Strona 6 z 6

one weekend. no disasters. hopefully.

: sob sie 29, 2026 8:47 pm
autor: Dante Levasseur
Oczywiście, że zamierzał bronić tego nieszczęsnego tatuażu i zdecydowanie nie planował – ani wtedy, tuż po jego zrobieniu, ani tym bardziej po tak długim czasie – zakrywać go niczym innym. Zwyczajnie… chyba po prostu miał do niego sentyment. Przez okoliczności, w jakich ten powstał – bo przecież nie codziennie ma się okazję zrywać kogoś w porze, co do której można mieć poważne wątpliwości, czy wciąż powinno się ją nazywać nocą, czy może jednak bardzo wczesnym porankiem. I to tylko po to, by zaproponować wizytę u poznanego kilka chwil wcześniej wątpliwej jakości tatuażysty… A jeszcze rzadziej ma się pewnie okazję trafić na kogoś, kto po tak brzmiącej ofercie – niezależnie już od pory – rzeczywiście zdecydowałby się na coś podobnego. Poza tym – jakkolwiek wiele można byłoby zarzucić jakości wykonania, to wciąż był przecież pierwszy tatuaż. A do tych zawsze miało się jednak sentyment – niezależnie od tego, jak kiepskie mogłyby być. I… pewnie znalazłoby się jeszcze co najmniej kilka powodów, dla których Dante mógłby wciąż upierać się przy zajebistości tego konkretnego dzieła. Choć bardzo możliwe, że większość z nich i tak pozostawałaby zrozumiała – czy też jakkolwiek logiczna – tylko dla niego. Jak choćby to, że ten skreślony – i ponownie zapisany z dokładnie tym samym błędem – napis był zwyczajnie zabawny.
No tak, twój zdecydowanie musiał być jakiś wybrakowany… – zauważył więc, gdy zasugerowała niezgodność stosowanych przez nich słowników. Bo to chyba oczywiste, że to właśnie jego definicja była tą jak najbardziej prawidłową. Nawet, jeśli zdecydowana większość najpewniej przyznałaby w tej kwestii rację Elsie.
Tym razem to on uniósł jednak wymownie brwi, kiedy już wspomniała o tej możliwej alternatywnej formie zarobku. Choć raczej wątpliwe było, by miał to potraktować jakkolwiek serio, skoro wciąż na jego twarzy dość wyraźnie widoczny był uśmiech. A ten raczej nie byłby ani trochę na miejscu, gdyby rzeczywiście choćby trochę prawdopodobne było to, żeby jego dziewczyna planowała zacząć zarabiać w ten właśnie sposób.
Twój kumpel z szuflady pewnie mógłby zyskać na popularności… Jesteś pewna, że jest już gotowy na to, żeby pokazać się światu? – a skoro nie zamierzał brać jej słów ani trochę na poważnie, to… nic nie stało na przeszkodzie również pod tym względem, by nieco przeciągnąć ten dość oczywisty żart…
Nie miał za to pojęcia, czy ten niespodziewany pocałunek – na który nawet mimo zaskoczenia i tak odpowiedział bez choćby chwili zawahania – faktycznie miał jakkolwiek podziałać na dwie przypadkowe dziewczyny, jednak… z całą pewnością był wystarczający, by Dante nie zwrócił na żadną z nich nawet przelotnej uwagi. Chociaż… prawdopodobnie i bez tego byłoby dokładnie tak samo. Nawet nie zauważył przecież tego puszczonego w jego stronę oczka, w tamtym momencie zamierzając raczej odwrócić się, żeby zerknąć na Murphy’ego. Zwłaszcza, że ten – tak dla odmiany – najwyraźniej dość żywo zainteresował się kierowanymi pod jego adresem pochwałami. Jakby faktycznie mógł je w ogóle zrozumieć… O ile jednak do tej pory musiał całą tę wycieczkę uważać za dość nieciekawą i od momentu wypłynięcia podejrzanie grzecznie leżał na swoim miejscu – możliwe, że jednak nadmiar wody dookoła nieco go przerastał – o tyle słysząc te zachwyty pieskami w kamizelkach poderwał się momentalnie, odpowiadając nawet kilkoma szczeknięciami i energicznym merdając ogonem. Zanim więc miałby wpaść na genialny pomysł, żeby na przykład wyskoczyć do wody, Dante – ignorując kompletnie tę część wypowiedzi, która miała najwyraźniej odnosić się do niego – wolał odwrócić się w jego stronę i jakoś temu zapobiec. Tyle, że… ewidentnie coś pilniejszego całkiem skutecznie go rozproszyło.
