem i które najwyraźniej nie zamierzały współpracować. - Myślałam, że ta wersja mnie będzie twoją u l u b i o n ą - dodała ciszej, z lekkim uśmiechem błąkającym się po ustach.
Jeszcze przez chwilę dłubała widelcem w talerzu, po czym zeskoczyła z blatu: - Wracam za dziesięć minut - rzuciła przez ramię, ruszając w stronę łazienki. Dokładnie wtedy zatrzymała się na sekundę tylko po to, żeby zsunąć z ramion jego koszulę z pełną premedytacją, pozwalając jej opaść gdzieś za sobą, jakby to był najbardziej naturalny gest na świecie.
Nie obejrzała się już więcej.
Łazienka przyjęła ją chłodnym powietrzem i ciszą, która pozwoliła jej na moment wrócić w pełni do rzeczywistości. Włosy doprowadziła do stanu względnego porządku, makijaż ograniczyła do minimum, ubrania dobrała szybko, a dziesięć minut, które obiecała, rozciągnęło się do typowych, kobiecych trzydziestu pięciu.
Ale kiedy w końcu wyszła, była gotowa. - Jedziemy?

Rhys Madden

let me make you coffee tonight

: wt mar 24, 2026 5:51 pm
autor: Rhys Madden
Miał świadomość tego, że zgarnięcie Rinaldiego wbrew jego woli nie było czymś etycznie poprawnym - ale gdy propozycja wydostała się z jego ust, nawet o tym nie pomyślał. Jego umysł analizował wszystkie opcje, etyczne lub nie, podając je na głos jako potencjalne narzędzia, z których mogliby skorzystać.
Dopiero gdy złapała go za rękę, biorąc jego słowa bardzo na poważnie, dotarło do niego, jak lekko podchodził do takich kwestii. Jak pozbawiony skrupułów stał się przez te wszystkie lata, przez które zarósł obojętnością i dystansem do ludzi w jego pracy, niezależnie od tego po której stronie tkwili. Nie dbał o Rinaldiego. Był tylko przystankiem na drodze, punktem do odhaczenia, dzięki czemu będą mogli złapać kogoś znacznie groźniejszego. Nawet przez myśl nie przeszło mu, jak ten losowy człowiek, którego nie znał, mógł się c z u ć.
Wyślizgnął rękę z jej palców, unosząc ją wraz z drugą w górę w obronnym geście.
- Ty prowadzisz tę sprawę - odrzucił, zgodnie zresztą z prawdą - Luca był punktem jej obsesji i on wyłącznie podłączył się pod jej śledztwo by móc jakoś p a n o w a ć nad entuzjazmem detektyw Mercer, która drążyła w miejscach, w których nie powinna. - Niczego nie zrobię - dodał, sięgając po kubek z kawą na wypadek, gdyby potrzebowała bardziej dosadnego zapewnienia.
A pewnie potrzebowała.
Jej uśmiech i wypowiedziane z przekorą słowa znów wyrwały go z t a m t e g o świata z powrotem do tego - do ich dwójki, tkwiących w domku pośrodku niczego, w domku, w którym nie mieli w ogóle się znaleźć. Już wiedział, że balansowanie na granicy tych dwóch wymiarów będzie niemożliwie trudnym zadaniem.
- Moją? Jak najbardziej - przytaknął, obserwując z pewną zachłannością to, jak wyprężyła się na blacie kuchennej wyspy, jak przeczesała włosy i przeciągnęła się ostentacyjnie. - Ale boję się, że Rinaldi może mieć inne zdanie - mruknął, sięgając do niej rękoma gdy ta zeskoczyła na ziemię, umykając przed jego dotykiem. - Albo wręcz przeciwnie, że będzie miał takie samo.
Pokręcił głową z niedowierzaniem, patrząc, jak jego koszula ostentacyjnie ląduje na ziemi, a ciemne włosy kaskadą spływają na jej nagie ramiona i plecy. Westchnął, tkwiąc przy ladzie zdecydowanie zbyt długo - aż nie zniknęła w korytarzu, a z jego wnętrza dobiegł go stukot zamykanych drzwi. Dopiero wtedy ruszył się, zbierając po niej zrzucone ubranie.
Doprowadzenie kuchni do porządku nie było trudnym zadaniem. Zaraz po tym dopił swoją kawę, przeczesał włosy i z grubsza przygotował się do wyjścia - gdy wreszcie pojawiła się w drzwiach, odkładał kubek do zlewu. Skinął głową, zgarniając swoją kurtkę i wychodząc na zewnątrz.
Do rzeczywistości, z której udało im się uciec na zaledwie dwadzieścia cztery godziny.
Droga do domu Rinaldiego zabrała kolejną godzinę tkwienia w samochodzie na drodze szybkiego ruchu. Gdy docierali do małej miejscowości, o której wspomniała, jego dłonie odruchowo sięgnęły po paczkę papierosów i - ignorując swój własny przykaz - wetknęły jednego do ust jeszcze w samochodzie.
- Nie jesteśmy tu oficjalnie. Nie mamy nakazu, a on nie jest powiązany z żadną z naszych spraw - powiedział cicho, uchylając okno i wpuszczając do wnętrza pojazdu odrobinę chłodu. Zerknął na kobietę siedzącą obok. - Jesteś na to gotowa?
Na subtelność, której wymagało tego typu przesłuchanie, gdy nie mogło nim być - przynajmniej nie w papierach.

