Italian dream
: pn lip 20, 2026 6:23 pm
Oczywiście, że z tyłu głowy kłębiło jej się multum obaw związanych z tym jego wyjściem z Beatrice. Już samo to, że słyszała jak ta go prosiła o wspólny taniec, podczas gdy on ledwo był w stanie odpowiedzieć jej na pytanie czy w ogóle poszedł gdziekolwiek z tą głupią modelką, przyprawiało ją o nieprzyjemne dreszcze niepokoju. Ufała mu, ale był już porobiony alkoholem i przyprawiony narkotykami. I starała się ze wszystkich sił, aby wyobraźnia nie podsuwała jej obrazów jak taki taniec mógł wyglądać, a także jak się skończyć. Ale przecież jak ona już wstała i zaczęła ogarniać pokój, aby był gotowy do wymeldowania, a on leżał rozwalony na łóżku — i przy okazji nieprzykryty, bo było mu za gorąco — to nie widziała na jego ciele żadnych śladów użytkowania. Nie miał żadnych szram po paznokciach, a jedyne malinki były zrobione przez nią i to kilka dni temu, więc powoli blakły. Nie czuła od niego żadnych perfum, tak samo na ciuchach, a jedynie smród alkoholu i papierosów. Pewnie w normalnych okolicznościach mogłaby podejrzewać, że ta celowo starała się nie zostawiać żadnych poszlak naprowadzających na zdradę, ale to Elsa nie mogła się powstrzymać przed gryzieniem na trzeźwo, a co dopiero jakby była w stanie pod tytułem „wszystko mi jedno”! Zresztą, po podłym charakterze Beatrice i przy okazji po tych wszystkich wiadomościach, które wypisywała do koleżanek mogłaby śmiało stwierdzić, że ta na złość zrobiłaby wszystko, aby Norweżka dowiedziała się o zabawach z jej chłopakiem. Pewnie miałaby już na telefonie cały spam ze zdjęciami i filmikiem… Jednak sama mogłaby zacząć się zastanawiać czy Dante dałby radę ukrywać to przed nią? Choćby miał jakieś małe podejrzenia, że w jakimś stopniu ją zdradził… to czy powiedziałby jej o tym, zbierając się na odwagę, czy zatrzymał to dla siebie?
Mogłaby… gdyby tylko dopuszczała do siebie tego typu myśli. Ale zamknęła je w jednym z pokoi swojej głowy i nie zamierzała ich prędko otwierać.
— Widzę, że nie możesz doczekać się tego wiązania. — Parsknęła cichym śmiechem, przypominając sobie, że przecież od ich pierwszego spotkania w jej salonie dosyć regularnie zaczęła mu grozić tymi wszystkimi kablami. I najwyraźniej w końcu należało ową groźbę spełnić i przetestować wszelkie węzły, których nauczyłaby się w harcerstwie, gdyby tylko do jakiegoś należała.
Otworzyła szeroko oczy, słysząc jak ten podejmuje trud rozmowy o wprowadzeniu się do niej. Chociaż od dłuższego czasu nie używała pojęcia "mój dom”. Mieszkali tam w czwórkę, oni i ich psie dzieci, które przez te miesiące zdążyły się ze sobą naprawdę zżyć! Nawet jak narwany Murphy zdawał się momentami irytować księżną Olive to uwielbiała się bawić z młodszym bratem i mimo nieznacznej różnicy wzrostu — gdzie to suczka była tą mniejszą — wygrywać z nim psie zapasy. A ona czuła się dobrze z tą dwójką przy nodze — oczywiście chodziło o zwierzęta, bo o kogo innego — a przeszczęśliwa z tym gamoniem u boku. To był już od dawna ich dom — całej czwórki.
Ale kiedy wspomniał o paskudnej lampie, uniosła wymownie prawą brew, która delikatnie jej drgnęła w ostrzegawczym tonie.
