001. santa wasn’t invited
: śr gru 31, 2025 12:54 am
Strzelił w sufit oczami, kiedy powiedziała, że jeśli ją wkurwi, to się zastanowi z kim pójdzie na tę kolację w ciemności, bo tak, teraz go to interesowało. Bo on cały czas się zastanawiał, czy nigdzie to znaczy nigdzie, czy są jakieś wyjątki od reguły, gdzie oni jednak mogą się pokazywać razem. Bo jeśli taka kolacja w ciemności była takim wyjątkiem, to przecież on mógł od razu kupić jakiś karnet na dziesięć wejść. Przesunął do siebie po blacie szklankę, gdy ją napełniła, ale nie upił z niej, bo on już za chwilę zerwał się z miejsca, już za chwilę spacerował w tę i we w tę.
Jego oczy powiodły za jej dłonią, kiedy lądowała na blacie koło szklanki.
- Pilar... - mruknął i może nawet chciał coś dodać o tym, że co on ma zrobić? Jak on już nie umie bez niej żyć.
Tylko, że ona wtedy wytoczyła naprawdę potężne działo, aż Madox zatrzymał się w miejscu. Wbił to ciemne, intensywne spojrzenie w jej oczy.
- Soy un cabrón después de todo - ja pierdolę, przecież... - przecież ty mnie obchodzisz Pilar, i to żebyś była bezpieczna, kurewsko - obchodziło go to bardzo. Chciał, żeby była bezpieczna, ale czy to znaczyło, że miał ją zostawić? Miał się usunąć, żeby była bezpieczna? Nawet nie zwrócił uwagi na to, że mu się wyszarpnęła, przejechał wytatuowanymi palcami po twarzy.
Powinien wyjść? Pierdolnąć drzwiami, zniknąć z jej życia, żeby była bezpieczna? Aż go ścisnęło gdzieś w dołku, jego ciemne oczy uniosły się na jej twarz. Może jak mu rzeczywiście zależało na jej bezpieczeństwie to powinien sobie iść? Ale czy on umiałby teraz stąd iść? Znowu stanął przy ladzie, oparł palce na szkle i wychylił te whisky za jednym razem. I przez chwilę walczył z tym, czy ma ją zapytać o to, czy ma stąd iść, czy jednak o to, że może dało się to zrobić tak, żeby nikt nie wiedział.
Wygrało to drugie, bo on chyba nie umiałby się z nią teraz pożegnać, nie chciał się z nią żegnać. Pierdoliło go to, że nie powinni. Bo on chciał ją.
Słuchał jej, kiedy powiedziała to może się udać, bo on chciałby, żeby się udało. On gotowy był to zrobić tak, jak tylko chciała. Dobrze. Byle tylko tego nie kończyć. Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy przeszła się po kuchni, oparł się znowu o ladę, żeby sięgnąć po butelkę, żeby znowu sobie dolać. Zrobił to, ale zawiesił się nad szklanką. Doskonale wiedział, że półświatek był często krok przed policją, musieli być. Kiedy psy zlecały obserwację, półświatek wysyłał ludzi, żeby obserwowali nie tylko podejrzanego, ale i policję. A do tego oni nie przebierali w środkach. Zamknął na moment powieki. Na pewno ją obserwowali. Jego może też. Za bardzo się w te całe kontenery wkręcili. Pierdolony Galen Wyatt i jego kontenery.
- To gdzie się chcesz spotykać? - zapytał, jakby to było najważniejsze, bo może dla niego było?
Ale nie powinno być. Bo jednak ważniejsze powinno być jej bezpieczeństwo. Znowu zrobił kolejne kółko po salonie, bo wciąż ze sobą walczył, z tym co on chciał, a z tym co powinien. Obejrzał się na nią przez ramię. Chciał jej. To było pewne. Ale przy tym chciał też, żeby była bezpieczna, a przecież z nim nie będzie.
Dopiero kiedy stanęła przed nim, to się zatrzymał, zrobił krok w jej kierunku, jeszcze bardziej wbijając sobie ten jej palec w klatę.
