Strona 7 z 8

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sty 27, 2026 1:22 pm
autor: Milo Rivera
Ich mieszkanie zawsze było głośne, ale nie w konwencjonalnym tego słowa znaczeniu.
Głośne, bo Estella zawsze wtrącała swoje trzy grosze, zagajała temat nie potrafiąc znieść ciszy, która rozpleniła się jak chwasty po odejściu jej syna i męża. Bo stare radio, to które Milo naprawiał chyba ze dwadzieścia razy (a Diego nieustannie znosił jej nowe przy każdej nadarzającej się okazji ale to archaiczne było jedynym jakie akceptowała z powodów o jakich obaj nie mieli zielonego pojęcia) wygrywało ulubione przeboje Whitney Houston i Loli Beltrán całe dnie. Bo przez uchylone okna, tam, gdzie nie docierały trzeszczące arie z odbiornika, w ciche szpary wciskał się gwar z ulicy, która w tej dzielnicy zawsze była żywa i stanowiła niejako przedłużenie domu. Wychodząc za próg można się było spodziewać poczęstowania domową lemoniadą, potknąć o prowizorycznie porozstawiane na chodniku stoliki goszczące starszą część lokalnej społeczności debatującą nad polityką, ceną papierosów i kubaneczkami, stać się celem szczegółowych indagacji wszystkich okolicznych, samozwańczych tíos i dać się zaciągnąć na drugi obiad.
Poza tym łatwo było zauważyć, że spokój pojawiał się zwykle dopiero koło piątej popołudniu, kiedy Estella zasypiała w fotelu przy ulubionym serialu, albo w nocy, po swoich tabletkach na sen i kilku zdrowaśkach. W innych godzinach panował tu chaos z jakim nierozsądnie było walczyć (poza tym, że również bezcelowo) i jakiemu należało pozwolić się wchłonąć.
Hojarascas. 一 Kobieta spojrzała znacząco na Milo, który również patrząc jej w oczy nerwowo przełknął kęs omletu. Poruszył skrzydełkami nosa - Estella mocniej zacisnęła kościste palce na suchej palemce - i przez chwilę konwersowali w ciszy językiem jaki prawdopodobnie znali wyłącznie oni. Bo Rivera wiedział w czym rzecz i był rozczarowany, że wciąż mu to wypominano.
To ja pójdę po tę choinkę 一 wtrącił z nieoczekiwanym, podejrzanie brzmiącym zaangażowaniem, a resztę swojego jajka dopchał na szybko zagryzając chlebem. 一 Hmm? Oh no no, nie trzeba, uwinę się raz dwa.
Pod czujnym okiem pani Flores Milo wygramolił się zza stołu, ale cofnął się momentalnie na znaczące chrząknięcie; zapomniał zabrać ze sobą pustego talerza i kubka po kawie.

Widzisz? 一 Estella zaczepiła Dylana, jednocześnie odprowadzając Riverę spojrzeniem do kuchni. 一 Trzeba go czasami ustawić, bo on sam sobie zaszkodzi. Ty zjedz sobie spokojnie, jesteś gościem, a masło i tak musi się zagrzać. Dolać ci kawy kochanieńki?
Pani Flores najwyraźniej zmieniła taktykę od ubiegłego wieczora; widząc, że jej podopiecznego nie interesowała przesympatyczna, niebieskooka blond panna Diaz i być może niewygasłym macierzyńskim instynktem przewidując, że próby skorygowania jego wyborów sercowych rozbiłyby się o jego upór jak fale o klif, postanowiła przynajmniej patrzeć na nich przez pryzmat serdecznej, platonicznej przyjaźni.
Milo w tym czasie jak w zegarku odstawił naczynia do zlewu, zakasał rękawy i pozmywał, obrywając w ramach porannej uprzejmości papierowym, żółto-czerwonym łańcuchem choinkowym prosto w twarz od Camareny. Zrewanżował się uczepiając drabiny na której Diego i tak z trudem zachowywał równowagę i potrząsnął nią kilka razy sugerując, by zajął się swoją robotą.

