clean up the rot before it digs too deep
: pn wrz 07, 2026 11:19 am
Nie prosiła.
Przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni nie musiała prosić go o większość rzeczy, które dla niej robił. Ani o uwagę, której nie poświęcał ludziom bez konkretnego powodu; ani o ochronę, kiedy uznawał, że mogła jej potrzebować. Robił to, zanim zdążyła wypowiedzieć jakiekolwiek oczekiwanie, ponieważ właśnie w ten sposób traktował osoby, które uznawał za s w o j e.
Takich ludzi w jego życiu było niewielu. Na tyle niewielu, że każdą z tych relacji potrafił wskazać jako osobny wyjątek od sposobu, w jaki obchodził się z całą resztą świata. Obcych wykorzystywał, okłamywał i przesuwał pomiędzy swoimi planami dokładnie tak długo, jak długo pozostawali użyteczni. Ludzi dopuszczonych bliżej nie musiał rozgrywać.
A ortega należała do drugiej grupy.
Traktował ją jak s w o j ą. Dbał o nią, chronił ją i pozwalał jej zaglądać w miejsca, których nie odsłaniał przed większością. Nie opowiadał jej o wszystkim, ale rzeczy, które zdecydował się jej dać, były prawdziwe.
Ona tę samą bliskość zbudowała z kłamstwa.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, z palcami wciąż zatrzymanymi na ostatnim guziku flanelowej koszuli. Jej pytanie nie wymagało od niego wymyślenia nowej odpowiedzi; wiedział co chce jej powiedzieć i na pewno powinna, w jakimś procencie, spodziewać się w którą stronę to zmierzy.
— He matado a cientos, he drogado a miles; he arrebatado hijos a sus padres y esposas a sus maridos. Pero nunca he mentido a las personas en las que realmente confiaba.
Słowa te powtarzał od dawna jak mantrę. Nigdy nie twierdził, że był dobrym człowiekiem, a własne zbrodnie przedstawiał wyłącznie jako to, czym rzeczywiście były. Setki osób zapłaciły za podejmowane przez niego decyzje życiem, zdrowiem albo utratą ludzi, których kochały i wiedział o tym doskonale; ani nigdy też się tego nie wypierał.
Ale żadna z nich nie była j e g o.
W tym tkwiła cała obrzydliwa hipokryzja jego zasady. Krzywda przypadkowych ludzi nie sięgała miejsca, które zachowywał dla własnych. Mogła być znacznie większa, brutalniejsza i obiektywnie gorsza, a mimo to pozostawała dla niego mniej osobista niż jedno kłamstwo wypowiedziane przez człowieka, któremu pozwolił znaleźć się blisko.
— Los tres primeros son delitos contra personas elegidas al azar. Lo último es una ofensa contra las personas a las que permito acercarse — dokończył, choć z pewnością nie musiał. Nie było to coś, co słyszała od niego pierwszy czy drugi raz, jeśli licząc moment, w którym leżała pod nim, na skraju śmieci.
Navarro mogła nazywać go potworem i miałaby ku temu wystarczająco dużo powodów, choćby na podstawie samej tej zasady. Mogła oskarżać go o egoizm, wybiórczą moralność i przypisywanie sobie prawa do wyznaczania granicy pomiędzy ludźmi, których należało chronić, a tymi, których można było poświęcić. I faktycznie, z każdym z tych oskarżeń potrafiłby się zgodzić.
Nie zmieniałoby to faktu, że j ą umieścił po właściwej stronie.
Bianca Ortega mogła nie istnieć. Mogła być zbiorem przygotowanych wcześniej kłamstw i słów dobieranych tak, żeby faktycznie zdobyć jego zaufanie. Wszystko, co zbudowała po swojej stronie, mogło należeć do agentki Navarro od samego początku.
Ale to, co zbudował on, należało do niego.