Mhm… I od kiedy niby przejmujesz się takimi tępymi kredkami…?od zawsze pewnie byłoby tu całkiem trafną odpowiedzią… Bo przecież nie sposób byłoby nie zauważyć, jak niemal za każdym razem reagowała czy to na durne uwagi Ashley, czy też jakiejkolwiek mniej lub bardziej znajomej dziewczyny, kiedy te wypowiadane były akurat w jej obecności. Tak, jakby do tej pory nie dał jej jeszcze dość dowodów na to, że naprawdę podobne wypowiedzi nie robiły na nim żadnego wrażenia. Tak samo jak puszczane oczka, czy cokolwiek innego, co miałyby do zaoferowania ktokolwiek, kto nie był nią.
Chociaż nawet znając tę najbardziej trafną odpowiedź na swoje pytanie, zwyczajnie nie mógłby odpuścić sobie zadania go. Z wyraźnym rozbawieniem, którego nawet nie próbował w żaden sposób maskować. A które pewnie jeszcze bardziej by się nasiliło, gdyby tylko miał okazję zobaczyć ewidentnie zniesmaczoną minę dziewczyny, której Elsa zafundowała cały ten pokaz.
Słysząc jednak jej kolejne słowa, musiał pozwolić na to, żeby chwilowo całe to rozbawienie ustąpiło miejsca dość szczeremu zaskoczeniu. Bo… jasne, faktycznie miał jakieś doświadczenie jeśli chodziło o tatuowanie, zdarzyło mu się nawet przez jakiś czas pracować w ten sposób podczas jego rocznego wyjazdu poza Toronto, ale… chyba nie do końca spodziewał się, że faktycznie Elsa miałaby chcieć, żeby to on wykonał jej ten pierwszy malunek na skórze. I to nie w formie szablonu, który ktoś inny miałby przenieść na wybrane miejsce na ciele – co pewnie byłoby opcją nieco mniej zaskakującą. I przy okazji z mniejszą odpowiedzialnością, gdyby coś jednak miało pójść nie do końca tak, jak powinno.
Zwłaszcza, że istniał przynajmniej jeden problem, który mógł dość mocno komplikować zrealizowanie tego pomysłu…
W takim razie trzeba byłoby znaleźć kogoś, kto chciałby podzielić się sprzętem. Wiesz, że to może być trochę trudniejsze niż po prostu znalezienie ci tatuażysty, nie? – uśmiechnął się ponownie, bo w zasadzie… wciąż mimo wszystko nie było to zadanie kompletnie niewykonalne. Nieco bardziej skomplikowane – zwłaszcza, że wolałby jednak nie korzystać w tym wypadku z maszynki pożyczonej od kogoś pokroju Kyle’a czy tam Cole’a – ale wciąż jednak całkiem realne. No i jednak kłamstwem byłoby stwierdzenie, że w żaden sposób nie schlebiało mu to, że faktycznie to właśnie jemu chciałaby ten pierwszy tatuaż powierzyć…

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: ndz sie 30, 2026 10:07 am
autor: Elsa Eriksen
Wiedziała o przyjaciółce, która zdecydowała się razem z nim na zrobienie tego jakże niezwykłego dzieła sztuki. Nie była jednak czy to Dante wspomniał jej — najprawdopodobniej w odpowiedzi na jej bezczelne pytanie, swoją drogą retoryczne i rzucone w eter bez potrzeby usłyszenia jakichkolwiek wyjaśnień, "jaki idiota mógłby dać sobie zrobić coś takiego?!". Znając więc chłopaka i jego brak umiejętności do trzymania języka za zębami, mógłby pewnie rzucić tekstem pokroju, że on i Cath… i w sumie to jaki ona miała w tym wszystkim problem skoro to nie jej zrobiono ten tatuaż, więc po co to tak przeżywała. Ewentualnie, kilka dni później mogła też usłyszeć od Lexiego, podczas ich treningu pływackiego — bo przecież to był najlepszy czas na podobne pogawędki — że jego starsza siostra zrobiła sobie jakże oryginalny tatuaż… z błędem. Przekreślonym. I poprawionym na ten sam błąd.