Twoi rodzice nie mieli nic przeciwko, żebyś przyjechał na święta do nas?
Estella nie była obeznana w sytuacji rodzinnej Gauthiera. Milo postanowił przemilczeć ten fakt z poszanowania dla jego prywatności uznając, że jeżeli temat wypłynie na wierzch, sam stwierdzi co będzie miał ochotę przekazać, a co zostawić dla siebie.
Z przedpokoju dobiegła ich aria dzwoneczków; coś, zapewne ciężki wieniec, konstruowany ręką matki Javiera (którego Dylan miał okazję poznać zeszłej nocy) spadł na podłogę z wysoka, przedarło się też kilka rodzimych przekleństw i bez wątpienia najbardziej bezczelny, złośliwy chichot na jaki stać było Riverę. Potem Diego musiał zeskoczyć z drabiny (donośne klapnięcie) i wyjaśnić się ze zbyt ucieszonym jak na tę porę dnia Milo, bo coś trzepnęło głucho w ścianę pomiędzy przedpokojem a salonem (na przeszklonej półce aż rozćwierkała się porcelana) i musiało dojść do małej szamotaniny - kilka suchych prychnięć (Milo), jedna donośna kurwa (Diego), parę ciężkich oddechów (obaj), aż do boleściwego jęku Camareny i kolejnej salwy śmiechu ze strony Milo, który zgrzany i czerwony po koniuszki uszu wpadł do salonu uznając to za bezpieczne terytorium. Zerkając przez ramię wciąż miał ten typowy dla momentów większej krnąbrności grymas na ustach, a jego pierś unosiła się w rwanych, naglących oddechach jakby znów przebiegł się przez całą ulicę.

Jeżeli znajdę choćby jeden defekt na moim wieńcu...
Nie znajdziesz 一 odparł natychmiast gładko, wycierając sobie łzy z kącików oczu. 一 Z tak wysoka na pewno nie znajdziesz.
Słucham?
Nic nic. Diego na pewno będzie delikatny.
Cudem ominął palmę, która ze świstem przeleciała mu nad głową gdy Estella zaniepokojona stanem swoich dekoracji postanowiła wrócić do przedpokoju i dokonać osobistej inspekcji, a wiedząc, że kurczy mu się czas, Milo zaczepił się jeszcze dylanowego łokcia i przykucnął obok krzesła na którym siedział. Zwilżył wargi końcem języka, a uśmiech panoszący się na jego ustach co raz podrywał mu kąciki ku górze.

Cokolwiek powie ci ta kobieta, nie bierz tego do siebie 一 poradził poklepując go po przedramieniu, jednocześnie co raz zerkając za siebie w próbie oszacowania ile zostało mu czasu zanim pani Flores zorientuje się, że to on podeptał jeden z jej wieńców. 一 I jeszcze... hej, czy to jest...?
Dopiero teraz, gdy jego palce natrafiły przypadkiem na nadpalony fragment rękawa, zwrócił uwagę na to co Gauthier wciągnął na grzbiet po prysznicu.
Spojrzenie Milo pospiesznie otaksowało go od góry do dołu z zaciekawieniem, charakterystycznym błyskiem w ciemnych oczach, takim, który pojawiał się zazwyczaj wtedy, gdy Rivera analizował nowy, fascynujący przypadek jakiejś usterki albo nietypowej, świeżo odkrytej funkcji w urządzeniu rozebranym na części.
Na chwilę oddzielił w swoim rozumieniu Dylana od swetra, temu drugiemu poświęcając teraz większość uwagi i przesuwając dłonią po rękawie, później po wypłowiałym od wielokrotnych karuzeli w pralce froncie, w skupieniu prowadząc badania. Czuł coś ciepłego, co wypełniało go od środka jak rozgrzana wata, ale nie wiedział czym dokładnie było to odczucie. Nie znał go, mimo to z jakiegoś powodu był przekonany, że Gauthier musiał mieć ten sweter koniecznie na sobie.
Zassał się na wnętrzu swojego prawego policzka i raz jeszcze wygładził dłonią nieistniejące fałdki materiału w okolicy jego piersi, czując nagłą potrzebę dotykania i sprawdzania jak przyjemnie dla oka (i najwidoczniej czegoś w środku) układał się na nim ten stary, znoszony sweter.
Z szeroko otwartymi, skupionymi na tych kilku konkretnych punktach w przestrzeni oczami i bezruchem pomimo palących bólem łydek przez niewygodną pozycję, Milo przypominał kota upatrującego sobie właśnie jakiś cel.
Uniósł rękę pomijając wypukłą wysepkę piersi, podążył palcami do rozciągniętego rantu biegnącego wokół szyi i...

