It's beginning to look a lot like fuck this
: wt sty 27, 2026 1:22 pm
Ich mieszkanie zawsze było głośne, ale nie w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu.
Głośne, bo Estella zawsze wtrącała swoje trzy grosze, zagajała temat nie potrafiąc znieść ciszy, która rozpleniła się jak chwasty po odejściu jej syna i męża. Bo stare radio, to które Milo naprawiał chyba ze dwadzieścia razy (a Diego nieustannie znosił jej nowe przy każdej nadarzającej się okazji ale to archaiczne było jedynym jakie akceptowała z powodów o jakich obaj nie mieli zielonego pojęcia) wygrywało ulubione przeboje Whitney Houston i Loli Beltrán całe dnie. Bo przez uchylone okna, tam, gdzie nie docierały trzeszczące arie z odbiornika, w ciche szpary wciskał się gwar z ulicy, która w tej dzielnicy zawsze była żywa i stanowiła niejako przedłużenie domu. Wychodząc za próg można się było spodziewać poczęstowania domową lemoniadą, potknąć o prowizorycznie porozstawiane na chodniku stoliki goszczące starszą część lokalnej społeczności debatującą nad polityką, ceną papierosów i kubaneczkami, stać się celem szczegółowych indagacji wszystkich okolicznych, samozwańczych tíos i dać się zaciągnąć na drugi obiad.
Poza tym łatwo było zauważyć, że spokój pojawiał się zwykle dopiero koło piątej popołudniu, kiedy Estella zasypiała w fotelu przy ulubionym serialu, albo w nocy, po swoich tabletkach na sen i kilku zdrowaśkach. W innych godzinach panował tu chaos z jakim nierozsądnie było walczyć (poza tym, że również bezcelowo) i jakiemu należało pozwolić się wchłonąć.
一 Hojarascas. 一 Kobieta spojrzała znacząco na Milo, który również patrząc jej w oczy nerwowo przełknął kęs omletu. Poruszył skrzydełkami nosa - Estella mocniej zacisnęła kościste palce na suchej palemce - i przez chwilę konwersowali w ciszy językiem jaki prawdopodobnie znali wyłącznie oni. Bo Rivera wiedział w czym rzecz i był rozczarowany, że wciąż mu to wypominano.
一 To ja pójdę po tę choinkę 一 wtrącił z nieoczekiwanym, podejrzanie brzmiącym zaangażowaniem, a resztę swojego jajka dopchał na szybko zagryzając chlebem. 一 Hmm? Oh no no, nie trzeba, uwinę się raz dwa.
Pod czujnym okiem pani Flores Milo wygramolił się zza stołu, ale cofnął się momentalnie na znaczące chrząknięcie; zapomniał zabrać ze sobą pustego talerza i kubka po kawie.
一 Widzisz? 一 Estella zaczepiła Dylana, jednocześnie odprowadzając Riverę spojrzeniem do kuchni. 一 Trzeba go czasami ustawić, bo on sam sobie zaszkodzi. Ty zjedz sobie spokojnie, jesteś gościem, a masło i tak musi się zagrzać. Dolać ci kawy kochanieńki?
Pani Flores najwyraźniej zmieniła taktykę od ubiegłego wieczora; widząc, że jej podopiecznego nie interesowała przesympatyczna, niebieskooka blond panna Diaz i być może niewygasłym macierzyńskim instynktem przewidując, że próby skorygowania jego wyborów sercowych rozbiłyby się o jego upór jak fale o klif, postanowiła przynajmniej patrzeć na nich przez pryzmat serdecznej, platonicznej przyjaźni.
Milo w tym czasie jak w zegarku odstawił naczynia do zlewu, zakasał rękawy i pozmywał, obrywając w ramach porannej uprzejmości papierowym, żółto-czerwonym łańcuchem choinkowym prosto w twarz od Camareny. Zrewanżował się uczepiając drabiny na której Diego i tak z trudem zachowywał równowagę i potrząsnął nią kilka razy sugerując, by zajął się swoją robotą.
一 Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, żebyś przyjechał na święta do nas?
Estella nie była obeznana w sytuacji rodzinnej Gauthiera. Milo postanowił przemilczeć ten fakt z poszanowania dla jego prywatności uznając, że jeżeli temat wypłynie na wierzch, sam stwierdzi co będzie miał ochotę przekazać, a co zostawić dla siebie.