— Nie podoba ci się moja lampa, Levasseur? Dobrze, po powrocie pojedziemy do meblowego i kupimy taką, która będzie ci pasować i którą ja zaakceptuję. Dostaniesz trzy szanse. Jak żadna nie dostanie akceptacji to ja wybieram i ja akceptuję. — Uśmiechnęła się szeroko, wycierając dłońmi resztki łez, które zostały na jej policzkach. Już wspólnie wybierali płyn do płukania prania, z lampą chyba nie mogło pójść o wiele gorzej. Chociaż dalej nie rozumiała, co mu się w tej obecnej nie podobało! No i skoro Murphy jeszcze jej nie rozwalił, to najwyraźniej i on był nią zachwycony!
— Planujesz go unikać do końca życia? A co ze świętami? Albo moimi urodzinami? Mam wybierać między wami czy będziesz chciał je świętować miesiąc później? — zapytała całkiem poważnie. Bo jak rozumiała ich niechęć do siebie tak naprawdę nie zamierzała udawać, że jej to odpowiadało. W końcu mieli stworzyć coś na wzór rodziny i naprawdę nie potrzebowała do tego żadnej obrączki! Dlatego choćby miała ich dwójkę przywiązać do krzeseł, a buzie zakleić taśmą izolacyjną albo skleić klejem na gorącą… to będą ze sobą spędzać czas. Koniec. Kropka.
— A to już zależy jak intensywnie będziesz szorować to miejsce podczas kąpieli. Bo może będę musiała średnio raz w tygodniu go poprawiać. — Wzruszyła ramionami i od razu odwzajemniła to słodkie i krótkie muśnięcie. Ale zdziwiła się, kiedy złapał za bransoletkę. Gdy jednak powiedział, że zdecydowanie chciał ją z powrotem, uśmiechnęła się rozczulona. Czyli nie bał się rzuconego zaklęcia albo było mu dobrze pod jego wpływem. Nie wnikała. Szybko jednak splotła dłonie w miseczke bądź inny koszyczek i podłożyła pod jego ręce, gdy zaczął umieszczać blaszkę na jej pierwotne miejsce. Tak na wszelki wypadek, żeby nic nie spadło do jeziora. Nic poza…
Podskoczyła z obrzydzenia, kiedy poczuła jak coś oślizgłego chodzi jej po nagiej stopie. Szanowała wszystkie zwierzątka, naprawdę. Kiedyś zawiozła do weterynarza rannego jeża, który padł ofiarą podkoszarki w miejskim parku, podobnie z ptaszkiem, który oślepiony słońcem uderzył w szybę jej salonu. Ale ta żaba…
— AAAA! — krzyknęła, skacząc na jednej nodze aż w końcu… wylądowała za pomostem. Na szczęście dno było dosyć głębokie, więc nie uderzyła w żadne kamienie i mimo przeżytego szoku, szybko się wynurzyła. — Chciałam popływać we Włoszech… albo myślałam o morzu, nie o jeziorze z żabami… — jęknęła cicho, zapierając się dłońmi na pomoście, próbując dostać się z powrotem na niego, ale… — Pomóż, nie mam już siły. Ręce mnie bolą od tych warkoczyków. Dzisiaj chyba trzysta ich naplotłam…
Dante Levasseur
Mogłaby… gdyby tylko dopuszczała do siebie tego typu myśli. Ale zamknęła je w jednym z pokoi swojej głowy i nie zamierzała ich prędko otwierać.
— Widzę, że nie możesz doczekać się tego wiązania. — Parsknęła cichym śmiechem, przypominając sobie, że przecież od ich pierwszego spotkania w jej salonie dosyć regularnie zaczęła mu grozić tymi wszystkimi kablami. I najwyraźniej w końcu należało ową groźbę spełnić i przetestować wszelkie węzły, których nauczyłaby się w harcerstwie, gdyby tylko do jakiegoś należała.