Tylko która z tych sytuacji zdarzyła się naprawdę? Istniała spora szansa, że obie. No może z delikatnymi poprawkami. Ale takimi naprawdę kosmetycznymi! Bo równie dobrze mogła zapomnieć, że w całej tej rozmowie Dante stwierdził, że sama była głupią idiotką… jednocześnie te nieprzychylne słowa, które mogły — a wcale nie musiały — paść z jego ust, trochę uderzyły ją w serduszko i dlatego tak zacięcie szukała dla niego tego lekarza. Tak na wszelki wypadek, jakby ręka miała mu odpaść, a on już nigdy miał nie chwycić nią za jej pasmo włosów, które po raz kolejny w przeciągu miesiąca zmieniło swój kolor.
Początkowo, na wzmiankę o jej wybrakowanym słowniku, zamierzała mu odpowiedzieć, zresztą, wielce dojrzałe, że sam był wybrakowany, ale ostatecznie tylko wytknęła mu język, wydając z siebie charakterystyczny dla tej czynności odgłos "bleeeeee".
Kiedy jednak wspomniał o Michaelu podczas jej żartów odnośnie pracy na kamerce… no tego nie mogła zignorować. Potrzebowała kilku sekund, aby przemyśleć strategię — wolała się na niego wkurzyć i dać mu do zrozumienia, że był totalnym głąbem czy… grać w te grę.
— Od kiedy go znalazłeś i zmusiłeś do wyjścia z szafy to powiem ci, że stał się bardzo odważny i sam się domaga pracy… pytał czemu go zwolniłam i w ogóle… ale masz rację. W tej branży potrzebuję odpowiednich pracowników, a Michael był naprawdę najlepszy. Nigdy nie narzekał na warunki pracy, zawsze, gdy tylko go potrzebowałam to był gotowy dosłownie w sekundę — odparła z zadziornym uśmieszkiem, bo kiedy byli sami to jej mózg nie musiał analizować czy wypadało coś powiedzieć, czy nie. I każdy obcy mógłby stwierdzić, że przecież rzekomy Michael był po prostu bardzo sumiennym pracownikiem, na którym mogła polegać, w końcu wyglądała tak niewinnie, opowiadając o nim. Tylko akurat Dante dobrze wiedział, że za tą maską kryła się mała zołza, która potrafiła wymyśleć dziesiątki ripost na jego głupie gadki. Chociaż prawda była taka, że gdyby podobnym tekstem ją zaczepił chociażby w tej klinice weterynaryjnej czy w szpitalu, gdy czekali przy okienku aż farmaceutka wyda przepisane dla niego leki, to pewnie by się nie odważyła na podobne rozwinięcie tematu. Ale czy w tych miejscach ich rozmowa zeszłaby na temat pracy na kamerkach? Raczej nie. A przynajmniej miała taką nadzieję.