margo mercer

let me make you coffee tonight

: wt mar 24, 2026 7:07 pm
autor: margo mercer
Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz natychmiast po wyjściu z domku, ostre, rześkie, zupełnie inne od tego ciepła, które jeszcze chwilę temu otulało ich od środka. Zatrzymała się na ułamek sekundy, wciągając je głęboko w płuca, jakby chciała zatrzymać w sobie resztkę tamtej chwili zanim pozwoli jej ostatecznie odejść.
Gdy zajęła miejsce w samochodzie i zapięła pas, postawiła między tym co było a tym co miało nadejść, grubą, wyraźną kreskę; odłożyła to na bok, świadomie i z determinacją, która zawsze pojawiała się, gdy wchodziła w tryb pracy. Nie rozpraszała go tym razem; nie sięgała po jego dłoń, nie prowokowała spojrzeniem, nie pozwalała sobie na gesty, które jeszcze wczoraj były tak naturalne. Skupiła się na drodze, na krajobrazie zmieniającym się za szybą, na znakach i skrętach, które przybliżały ich do celu. W głowie układała plan. Nie jeden, nie dwa, a kilka, każdy z możliwych scenariuszy, każda potencjalna reakcja, każda ścieżka, którą mogła obrać rozmowa.
Nie lubiła być zaskakiwana, a coś podpowiadało jej, że tym razem nie uniknie tego całkowicie.
Milczała przez większość drogi, odpowiadając jedynie zdawkowo na kilka rzuconych mimochodem słów i była mu wdzięczna, że nie próbował tej ciszy zagłuszać. Dopiero gdy samochód zwolnił, wjeżdżając w wąską, boczną drogę prowadzącą między niskimi zabudowaniami, podniosła na niego wzrok. - Bardziej nie będę - odpowiedziała spokojnie, bo nigdy nie byli gotowi w stu procentach.
Dom Rinaldiego pojawił się przed nimi nagle, jakby wyrósł z krajobrazu w ostatniej chwili. Stał trochę na uboczu, oddzielony od reszty zabudowań wąskim pasem ziemi i kilkoma drzewami, które nie dawały realnej osłony, ale sprawiały, że miejsce wydawało się bardziej odcięte od świata. Okna były zasłonięte, a podjazd pusty. Nim wysiadła, pozwoliła sobie na krótkie spojrzenie wokół, analizując przestrzeń zupełnie odruchowo i bezwiednie.
Podchodząc do drzwi, zapukała zdecydowanie, raz i drugi, tak, żeby nie było wątpliwości, że nie zamierzają odejść po pierwszej próbie. Cisza, która zapadła po drugiej stronie była ciężka. Minęło kilka sekund. Potem kolejne, aż wreszcie coś w środku drgnęło, a klamka poruszyła się, by drzwi uchyliły się tylko na tyle, aby zdołali zobaczyć twarz mężczyzny.
Rinaldi był spięty, zmęczony i czujny w sposób, który nie pozostawiał wątpliwości, że od dłuższego czasu żył w napięciu. - Czego? - rzucił ostro, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć.
Margo nie przeciągała tego momentu. - Detektyw Madden - wskazała na Rhysa. - Detektyw Mercer - odpowiedziała spokojnie, wyciągając odznakę tylko na sekundę. - Chcielibyśmy porozmawiać o Luce Bianchi - tyle wystarczyło, by zmiana w jego twarzy pojawiła się natychmiast, jakby ktoś przekręcił przełącznik. - Nie wiem, o czym mówicie - odburknął, cofając się o pół kroku. - Wszystko już powiedziałem. Wypierdalajcie - drzwi zaczęły się zamykać w szybkim i nerwowym geście.
Jej dłoń znalazła się na nich zanim zdążyły się domknąć, zatrzymując ruch w połowie drogi. Nie użyła siły, sam fakt, że nie ustąpiła, w y s t a r c z y ł. - Jeśli my cię znaleźliśmy, to inni też nie będą mieli z tym problemu - powiedziała cicho, ale wyraźnie, patrząc mu prosto w oczy. - Wyśledzenie cię tutaj, zajęło mi dokładnie sześć i pół godziny - pozwoliła tej informacji opaść między nimi.
Zobaczyła, jak coś drgnęło w jego spojrzeniu. - Kolejne trzy godziny wystarczyły mi, aby znaleźć Frankie i twoją córkę - nie podniosła głosu, nie robiła kroku naprzód. W jej spojrzeniu pojawiła się ta charakterystyczna pewność, spokojna, niewymuszona, a przez to znacznie bardziej niepokojąca niż jakakolwiek groźba. - Możesz zamknąć drzwi - kontynuowała spokojnym tonem głosu. - Następni którzy zapukają na pewno nie będą równie mili, prawda, detektywie? - przeniosła wzrok na Maddena, szukając wsparcia, bo wiedziała, że jeśli jej słowa nie przebiją się przez upór Rinaldiego, to b y ć m o ż e użyją któregoś ze środków perswazji jej partnera. Nie na tyle silnego, by wystraszyć jedynego świadka, którego mieli, ale wystarczającego by go nakłonić do współpracy.