Z przedpokoju dobiegła ich aria dzwoneczków; coś, zapewne ciężki wieniec, konstruowany ręką matki Javiera (którego Dylan miał okazję poznać zeszłej nocy) spadł na podłogę z wysoka, przedarło się też kilka rodzimych przekleństw i bez wątpienia najbardziej bezczelny, złośliwy chichot na jaki stać było Riverę. Potem Diego musiał zeskoczyć z drabiny (donośne klapnięcie) i wyjaśnić się ze zbyt ucieszonym jak na tę porę dnia Milo, bo coś trzepnęło głucho w ścianę pomiędzy przedpokojem a salonem (na przeszklonej półce aż rozćwierkała się porcelana) i musiało dojść do małej szamotaniny - kilka suchych prychnięć (Milo), jedna donośna kurwa (Diego), parę ciężkich oddechów (obaj), aż do boleściwego jęku Camareny i kolejnej salwy śmiechu ze strony Milo, który zgrzany i czerwony po koniuszki uszu wpadł do salonu uznając to za bezpieczne terytorium. Zerkając przez ramię wciąż miał ten typowy dla momentów większej krnąbrności grymas na ustach, a jego pierś unosiła się w rwanych, naglących oddechach jakby znów przebiegł się przez całą ulicę.
一 Jeżeli znajdę choćby jeden defekt na moim wieńcu...
一 Nie znajdziesz 一 odparł natychmiast gładko, wycierając sobie łzy z kącików oczu. 一 Z tak wysoka na pewno nie znajdziesz.
一 Słucham?
一 Nic nic. Diego na pewno będzie delikatny.
Cudem ominął palmę, która ze świstem przeleciała mu nad głową gdy Estella zaniepokojona stanem swoich dekoracji postanowiła wrócić do przedpokoju i dokonać osobistej inspekcji, a wiedząc, że kurczy mu się czas, Milo zaczepił się jeszcze dylanowego łokcia i przykucnął obok krzesła na którym siedział. Zwilżył wargi końcem języka, a uśmiech panoszący się na jego ustach co raz podrywał mu kąciki ku górze.
一 Cokolwiek powie ci ta kobieta, nie bierz tego do siebie 一 poradził poklepując go po przedramieniu, jednocześnie co raz zerkając za siebie w próbie oszacowania ile zostało mu czasu zanim pani Flores zorientuje się, że to on podeptał jeden z jej wieńców. 一 I jeszcze... hej, czy to jest...?
Dopiero teraz, gdy jego palce natrafiły przypadkiem na nadpalony fragment rękawa, zwrócił uwagę na to co Gauthier wciągnął na grzbiet po prysznicu.
Spojrzenie Milo pospiesznie otaksowało go od góry do dołu z zaciekawieniem, charakterystycznym błyskiem w ciemnych oczach, takim, który pojawiał się zazwyczaj wtedy, gdy Rivera analizował nowy, fascynujący przypadek jakiejś usterki albo nietypowej, świeżo odkrytej funkcji w urządzeniu rozebranym na części.
Na chwilę oddzielił w swoim rozumieniu Dylana od swetra, temu drugiemu poświęcając teraz większość uwagi i przesuwając dłonią po rękawie, później po wypłowiałym od wielokrotnych karuzeli w pralce froncie, w skupieniu prowadząc badania. Czuł coś ciepłego, co wypełniało go od środka jak rozgrzana wata, ale nie wiedział czym dokładnie było to odczucie. Nie znał go, mimo to z jakiegoś powodu był przekonany, że Gauthier musiał mieć ten sweter koniecznie na sobie.
Zassał się na wnętrzu swojego prawego policzka i raz jeszcze wygładził dłonią nieistniejące fałdki materiału w okolicy jego piersi, czując nagłą potrzebę dotykania i sprawdzania jak przyjemnie dla oka (i najwidoczniej czegoś w środku) układał się na nim ten stary, znoszony sweter.
Z szeroko otwartymi, skupionymi na tych kilku konkretnych punktach w przestrzeni oczami i bezruchem pomimo palących bólem łydek przez niewygodną pozycję, Milo przypominał kota upatrującego sobie właśnie jakiś cel.
Uniósł rękę pomijając wypukłą wysepkę piersi, podążył palcami do rozciągniętego rantu biegnącego wokół szyi i...
一 MILO CHOLERO JEDNA CHODŹ NO TU SZYBKO I WYJAŚNIJ MI COŚ TY NAROBIŁ Z MOIM WIEŃCEM!
