Strona 6 z 6

clean up the rot before it digs too deep

: pn wrz 07, 2026 11:19 am
autor: Robin Visser
Nie prosiła.
Przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni nie musiała prosić go o większość rzeczy, które dla niej robił. Ani o uwagę, której nie poświęcał ludziom bez konkretnego powodu; ani o ochronę, kiedy uznawał, że mogła jej potrzebować. Robił to, zanim zdążyła wypowiedzieć jakiekolwiek oczekiwanie, ponieważ właśnie w ten sposób traktował osoby, które uznawał za s w o j e.
Takich ludzi w jego życiu było niewielu. Na tyle niewielu, że każdą z tych relacji potrafił wskazać jako osobny wyjątek od sposobu, w jaki obchodził się z całą resztą świata. Obcych wykorzystywał, okłamywał i przesuwał pomiędzy swoimi planami dokładnie tak długo, jak długo pozostawali użyteczni. Ludzi dopuszczonych bliżej nie musiał rozgrywać.
A ortega należała do drugiej grupy.
Traktował ją jak s w o j ą. Dbał o nią, chronił ją i pozwalał jej zaglądać w miejsca, których nie odsłaniał przed większością. Nie opowiadał jej o wszystkim, ale rzeczy, które zdecydował się jej dać, były prawdziwe.
Ona tę samą bliskość zbudowała z kłamstwa.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, z palcami wciąż zatrzymanymi na ostatnim guziku flanelowej koszuli. Jej pytanie nie wymagało od niego wymyślenia nowej odpowiedzi; wiedział co chce jej powiedzieć i na pewno powinna, w jakimś procencie, spodziewać się w którą stronę to zmierzy.
— He matado a cientos, he drogado a miles; he arrebatado hijos a sus padres y esposas a sus maridos. Pero nunca he mentido a las personas en las que realmente confiaba.
Słowa te powtarzał od dawna jak mantrę. Nigdy nie twierdził, że był dobrym człowiekiem, a własne zbrodnie przedstawiał wyłącznie jako to, czym rzeczywiście były. Setki osób zapłaciły za podejmowane przez niego decyzje życiem, zdrowiem albo utratą ludzi, których kochały i wiedział o tym doskonale; ani nigdy też się tego nie wypierał.
Ale żadna z nich nie była j e g o.
W tym tkwiła cała obrzydliwa hipokryzja jego zasady. Krzywda przypadkowych ludzi nie sięgała miejsca, które zachowywał dla własnych. Mogła być znacznie większa, brutalniejsza i obiektywnie gorsza, a mimo to pozostawała dla niego mniej osobista niż jedno kłamstwo wypowiedziane przez człowieka, któremu pozwolił znaleźć się blisko.
— Los tres primeros son delitos contra personas elegidas al azar. Lo último es una ofensa contra las personas a las que permito acercarse — dokończył, choć z pewnością nie musiał. Nie było to coś, co słyszała od niego pierwszy czy drugi raz, jeśli licząc moment, w którym leżała pod nim, na skraju śmieci.
Navarro mogła nazywać go potworem i miałaby ku temu wystarczająco dużo powodów, choćby na podstawie samej tej zasady. Mogła oskarżać go o egoizm, wybiórczą moralność i przypisywanie sobie prawa do wyznaczania granicy pomiędzy ludźmi, których należało chronić, a tymi, których można było poświęcić. I faktycznie, z każdym z tych oskarżeń potrafiłby się zgodzić.
Nie zmieniałoby to faktu, że j ą umieścił po właściwej stronie.
Bianca Ortega mogła nie istnieć. Mogła być zbiorem przygotowanych wcześniej kłamstw i słów dobieranych tak, żeby faktycznie zdobyć jego zaufanie. Wszystko, co zbudowała po swojej stronie, mogło należeć do agentki Navarro od samego początku.
Ale to, co zbudował on, należało do niego.
P r a w d z i w e było przywiązanie, które kazało mu ją chronić, kiedy jeszcze wierzył w Ortegę. P r a w d z i w a była wściekłość, gdy zrozumiał, że wykorzystała każdą z rzeczy jakie jej dał. I równie p r a w d z i w y pozostawał odruch, przez który wrócił po nią na klatkę schodową, wyciągnął ją z lodowatej wody i spędził noc na podłodze, nasłuchując jej oddechu.
Wypierał to wcześniej; przez noc zdołało to osiąść odpowiednio, w końcu nie zyskiwał niczego, opatrując jej plecy ani układając ją ostrożnie na kanapie. Wiedziała już, kim był, a on wiedział, kim była ona. Po raz pierwszy od początku ich znajomości pomiędzy tymi działaniami nie znajdowało się żadne kłamstwo.
Nawet teraz troska o nią pozostawała szczera.
Tak samo jak nienawiść.
— Porque eres de los míos powiedział w końcu. Czas teraźniejszy wybrał w pełni świadomie, choć mógł użyć przeszłego i zamknąć ją razem z Ortegą w tysiącu dwustu siedemdziesięciu ośmiu dniach, które dobiegły końca w dniu, w którym to ona go rzuciła na ziemię i skuła. Byłoby to jednak kolejne kłamstwo, a wypowiadanie go chwilę po przypomnieniu własnej zasady zakrawałoby na wyjątkowo żałosny rodzaj tchórzostwa. — Tú construiste todo esto sobre una mentira. Yo no. — Dopiero wtedy zapiął ostatni guzik koszuli i oparł przedramiona o uda, naturalnie się pochylając nadal nie spuszczając z niej spojrzenia. — Todo lo que hice por ti fue real — dodał chłodno. — Lo sigue siendo. Por eso.— Zmrużył oczy na moment, decydując się zrzucić obcy język, pasujący do kartelu, a przez to do całej przeszłości, która miała ich łączyć. — Nie myl jednak tego z przebaczeniem.
fucking-bonnie