Otworzyła szeroko oczy, słysząc jak ten podejmuje trud rozmowy o wprowadzeniu się do niej. Chociaż od dłuższego czasu nie używała pojęcia "mój dom”. Mieszkali tam w czwórkę, oni i ich psie dzieci, które przez te miesiące zdążyły się ze sobą naprawdę zżyć! Nawet jak narwany Murphy zdawał się momentami irytować księżną Olive to uwielbiała się bawić z młodszym bratem i mimo nieznacznej różnicy wzrostu — gdzie to suczka była tą mniejszą — wygrywać z nim psie zapasy. A ona czuła się dobrze z tą dwójką przy nodze — oczywiście chodziło o zwierzęta, bo o kogo innego — a przeszczęśliwa z tym gamoniem u boku. To był już od dawna ich dom — całej czwórki.
Ale kiedy wspomniał o paskudnej lampie, uniosła wymownie prawą brew, która delikatnie jej drgnęła w ostrzegawczym tonie.
— Nie podoba ci się moja lampa, Levasseur? Dobrze, po powrocie pojedziemy do meblowego i kupimy taką, która będzie ci pasować i którą ja zaakceptuję. Dostaniesz trzy szanse. Jak żadna nie dostanie akceptacji to ja wybieram i ja akceptuję. — Uśmiechnęła się szeroko, wycierając dłońmi resztki łez, które zostały na jej policzkach. Już wspólnie wybierali płyn do płukania prania, z lampą chyba nie mogło pójść o wiele gorzej. Chociaż dalej nie rozumiała, co mu się w tej obecnej nie podobało! No i skoro Murphy jeszcze jej nie rozwalił, to najwyraźniej i on był nią zachwycony!
— Planujesz go unikać do końca życia? A co ze świętami? Albo moimi urodzinami? Mam wybierać między wami czy będziesz chciał je świętować miesiąc później? — zapytała całkiem poważnie. Bo jak rozumiała ich niechęć do siebie tak naprawdę nie zamierzała udawać, że jej to odpowiadało. W końcu mieli stworzyć coś na wzór rodziny i naprawdę nie potrzebowała do tego żadnej obrączki! Dlatego choćby miała ich dwójkę przywiązać do krzeseł, a buzie zakleić taśmą izolacyjną albo skleić klejem na gorącą… to będą ze sobą spędzać czas. Koniec. Kropka.
— A to już zależy jak intensywnie będziesz szorować to miejsce podczas kąpieli. Bo może będę musiała średnio raz w tygodniu go poprawiać. — Wzruszyła ramionami i od razu odwzajemniła to słodkie i krótkie muśnięcie. Ale zdziwiła się, kiedy złapał za bransoletkę. Gdy jednak powiedział, że zdecydowanie chciał ją z powrotem, uśmiechnęła się rozczulona. Czyli nie bał się rzuconego zaklęcia albo było mu dobrze pod jego wpływem. Nie wnikała. Szybko jednak splotła dłonie w miseczke bądź inny koszyczek i podłożyła pod jego ręce, gdy zaczął umieszczać blaszkę na jej pierwotne miejsce. Tak na wszelki wypadek, żeby nic nie spadło do jeziora. Nic poza…
Podskoczyła z obrzydzenia, kiedy poczuła jak coś oślizgłego chodzi jej po nagiej stopie. Szanowała wszystkie zwierzątka, naprawdę. Kiedyś zawiozła do weterynarza rannego jeża, który padł ofiarą podkoszarki w miejskim parku, podobnie z ptaszkiem, który oślepiony słońcem uderzył w szybę jej salonu. Ale ta żaba…
— AAAA! — krzyknęła, skacząc na jednej nodze aż w końcu… wylądowała za pomostem. Na szczęście dno było dosyć głębokie, więc nie uderzyła w żadne kamienie i mimo przeżytego szoku, szybko się wynurzyła. — Chciałam popływać we Włoszech… albo myślałam o morzu, nie o jeziorze z żabami… — jęknęła cicho, zapierając się dłońmi na pomoście, próbując dostać się z powrotem na niego, ale… — Pomóż, nie mam już siły. Ręce mnie bolą od tych warkoczyków. Dzisiaj chyba trzysta ich naplotłam…
Dante Levasseur