Rhys Madden

let me make you coffee tonight

: wt mar 24, 2026 11:06 pm
autor: Rhys Madden
Sprawa Bianchiego od początku była ś l i s k a.
Nie sądził, by ktokolwiek z bezpośredniego otoczenia mężczyzny był w stanie go zidentyfikować, ale to wciąż były pewne odmęty Ventresci. Nawykł do współpracy z ludźmi Carbone'a, ale jego podwójne życie nie było wyłącznie zgrabnym manewrowaniem swoją odznaką. Zawsze, gdy nocami wkraczał do Mimmo's, zmieniał się nie tylko jego sposób mówienia, ale też to, jak spoglądał na ludzi wokół, jak układało się jego ciało. Beznamiętny wyraz twarzy, lekko zgarbione barki, słowa wypowiadane głosem, w którym spokój graniczył z niewypowiedzianą groźbą.
Mercer nie znała go od tej strony, a on też nie znał Rinaldiego. Choć nie odwiedzali mężczyzny jako policjanci, jednocześnie nie mógł podchodzić do niego jako do kogoś, z kim przyszło mu współpracować. Musiał być czymś pomiędzy i tym starał się pozostać, wychodząc ze swojego auta, wciąż z papierosem ustach, wciąż z odznaką gdzieś przy piersi, w wewnętrznej kieszeni rozpiętej kurtki.
Zimno powinno go otrzeźwiać, lecz przychodziło mu to z trudem. Jego sylwetka zgarbiła się nieco, bezwiednie, oczy przybrały ten pusty wyraz, z którym zawsze odbierał nocne telefony bądź odczytywał wiadomości z adresami, na które miał się stawić. To było silniejsze od niego, spotkanie z Rinaldim tchnęło w jego ciało dozę zmęczenia, po którym jeszcze godzinę wcześniej nie było żadnego śladu.
Tam, w tym domku stworzonym wyłącznie dla nich, o grubych ścianach trzymających z daleka p r a w d ę.
Pozwolił kobiecie podejść do drzwi - samemu trzymał się dwa kroki dalej, wystarczająco blisko by interweniować w razie potrzeby, na tyle daleko by oddać jej inicjatywę. Dopalał swojego papierosa gdy Daniel Rinaldi pojawił się w drzwiach. Jego ogorzała twarz, włosy zostawione w nieładzie, luźna koszula ubrudzona jakimś sosem wyraźnie wskazywały, że miał w swoim życiu większe priorytety niż dbanie o wygląd.
Lub większe zmartwienia.
Rozpoznał go od razu. Nie mógł grzebać w Mimmo's w poszukiwaniu informacji na temat Bianchiego, ale zapoznał się ze wszystkim, co udało się zgromadzić Margo. Wiedział o wszystkich szczegółach, dzięki którym mężczyzna zawahał się przed zatrzaśnięciem przed nimi drzwi. Odwaliła kawał dobrej roboty - co w normalnych okolicznościach wzbudzałoby w nim wyłącznie podziw i dumę, w tych jednak te emocje szły w parze z niepokojem.
Odrzucił niedopałek papierosa w bok, gdy kłóciła się w mężczyzną. Zniknął gdzieś w grubej warstwie śniegu, natychmiast zgasając, a z jego ust wydostał się ostatni kłąb tytoniowego dymu.
- Wiemy, że Sergio Carbone zapłacił ci za milczenie - rzucił, krótko, lecz oschle, wbrew sobie przybierając ten beznamiętny ton, na pograniczu spokoju i groźby. Wstąpił na jeden stopień, powoli zbliżając się do drzwi mężczyzny. - Za samo utrudnianie pracy wymiaru sprawiedliwości grozi ci dziesięć lat. Jeśli dorzucimy do tego kłamanie pod przysięgą i przyjętą przez ciebie łapówkę, myślę, że gdy trafisz do pierdla, Rinaldi, już nigdy z niego nie wyjdziesz.
Stanął obok Margo, spoglądając na mężczyznę z góry. Pełen napięcia wyraz mężczyzny zdradzał buzującą w jego wnętrzu wściekłość.
- Nie wziąłem żadnych pieniędzy - warknął i znów, sięgnął po drzwi, zamachnął się nimi by zatrzasnąć je przed ich oczami. Ramię Maddena wystrzeliło do przodu, chwytając je, nie pozwalając im się zatrzasnąć. Rinaldi być może wyglądał jak jego zdjęcie z akt, ale zdecydowanie zmarniał w przeciągu ostatnich miesięcy.
- Jak nazywała się twoja córka? - spytał, tkwiąc w progu wraz z mężczyzną, jego głos był n i e z n o ś n i e beztroski, jakby nie było w nim ani grama współczucia. - Mia? - zapytał, udając, że się zastanawia. - A może Gianna?
Oderwał ramię od drzwi gdy te gwałtownie wycofały się do środka. Rinaldi rozumiał, że jako gliny nie mieli możliwości go przesłuchać - ale coś innego skłoniło go do ukorzenia się przed dwójką osób. Ta cicha groźba, która przebrzmiała w słowach mniej przyjemnego detektywa.
- Nie mów o mojej córce- wydusił z siebie, rozglądając się, jakby bał, że ktoś z zewnątrz usłyszy jej imię. - Wchodźcie, tylko szybko - sapnął po tym, odchylając szeroko drzwi.
Madden zerknął przez ramię na Margo i dopiero widząc potwierdzenie w jej oczach, przekroczył próg domu jako pierwszy.