clean up the rot before it digs too deep

: pn wrz 07, 2026 11:55 am
autor: Bianca Navarro
Hiszpański uderzył ją z zaskoczenia, choć przecież nie powinien. Wszystkie wspomnienia z poprzedniego wieczora do niej wracały, nawet jeśli robiły to w sposób chaotyczny i niepoukładany - pamiętała treść, jaką niosły za sobą jego słowa, ale nie potrafiła zidentyfikować języka, jakim się posługiwał.
Aż do teraz.
Jej rodzimy język zawsze brzmiał specyficznie w jego ustach. Zauważyła to już wcześniej, drobny akcent, który wyróżniał Vissera na tle wszystkich innych. Któregoś wieczora, gdy w jej żyłach płynęło zbyt wiele alkoholu stwierdziła, że brzmiał całkiem seksownie.
Teraz jednak wzdrygnęła się, słysząc go.
Słyszała to wszystko już wcześniej. Wracało do niej, jak elementy układanki rozrzucone w chaosie jej myśli, które nagle wskakiwały na właściwe miejsca. Może dlatego szok na jej twarzy nie był wystarczająco przekonujący - może nie miała w sobie wystarczającej werwy, by podtrzymywać w pełni stworzone przez siebie kłamstwo.
A może nie robiło to żadnej różnicy.
Jego hipokryzja wydawała się nie mieć żadnych granic. Powody, dla których wrócił po nią, przez które miał czelność myślenia, że w jakikolwiek sposób była od niego gorsza, przejawiały wyłącznie jego skrzywioną moralność, z którą się nie zgadzała - nawet jeśli gdzieś pod tym sprzeciwem, chowało się jedno więcej ukłucie w klatce piersiowej, niemające nic wspólnego z raną na jej ciele.
Porque eres de los míos.
Jej dłonie zacisnęły się na materiale kanapy, ból przemknął po wnętrzu jednej z nich. Rozwarła palce, odwracając ją spodem do góry - jej wzrok napotkał płytkie nacięcia, pozostawione na jej skórze przez trzymany przez nią odłamek szkła.
Z a b i ł a go.
Panika przychodziła jak fala, wymieniając się z gniewem w swojej walce o podium. Wspomnienia leżących obok niej ciał uderzyły ją z całą swoją mocą, ze smrodem krwi atakującym jej nozdrza, z tym okropnym odgłosem, który wydarł się z przebitego płuca. Z kominiarką, pod którą widziała nieobecny wzrok otwartych oczu. Mogła chociaż je zamknąć. Mogła zrobić cokolwiek innego, okazać szacunek zmarłemu, którego własnoręcznie wysłała z tego świata na drugi.
Zamiast tego to z o s t a w i ł a.
Zamordowała kogoś i uciekła z miejsca zdarzenia. Porzuciła telefon, porzuciła swoją służbową broń - była przekonana, że porzuciła nawet odznakę, choć wciąż jej niewygodny kształt czuła w kieszeni swoich spodni. Zachowała się jak o n i.