MILO CHOLERO JEDNA CHODŹ NO TU SZYBKO I WYJAŚNIJ MI COŚ TY NAROBIŁ Z MOIM WIEŃCEM!
Czar prysł wraz z subtelnym sopranem Estelli zachęcającym do zajrzenia do przedpokoju. Rivera mrugnął i cofnął pospiesznie dłoń, odkaszlnął i zerknął w stronę korytarza krzywiąc się przy tym tak, jakby kazano mu zjeść całą cytrynę.

Okay, będę się zbierał 一 oznajmił już z pełnym przekonaniem, wstając i przeciągając się jak akrobata na rozgrzewce. Kilka stawów strzyknęło donośnie, karmelkowy fragmencik brzucha wyjrzał na chwilę na zewnątrz gdy świeża, pomarańczowa bluza uniosła się nieco ku górze. Zdążył jeszcze tylko nachylić się na moment - oparł Dylanowi rękę o ramię, choć nie było to konieczne - po czym z szerokim, wyjątkowo zadowolonym z siebie uśmiechem zawisł mu nad uchem. 一 Pasuje ci mój sweter.



...wszystko polega na tym, żeby dobrze mieszać. Zawsze w lewo, pamiętaj, jak słodkie to koniecznie w lewo 一 dyrygowała Estella, gdy kuchnia wypełniona hiszpańskojęzycznymi pastorałkami z wiekowego radia i zapachem cynamonu stała się ostatnim bastionem normalności. Diego nadal chybotał się na drabinie, ale zamiast wieńców w pocie czoła rozwieszał światełka, a Milo od dwudziestu minut wybierał drzewko choinkowe parę ulic dalej. 一 Z ciebie to przynajmniej nie takie chuchro, machasz tą łyżką jak trzeba i nie dyszysz w miskę. Uprawiasz sporty?
Na ogromnym, ledwo mieszczącym się w kuchni drewnianym stole (pozbijanym przez kogoś własnoręcznie, nie wyglądał jak z katalogu) poza napoczętym masłem, rozsypaną mąką i cukrem oraz miską, jaką Estella wcisnęła Gauthierowi w ręce stały dwa bajecznie kolorowe kubki z gorącą czekoladą. Smakowała podobnie do tej, którą Milo przygotował w listopadzie, ale czuć było, że pani Flores dodawała coś od siebie. Kieliszek rumu, na przykład.

Jak wam się tam żyje w tej Kanadzie?