margo mercer

let me make you coffee tonight

: śr mar 25, 2026 8:29 am
autor: margo mercer
Sprawa Ventresci od samego początku była czymś w co nie powinna była się angażować. Nieoficjalna, niewygodna, ocierająca się o granice, które wyznaczała nie tylko procedura, ale i zdrowy rozsądek. A jednak z każdym kolejnym krokiem, z każdym nazwiskiem, które dopisywała do swoich notatek, z każdą godziną spędzoną nad aktami, czuła się coraz bardziej na miejscu. Jakby właśnie tutaj powinna być od początku. Jakby to był jej kierunek, jej sprawa i jej ciężar do uniesienia.
Nie była naiwna. Wiedziała kim byli ludzie powiązani z Ventrescą, do czego byli zdolni i jak łatwo potrafili sprawić, by ktoś zniknął fizycznie albo z życia, które znał do tej pory. Ten respekt, który w niej budzili nie miał w sobie ani odrobiny podziwu - był chłodny, wyważony, podszyty świadomością konsekwencji. I może właśnie dlatego posuwała się naprzód ostrożnie, krok po kroku, pilnując, by nie wychylić się za bardzo zanim nie będzie miała w ręku czegoś, co naprawdę mogło ich dosięgnąć.
Rinaldi miał być właśnie tym punktem zaczepienia.
Kiedy przekroczyli próg jego domu, pierwsze, co uderzyło Margo, to ciężar powietrza. Gęsty, nieruchomy, przesiąknięty zapachem taniego alkoholu i czegoś co przypominało rezygnację. Wnętrze wyglądało dokładnie tak, jak jego właściciel, było zaniedbane, przygaszone, jakby od dłuższego czasu nikt nie próbował tu niczego naprawić. Na stole piętrzyły się puste opakowania po jedzeniu, niedomyte talerze, kilka butelek, jedne opróżnione do dna, inne porzucone w połowie. Zasłony były zaciągnięte, wpuszczając do środka jedynie szczątkowe światło, które zamiast rozjaśniać, podkreślało chłód tego miejsca.
To nie był dom. To było miejsce, w którym ktoś próbował przetrwać.
Rozejrzała się uważnie, rejestrując każdy detal, zanim przeniosła wzrok na Rinaldiego. Minęła Maddena o pół kroku, ale zatrzymała się w odpowiedniej odległości, takiej, która nie naruszała przestrzeni mężczyzny, nie przytłaczała go jeszcze bardziej; nie chciała, żeby czuł się osaczony. - Nic wam nie powiem - wyrzucił z siebie niemal od razu, nerwowo przeczesując dłonią włosy. - Powiedziałem już wszystko. Nie wiem nic więcej, rozumiecie? Macie się stąd wynosić - jego głos nie był agresywny, a zwyczajnie napięty. Rozbity gdzieś pomiędzy strachem a desperacką próbą utrzymania kontroli nad czymkolwiek, co mu jeszcze zostało.
Margo nie drgnęła, jej postawa pozostała spokojna, wyważona, niemal miękka w kontraście do napięcia unoszącego się w powietrzu. Kiedy się odezwała, jej głos był cichy i opanowany, pozbawiony ostrości. - Nie marnuj naszego czasu na przekonywanie nas, że nie kłamałeś - powiedziała spokojnie. Robiąc jeden krok w bok, oparła się lekko o chłodną ścianę, jakby chciała zdjąć z tej rozmowy ciężar przesłuchania, dając mu pozorną możliwość dokonania wyboru. - Rozumiem cię. Gdyby ktoś przyszedł do mnie i zagroził komuś kogo kocham, pewnie zrobiłabym d o k ł a d n i e to samo - wypowiedziane przez nią słowa zawisły między nimi ciężko, niemalże jak most, który iluzorycznie miał ich w jakiś sposób połączyć.
Na krótką chwilę zapadła cisza, w której coś pękało niemal niezauważalnie. - To co robisz teraz sprawia, że oni wygrywają. Zostaniesz sam z tym strachem i bałaganem na zawsze - rzuciła krótkie spojrzenie na pomieszczenie. - Możemy to zmienić - stosowała wszystkie znane sobie psychologiczne zagrywki, których przez lata nauczyła ją matka. - Jeśli powiesz prawdę, wyciągniemy z tego twoją żonę i córkę - głos pozostał spokojny, ale teraz było w nim coś stanowczego. - Znajdziemy im miejsce, gdzie nikt ich nie znajdzie i gdzie będą bezpieczne - Rinaldi zaśmiał się krótko, nerwowo, kręcąc głową.
- Bezpieczne? - powtórzył z niedowierzaniem. - Przed nimi? Upadłaś, kurwa, na głowę - parsknął nerwowym śmiechem, przeskakując spojrzeniem z niej na Maddena. - Jeśli nic nie zrobisz, oni i tak po ciebie wrócą. Ludzie pokroju Carbone nie pozwalają, żeby coś zostało poza ich kontrolą - jakże nieświadoma również przeniosła wzrok na stojącego nieopodal partnera, szukając u niego potwierdzenia swoich słów. Jej spojrzenie ani na moment nie straciło na intensywności, nie naciskała ani nie groziła, ale była w tym wszystkim niepokojąco p e w n a.
- Pomóż nam - powiedziała w końcu, już niemal miękko. - A my pomożemy tobie.

