let me make you coffee tonight
: pn mar 23, 2026 8:39 pm
Zasnęła niemal od razu. Sen przychodził do niej łatwo nawet po najdłuższych dniach. Wystarczyło, że kładła się do łóżka, że otulał ją chłód pościeli, by ciało samo odpuszczało, a umysł przestawał pracować. Noc była dla niej czymś bezpiecznym, czymś, co porządkowało wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Odkąd jednak sypiała z nim, ten komfort przybrał zupełnie inny wymiar - głębszy i spokojniejszy.
W ostatnich tygodniach niemal zawsze kończyli razem. Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki noce, które spędzili osobno - te kilka dni ciszy po kłótniach, gdy uparcie trzymali się na dystans, ograniczając kontakt do minimum, karząc się wzajemnie milczeniem. Poza tym z a w s z e wracali do siebie. Niezależnie od tego kto pojawiał się u kogo, jak późno było i jak bardzo powinni byli wrócić do własnych mieszkań, żadne z nich nie wychodziło po wszystkim. Od początku nie chodziło wyłącznie o seks. Chodziło o bliskość, o tę trudną do nazwania potrzebę bycia obok, silniejszą niż rozsądek i wszystkie inne sprawy, które domagały się ich uwagi.
Przywykła do jego obecności szybciej niż powinna. Do ciężaru jego ciała obok, ciepła, do rytmu oddechu, który w nocy stawał się jej własnym. Do tego stopnia, że gdy nie było go obok, budziła się odruchowo, przesuwając dłonią po drugiej stronie łóżka, jakby szukała czegoś, co powinno tam być. I choć nigdy nie była typem osoby, która potrzebowała nieustannego kontaktu, oblepiając drugiego człowieka, przy nim ignorowała to całkowicie. Przekraczała kolejne granice powoli, centymetr po centymetrze, aż w końcu nie zostało między nimi nic czego nie mogłaby dotknąć.
Tej nocy, nawet przez sen, nie przestawała go szukać. Ramiona obejmowały go mocniej, ciało przesuwało się bliżej za każdym razem, gdy tylko poczuła najmniejszy dystans. Instynktownie, bez świadomości, dążyła do tego jednego punktu styku, który pozwalał jej czuć go całą sobą.
I to właśnie jego brak ją obudził.
Nie dźwięk, nie ruch, nie zapach, tylko nagła, wyraźna pustka, która wyrwała ją ze snu szybciej niż cokolwiek innego. Otworzyła oczy, jeszcze przez chwilę pozostając w półśnie zanim uniosła się lekko i rozejrzała po pomieszczeniu. Sięgnęła po telefon, mrużąc oczy na jasny ekran. 6:01.
Po krótkiej chwili była już na nogach, narzucając na siebie tylko bieliznę i jego koszulę, niedbale zapiętą na kilka guzików, wystarczającą, by odgrodzić się od chłodu, który powoli ustępował miejsca ciepłu rozchodzącemu się od kominka. Materiał był za duży, opadał luźno na jej ramiona, a zapach, który w nim został, skutecznie działał na jej zmysły.
Zatrzymała się przy kuchennej wyspie, próbując palcami ujarzmić splątane, ciemne włosy, które pozostawały w nieładzie po nocy i przetarła oczy, wciąż jeszcze nie do końca przytomna. - Jest p i e p r z o n a szósta rano - mruknęła z lekkim niedowierzaniem, choć uśmiech już czaił się w kącikach jej ust. - To nawet nie jest ranek. To środek nocy, gdy mamy wolny dzień - nie powiedziała nic więcej, gdy do niej podszedł. Zamiast tego wspięła się lekko na palce, odpowiadając na jego pocałunek bez wahania. Przymknęła oczy, przeciągając tę krótką chwilę, gdy pozwalała sobie na ciche, zadowolone westchnienie, wyrywające się spomiędzy ust bez żadnej kontroli.
- Wiesz, co robisz? - zapytała po chwili ciszej, zerkając w stronę patelni, która zaczynała domagać się uwagi. Nie ruszyła się jednak ani o krok, jakby to w ogóle nie był jej problem. Zamiast tego obeszła wyspę i bez większego wysiłku wskoczyła na blat - ten sam, który jeszcze kilka godzin wcześniej miał zupełnie inne przeznaczenie. Usiadła wygodnie, podciągając jedną nogę i oparła dłonie za sobą, obserwując go bez skrępowania.
- Możemy tu zostać jeszcze jeden dzień? - zapytała nagle, tonem zbyt lekkim, by brzmiał poważnie; wiedziała, że n i e mogli, że świat na zewnątrz zaraz się o nich upomni, że sprawa nie zniknie, że obowiązki nie pozwolą im udawać, że to miejsce istnieje poza czasem.