Czar prysł wraz z subtelnym sopranem Estelli zachęcającym do zajrzenia do przedpokoju. Rivera mrugnął i cofnął pospiesznie dłoń, odkaszlnął i zerknął w stronę korytarza krzywiąc się przy tym tak, jakby kazano mu zjeść całą cytrynę.
一 Okay, będę się zbierał 一 oznajmił już z pełnym przekonaniem, wstając i przeciągając się jak akrobata na rozgrzewce. Kilka stawów strzyknęło donośnie, karmelkowy fragmencik brzucha wyjrzał na chwilę na zewnątrz gdy świeża, pomarańczowa bluza uniosła się nieco ku górze. Zdążył jeszcze tylko nachylić się na moment - oparł Dylanowi rękę o ramię, choć nie było to konieczne - po czym z szerokim, wyjątkowo zadowolonym z siebie uśmiechem zawisł mu nad uchem. 一 Pasuje ci mój sweter.
一 ...wszystko polega na tym, żeby dobrze mieszać. Zawsze w lewo, pamiętaj, jak słodkie to koniecznie w lewo 一 dyrygowała Estella, gdy kuchnia wypełniona hiszpańskojęzycznymi pastorałkami z wiekowego radia i zapachem cynamonu stała się ostatnim bastionem normalności. Diego nadal chybotał się na drabinie, ale zamiast wieńców w pocie czoła rozwieszał światełka, a Milo od dwudziestu minut wybierał drzewko choinkowe parę ulic dalej. 一 Z ciebie to przynajmniej nie takie chuchro, machasz tą łyżką jak trzeba i nie dyszysz w miskę. Uprawiasz sporty?
Na ogromnym, ledwo mieszczącym się w kuchni drewnianym stole (pozbijanym przez kogoś własnoręcznie, nie wyglądał jak z katalogu) poza napoczętym masłem, rozsypaną mąką i cukrem oraz miską, jaką Estella wcisnęła Gauthierowi w ręce stały dwa bajecznie kolorowe kubki z gorącą czekoladą. Smakowała podobnie do tej, którą Milo przygotował w listopadzie, ale czuć było, że pani Flores dodawała coś od siebie. Kieliszek rumu, na przykład.
一 Jak wam się tam żyje w tej Kanadzie?
Dylan Gauthier
Głośne, bo Estella zawsze wtrącała swoje trzy grosze, zagajała temat nie potrafiąc znieść ciszy, która rozpleniła się jak chwasty po odejściu jej syna i męża. Bo stare radio, to które Milo naprawiał chyba ze dwadzieścia razy (a Diego nieustannie znosił jej nowe przy każdej nadarzającej się okazji ale to archaiczne było jedynym jakie akceptowała z powodów o jakich obaj nie mieli zielonego pojęcia) wygrywało ulubione przeboje Whitney Houston i Loli Beltrán całe dnie. Bo przez uchylone okna, tam, gdzie nie docierały trzeszczące arie z odbiornika, w ciche szpary wciskał się gwar z ulicy, która w tej dzielnicy zawsze była żywa i stanowiła niejako przedłużenie domu. Wychodząc za próg można się było spodziewać poczęstowania domową lemoniadą, potknąć o prowizorycznie porozstawiane na chodniku stoliki goszczące starszą część lokalnej społeczności debatującą nad polityką, ceną papierosów i kubaneczkami, stać się celem szczegółowych indagacji wszystkich okolicznych, samozwańczych tíos i dać się zaciągnąć na drugi obiad.
Poza tym łatwo było zauważyć, że spokój pojawiał się zwykle dopiero koło piątej popołudniu, kiedy Estella zasypiała w fotelu przy ulubionym serialu, albo w nocy, po swoich tabletkach na sen i kilku zdrowaśkach. W innych godzinach panował tu chaos z jakim nierozsądnie było walczyć (poza tym, że również bezcelowo) i jakiemu należało pozwolić się wchłonąć.
一 Hojarascas. 一 Kobieta spojrzała znacząco na Milo, który również patrząc jej w oczy nerwowo przełknął kęs omletu. Poruszył skrzydełkami nosa - Estella mocniej zacisnęła kościste palce na suchej palemce - i przez chwilę konwersowali w ciszy językiem jaki prawdopodobnie znali wyłącznie oni. Bo Rivera wiedział w czym rzecz i był rozczarowany, że wciąż mu to wypominano.