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 28, 2026 2:29 am
autor: Dylan Gauthier
Po odprowadzeniu Milo wzrokiem skupił się na wyjątkowo uprzejmej pani domu, odmawiając dodatkowego kubka kawy i sprawnie kończąc własny posiłek. Obserwowanie z boku tak odmiennej dynamiki od swojej własnej, oraz znajdowanie się w roli pionka, zamiast dyrygenta całego przedstawienia, po raz pierwszy od lat, oferowało mu świeżą perspektywę. Zaczynał się do tego przyzwyczajać, miał wrażenie, że cały ten wyjazd polegał na odwracaniu ról i zmuszał go do odnalezienia się w swojej bez scenariusza.
- Nic a nic. Podrzuciłem prezenty wcześniej, rodzina nie będzie za mną tęsknić - zażartował, nie zamierzając wyskakiwać ze swoją historią rodzinną przy śniadaniu. - Ojciec kazał przekazać Wesołych Świąt - dodał tylko, zostawiając w domyśle brak matki w tym równaniu. Od ciągnięcia tematu oderwały go hałasy z przedpokoju, w pierwszej chwili budzące chęć zebrania się z miejsca by skontrolować sytuację, i przede wszystkim stan Milo, chociaż w następnej dał radę ją opanować, kiedy usłyszał jego śmiech. To z kolei wybudziło w nim nowe odczucie, gryzące go w brzuch i przypominające nastrojem to samo, co przeżywał poprzedniego wieczora, gdy między rzucanymi na wiatr aluzjami Rivera i tak poszedł szukać kurtki w pokoju Diego. Wbił wzrok we framugę drzwi, wypuszczając powoli oddech i wczepiając palce z powrotem w sztywniejsze, naruszone nitki na rękawie, w próbie upomnienia się, że nie powinien jeżyć się na fakt posiadania przez niego bliskich znajomych. Zwykle nie było to problemem, większość osób przewijających się w życiu prywatnym Milo przyjmował bez mrugnięcia okiem, jednak ten konkretny przypadek okazywał się wyjątkowo trudny do przełknięcia. Zwłaszcza, że od rozmów sam na sam oraz ich małej konfrontacji przy barze, chcąc nie chcąc doszukiwał się podwójnego dna w najmniejszych gestach i widok zdyszanego chłopaka pojawiającego się w drzwiach tylko pogarszał sprawę.
Dał radę wygładzić pakujący mu się na twarz grymas zanim ten wrócił do stołu i odwrócił się nieznacznie w jego stronę, by dotknąć kolanem jego ramienia i niemo zaoferować dodatkową podpórkę w kucaniu.
- Nic ci nie jest? - spytał z trochę wymuszonym humorem, oglądając go pobieżnie w poszukiwaniu widocznych obrażeń. Starczyłby jeden nowy ślad na skórze, by zebrał się z miejsca i porozmawiał sobie z Camareną trochę inaczej, nie interesując się nawet kto zaczął. - Hm? - mruknął na wpół skupiony, spoglądając pytająco na jego twarz, potem na aktualnie noszony sweter i... no tak. Wcześniejsze spięcie dało radę trochę zelżeć, zastąpione cichą radością na jego chwilowe zwarcie systemu. - Pozwoliłem sobie pogrzebać ci w szafie - przyznał zniżonym tonem, jakby cokolwiek głośniejszego miało przepłoszyć jego palce, badające materiał jakby pierwszy widział go na oczy. Ostatecznie nie wywołał tego sam, jednak mile widziany dotyk zniknął, a Dylan prychnął rozbawiony zarówno oskarżeniem, jak i miną wpływającą na twarz Milo. - Lepiej uciekaj - polecił, podnosząc dłoń do palców opartych o swoje ramię by pogładzić je w przelocie na pożegnanie. W następnej chwili policzki zapłonęły mu żywym ogniem, niespodziewany komplement tuż przy uchu urwał połączenie jego mózgu z językiem, a kiedy zostali sami i gospodyni dopytała o jego stan zdrowia ze względu na zmianę odcienia, wymamrotał coś o grudce pieprzu w omlecie i zmienił temat na zaplanowane ciastka.