Tak samo miała nadzieję, że ten namiętny pocałunek, którym uraczyła Dantego, skutecznie odstraszy dziunie z sąsiedniego rowerka wodnego i da im do zrozumienia — a zwłaszcza jednej z nich — że TE węże i TA ćma miały już swoją właścicielkę i nie było szans, aby tak chętnie ją zmieniły. A pieski tym bardziej. Bo nawet jeśli Olive — jak na prawdziwą psią dive przystało — olała te wysublimowane komplementy, najwyraźniej uważając, że nie było się czym podniecać, bo przecież oczywistością było to, że wyglądali przeuroczo w tych kamizelkach, tak Murphy uznał, że należy szanownym paniom podziękować, tym samym wywołując kolejną falę ochów i achów. Nie wspominając o tym, że swoim nagłym entuzjazmem zdenerwował swoją siostrę, która zaczęła go dosyć mocno — jak na jej możliwości — pyrgać łapą. Tak jakby chciała mu powiedzieć, żeby przestał robić wstyd i zamknął jadaczkę. Czego jednak Elsa nie mogła zobaczyć i w żaden sposób zareagować, bo była zbyt skupiona na nim. Na jego ustach, języku i tym, że kompletnie oddawał się ich wspólnej pieszczocie, ignorując w ten sposób natarczywe nieznajome.
— Pewnie od zawsze — wynruczała tuż przy jego ustach, nadal delikatnie muskając je swoimi przy każdym słowie. Wiedziała, że ta odpowiedź raczej nie powinna go zaskoczyć, bo przecież jej zazdrość nie była nigdy żadną tajemnicą. Nie robiła mu co prawda nigdy jakichś akcji w związku z tym, że siedział w jednej ławce z jakąś koleżanką z klasy albo że na przerwach z którąś po prostu rozmawiał. Problem pojawiał się głównie wtedy, gdy ta koleżanka — najczęściej Ashley — przekraczał granice zwykłego koleżeństwa i znajdowała się wyraźnie za blisko, jednocześnie nie potrafiąc utrzymać łapsk przy sobie, albo zbyt ostentacyjnie prezentując — na nieszczęście Elsy i jej kompleksów — jędrny i obfity biust. Tylko wtedy to nie Dante miał u niej przechlapane, a owa blondynka. W końcu nikt się chyba nie spodziewał, że Norweżka z tym swoim promiennym uśmiechem złapałaby ją delikatnie za włosy u ich nasady i zagroziła, że jeszcze jedno zatrzepotanie rzęsami, a jednym pociągnięciem wyrwie jej te wszystkie doczepy…
Także jej problemy to nie była kwestia tylko Ivy, z którą to Dante spotykał się przez dłuższy czas. To wszystko zaczęło się dużo wcześniej, a same wątpliwości do tego czy to czasem nie był kolejny zakład, a ona dała się nabrać na te czułe gesty, pojawiły się jeszcze tej samej nocy, co impreza Chrisa.
— Ale ja zawsze musiałam mieć zatemperowane wszystkie kredki… pamiętasz jak któregoś razu byłam u ciebie i zamiast oglądać jakiś film albo zająć się czymś… miłym… — Zagryzła mimowolnie dolną wargę. Miało to w końcu miejsce jeszcze tuż przed ich pierwszym razem, więc najwyraźniej stresowała się położyć z nim w jednym łóżku i dlatego… — Temperowałam ci wszystkie ołówki i kredki jakie walały się po twoim biurku, naiwnie wierząc, że weźmiesz chociaż jedną następnego dnia do szkoły. — Ostatni raz cmoknęła go w usta i zaraz po tym zajęła swoje swoje miejsce, spoglądając jeszcze na psy, aby upewnić się, że przynajmniej jeden z nie wpadło na żaden głupi pomysł. Cóż, najwyraźniej woda budziła respekt nawet przed takim urwisem jak Murphy.