Przechyliła lekko głowę i po prostu patrzyła na niego, jakby próbowała zapamiętać wszystko, co wydawało jej się tak oczywiste, tak naturalne, jakby n a p r a w d ę mogło stać się jej codziennością.
Rhys Madden
W ostatnich tygodniach niemal zawsze kończyli razem. Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki noce, które spędzili osobno - te kilka dni ciszy po kłótniach, gdy uparcie trzymali się na dystans, ograniczając kontakt do minimum, karząc się wzajemnie milczeniem. Poza tym z a w s z e wracali do siebie. Niezależnie od tego kto pojawiał się u kogo, jak późno było i jak bardzo powinni byli wrócić do własnych mieszkań, żadne z nich nie wychodziło po wszystkim. Od początku nie chodziło wyłącznie o seks. Chodziło o bliskość, o tę trudną do nazwania potrzebę bycia obok, silniejszą niż rozsądek i wszystkie inne sprawy, które domagały się ich uwagi.
Przywykła do jego obecności szybciej niż powinna. Do ciężaru jego ciała obok, ciepła, do rytmu oddechu, który w nocy stawał się jej własnym. Do tego stopnia, że gdy nie było go obok, budziła się odruchowo, przesuwając dłonią po drugiej stronie łóżka, jakby szukała czegoś, co powinno tam być. I choć nigdy nie była typem osoby, która potrzebowała nieustannego kontaktu, oblepiając drugiego człowieka, przy nim ignorowała to całkowicie. Przekraczała kolejne granice powoli, centymetr po centymetrze, aż w końcu nie zostało między nimi nic czego nie mogłaby dotknąć.
Tej nocy, nawet przez sen, nie przestawała go szukać. Ramiona obejmowały go mocniej, ciało przesuwało się bliżej za każdym razem, gdy tylko poczuła najmniejszy dystans. Instynktownie, bez świadomości, dążyła do tego jednego punktu styku, który pozwalał jej czuć go całą sobą.
I to właśnie jego brak ją obudził.
Nie dźwięk, nie ruch, nie zapach, tylko nagła, wyraźna pustka, która wyrwała ją ze snu szybciej niż cokolwiek innego. Otworzyła oczy, jeszcze przez chwilę pozostając w półśnie zanim uniosła się lekko i rozejrzała po pomieszczeniu. Sięgnęła po telefon, mrużąc oczy na jasny ekran. 6:01.
Po krótkiej chwili była już na nogach, narzucając na siebie tylko bieliznę i jego koszulę, niedbale zapiętą na kilka guzików, wystarczającą, by odgrodzić się od chłodu, który powoli ustępował miejsca ciepłu rozchodzącemu się od kominka. Materiał był za duży, opadał luźno na jej ramiona, a zapach, który w nim został, skutecznie działał na jej zmysły.
Zatrzymała się przy kuchennej wyspie, próbując palcami ujarzmić splątane, ciemne włosy, które pozostawały w nieładzie po nocy i przetarła oczy, wciąż jeszcze nie do końca przytomna. - Jest p i e p r z o n a szósta rano - mruknęła z lekkim niedowierzaniem, choć uśmiech już czaił się w kącikach jej ust. - To nawet nie jest ranek. To środek nocy, gdy mamy wolny dzień - nie powiedziała nic więcej, gdy do niej podszedł. Zamiast tego wspięła się lekko na palce, odpowiadając na jego pocałunek bez wahania. Przymknęła oczy, przeciągając tę krótką chwilę, gdy pozwalała sobie na ciche, zadowolone westchnienie, wyrywające się spomiędzy ust bez żadnej kontroli.
- Wiesz, co robisz? - zapytała po chwili ciszej, zerkając w stronę patelni, która zaczynała domagać się uwagi. Nie ruszyła się jednak ani o krok, jakby to w ogóle nie był jej problem. Zamiast tego obeszła wyspę i bez większego wysiłku wskoczyła na blat - ten sam, który jeszcze kilka godzin wcześniej miał zupełnie inne przeznaczenie. Usiadła wygodnie, podciągając jedną nogę i oparła dłonie za sobą, obserwując go bez skrępowania.
- Możemy tu zostać jeszcze jeden dzień? - zapytała nagle, tonem zbyt lekkim, by brzmiał poważnie; wiedziała, że n i e mogli, że świat na zewnątrz zaraz się o nich upomni, że sprawa nie zniknie, że obowiązki nie pozwolą im udawać, że to miejsce istnieje poza czasem.
Przechyliła lekko głowę i po prostu patrzyła na niego, jakby próbowała zapamiętać wszystko, co wydawało jej się tak oczywiste, tak naturalne, jakby n a p r a w d ę mogło stać się jej codziennością.
Rhys Madden