Wrzucony w środek swojego żywiołu, z rękawami zawiniętymi schludnie nad łokcie i pożyczonym od Estelli fartuszkiem związanym w pasie, przerzucał wszelkie niewypowiedziane emocje na ukręcanie ciasta. Dzielenie kuchni z nową osobą zawsze stanowiło pewne wyzwanie, jednak podjął strategię wykonywania poleceń bez pytania i chłonięcia wszelkich skrawków wiedzy jakimi miała ochotę się z nim podzielić - spisane przepisy nie umywały się do personalnego doświadczenia i złotych rad pokoleniowych.
- Koszykówka, głównie - przyznał, zaskoczony pozytywną oceną swojej zdolności mieszania. Chociaż powinien chyba zacząć oswajać się z faktem, że pani Flores zdawała skupiać się na kwestiach niezauważalnych dla reszty ludzi. - I pracuję na kuchni, da się przyzwyczaić. Chociaż pierwszy raz słyszę, że strona ma znaczenie - dodał, spoglądając na coraz gładszą masę lepiącą się do drewnianej łyżki. Zwykle trzymał się swojej części kuchni, jednak Charlie zdarzało się pożyczać go na stronę cukierniczą i to od niej podłapywał coraz większą sympatię do rozległego świata słodkich wypieków. I niewątpliwie zamierzał przekazać jej, że mieszanie musiało odbywać się tylko w lewo. - A pani? Tyle siły w rękach nie przychodzi samo z siebie. Diego pewnie by potwierdził - zauważył, posyłając jej uśmiech na przełomie pochlebnego i konspiracyjnego. Nie zapomniał o dyskusji mającej miejsce przy stole poprzedniego dnia i wątpił by w ciągu nocy zmieniła podejście co do ich związku, jednak wolał strategicznie się jej przypodobać, w cichej nadziei, że stopniowo ją do siebie przekona. Lepsze to niż niepotrzebnie napięte święta.
- Spokojnie - nie licząc pewnego brata marnotrawnego nachodzącego Milo w pracy, co wolał jednak przemilczeć. - Lepiej, od kiedy wprowadziłem się do Milo. Pilnuję, żeby jadł obiady - pochwalił się, podnosząc krótkie spojrzenie na panią Flores przed powrotem do wpatrywania się w miskę, jakby kontrolował by ciasto nie dało nogi w momencie nieuwagi. - A tak to studia, praca, jakoś to leci. Na ten moment egzaminy z głowy, wszystko pozdawane, a Milo znowu przeszedł samego siebie. Mam już wrażenie, że ogarnia temat lepiej niż jego wykładowcy - podzielił się pobieżnie rozrysowanym obrazem ich codziennego życia, nie potrafiąc powstrzymać dumy wkradającej się do swojego głosu. Chodził z geniuszem i zamierzał się tym chwalić.
- Masa wydaje się już gładka - oznajmij informacyjnie, kiedy ostatnie potencjalne grudki zniknęły mu z oczu już kilka obrotów wcześniej, w oczekiwaniu na dalsze instrukcje.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 28, 2026 3:28 am
autor: Milo Rivera
Estella przyciszyła odbiornik gdy Sinatra zaczął dominować kuchenny spokój. Od paru minut studziła napar z cynamonu i goździków mieszając łyżką w emaliowanym rondelku w pstrokate kwiatki, co nie przeszkadzało jej w czujnym obserwowaniu każdego ruchu jaki Dylan wykonywał nad miską. Zupełnie jakby bez jej surowego nadzoru ciasto miało zmienić kolor albo stan skupienia.
Naprawdę? Nasz Diego też kiedyś grał, myślałam, że pójdzie w tym kierunku. Życie weryfikuje plany, prawda? 一 napomknęła enigmatycznie, jednocześnie rytmicznie ostukując brzegi rondelka łyżką. W jej kuchni, kolorowej, pełnej zapachów i smaków oraz niekonwencjonalnych połączeń figurowały również pewne skrupulatnie przekazywane z pokolenia na pokolenie chałupnicze rytuały, niezauważalne dla postronnego oka, ale niezwykle istotne dla sprawnego funkcjonowania domu rozumianego jako coś więcej niż ściany i kilka krzeseł. 一 Ale tak, to rzeczywiście widać. Tu, o. 一 Estella wyciągnęła rękę i poklepała Dylana po przedramionach, nie krępując się ani trochę. 一 Praca na kuchni to dobra rzecz, uczciwy zarobek.
Rozpoznanie czy był to w istocie komplement czy zwykłe stwierdzenie faktu nie należało do rzeczy łatwych; pani Flores chętnie wygłaszała opinie, mniej chętnie udzielała pochlebstw, częściej częstowała przytykami co częściowo tłumaczył wiek. Ponadto, mimo że wydawało się jakoby lata świetności zmysłów miała już za sobą, była doskonałym obserwatorem i nie utraciła nic ze swojej matczynej intuicji.
Nie skomentowała jednak wzmianki o Camarenie, zamiast tego skupiła się na dolewaniu Gauthierowi cynamonowo-goździkowej herbaty do ciasta.