— Ale wiesz, że mi się z tym w ogóle nie spieszy? Nie miałam tatuażu przez dwadzieścia sześć lat, myślę, że jakiś miesiąc albo dwa jeszcze wytrzymam. I coś na pewno wymyślimy. Bo na pewno nie zamierzam iść za pierwszym razem pod igłę jakiegoś obcego chłopa albo babki. Wymarzyłam sobie, że masz być to ty. I koniec kropka. — Choć skrzyżowała ramiona pod biustem i zadarła wysoko brodę niczym wielce obrażona nastolatka to uśmiechała sie nadal szeroko z dziwną ekscytacją, którą mógł dostrzec w jej oczach. Nie mogła się doczekać realizacji tego planu, zwłaszcza, że od jakiegoś czasu chodził jej po głowie pewien pomysł i nawet zaczęła go realizować. Czekała jednak na konkretną wiadomość z konkretnego numeru. Być może, że już ją dostała, ale przez brak zasięgu nie miała możliwości jej odebrania i przeczytania. W każdym razie, do tego czasu nie zamierzała mu niczego zdradzać, zwłaszcza, że Dantemu mógłby się on spodobać albo wręcz przeciwnie. Wolałaby jednak, żeby nagle jej nie zostawił na środku jeziora albo faktycznie spełniłby w końcu swoją groźbę i podjął próbę utopienia jej.
— Robi się chłodnawo… wracamy? Zwłaszcza, że Murphy i Olive chyba jednak nie są tak zadowoleni jak myślałam, że mogliby być… możemy zostać jeszcze trochę na plaży to się pobawią — zaproponowała, mimowolnie pocierając dłońmi ramiona, na których pojawiła się gęsia skórka.

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: ndz sie 30, 2026 5:16 pm
autor: Dante Levasseur
Na pewno wspominał jej o tym, że pomysłu wykonania tego zajebistego tatuażu nie zrealizował sam i że – wbrew jej przekonaniom – istniała przynajmniej jeszcze jedna osoba, która podzielała jego opinię na temat tego dzieła. Wprawdzie w swojej relacji pominął fakt, że – w przeciwieństwie do niego – przyjaciółka faktycznie miała pewne zastrzeżenia i wątpliwości, które musiał rozwiać, by w ogóle wybrała się z nim o tej nieprzyzwoitej porze do Cole’a lub Kyle’a, jednak… był to przecież szczegół na tyle nieistotny, że wcale nie było konieczności, by o nim wspominać. Najważniejszy był przecież efekt końcowy, a ten zaowocował dwoma równie udanymi tatuażami, z których jeden Cath mogła prawdopodobnie dodać do puli argumentów przemawiających za tym, że podążanie za pomysłami przyjaciela może jednak niekoniecznie zawsze kończyło się najlepiej. Albo raczej… bardzo rzadko kończyło się dobrze.
Rozbawionym parsknięciem zareagował na jej odpowiedź, która… w zasadzie nie powinna być chyba żadnym zaskoczeniem. Bo rzeczywiście nie znajdowali się aktualnie w miejscu, które Elsa mogłaby uznać za nieodpowiednie na podobne dyskusje. W przeciwieństwie do Dantego, który pewnie nawet w tym nieszczęsnym szpitalu mógłby znaleźć dostatecznie dobry pretekst, by jakoś podobny temat wywołać – o ile tylko ówczesny nastrój nie zniechęcałby ich obojga do jakichkolwiek dyskusji.
Całkiem spore zaangażowanie jak na kogoś, kto nawet nie dostawał żadnego wynagrodzenia za pracę… – zauważył z rozbawieniem, choć nie mogło obejść się również bez chwilowego zmarszczenia brwi w reakcji na to, jak bezkonkurencyjny miałby być Michael. Jednocześnie zupełnie mimochodem przesunął dłonią po jej udzie, a chociaż początkowo zamierzał cofnąć ją ledwie chwilę później… całe to zamieszanie z sąsiednim rowerem wodnym, reakcją Murphy’ego oraz – przede wszystkim – zainicjowanym przez Elsę pocałunkiem sprawiło, że ta pozostała na jej skórze znacznie dłużej.