Rhys Madden

let me make you coffee tonight

: śr mar 25, 2026 10:26 am
autor: Rhys Madden
W jego uchyleniu drzwi nie było nic z serdecznego zaproszenia - była chęć pozbycia się ich z ganku, gdzie mogli zostać dostrzeżeni przez sąsiadów lub ludzi przejeżdżających na ulicy. Dwójka ludzi stojąca u jego progu sama w sobie nie przykuwała większej uwagi, ale Rinaldi się ukrywał. Patrząc po jego stanie, prawdopodobnie nie wychodził z domu zbyt często, tym bardziej nie chciał dwóch policjantów węszących w jego okolicy.
Może Margo miała rację, może wystarczył tylko jeden rzut oka by powiedzieć, że nimi byli.
Madden wkroczył do wnętrza pomieszczenia, rozglądając się wokół. Stan w środku przypominał coś na pograniczu depresji i niedbalstwa - opakowania po odgrzewanym jedzeniu, ogólny nieporządek, rozrzucone wszędzie butelki. Sprzątanie z pewnością nie leżało na szczycie jego priorytetów.
Podczas gdy ona stanęła naprzeciw mężczyzny, próbując wyciągnąć z niego jakieś chęci do kooperacji, Rhys pozwolił, by nogi powiodły go wgłąb salonu. Przechadzał się wzdłuż ścian, udając zainteresowanego pustymi ścianami, komodami pozbawionymi jakichkolwiek dekoracji, resztkami jedzenia wciąż czekającego w opakowaniach. W rogu błyszczał telewizor, ściszony natychmiast gdy mężczyzna usłyszał walenie do drzwi.
Margo miała rację.
Ventresca z pewnością odnajdzie tego mężczyznę, jeśli będzie tego chciała - podejrzewał, że ludzie Carbone'a już byli świadomi tego, gdzie przebywał. Tak jak mówiła, skoro ona mogła go znaleźć, mogła to zrobić znacznie lepiej poinformowana mafia, gotowa sięgać po niemoralne sposoby byle tylko dostać to, czego stojący na jej szczycie mężczyzna mógłby chcieć.
Nie mogła tylko wiedzieć, że Ventresca, na swój sposób, już tu b y ł a.
Że to on bywał oczami Sergio Carbone'a, w miejscach takich jak te, w których pojawiał się by zaświecić odznaką i zastraszyć nieposłusznego gangstera wskazując mu, że alternatywą dla Ventresci był areszt. To on przechadzał się po salonach podobnych do tego, zgrywając dobrego policjanta - którym nie był, przechodząc przez próg gdy tylko uzyskał od tych ludzi to, czego Carbone od nich potrzebował.