- To dzisiaj było bezmyślne? Myślisz, że nas obserwowali? Ostatnio w klubie było bezmyślne? - zapytał patrząc jej prosto w oczy. Może było.
Jej kolejne słowa sprawiły, że nabrał mocno w płuca powietrze, aż jego klatka piersiowa uniosła się energicznie, wypuścił je nosem.
- Chcę ci przypomnieć, że to ty dzisiaj chciałaś rozwalić Ivankowi łeb za mnie, przy ludziach, więc najpierw to ty się naucz nie okazywania słabości przy ludziach, a potem możesz mi robić wykłady Pi-lar - chwycił jej rękę, żeby przesunąć nią sobie po torsie, po szyi, na kark i już nawet znowu się do niej pochylał, znowu dał się zwieść tej jej bliskości, ale wtedy ona powiedziała to i koniec z tym twoim pierdoleniem, że cię to pierdoli, a Madox jej znowu uciekł, odsunął się i ją wyminął, podszedł do lady, żeby sięgnąć do tej torby z zakupami, którą przynieśli, żeby wygrzebać z niej paczkę fajek, które kupili na stacji.
- Ludzie mnie pierdolą... - mruknął pod nosem, kiedy odpakowywał paczkę z folii, a zaraz znowu odwrócił się w jej kierunku - bo tylko Ty mnie obchodzisz Pilar, chcę żebyś była bezpieczna... - już wkładał sobie jednego papierosa miedzy zęby. Zmacał się po kieszeniach z przodu i z tyłu, ale nie miał zapalniczki. Może gdzieś w kurtce?
Wywrócił oczami.
- Będziesz bezpieczna, gdy cię zostawię? Do tego dążymy? - wypalił w końcu, bo tak, teraz właśnie to pytanie drążyło mu dziurę w brzuchu, jeszcze jakąś bardziej wkurwiającą niż ta, którą naprawdę tam miał. Zawiesił tego papierosa między zębami wbijając w nią znowu spojrzenie, ale to nie wystarczyło, bo zaraz ruszył w jej kierunku, zaraz już stał przed nią, wyjmował tego papierosa spomiędzy warg.
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz Pilar? Co mam zrobić? - zapytał, bo on by wszystko dla niej zrobił. Może nawet się poddał?
Pilar Stewart
Jego oczy powiodły za jej dłonią, kiedy lądowała na blacie koło szklanki.
- Pilar... - mruknął i może nawet chciał coś dodać o tym, że co on ma zrobić? Jak on już nie umie bez niej żyć.
Tylko, że ona wtedy wytoczyła naprawdę potężne działo, aż Madox zatrzymał się w miejscu. Wbił to ciemne, intensywne spojrzenie w jej oczy.
- Soy un cabrón después de todo - ja pierdolę, przecież... - przecież ty mnie obchodzisz Pilar, i to żebyś była bezpieczna, kurewsko - obchodziło go to bardzo. Chciał, żeby była bezpieczna, ale czy to znaczyło, że miał ją zostawić? Miał się usunąć, żeby była bezpieczna? Nawet nie zwrócił uwagi na to, że mu się wyszarpnęła, przejechał wytatuowanymi palcami po twarzy.
Powinien wyjść? Pierdolnąć drzwiami, zniknąć z jej życia, żeby była bezpieczna? Aż go ścisnęło gdzieś w dołku, jego ciemne oczy uniosły się na jej twarz. Może jak mu rzeczywiście zależało na jej bezpieczeństwie to powinien sobie iść? Ale czy on umiałby teraz stąd iść? Znowu stanął przy ladzie, oparł palce na szkle i wychylił te whisky za jednym razem. I przez chwilę walczył z tym, czy ma ją zapytać o to, czy ma stąd iść, czy jednak o to, że może dało się to zrobić tak, żeby nikt nie wiedział.
