pact with the devil
: czw lip 02, 2026 10:01 am
Dawno nie był w takim stanie. Dawno nie był tak bezwzględnie b e z w z g l ę d n y.
Oczywiście, że kiedy nastawiał się na realizację czegoś, to zawsze starał się dążyć bezpośrednio do tego. Różnicą było to, że wtedy jego widzenie nie było tak mocno zamknięte i zakotwiczone na jednym punkcie tego postanowienia. W tym wypadku to był po prostu tunel, który należało przejść i który prowadził bezpośrednio do jednego. Nie uwzględniając tego, co jest dookoła i tego, co jest ‘po drodze’. Bo droga była prosta, bezpośrednia, ciemna – a przez to: nieistotna uwzględnieniu.
Gdy drzwi otworzyły się i do środka wsiadła dwójka jego ludzi on nawet nie drgnął. Nie odwrócił spojrzenia, nie zerknął w lusterko. Niczym w zimnym transie wpatrywał się na wciąż trwające wydarzenie, które powinno być jego, a przede wszystkim – Navi.
Coś się w nim przesunęło. Cicho, a jednocześnie znacząco.
Nie zareagował na skierowane do niego pytanie o plan. Plan był; plan był już w realizacji.
Wycofał samochód nieco dalej, a dokładnie kilka sekund później nocne niebo przeciął niewielki samolot do oprysku pól. W tym regionie, przy tych temperaturach – nic szczególnego. Opryski robione były nocami, by w trakcie upałów rośliny nie płonęły od skroplenia nawozem. Ten szczególny aeroplan przeleciał dość nisko, choć wciąż nie niebezpiecznie, przelatując ponad ogrodem, w którym odbywało się wesele. W którym miało odbywać się wesele, a tak naprawdę teraz była to po prostu kolejna mafijna feta i podłoże do interesów. Nieobecność pary młodej formalnie niczego nie zmieniała.
Giovanni nie ruszył w długą drogę, tylko odjechał w tym czasie nieznacznie do pierwszego zakrętu, wyraźnie zwalniając. Uchylił okna, wpuszczając do wnętrza pojazdu zarówno przytłumiony zgiełk, pomieszany ze słyszalnym oburzeniem, jak i zaraz potem intensywny zapach benzyny. A potem cichy trzask, towarzyszący błyskowi w niedalekiej odległości. Flara ostrzegawcza, wbrew temu, jak powinna, pomknęła nie w górę, a w bok, kierując się z mroku w stronę ogrodów.
A dosłownie ułamki sekund później wszystko stanęło, jak za wciśniętym przełącznikiem, w płomieniach. W ciągu jednej, krótkiej chwili, wesele zamieniło się w żywe piekło na ziemi. Płomienie nie rozlały się po ogrodzie, one po prostu się w nim pojawiły. Zaczęły rozchodzić się szybko, zajmując po drodze dekoracje, stoły, krzesła i wszystko, co mogło się zająć ogniem, a czego przy weselu było, jak się okazało, całkiem sporo.
I zaczęła się ogólnopojęta panika. Ludzie, których płomienie nie oszczędziły, podnieśli alarm własnymi wrzaskami, a potem rzucili się do ucieczki we wszystkich możliwych kierunkach. Widział to dokładnie – widział, jak wpadali na siebie, tratowali się nawzajem, a kogo płomienie początkowo oszczędziły, po chwili i tak dopadły, zaczynając trawić powoli najpierw strój, później włosy. Wytapiać skórę. Goście weselni rozbiegli się, wypadając na parking przed ogrodem, wyglądając niczym żywe pochodnie. Jako te same żywe pochodnie, w bezmyślnym odruchu rzucali się do samochodów, chcąc uciec od zagrożenia i nie dostrzegając w tym całym bólu, że zagrożenie cały czas było na nich. Inni, nieco rozsądniejsi, rzucali się na beton, w dzikim tańcu, próbując ugasić płomienie, które przykleiły się do nich, wraz z ubraniem wtopionym w skórę.
Do samochodu najpierw dotarł ostry, kłujący zapach dymu, a chwilę po nim swąd palonego mięsa.
Giovanni nie odwrócił spojrzenia od tej sceny, nie reagował na nic. Po prostu obserwował to, jakby był to spektakl, który należało obejrzeć. Rodzinny lekarz odkaszlnął, dławiąc się dymem lub smrodem zwęglonych ciał i zakrył nos chustą z butonierki.
Salvatore drgnął po chwili, kiedy jeden z gości, w akompaniamencie własnych i cudzych wrzasków, dogorywał w męczarni na środku jezdni, kilkanaście metrów od samochodu.
— Questo è per te, carissima — odezwał się, przenosząc powoli spojrzenie na Navi. — La mia famiglia non ti farà mai più del male.