Czy to dlatego zwrócili się przeciwko niej?
Czy należała już do nich? Czy te trzy i pół roku przekształciły ją w kogoś, komu nie można było zaufać? Kogo trzeba było się pozbyć, kogo można było potraktować jak kryminalistę?
- Nie jestem jedną z was - wyrzuciła, na wydechu, sprzeciw wypełnił jej mimikę, uszy pozostały głuche na wszystko to, co chowało się pod jej słowami. Na lojalność, oddanie, na coś prawdziwego, co wytworzyło się pośród tysiąca dni kłamstwa. - Nigdy nie byłam.
Nie zamierzała odpowiadać mu w swoim języku.
Nie chciała, by się nim posługiwał. Potrzebowała każdej możliwej bariery, która mogłaby odseparować ją od Robina Vissera, podczas gdy on z uporem usiłował sprowadzić ją do s w o j e g o poziomu.
- Jesteś mordercą. Oszustem - wycedziła, jej ciało tężało z każdym wypowiadanym słowem, jadowity ton wkradał się w głos. - Widziałam cię - syknęła, zmuszając swoje dłonie do wypuszczenia materiału kanapy. - Widziałam ludzi, których zabiłeś, których odurzyłeś. Dzieci, które wyrwałeś z rąk rodzin, żony, które zabrałeś bliskim. - jej wzrok śledził z uporem ten jeden guzik, który wreszcie został zapięty, czując opór przed uniesieniem się wyżej, w stronę jego oczu. Ogień poprzedniej determinacji wciąż tlił się w jej tęczówkach, choć był zaledwie echem tego, co stanowił kiedyś. - Twoje życie nie jest warte setek innych, które przez ciebie zostaną zrujnowane. - zadarła głowę, wreszcie unosząc na niego swój wzrok. - Moje też nie jest.
Kłamstwo.
Wyczuła je gdy tylko opuściło jej usta. Mogła to wszystko zakończyć, mogła pozwolić, by ich życia potoczyły się innym torem dla dobra ogółu. Mogła nie wyjmować klucza do jego lokalizatora ze schowka w samochodzie, bądź pozwolić mu zatonąć wraz z maszyną na dnie jeziora. Wiedziała, że wtedy na tym nasypie, na brzegu, na Vissera czekaliby już ludzie sprawdzający jego położenie nieustannie.
Ale wtedy musiałaby poświęcić siebie.
Świadomość własnego tchórzostwa rozchodziła się po jej ciele jak trucizna, jednocześnie je osłabiając jak i pobudzając krążenie adrenaliny. Musiała stąd wyjść, musiała się odsunąć, musiała się z d y s t a n s o w a ć. Jej usta zacisnęły się w linię, dłonie wsparły na materiale kanapy gdy, ignorując ból rozdzierający jej ciało w pół, zsunęła się z siedzenia, chwiejnie, pokracznie stając na nogi.
- Znajdą nas, tak czy inaczej - wychrypiała, walcząc z potrzebą skulenia się we własnym bólu, z zawrotami atakującymi jej wrażliwą głowę. - Albo twoi ludzie, albo moi.