Wygrało to drugie, bo on chyba nie umiałby się z nią teraz pożegnać, nie chciał się z nią żegnać. Pierdoliło go to, że nie powinni. Bo on chciał ją.
Słuchał jej, kiedy powiedziała to może się udać, bo on chciałby, żeby się udało. On gotowy był to zrobić tak, jak tylko chciała. Dobrze. Byle tylko tego nie kończyć. Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy przeszła się po kuchni, oparł się znowu o ladę, żeby sięgnąć po butelkę, żeby znowu sobie dolać. Zrobił to, ale zawiesił się nad szklanką. Doskonale wiedział, że półświatek był często krok przed policją, musieli być. Kiedy psy zlecały obserwację, półświatek wysyłał ludzi, żeby obserwowali nie tylko podejrzanego, ale i policję. A do tego oni nie przebierali w środkach. Zamknął na moment powieki. Na pewno ją obserwowali. Jego może też. Za bardzo się w te całe kontenery wkręcili. Pierdolony Galen Wyatt i jego kontenery.
- To gdzie się chcesz spotykać? - zapytał, jakby to było najważniejsze, bo może dla niego było?
Ale nie powinno być. Bo jednak ważniejsze powinno być jej bezpieczeństwo. Znowu zrobił kolejne kółko po salonie, bo wciąż ze sobą walczył, z tym co on chciał, a z tym co powinien. Obejrzał się na nią przez ramię. Chciał jej. To było pewne. Ale przy tym chciał też, żeby była bezpieczna, a przecież z nim nie będzie.
Dopiero kiedy stanęła przed nim, to się zatrzymał, zrobił krok w jej kierunku, jeszcze bardziej wbijając sobie ten jej palec w klatę.
- To dzisiaj było bezmyślne? Myślisz, że nas obserwowali? Ostatnio w klubie było bezmyślne? - zapytał patrząc jej prosto w oczy. Może było.
Jej kolejne słowa sprawiły, że nabrał mocno w płuca powietrze, aż jego klatka piersiowa uniosła się energicznie, wypuścił je nosem.
- Chcę ci przypomnieć, że to ty dzisiaj chciałaś rozwalić Ivankowi łeb za mnie, przy ludziach, więc najpierw to ty się naucz nie okazywania słabości przy ludziach, a potem możesz mi robić wykłady Pi-lar - chwycił jej rękę, żeby przesunąć nią sobie po torsie, po szyi, na kark i już nawet znowu się do niej pochylał, znowu dał się zwieść tej jej bliskości, ale wtedy ona powiedziała to i koniec z tym twoim pierdoleniem, że cię to pierdoli, a Madox jej znowu uciekł, odsunął się i ją wyminął, podszedł do lady, żeby sięgnąć do tej torby z zakupami, którą przynieśli, żeby wygrzebać z niej paczkę fajek, które kupili na stacji.
- Ludzie mnie pierdolą... - mruknął pod nosem, kiedy odpakowywał paczkę z folii, a zaraz znowu odwrócił się w jej kierunku - bo tylko Ty mnie obchodzisz Pilar, chcę żebyś była bezpieczna... - już wkładał sobie jednego papierosa miedzy zęby. Zmacał się po kieszeniach z przodu i z tyłu, ale nie miał zapalniczki. Może gdzieś w kurtce?
Wywrócił oczami.
- Będziesz bezpieczna, gdy cię zostawię? Do tego dążymy? - wypalił w końcu, bo tak, teraz właśnie to pytanie drążyło mu dziurę w brzuchu, jeszcze jakąś bardziej wkurwiającą niż ta, którą naprawdę tam miał. Zawiesił tego papierosa między zębami wbijając w nią znowu spojrzenie, ale to nie wystarczyło, bo zaraz ruszył w jej kierunku, zaraz już stał przed nią, wyjmował tego papierosa spomiędzy warg.
- Czego ty właściwie ode mnie chcesz Pilar? Co mam zrobić? - zapytał, bo on by wszystko dla niej zrobił. Może nawet się poddał?
Pilar Stewart