I'd let the world burn for you
Oczywiście, że kiedy nastawiał się na realizację czegoś, to zawsze starał się dążyć bezpośrednio do tego. Różnicą było to, że wtedy jego widzenie nie było tak mocno zamknięte i zakotwiczone na jednym punkcie tego postanowienia. W tym wypadku to był po prostu tunel, który należało przejść i który prowadził bezpośrednio do jednego. Nie uwzględniając tego, co jest dookoła i tego, co jest ‘po drodze’. Bo droga była prosta, bezpośrednia, ciemna – a przez to: nieistotna uwzględnieniu.
Gdy drzwi otworzyły się i do środka wsiadła dwójka jego ludzi on nawet nie drgnął. Nie odwrócił spojrzenia, nie zerknął w lusterko. Niczym w zimnym transie wpatrywał się na wciąż trwające wydarzenie, które powinno być jego, a przede wszystkim – Navi.
Coś się w nim przesunęło. Cicho, a jednocześnie znacząco.
Nie zareagował na skierowane do niego pytanie o plan. Plan był; plan był już w realizacji.
Wycofał samochód nieco dalej, a dokładnie kilka sekund później nocne niebo przeciął niewielki samolot do oprysku pól. W tym regionie, przy tych temperaturach – nic szczególnego. Opryski robione były nocami, by w trakcie upałów rośliny nie płonęły od skroplenia nawozem. Ten szczególny aeroplan przeleciał dość nisko, choć wciąż nie niebezpiecznie, przelatując ponad ogrodem, w którym odbywało się wesele. W którym miało odbywać się wesele, a tak naprawdę teraz była to po prostu kolejna mafijna feta i podłoże do interesów. Nieobecność pary młodej formalnie niczego nie zmieniała.
Giovanni nie ruszył w długą drogę, tylko odjechał w tym czasie nieznacznie do pierwszego zakrętu, wyraźnie zwalniając. Uchylił okna, wpuszczając do wnętrza pojazdu zarówno przytłumiony zgiełk, pomieszany ze słyszalnym oburzeniem, jak i zaraz potem intensywny zapach benzyny. A potem cichy trzask, towarzyszący błyskowi w niedalekiej odległości. Flara ostrzegawcza, wbrew temu, jak powinna, pomknęła nie w górę, a w bok, kierując się z mroku w stronę ogrodów.
A dosłownie ułamki sekund później wszystko stanęło, jak za wciśniętym przełącznikiem, w płomieniach. W ciągu jednej, krótkiej chwili, wesele zamieniło się w żywe piekło na ziemi. Płomienie nie rozlały się po ogrodzie, one po prostu się w nim pojawiły. Zaczęły rozchodzić się szybko, zajmując po drodze dekoracje, stoły, krzesła i wszystko, co mogło się zająć ogniem, a czego przy weselu było, jak się okazało, całkiem sporo.
I zaczęła się ogólnopojęta panika. Ludzie, których płomienie nie oszczędziły, podnieśli alarm własnymi wrzaskami, a potem rzucili się do ucieczki we wszystkich możliwych kierunkach. Widział to dokładnie – widział, jak wpadali na siebie, tratowali się nawzajem, a kogo płomienie początkowo oszczędziły, po chwili i tak dopadły, zaczynając trawić powoli najpierw strój, później włosy. Wytapiać skórę. Goście weselni rozbiegli się, wypadając na parking przed ogrodem, wyglądając niczym żywe pochodnie. Jako te same żywe pochodnie, w bezmyślnym odruchu rzucali się do samochodów, chcąc uciec od zagrożenia i nie dostrzegając w tym całym bólu, że zagrożenie cały czas było na nich. Inni, nieco rozsądniejsi, rzucali się na beton, w dzikim tańcu, próbując ugasić płomienie, które przykleiły się do nich, wraz z ubraniem wtopionym w skórę.
Do samochodu najpierw dotarł ostry, kłujący zapach dymu, a chwilę po nim swąd palonego mięsa.
Giovanni nie odwrócił spojrzenia od tej sceny, nie reagował na nic. Po prostu obserwował to, jakby był to spektakl, który należało obejrzeć. Rodzinny lekarz odkaszlnął, dławiąc się dymem lub smrodem zwęglonych ciał i zakrył nos chustą z butonierki.
Salvatore drgnął po chwili, kiedy jeden z gości, w akompaniamencie własnych i cudzych wrzasków, dogorywał w męczarni na środku jezdni, kilkanaście metrów od samochodu.
— Questo è per te, carissima — odezwał się, przenosząc powoli spojrzenie na Navi. — La mia famiglia non ti farà mai più del male.
I'd let the world burn for you