take your allegiance, i don't want it

clean up the rot before it digs too deep

: pn wrz 07, 2026 1:03 pm
autor: Robin Visser
Najwyraźniej łatwiej było jej odpowiedzieć całemu kartelowi niż jemu.
On jednak nie mówił o k a r t e l u.
Nie próbował i nie zamierzał przekonać Navarro, że przez trzy i pół roku nieświadomie stała się jedną z nich ani sprowadzić jej do poziomu ludzi, których ścigała. To, co dla niej zrobił, nigdy nie wynikało z miejsca zajmowanego przez nią w samej organizacji. Dotyczyło wyłącznie miejsca, które zajmowała przy n i m.
Znacznie głębiej niż morderca albo oszust osiadło w nim jej zapewnienie, że nigdy nie była jedną z nich. Jakby po zbudowaniu własnej części tej relacji z kłamstwa mogła unieważnić również wszystko to, co przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni otrzymywała od niego.
Bolało. A przez to wkurwiało.
— Nie mówiłem o kartelu — poprawił ją spokojnie. — Mówiłem o sobie.
Morderca. Oszust.
Do tego miejsca nie powiedziała mu niczego, czego sam przed sobą nie wymienił chwilę wcześniej; pozwolił jej więc zwrócić przeciwko niemu wszystkie podane przez niego argumenty, nie próbując zaprzeczać żadnemu z zarzutów. Widział ludzi, których zabił. Pamiętał część zniszczonych rodzin i znał skutki narkotyków trafiających na ulice dzięki podejmowanym przez niego decyzjom.
Nigdy nie potrzebował, żeby Navarro wyjaśniała mu, kim był.
Ale widział, że wciąż próbowała jedynie udowodnić, że jej zdrada ważyła mniej niż wszystkie jego zbrodnie. Zapewne miała rację – w idealnym świecie; według jej skali. W normalnym świecie. Gdyby ustawili obok siebie setki odebranych żyć i jedno wykorzystane zaufanie, wynik byłby wyjątkowo prosty do przewidzenia.
Tyle że on nigdy nie umieszczaał tych rzeczy na tej samej wadze.
Nie uważał jej za gorszego człowieka od siebie. Uważał, że zrobiła coś, czego o n nie zrobiłby j e j.
Dopiero ostatnie zdanie zatrzymało jego uwagę na jej twarzy nieco dłużej. Jej życie również miało nie być warte tych wszystkich, które mogli ocalić, zamykając go w więzieniu.
A jednak wyjęła klucz.
Mogła pozostawić go w schowku i pozwolić, żeby opaska doprowadziła funkcjonariuszy prosto na brzeg. Mogła nie przekazywać go człowiekowi, który jeszcze tej samej nocy obiecał ją zabić; dokonała jednak wyboru, a późniejsze słowa – nieważne z jaką determinacją i przekonanie by nie były powtarzane – nie potrafiły zmienić jego wyniku.
— Gdybyś naprawdę w to wierzyła, klucz zostałby w samochodzie — zauważył. — I pozwoliłabyś nam obojgu dać się złapać i zginąć.
Bez komentarza obserwował jak cały czas się rusza – przemieszcza po kanapie, później wstaje. To sklasyfikował jako zachowanie głupie, zwłaszcza że ledwie parę godzin temu była dosłownie na skraju życia i straciła mnóstwo krwi. Dodać teraz do tego całkiem świeże szwy, za których wytrzymałość i funkcjonalność nie zamierzał w pełni odpowiadać.
Ale nie zamierzał jej zatrzymywać.
— Moi ludzie nie wiedzą, gdzie jestem — powiedział. — Za to ktoś z twoich doskonale wiedział, gdzie znaleźć ciebie.
Przesunął spojrzeniem po jej bladej twarzy, później niżej, ku prowizorycznemu opatrunkowi schowanemu pod rozciętym materiałem. Kilkanaście godzin wcześniej zamierzała czekać w tamtym mieszkaniu na pomoc. Gdyby jej na to pozwolił, jedynymi osobami, które by zastała, byliby ludzie przysłani, żeby dokończyć rozpoczętą pracę. I to nie było już tylko jego przypuszczenie – to był fakt potwierdzony dowodem, który wydarzył się przed jej oczami. Rozmowa, której sama też była świadkiem. Choć pewnie próbowała się oszukiwać, że po prostu coś źle zrozumieli
— Twoi już cię znaleźli, Navarro — przypomniał jej chłodno. — Postrzelili cię i zostawili, żebyś się wykrwawiła. — Wskazał krótkim ruchem głowy kanapę. — Więc usiądź, zanim porozrywasz te szwy, i powiedz mi wszystko co wiesz w związku z moją sprawą i twoją pracą dla agencji — Poprawił kołnierz koszuli drwala. — Jedyną osobą, która dobrała mi się do skóry jesteś ty i tak już zostanie. A skoro nie bierzesz już w tym udziału z powodów o c z y w i s t y c h — jako oczywiste rozumiał to, że oboje zostali napadnięci i tak samo mieli zostać wykończeni — To zamierzam spierdalać
im your only ride or die