I tak, odpowiedź na zadane kilka chwil później pytanie, zdecydowanie była czymś, czego mógł się spodziewać i co nie mogło go zbytnio zaskoczyć. Wymownie wywrócił za to oczami na wspomnienie o tych temperowanych przez nią kredkach… Bo rzeczywiście, gdy już o tym powiedziała, mógł przypomnieć sobie tę sytuację. I chyba nie musiał nawet informować jej na głos, że aktualnie mógł mieć na jej temat dokładnie takie samo zdanie jak wtedy – kredki, ołówki, czy cokolwiek innego znajdującego się na jego biurku, zdecydowanie nie było czymś, co do czego chciałby, żeby poświęcała mu aż tyle uwagi. Zwłaszcza, że – jak sama wspomniała – w tamtym czasie mogliby przecież zająć się zamiast tego czymś miłym. Choćby miało to być po prostu wtulenie się w siebie i obejrzenie jakiegoś mniej lub bardziej interesującego filmu…
No dobra, i tak wygląda, że nie mam w tym temacie nic do gadania – a ponieważ ten najwyraźniej nie był wart wywoływania kłótni godnej choćby tej toczącej się nad zranioną przez szopa dłonią, nie pozostawało mu nic innego, jak tylko z wyraźnym rozbawieniem ogłosić swoją kapitulację. A przy okazji przechylić się w jej stronę, by krótko cmoknąć ją w usta, jakby to miało tym bardziej podkreślać, że nie zamierzał w żaden sposób odwodzić ją od tej decyzji.
Wiesz, że jesteś strasznym zmarzluchem jak na kogoś, kto całkiem sprawnie przeklina po norwesku, prawda? – zauważył z uśmiechem coś, co miał już zresztą okazję wypomnieć jej niejednokrotnie wcześniej. Najczęściej bez zastanowienia odstępując jej w takich sytuacjach swoją bluzę, kurtkę, czy po prostu przytulając ją, żeby w ten sposób podzielić się ciepłem. Tym razem natomiast nie zamierzał w żaden sposób protestować co do powrotu na brzeg – zwłaszcza, że rzeczywiście nie wyglądało na to, by psy bawiły się jakoś szczególnie dobrze. Chociaż… Murphy, nie przejmując się tym strofowaniem przez Olive, zamierzał widocznie pozostać nieco bardziej aktywny niż do tej pory. Niewykluczone zresztą, że w tym psim łbie powoli zaczynał już kiełkować pomysł wpakowania się do wody, więc… tym bardziej można było potraktować to jako argument przemawiający za tym, by wrócić na plażę.
A chociaż w drodze powrotnej Dante wciąż nie miał najmniejszego zamiaru zakładać tej cholernej kamizelki, na brzegu obeszło się przynajmniej bez burzliwej dyskusji na ten temat z facetem, któremu musieli zwrócić wypożyczony sprzęt. Obeszło się również bez ponownej walki z Murphym, który akurat bardzo chętnie poddał się ściąganiu kapoka, najwyraźniej również mając go serdecznie dosyć. A także nie mogąc się doczekać, by na plaży móc znów oddać się swojej pasji, jaką najwyraźniej była próba dokopania się do jądra Ziemi…
Myślisz, że twoje klientki miałyby coś przeciwko, jakbyś trochę przedłużyła to swoje wolne…? – kiedy już psy mogły rzeczywiście zająć się zabawą na plaży – bo tym razem najwyraźniej również Olive zamierzała brać w niej udział… ze stosownej odległości przyglądając się młodszemu bratu i co jakiś czas podszczekując, gdy miała mu coś istotnego od przekazania – oni mogli ulokować się na piasku i zaczekać na zbliżający się zachód słońca.