P r a w d z i w e było przywiązanie, które kazało mu ją chronić, kiedy jeszcze wierzył w Ortegę. P r a w d z i w a była wściekłość, gdy zrozumiał, że wykorzystała każdą z rzeczy jakie jej dał. I równie p r a w d z i w y pozostawał odruch, przez który wrócił po nią na klatkę schodową, wyciągnął ją z lodowatej wody i spędził noc na podłodze, nasłuchując jej oddechu.
Wypierał to wcześniej; przez noc zdołało to osiąść odpowiednio, w końcu nie zyskiwał niczego, opatrując jej plecy ani układając ją ostrożnie na kanapie. Wiedziała już, kim był, a on wiedział, kim była ona. Po raz pierwszy od początku ich znajomości pomiędzy tymi działaniami nie znajdowało się żadne kłamstwo.
Nawet teraz troska o nią pozostawała szczera.
Tak samo jak nienawiść.
— Porque eres de los míos — powiedział w końcu. Czas teraźniejszy wybrał w pełni świadomie, choć mógł użyć przeszłego i zamknąć ją razem z Ortegą w tysiącu dwustu siedemdziesięciu ośmiu dniach, które dobiegły końca w dniu, w którym to ona go rzuciła na ziemię i skuła. Byłoby to jednak kolejne kłamstwo, a wypowiadanie go chwilę po przypomnieniu własnej zasady zakrawałoby na wyjątkowo żałosny rodzaj tchórzostwa. — Tú construiste todo esto sobre una mentira. Yo no. — Dopiero wtedy zapiął ostatni guzik koszuli i oparł przedramiona o uda, naturalnie się pochylając nadal nie spuszczając z niej spojrzenia. — Todo lo que hice por ti fue real — dodał chłodno. — Lo sigue siendo. Por eso.— Zmrużył oczy na moment, decydując się zrzucić obcy język, pasujący do kartelu, a przez to do całej przeszłości, która miała ich łączyć. — Nie myl jednak tego z przebaczeniem.
fucking-bonnie
Przez tysiąc dwieście siedemdziesiąt osiem dni nie musiała prosić go o większość rzeczy, które dla niej robił. Ani o uwagę, której nie poświęcał ludziom bez konkretnego powodu; ani o ochronę, kiedy uznawał, że mogła jej potrzebować. Robił to, zanim zdążyła wypowiedzieć jakiekolwiek oczekiwanie, ponieważ właśnie w ten sposób traktował osoby, które uznawał za s w o j e.
Takich ludzi w jego życiu było niewielu. Na tyle niewielu, że każdą z tych relacji potrafił wskazać jako osobny wyjątek od sposobu, w jaki obchodził się z całą resztą świata. Obcych wykorzystywał, okłamywał i przesuwał pomiędzy swoimi planami dokładnie tak długo, jak długo pozostawali użyteczni. Ludzi dopuszczonych bliżej nie musiał rozgrywać.
A ortega należała do drugiej grupy.
Traktował ją jak s w o j ą. Dbał o nią, chronił ją i pozwalał jej zaglądać w miejsca, których nie odsłaniał przed większością. Nie opowiadał jej o wszystkim, ale rzeczy, które zdecydował się jej dać, były prawdziwe.
Ona tę samą bliskość zbudowała z kłamstwa.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, z palcami wciąż zatrzymanymi na ostatnim guziku flanelowej koszuli. Jej pytanie nie wymagało od niego wymyślenia nowej odpowiedzi; wiedział co chce jej powiedzieć i na pewno powinna, w jakimś procencie, spodziewać się w którą stronę to zmierzy.
— He matado a cientos, he drogado a miles; he arrebatado hijos a sus padres y esposas a sus maridos. Pero nunca he mentido a las personas en las que realmente confiaba.