clean up the rot before it digs too deep

: wt wrz 08, 2026 1:30 pm
autor: Bianca Navarro
Dla niej w tych kwestiach nie było różnicy.
Visser był kartelem, tak samo jak kartel był nim. Był sposobem na dorwanie się do osób tkwiących na samym szczycie, jak i sam stanowił jedną z takich osób. W jej oczach próba oddzielenia jednego od drugiego była z góry skazana na porażkę.
Była również niebezpieczna.
Otwierała pole na wnioski, których nie chciała dostrzegać, nie mówiąc o ich akceptowaniu. Miejsce w jej uparcie podtrzymywanym podziale na dobro i zło, w którym był mordercą i oszustem - a jednocześnie był kimś więcej, kimś, kto zdecydował się jej pomóc pomimo tego, kim była i co zrobiła.
Znacznie bardziej preferowała czerń i biel.
- Może powinnam - odpowiedziała krótko, z irytacją wywołaną tym, że faktycznie o tym wtedy myślała. Problem polegał na tym, że jej ciało nieszczególnie chciało trzymać się wytycznych wysyłanych przez mózg - wręcz przeciwnie, zdawało się mieć własne podejście do czekającej ich przyszłości. Działało automatycznie, maszynowo, czepiając się kurczowo tego jednego człowieka, który mógł zapewnić mu przetrwanie.
Była t c h ó r z e m.
- Czy mam zaczekać, aż teraz znajdą nas twoi i zrobią to samo? - warknęła, każde przypomnienie padające z jego strony wzmacniało poczucie zdrady, ściskające jej trzewia jak imadło.
Była s a m a.
Panika wciąż tkwiła w jej głowie, schowana gdzieś na dnie niepokornego umysłu usiłującego sobie z tym wszystkim poradzić. Tkwiła w chacie pośrodku niczego, chowając się przed ludźmi, którzy wręczyli w jej dłonie odznakę - z człowiekiem, którego ludzie z kolei równie chętnie wpakowaliby kulę w jej łeb gdyby dowiedzieli się o jej obecnym położeniu.
I choć jakaś jej cząstka, ta oddana sprawie esencja służbisty wzburzyła się na myśl, że po trzech latach Visser zamierzał s p i e r d a l a ć, wiedziała, że nie dysponowała żadną możliwością powstrzymania go przed tym.
W przeciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin nie dość, że agencja, której poświęciła całe swoje, pieprzone życie wyrzuciła ją jak niepotrzebną zabawkę to jednocześnie cel, który przyświecał jej przez ostatnie lata miał jej u m k n ą ć. Miał zniknąć, wyrzucić jej poświęcenie do śmieci, sprawić, by ostatnie trzy lata nie istniały - a wraz z nimi, nie istniała ona.
Kiedy, na swój pokręcony sposób, to przez niego kogoś z a b i ł a.
- Ktoś musiał wydać rozkaz - wypowiedziała twardo, umysł desperacko czepiał się następnej akcji, której mogłaby się podjąć. Agencja nie była jednolita - to nie tak, że w s z y s c y jej ludzie zwrócili się przeciwko niej. Ktoś u góry, ktoś rozkładający pionki na planszy zadecydował, zmuszając jej własnych współpracowników do zwrócenia się przeciwko niej. To nie było personalne. Nie mogło być. - Ktoś miał w tym jakiś cel.
J a k i ś.
Bo czy sprawa Vissera nie była już zamknięta? Jaką wartość miała jej śmierć w chwili obecnej? Musiała się tego dowiedzieć. Musiała znaleźć tę osobę, musiała zrozumieć, dlaczego jej życie i poświęcenie zostało wyrzucone do śmieci, musiała ustać na nogach, musiała stąd w y j ś ć.
- Rób co chcesz. I tak nie mam nic, czym mogłabym cię powstrzymać. - warknęła, odwracając się, wzrokiem śledząc drzwi prowadzące na korytarz. Musiała tam być jakaś łazienka, musiała być bieżąca woda. Musiało być c o k o l w i e k, co pomogłoby jej poczuć się jak człowiek, poczuć coś więcej niż ból rozdzierający jej ciało na tysiące kawałeczków. Z całej swojej siły starając się wyprostować obolałe plecy, powolnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. - Wygrałeś, Visser.
Jak zawsze.