A zadane pytanie… raczej doskonale mógł domyślić się, jaka miałaby być na nie odpowiedź i chyba nawet nie spodziewał się, że rzeczywiście bez zastanowienia Elsa mogłaby zdecydować się przedłużyć ten ich leniwy pobyt nad jeziorem choćby o dzień lub dwa. Wciąż jednak trudno byłoby zaprzeczyć, że weekend okazywał się rozczarowująco krótki. Można więc było spróbować nieco go rozciągnąć – choćby i bez większych szans na powodzenie.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: pt wrz 11, 2026 7:43 am
autor: Elsa Eriksen
Zadrżała. Ledwo musnął palcami skórę na jej udzie, a całe ciało zalał gorąc, któremu towarzyszyły przyjemne dreszcze. Dlatego może nawet i dobrze się złożyło, że za moment przepłynęły koło nich te tępe kredki, bo przynajmniej kwitnące na policzkach rumieńce mogła zrzucić na zazdrość i irytację, a tą nagłą chęć pocałowania go — i pewnie czegoś więcej, ale okoliczności nie sprzyjały realizacji — na potrzebę udowodnienia im, że szanowny pan z wężem i ćmą był już zajęty. I po raz kolejny się przekonała, że tylko on tak na nią działał. Żaden Michael, żaden z mężczyzn, którymi próbowała kiedyś zagłuszyć pustkę pozostawioną po ich rozstaniu, nie potrafił sprawić, by jednym spojrzeniem czy drobnym gestem nagle zapominała o całym świecie. A to bywało tak bardzo niebezpieczne… w końcu tylko dla niego mogła zrezygnować z wczesnego wstawania i dłużej wylegiwać się z nim w łóżku. Tylko dla niego potrafiła odłożyć na później obowiązki, przekładać budzik i udawać przed samą sobą, że przecież dodatkowe pół godziny snu nikomu jeszcze nie zaszkodziło. I chyba właśnie to było w tym wszystkim najbardziej zdradliwe. Bo nie musiał jej do niczego przekonywać, a przynajmniej nie jakoś długo. Wystarczyło, że był obok, a ona sama zaczynała wybierać jego zamiast rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały jej się ważniejsze. Dobrze, że chociaż potrafiła jeszcze się opierać i chodzić do pracy, choć kłamstwem by było stwierdzenie, że nigdy nie musiała przekładać klientek, czasem na naprawdę chore godziny, aby któregoś dnia móc wcześniej wyjść i spędzić z nim miły wieczór. A gdy wiedziała z lekkim wyprzedzeniem, że miał zamiar spotkać się z Erikiem bądź innym kumplem, nie miała skrupułów, aby pracować w swoim salonie zdecydowanie za długo jak na możliwości przeciętnego człowieka. Ale ona nie była przeciętna. Była najlepsza! A najlepsi mogą zdecydowanie więcej. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyła, przekręcając klucz w drzwiach Lush Locks po zaledwie trzech godzinach snu.
Sprawa tatuażu była… tematem otwartym. Bardzo chciała go sobie zrobić it o raczej nie była decyzja podjęta pod wpływem bezalkoholowego piwa, które wypiła jeszcze w domku, a raczej poprzedzona porządnym researchem, rozpisaniem w zeszycie tabelki ze wszystkimi za i przeciw… i tym największym plusem, który przyćmił wszystkie ewentualnie wady było to, że miał zostać wykonany przez Dantego. Dlatego szansa na zmianę zdania była raczej znikoma, chyba że przyszły artysta sam by stwierdził, że nie podjąłby się wykonania tego pewnie aż nazbyt banalnego i nudnego wzoru. Ale skoro żadne podobne słowa ani próby wykręcenia się z powierzonego zadania nie padły, mogła więc uznać, że byli dogadani. A ten krótki buziak, którym ją uraczył chwile po tym, zdawał się przypieczętowywać ich umowę. Jak na jej gust… każde ustalenia mogli kończyć w ten sposób. Ale tylko te wspólne. Chyba wolałaby nie dostawać całusów od notariusza albo pani w sklepie.