- Kazali mi się trzymać z boku. Więc się trzymam, kurwa, z boku! - wychrypiał mężczyzna, nerwowo wodząc spojrzeniem to na Margo, to na Rhysa. - Oszaleliście, przyjeżdżając tutaj?
Zatrzymał się przy długim stole, na którym wciąż tkwił kubek z niedopitą kawą.
- Nie chcemy ciebie. Interesuje nas Bianchi - odparł z początku, przenosząc swój wzrok na Rinaldiego. - Daj nam coś przydatnego, a zostawimy cię w spokoju.
Mężczyzna pokręcił głową w zaprzeczeniu tak gwałtownie, tak nagle, jakby od tego ruchu mogła mu odpaść. Rozłożył ręce w desperackim geście, w jego oczach błysnęło coś prawdziwego - głęboko schowany strach, lecz nie o niego samego.
- Nie mogę. Nie mogę wam nic powiedzieć - szepnął, przenosząc swój błagalny wzrok na Margo, szukając kogoś, kogo uważał za miększego, kto mógłby zrozumieć. - Mają moją rodzinę. Córkę, żonę. Jestem tu dla ich bezpieczeństwa. Nie możecie ich ochronić. Mają swoich ludzi, wszędzie. Mają nawet w policji, nie rozumiesz?
W trakcie jego chaotycznego tłumaczenia się, odsunął się od stołu, zwracając w stronę mężczyzny. Powoli pokonał dzielącą ich odległość, mierząc go spojrzeniem. Był dużo niższy - lecz nie przez sam wzrost, lecz przez to, jak jego plecy zgarbiły się na przestrzeni ostatnich tygodni, przytłoczone ciężarem wiszących na jego rodzinie zagrożeń.
Zagrożeń, które również były wyłącznie n a r z ę d z i e m.
- I co powie Luca Bianchi gdy dowie się, że rozmawiałeś z policją? - wycedził, stając naprzeciw mężczyzny, w tej odległości, w której słowa docierały prosto do celu. - Myślisz, że ufa ci na tyle by uwierzyć, że go nie sprzedałeś?
Groźba zawisła między nimi, trafiła prosto do jasnego spojrzenia stojącego przed nim mężczyzny. Cofnął się o pół kroku, desperacko próbując uciec od rzuconych w jego stronę słów.
- Nie możesz. Nie macie nakazu. Bianchi obiecywał, że psy się tym nie zajmą. Nie jesteście tu oficjalnie - zarzekł się, szukając oparcia w Margo stojącej obok - lecz Rhys przesunął się lekko, wchodząc w jego pole widzenia, zasłaniając mu ten punkt, w którym szukał potwierdzenia.
- Jesteś w stanie postawić na to życie swojej córki? - odpowiedział szorstko, przerywając jąkającemu się mężczyźnie. - Sam mówiłeś. Ventresca jest wszędzie.

margo mercer