Słowa te powtarzał od dawna jak mantrę. Nigdy nie twierdził, że był dobrym człowiekiem, a własne zbrodnie przedstawiał wyłącznie jako to, czym rzeczywiście były. Setki osób zapłaciły za podejmowane przez niego decyzje życiem, zdrowiem albo utratą ludzi, których kochały i wiedział o tym doskonale; ani nigdy też się tego nie wypierał.
Ale żadna z nich nie była j e g o.
W tym tkwiła cała obrzydliwa hipokryzja jego zasady. Krzywda przypadkowych ludzi nie sięgała miejsca, które zachowywał dla własnych. Mogła być znacznie większa, brutalniejsza i obiektywnie gorsza, a mimo to pozostawała dla niego mniej osobista niż jedno kłamstwo wypowiedziane przez człowieka, któremu pozwolił znaleźć się blisko.
— Los tres primeros son delitos contra personas elegidas al azar. Lo último es una ofensa contra las personas a las que permito acercarse — dokończył, choć z pewnością nie musiał. Nie było to coś, co słyszała od niego pierwszy czy drugi raz, jeśli licząc moment, w którym leżała pod nim, na skraju śmieci.
Navarro mogła nazywać go potworem i miałaby ku temu wystarczająco dużo powodów, choćby na podstawie samej tej zasady. Mogła oskarżać go o egoizm, wybiórczą moralność i przypisywanie sobie prawa do wyznaczania granicy pomiędzy ludźmi, których należało chronić, a tymi, których można było poświęcić. I faktycznie, z każdym z tych oskarżeń potrafiłby się zgodzić.
Nie zmieniałoby to faktu, że j ą umieścił po właściwej stronie.
Bianca Ortega mogła nie istnieć. Mogła być zbiorem przygotowanych wcześniej kłamstw i słów dobieranych tak, żeby faktycznie zdobyć jego zaufanie. Wszystko, co zbudowała po swojej stronie, mogło należeć do agentki Navarro od samego początku.
Ale to, co zbudował on, należało do niego.
P r a w d z i w e było przywiązanie, które kazało mu ją chronić, kiedy jeszcze wierzył w Ortegę. P r a w d z i w a była wściekłość, gdy zrozumiał, że wykorzystała każdą z rzeczy jakie jej dał. I równie p r a w d z i w y pozostawał odruch, przez który wrócił po nią na klatkę schodową, wyciągnął ją z lodowatej wody i spędził noc na podłodze, nasłuchując jej oddechu.
Wypierał to wcześniej; przez noc zdołało to osiąść odpowiednio, w końcu nie zyskiwał niczego, opatrując jej plecy ani układając ją ostrożnie na kanapie. Wiedziała już, kim był, a on wiedział, kim była ona. Po raz pierwszy od początku ich znajomości pomiędzy tymi działaniami nie znajdowało się żadne kłamstwo.
Nawet teraz troska o nią pozostawała szczera.
Tak samo jak nienawiść.
— Porque eres de los míos — powiedział w końcu. Czas teraźniejszy wybrał w pełni świadomie, choć mógł użyć przeszłego i zamknąć ją razem z Ortegą w tysiącu dwustu siedemdziesięciu ośmiu dniach, które dobiegły końca w dniu, w którym to ona go rzuciła na ziemię i skuła. Byłoby to jednak kolejne kłamstwo, a wypowiadanie go chwilę po przypomnieniu własnej zasady zakrawałoby na wyjątkowo żałosny rodzaj tchórzostwa. — Tú construiste todo esto sobre una mentira. Yo no. — Dopiero wtedy zapiął ostatni guzik koszuli i oparł przedramiona o uda, naturalnie się pochylając nadal nie spuszczając z niej spojrzenia. — Todo lo que hice por ti fue real — dodał chłodno. — Lo sigue siendo. Por eso.— Zmrużył oczy na moment, decydując się zrzucić obcy język, pasujący do kartelu, a przez to do całej przeszłości, która miała ich łączyć. — Nie myl jednak tego z przebaczeniem.
fucking-bonnie