then i'd rather die

clean up the rot before it digs too deep

: wt wrz 08, 2026 3:27 pm
autor: Robin Visser
Na pytanie dotyczące swoich ludzi nie odpowiedział.
Jeszcze dobę wcześniej zrobiłby to bez zastanowienia. Mógłby zapewnić Navarro, że nikt w Sinaloa nie tknąłby jej bez jego pozwolenia i potraktować własne słowo jako wystarczającą gwarancję. Teraz tak naprawdę nie wiedział nawet, ilu spośród ludzi, których nazywał swoimi, w dalszym ciągu byłoby skłonnych wykonywać jego rozkazy.
W końcu przez lata odpowiadał za przepływ informacji w organizacji. Sprawdzał źródła, oceniał ich wiarygodność i pilnował, żeby nikt nie dobrał się do nich od środka. To na jego zapewnieniach inni opierali decyzje, które później kosztowały setki tysięcy dolarów albo czyjeś życie.
A on przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni pozwalał federalnej agentce poruszać się pomiędzy nimi.
Kiedy informacja dotarła do Meksyku – bo nie istniało żadne jeżeli – hierarchia z pewnością musiała zostać poprzesuwana, jego obowiązki podzielone, a wszystkie przekazane przez niego informacje ponownie sprawdzone. Nie miał pewności, czy po powrocie zdołałby odzyskać pozycję, czy Sinaloa chciałaby jego głowy równie mocno, jak głowy Navarro.
Albo raczej: mocniej.
Navarro więc rozpierdoliła wszystko, co miał. Mogła faktycznie wygrać.
Pozostawał zdany na siebie i kilka kontaktów, którymi przezornie nigdy nie podzielił się z kartelem. Zawsze zatrzymywał dla siebie część ludzi oraz możliwości, wybierając przede wszystkim to, co było wygodne dla niego. Wcześniej stanowiło to zabezpieczenie, a teraz było jedyną rzeczą, jaka mu pozostała.
Nie rozumiał jedynie jej obecności pośrodku całego tego bałaganu. Nie wiedział, czy oberwała przypadkiem podczas faktycznej próby uciszenia jego, czy to on znalazł się w krzyżowym ogniu pomiędzy Navarro a agencją, której z takim oddaniem poświęciła życie.
Powinien cieszyć się niezależnie od odpowiedzi.
Przez trzy i pół roku dymała jego, wykonując polecenia ludzi, którzy ostatecznie wydymali ją dokładnie w ten sam sposób. Wykorzystali, a później spróbowali wyrzucić razem z pozostałymi dowodami zakończonej operacji. Trudno było wyobrazić sobie bardziej odpowiednią karę.
Ale nie czuł nawet odrobiny satysfakcji.
I to wkurwiało go w tym wszystkim najbardziej.
To i świadomość, że wciąż była j e g o. Nie była. Jest. Pomimo odznaki, zdrady i każdego kłamstwa, które zdążyła mu sprzedać; najwyraźniej jego własne zasady połamanej moralności były znacznie bardziej uparte niż rozsądek.
Obserwował, jak podchodzi do drzwi, chociaż chwilę wcześniej wyraźnie polecił jej usiąść. Miała świeże szwy wykonane żyłką wędkarską, straciła zbyt dużo krwi i ledwie utrzymywała się na nogach, a mimo to uznała wyjście w nieznane za odpowiednią odpowiedź na obecną sytuację.
Coś zagotowało się w nim dopiero, gdy uchyliła drzwi i oznajmiła, że w y g r a ł.
Znalazł się przy niej niemal natychmiast. Uderzył dłonią w drewno ponad jej ramieniem i zatrzasnął drzwi z hukiem.
— Wysrałem, a nie wygrałem — odparował, dając popis charakterystycznej dla siebie elokwencji. — Czy ty mnie w ogóle słuchasz, Navarro?
Zacisnął palce na jej ramieniu i obrócił ją, choć bez brutalnej nagłości, w swoją stronę.
— Spójrz na mnie. Czy to wygląda, jakbym cokolwiek wygrał? Jestem w pizdu od Meksyku i jeszcze dalej od jebanej Holandii. Nie mam telefonu, ludzi ani dostępu do informacji. Sinaloa prawdopodobnie upierdoli mi łeb, gdy tylko go wychylę, za to, że przez trzy i pół roku hodowałem im kreta pod nosem, a ty mi mówisz, że wygrałem? — Jego pierś unosiła się szybciej, częściowo przez wściekłość, częściowo przez ból żeber, który pojawił się po gwałtownym ruchu. — — Co wygrałem? Nagrodę jebanego Darwina za to, że wróciłem po ciebie, zamiast zostawić cię na tej podłodze?
Bo pozostał, jak skończony kretyn, wierny zasadzie, która nie powinna mieć już żadnego zastosowania. I jak ostatni idiota wciąż trzymał się tego, że należała do niego, nawet jeśli ona przez cały ten czas należała wyłącznie do swojej sprawy.
Puścił jej ramię, żeby wskazać kanapę.
— Siadaj — polecił ostro. — Myślałem, że masz więcej oleju w głowie. Dramatyczne wychodzenie prosto w gówno bez żadnego planu nie jest w twoim stylu. — Zasłonił jej sobą dalszą drogę, nie zamierzając drugi raz powtarzać tego samego.— I powiesz mi gdzie właściwie zamierzałaś pójść.