一 To ja pójdę po tę choinkę 一 wtrącił z nieoczekiwanym, podejrzanie brzmiącym zaangażowaniem, a resztę swojego jajka dopchał na szybko zagryzając chlebem. 一 Hmm? Oh no no, nie trzeba, uwinę się raz dwa.
Pod czujnym okiem pani Flores Milo wygramolił się zza stołu, ale cofnął się momentalnie na znaczące chrząknięcie; zapomniał zabrać ze sobą pustego talerza i kubka po kawie.
一 Widzisz? 一 Estella zaczepiła Dylana, jednocześnie odprowadzając Riverę spojrzeniem do kuchni. 一 Trzeba go czasami ustawić, bo on sam sobie zaszkodzi. Ty zjedz sobie spokojnie, jesteś gościem, a masło i tak musi się zagrzać. Dolać ci kawy kochanieńki?
Pani Flores najwyraźniej zmieniła taktykę od ubiegłego wieczora; widząc, że jej podopiecznego nie interesowała przesympatyczna, niebieskooka blond panna Diaz i być może niewygasłym macierzyńskim instynktem przewidując, że próby skorygowania jego wyborów sercowych rozbiłyby się o jego upór jak fale o klif, postanowiła przynajmniej patrzeć na nich przez pryzmat serdecznej, platonicznej przyjaźni.
Milo w tym czasie jak w zegarku odstawił naczynia do zlewu, zakasał rękawy i pozmywał, obrywając w ramach porannej uprzejmości papierowym, żółto-czerwonym łańcuchem choinkowym prosto w twarz od Camareny. Zrewanżował się uczepiając drabiny na której Diego i tak z trudem zachowywał równowagę i potrząsnął nią kilka razy sugerując, by zajął się swoją robotą.
一 Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, żebyś przyjechał na święta do nas?
Estella nie była obeznana w sytuacji rodzinnej Gauthiera. Milo postanowił przemilczeć ten fakt z poszanowania dla jego prywatności uznając, że jeżeli temat wypłynie na wierzch, sam stwierdzi co będzie miał ochotę przekazać, a co zostawić dla siebie.
Z przedpokoju dobiegła ich aria dzwoneczków; coś, zapewne ciężki wieniec, konstruowany ręką matki Javiera (którego Dylan miał okazję poznać zeszłej nocy) spadł na podłogę z wysoka, przedarło się też kilka rodzimych przekleństw i bez wątpienia najbardziej bezczelny, złośliwy chichot na jaki stać było Riverę. Potem Diego musiał zeskoczyć z drabiny (donośne klapnięcie) i wyjaśnić się ze zbyt ucieszonym jak na tę porę dnia Milo, bo coś trzepnęło głucho w ścianę pomiędzy przedpokojem a salonem (na przeszklonej półce aż rozćwierkała się porcelana) i musiało dojść do małej szamotaniny - kilka suchych prychnięć (Milo), jedna donośna kurwa (Diego), parę ciężkich oddechów (obaj), aż do boleściwego jęku Camareny i kolejnej salwy śmiechu ze strony Milo, który zgrzany i czerwony po koniuszki uszu wpadł do salonu uznając to za bezpieczne terytorium. Zerkając przez ramię wciąż miał ten typowy dla momentów większej krnąbrności grymas na ustach, a jego pierś unosiła się w rwanych, naglących oddechach jakby znów przebiegł się przez całą ulicę.
一 Jeżeli znajdę choćby jeden defekt na moim wieńcu...
一 Nie znajdziesz 一 odparł natychmiast gładko, wycierając sobie łzy z kącików oczu. 一 Z tak wysoka na pewno nie znajdziesz.
一 Słucham?
一 Nic nic. Diego na pewno będzie delikatny.
Cudem ominął palmę, która ze świstem przeleciała mu nad głową gdy Estella zaniepokojona stanem swoich dekoracji postanowiła wrócić do przedpokoju i dokonać osobistej inspekcji, a wiedząc, że kurczy mu się czas, Milo zaczepił się jeszcze dylanowego łokcia i przykucnął obok krzesła na którym siedział. Zwilżył wargi końcem języka, a uśmiech panoszący się na jego ustach co raz podrywał mu kąciki ku górze.
一 Cokolwiek powie ci ta kobieta, nie bierz tego do siebie 一 poradził poklepując go po przedramieniu, jednocześnie co raz zerkając za siebie w próbie oszacowania ile zostało mu czasu zanim pani Flores zorientuje się, że to on podeptał jeden z jej wieńców. 一 I jeszcze... hej, czy to jest...?