Zobacz, musi być ostygnięte 一 tłumaczyła jednocześnie podlewając bursztynowym naparem gładką masę. 一 Nie dodajemy jajek, ale nie chcemy, żeby zrobiły się kluski. No, Daniel, mieszaj, mieszaj, bo w tym tempie to będziemy tu stać do wieczora.
Kilka bransoletek kołyszących się na jej chudych przegubach zaklekotało gdy chwyciła Gauthiera za rękę i wprowadziła zadowalające ją tempo, a kilka pasm miejscami siwiejących włosów wysmyknęło się z ciasnego upięcia schludnego koka.

Więc dobrze sobie tam radzi? 一 zapytała wreszcie, dając tym samym znak, że nie zignorowała wtrącenia jakie pojawiło się wśród opowieści o egzaminach i życiu codziennym w kanadyjskiej rzeczywistości. 一 Nie jest tam sam?
Nie oderwała skupionego spojrzenia od miski, a ostatnie krople zaprawy sprawnie i cierpliwie kierowała do ciasta, mimo to coś w mocnym akcencie jaki bez wątpienia położyła na ostatnie słowo ujmowało lekkości pozornie błahego pytania.
Świat uniwersytetów był jej obcy, sama ukończyła zaledwie kurs korespondencyjny z ekonomii i nie znała realiów życia poza domem, El Camino, a niegdyś małym sklepem jaki prowadziła wraz z Estebanem. Pamięć zawodziła ją nawet wtedy, gdy próbowała sięgnąć nią do czasów dzieciństwa, do małej wioski nieopodal stolicy i ciepłego, ostrego meksykańskiego słońca. Podobnie jak Milo była dziewczynką gdy rodzice migrowali w poszukiwaniu lepszej przyszłości, która pomimo wielkiej wiary w amerykański sen okazała się dla nich niedostępna. Szczegóły poszły w niepamięć, ale uczucie było wciąż obecne, znajome i przypominało o sobie ilekroć patrzyła na któregoś ze swoich podopiecznych.

No, teraz nie mieszaj już, tyle wystarczy. Do woreczka i do lodówki, musi się schłodzić zanim rozwałkujemy, bo inaczej rozpuści się nam na stolnicy 一 zawiadywała już teraz zza stołu i zza filiżanki mocnej, czarnej kawy słodzonej agawą. Nie pochwaliła go ani razu, ale w przypadku Estelli był to wręcz komplement; jeżeli nie miała uwag należało uznać to za sukces, zwłaszcza, że wyglądała na zadowoloną z konsystencji ciasta.
Z przedpokoju doleciało ich kolejne siarczyste przekleństwo i Diego, sądząc po odgłosie, z frustracji kopnął właśnie w pudło posyłając je na drugi koniec korytarza. Estella zacisnęła jedynie cierpko wargi i łyknęła swojej smoły uznając, że nie jest to warte przerywania celebracji kawy w południe.

A co ty studiujesz? Milo wspominał, że coś laboratoryjnego, ale ja nie mam do tego głowy. Jest po tym jakaś praca? Da się z tego wyżywić rodzinę?
Kolejne indagacje zawężały się coraz bardziej do stworzenia wizji lokalnej, planów na przyszłość i, co stawało się oczywiste gdy miało się pojęcie o przywiązaniu jakim Flores darzyła najmłodszego z mieszkających pod jej dachem, gdzie pośród nich znajdowało się miejsce dla Milo - i czy w ogóle.
Towarzyszący pytaniom brak subtelności był jej znakiem firmowym.
Ciche kliknięcie zaanonsowało koniec audycji za którą nie przepadała, rozjaśniła się natomiast i wręcz odmłodniała, gdy tylko usłyszała Los Ángeles Azules ze swoim flagowym Cómo Te Voy A Olvidar. Przez moment patrzyła na odbiornik z niemym zaskoczeniem, jak na dawno niewidzianego, starego przyjaciela. Coś musiało poruszyć jej pamięć, coś ją tknęło - głęboko - i dopiero po chwili otrząsnęła się z tego krótkiego letargu, skrawkiem kolorowej chusty jaką nosiła niczym narzutkę ocierając kącik oka.
Sentyment.