Bianca Navarro

clean up the rot before it digs too deep

: wt wrz 08, 2026 7:25 pm
autor: Bianca Navarro
Był taki czas, gdy preferowała pracowanie właśnie z nim.
Doceniała jego metody, z czysto profesjonalnego punktu widzenia. Lubiła wykonywać polecenia osób kompetentnych, a Visser, choć nigdy w życiu nie przyznałaby tego głośno, do takich w jej oczach należał. Znał się na ludziach, wiedział, w jaki sposób rozwiązywało się problemy i, pomimo swojego niemożliwego do zdzierżenia charakteru, nie marnował energii na pastwienie się nad tymi, którzy na to nie zasługiwali.
K i e d y ś może nie miałaby nic przeciwko tkwieniu tutaj, po środku niczego, z nim obok jako jedynym partnerem w zbrodni. Kiedyś, gdy wypełniała swoją rolę należycie, gdy potrafiła przymykać oko na rzeczy obciążające jej kręgosłup moralny i ignorować wszystkie niedogodności, w jakich brała udział - dla sprawy.
Ale to wszystko było zamierzchłą przeszłością.
Wślizgnęła się w życie Vissera, zrujnowała je i odwróciła się do niego tyłem. Nie planowała nigdy do niego wracać, nie planowała słyszeć z jego ust nic poza groźbami i wyzwiskami, nie planowała by znalazł się kiedykolwiek obok niej bez groźby jego dłoni zaciskających się na jej szyi.
Nie planowała pozostawać jego.
Wzdrygnęła się, jej ciało zareagowało nim do umysłu zdążyła dotrzeć informacja o tym, że wstał - że znalazł się tuż obok, a jego dłoń z hukiem uderzyła w drzwi, w których przejściu chwilę wcześniej stała. Jej instynkt nawet teraz, nawet gdy naprawdę było jej wszystko jedno, wciąż operował w głębokiej potrzebie zachowania jej przy zdrowiu.
I wciąż widział w nim zagrożenie.
Dłoń na jej ramieniu paliła. Nie chciała czuć na sobie jego palców - nawet jeśli wcześniej to te palce uratowały ją przed zgubieniem.
- Nie dotykaj mnie - warknęła, zrzucając z siebie rękę. Jej noga cofnęła się o pół kroku, znów, instynktownie, pragnąc się odsunąć - lecz umysł uparcie trzymał ją w miejscu, w tej ciasnej przestrzeni, w którą znowu się wcisnął.
Potrzebowała o d d e c h u.
Szczególnie teraz, gdy każde wypowiadane przez niego słowo wydawało jej się tak bezsensowne, tak niesprawiedliwe. Jakby w tej sytuacji oboje byli w tym samym gównie, a dla niej, usilnie szukającej grubej kreski, którą mogłaby się od niego odseparować, każde z nich było w zupełnie innym położeniu.
- Cóż, może mogłeś się tego spodziewać pracując dla pierdolonego, Meksykańskiego kartelu - wysyczała, wraz z całym jadem, jaki była w stanie w sobie wykrzesać. Nie znosiła tego, że był tak blisko, że zagradzał jej przejście. - Bycie wydymanym przez innego, nowego kryminalistę wydaje się wpasowywać w waszą ścieżkę kariery. Chyba nie sądziłeś, że dożyjesz normalnej emerytury?
Jego zapach mieszał się ze smrodem krwi, którą nasączone były jej ubrania. Tkwienie tuż obok sprawiało jej niemal fizyczny ból, dokładający się do całej, pieprzonej piramidy, ale wściekłość skutecznie nie pozwalała jej się odsunąć, ani okazać k o l e j n e j słabości.
- Wyobraź sobie, że nikt nie przygotował mnie na taki obrót zdarzeń gdy składałam przysięgę i obiecałam oddać życie za swój pierdolony kraj - warknęła, czując, jak w jej gardle robiło się sucho, a, jak na złość, jej oczy zaczynają wilgotnieć. - Odsuń się.
Jej dłonie uniosły się w górę, we wściekłości i buncie spoczywając na jego klatce piersiowej. Na przekór bólowi, który od samego aktu uniesienia kończyn znów odezwał się w jej talii, pchnęła, w żałosnej próbie zyskania dla siebie odrobiny miejsca, która nie zakładałaby kolejne oddanie mu skrawka własnej godności.
Nie chciała by widział, jak się rozpada, choć przecież doświadczył tego w zupełnie innym znaczeniu jeszcze parę godzin temu.
- Do łazienki - wycedziła, dłońmi wciąż gotowa zawalczyć o swoje przejście, nawet jeśli przy jego gabarytach nawet, gdyby nie była ranna mogłaby mieć problem z odsunięciem go ze swojej drogi. - Ta pieprzona willa, którą znalazłeś, powinna mieć chyba jeden, działający kran.