Dopiero teraz, gdy jego palce natrafiły przypadkiem na nadpalony fragment rękawa, zwrócił uwagę na to co Gauthier wciągnął na grzbiet po prysznicu.
Spojrzenie Milo pospiesznie otaksowało go od góry do dołu z zaciekawieniem, charakterystycznym błyskiem w ciemnych oczach, takim, który pojawiał się zazwyczaj wtedy, gdy Rivera analizował nowy, fascynujący przypadek jakiejś usterki albo nietypowej, świeżo odkrytej funkcji w urządzeniu rozebranym na części.
Na chwilę oddzielił w swoim rozumieniu Dylana od swetra, temu drugiemu poświęcając teraz większość uwagi i przesuwając dłonią po rękawie, później po wypłowiałym od wielokrotnych karuzeli w pralce froncie, w skupieniu prowadząc badania. Czuł coś ciepłego, co wypełniało go od środka jak rozgrzana wata, ale nie wiedział czym dokładnie było to odczucie. Nie znał go, mimo to z jakiegoś powodu był przekonany, że Gauthier musiał mieć ten sweter koniecznie na sobie.
Zassał się na wnętrzu swojego prawego policzka i raz jeszcze wygładził dłonią nieistniejące fałdki materiału w okolicy jego piersi, czując nagłą potrzebę dotykania i sprawdzania jak przyjemnie dla oka (i najwidoczniej czegoś w środku) układał się na nim ten stary, znoszony sweter.
Z szeroko otwartymi, skupionymi na tych kilku konkretnych punktach w przestrzeni oczami i bezruchem pomimo palących bólem łydek przez niewygodną pozycję, Milo przypominał kota upatrującego sobie właśnie jakiś cel.
Uniósł rękę pomijając wypukłą wysepkę piersi, podążył palcami do rozciągniętego rantu biegnącego wokół szyi i...
一 MILO CHOLERO JEDNA CHODŹ NO TU SZYBKO I WYJAŚNIJ MI COŚ TY NAROBIŁ Z MOIM WIEŃCEM!
Czar prysł wraz z subtelnym sopranem Estelli zachęcającym do zajrzenia do przedpokoju. Rivera mrugnął i cofnął pospiesznie dłoń, odkaszlnął i zerknął w stronę korytarza krzywiąc się przy tym tak, jakby kazano mu zjeść całą cytrynę.
一 Okay, będę się zbierał 一 oznajmił już z pełnym przekonaniem, wstając i przeciągając się jak akrobata na rozgrzewce. Kilka stawów strzyknęło donośnie, karmelkowy fragmencik brzucha wyjrzał na chwilę na zewnątrz gdy świeża, pomarańczowa bluza uniosła się nieco ku górze. Zdążył jeszcze tylko nachylić się na moment - oparł Dylanowi rękę o ramię, choć nie było to konieczne - po czym z szerokim, wyjątkowo zadowolonym z siebie uśmiechem zawisł mu nad uchem. 一 Pasuje ci mój sweter.
一 ...wszystko polega na tym, żeby dobrze mieszać. Zawsze w lewo, pamiętaj, jak słodkie to koniecznie w lewo 一 dyrygowała Estella, gdy kuchnia wypełniona hiszpańskojęzycznymi pastorałkami z wiekowego radia i zapachem cynamonu stała się ostatnim bastionem normalności. Diego nadal chybotał się na drabinie, ale zamiast wieńców w pocie czoła rozwieszał światełka, a Milo od dwudziestu minut wybierał drzewko choinkowe parę ulic dalej. 一 Z ciebie to przynajmniej nie takie chuchro, machasz tą łyżką jak trzeba i nie dyszysz w miskę. Uprawiasz sporty?
Na ogromnym, ledwo mieszczącym się w kuchni drewnianym stole (pozbijanym przez kogoś własnoręcznie, nie wyglądał jak z katalogu) poza napoczętym masłem, rozsypaną mąką i cukrem oraz miską, jaką Estella wcisnęła Gauthierowi w ręce stały dwa bajecznie kolorowe kubki z gorącą czekoladą. Smakowała podobnie do tej, którą Milo przygotował w listopadzie, ale czuć było, że pani Flores dodawała coś od siebie. Kieliszek rumu, na przykład.
一 Jak wam się tam żyje w tej Kanadzie?
Dylan Gauthier