Ciężko było się jednak z nim nie zgodzić w sprawie dosyć dziwnego paradoksu jej pochodzenia i jednoczesnego znoszenia niższych temperatur. Tylko z kolei pogoda jaka przywitała ich we Włoszech również nie była dla niej odpowiedniej! Panujący tam upał strasznie ją męczył i nie pozwalał normalnie funkcjonować, no ale odrobina chłodniejszej wody w jeziorze wywołała u niej konkretne przeziębienie. I nagle całkiem niezrozumiale się wydawało jakim cudem wytrzymywała kilka godzin dziennie w zimnym basenie sportowym…
— Ej, znam nie tylko przekleństwa! Zaśpiewam ci każdą piosenkę Disneya… i mogę też powiedzieć, że baaaardzo, bardzo, bardzo mocno Jeg elsker deg — ostatnie słowa wypowiedziała już po norwesku, z absolutnie nienaganną wymową, jakby chciała szczególnie mocno podkreślić, że znała także wyjątkowo piękne słowa w swoim ojczystym języku. A wyjątkowo często w tych pamiętnych czasach licealnych zdarzało jej się kierować tego typu wyznania do Dantego właśnie po norwesku. Człowiekowi w takich sytuacjach podobno bardzo zmieniał się głos i sama intonacja. A u niej? Poza akcentem chyba nie było żadnej różnicy między tym jak mówiła kocham cię po angielsku a w tym słynnym języku wikingów. Ciepło, czule i z tą cholerną pewnością w moc wypowiadanych słów.
Dobrze, że zdecydowali się powoli wracać na brzeg. Odhaczyli rowerki wodne z tej jej dziwnej listy sprzed kilku lat, więc nie było powodu, aby bardziej stresowali zwierzaki, które to zabrali ze sobą. Tylko każde z nich nieco inaczej reagowało, bo choć Olive grzecznie leżała na swoim miejscu, tak Murphy wyglądał jakby jednak chciał spróbować swoich sił w pływaniu, przy okazji pozbywając się tego niewygodnego kapoku. Na szczęście, nim zdążył go rozpracować, zdołali dopłynąć do pomostu z wypożyczalnią i oddać cały sprzęt. Z szerokim uśmiechem obserwowała jak psiaki, uwolnione z sideł kamizelek ratunkowych pognały na wybrany przez siebie kawałek plaży i zabrały się za wspólną zabawę. Murphy kopał, a Olive… ona wydawała się nadzorować całe przedsięwzięcie, co jakiś czas dyrygując swoim bratem krótkim, aczkolwiek dosadnym szczeknięciem. Ale nim Elsa usiadła na piasku, wciągnęła na tyłek spodenki i koszulkę. Oczywiście nie swoją. Najwyraźniej ta, którą pożyczyła od Dantego po ich porannych zabawach w jeziorze, podobała jej się dużo bardziej niż własne. A m wzięła ich ze sobą całą masę, nie wiedząc przecież, dokąd to zabierał ją chłopak na ten weekend.
— Najbliższe trzy dni mam już zapełnione na maksa. Nawet nie będę miała pięciu minut na dożylną dawkę kofeiny… także nie czekaj na mnie specjalnie wieczorami, bo w domu będę pewnie około dwudziestej pierwszej i mogę nie być wtedy najlepszym towarzystwem do jakichkolwiek rozrywek. — Uśmiechnęła się smutno. Ech, uwielbiała swoją pracę i dawała jej naprawdę wiele radości i satysfakcji, ale… no właśnie takie leniwe dni uświadamiały jej, że chyba nie tylko pracą powinna żyć. Jednak jak inaczej mogła utrzymać ich dom, psy i pozwolić sobie czasem na kupno jakieś sukienki albo kolczyków jeśli nie właśnie takim solidnym zapieprzem?
— Ale mamy jeszcze cały jutrzejszy dzień i może kiedyś… znów uda nam się gdzieś razem uciec? — zapytała, układając głowę na jego kolanach i patrząc tak na niego z dołu rozmarzonym spojrzeniem. — Tylko ty, ja, nasze dwa rozrabiaki… i mogą być nawet szopy. Albo niedźwiedzie. Bylebyś był obok.

Dante Levasseur