Robin Visser

clean up the rot before it digs too deep

: śr wrz 09, 2026 11:17 am
autor: Robin Visser
Jeśli przez cały ten czas tak bardzo chciała go wydymać, mogła zrobić to inaczej.
Nie musiała od razu rujnować wszystkiego, co posiadał. Był przecież tylko z w y c z a j n y m m ę ż c z y z n ą próbującym przeżyć w egoistycznym świecie; zwyczajnym mężczyzną, który dbał o nią jak o swoją. W labiryncie budowanym wokół siebie przez lata pokazał jej drogę do środka, wręczając mapę stworzoną z jego własnego zaufania. Dzięki niej wiedziała, którędy się poruszać, jakich ludzi omijać i przy których nazwiskach zachowywać ostrożność, żeby kartel albo cały pieprzony półświatek nie pochłonął jej już przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Ortega, kiedy do niego trafiła, była tak nieopierzona, że pozostawiona sama sobie zniknęłaby z planszy po tygodniu. Może dwóch, gdyby wyjątkowo dopisało jej szczęście. Świetnie udawała, że wiedziała, co robi, ale w jego – najwyraźniej nie: ich – świecie samo udawanie nie wystarczało żeby przeżyć. A kobiecie było jeszcze trudniej; znacznie łatwiej zaś stać się pożywką dla ludzi, którzy wyczuwali słabość szybciej niż krew.
I dlatego nauczył ją, jak tego uniknąć.
Tylko na co mu to, kurwa, było?
Gdy poczuł, jak strąca jego dłoń ze swojego ramienia, nie obeszło go to zbytnio. Tak samo jak cała wrogość, którą w niego celowała. W końcu wrócili do układu, który doskonale pamiętał sprzed dwudziestu czterech godzin: ona traktowała każdy jego ruch jak zagrożenie, a on próbował zdecydować, jak długo zamierza to tolerować i kiedy faktycznie ukręcić jej łeb.
Godverdomme. Jak wiele zdążyło się przez ten czas zmienić.
Emerytury faktycznie nie planował.
Wiedział, że praca dla kartelu nie kończyła się pożegnalnym przyjęciem i zegarkiem wręczonym przez wdzięcznych współpracowników. Wiedział, że któregoś dnia mógł dostać kulę od konkurencji, własnych ludzi albo nowego dzieciaka na jego miejsce, którego nazwiska nawet nie zdążyłby poznać. Świadomość ryzyka należała do tej pracy tak samo jak pieniądze oraz krew.
Nie zakładał jedynie w tym wszystkim, że sam poda komuś wszystkie potrzebne narzędzia, bo okaże się zbyt g ł u p i, żeby rozpoznać federalną agentkę znajdującą się tuż pod jego nosem.
— Nie wkurwia mnie, że ktoś chce mnie zabić — odpowiedział. — Wkurwia mnie, że dałem im ku temu powód.
A powodem była ona.
Sama wzmianka o złożonej przysiędze skierowała jego uwagę z powrotem na jej twarz. Nawet nie drgnął, gdy poczuł dłonie napierające na swoją klatkę piersiową. W reakcji na ten upór i tak konsekwentne ignorowanie jego troski – o szwy, które własnoręcznie założył; oczywiście nie o nią – zacisnął zęby. Na końcu języka miał już odpowiednio sarkastyczny i bolesny komentarz w sprawie jej przysięgi, lecz nieomal się nim udławił, kiedy dostrzegł wilgoć zbierającą się w kącikach jej oczu.
Nie wiedział, dlaczego w ogóle miało to dla niego znaczenie. Nie była pierwszą kobietą ze szklistym spojrzeniem, która stała przed nim. Żadna z poprzednich nie robiła na nim wrażenia, bo zwyczajnie nie mogła. Gdyby pozwalał cudzym łzom wpływać na podejmowane decyzje, to on dawno leżałby z kulą w głowie, nie one.
Widok Navarro w takim stanie sprawił jednak, że coś w jego trzewiach wywróciło się na drugą stronę i zacisnęło w ciasny precel. Szczęka zacisnęła mu się mocniej w reakcji na to, uwydatniając mięśnie żuchwy, i jednocześnie szukał w sobie tego prostego przełącznika pozwalającego odciąć emocje dokładnie tak, jak robił to w każdym innym przypadku.
Przy niej najwyraźniej od dawna nie działał.
— Nie ma — odpowiedział w końcu sucho. Ostatnią butelkę wody, którą znalazł w chatce, zużył do wygotowania prowizorycznych narzędzi i oczyszczenia jej ran. — Ale z drugiej strony domu masz wyjście na pomost.
Na świeże powietrze, którego jemu nagle również zaczęło brakować, ale był na tyle uprzejmy – z czym zgadzał się tylko on sam – żeby odstąpić je jej. Cofnął się i całkowicie zszedł Navarro z drogi.
— Tylko się nigdzie nie szlajaj — dodał. — Nie mam ochoty kolejny raz cię szukać.
my greatest error