Tańczyliśmy do tego z Estebanem 一 objaśniła zanim poratowała się kolejnym łykiem kawy; trwało to ledwie parę sekund: zaciśnięte gardło, palce mocniej obejmujące filiżankę, nerwowe drgnięcie brwi. Tęsknota była uniwersalnym językiem znanym każdemu, niezależnie od kraju pochodzenia.
Nieważne 一 ucięła zanim padłoby niewygodne pytanie, albo co gorsza - współczucie. 一 Opowiem ci o czymś ciekawszym. Może... ano właśnie, hojarascas! Jestem pewna, że Milo nie zająknął się słowem o tym jak kiedyś przed bożym narodzeniem wyjadł wszystkie ciastka z puszki i pochorował się w sam raz na wigilię? Był dziwnym dzieckiem, czasami nie jadł wcale, a czasami rzucał się na co popadnie jakbym go nie karmiła. Teraz je normalnie?


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 28, 2026 1:59 pm
autor: Dylan Gauthier
Pomimo stale nawracających spięć i dyskomfortu, które niewątpliwie wychylą jeszcze głowę nieraz podczas ich pobytu w Sacramento, wejście w rolę asystenta Estelli zdawało się uśpić wszelkie dotychczasowe problemy i pozwolić na chwilę relaksu. Przyzwyczajony do przyswajania bez słowa instrukcji szefa kuchni, dostosowywał się płynnie do nowych poleceń, zmian i poprawek, a wszelkie wyjaśnienia procesu notował skrupulatnie gdzieś z tyłu głowy. Na później. Jak będzie chciał dać Milo skrawek domu po powrocie do zimnego Toronto.
Otworzył usta w chęci odpowiedzenia na pytanie od razu, jednak kolejne zatrzymało go zanim zdążył wydać z siebie jakikolwiek dźwięk. Ponownie je zamknął, przełknął ślinę i spróbował jeszcze raz, pomimo pierwszego instynktu faktycznie dając sobie chwilę na przemyślenie sensu tego pytania.
- Nie jest. Ma dobrych znajomych, ma do kogo się zwrócić, ludzi chętnych go wesprzeć - wyliczył, skupiając się na tym, czego mogło brakować mu po wyjeździe z tak ścisłej społeczności, i o co zapewne pytała pani Flores. Tam nie mógł na to liczyć, nie zamierzał okłamywać ani siebie, ani jej, ale z jego perspektywy posiadał wsparcie w przynajmniej kilku osobach. - I ma mnie. Tak długo jak mam cokolwiek do powiedzenia w temacie, samotność mu nie grozi - przyznał, mimo wszystko czując potrzebę by podkreślić swoją pozycję w jego życiu. Nawet jeśli Estella próbowała to ignorować, miał zamiar kręcić się w jego orbicie jeszcze długi czas i zamierzał ją do tego przyzwyczaić.
- Na ile do lodówki? - dopytał, podnosząc się z miejsca by znaleźć woreczek i dokończyć swoje aktualne zadanie. Po znalezieniu bezpiecznego miejsca na ciasto na półce lodówki przemył dłonie i wrócił do stołu, by sięgnąć po swoją gorącą czekoladę.
- Diagnostyka laboratoryjna i patofizjologia, to... medycyna, w sumie. Badanie komórek, szukanie powodów powstawania chorób. Nie będę po tym przyjmował pacjentów, ale może dam radę komuś pomóc zza kulisów - opowiedział zwięźle, obejmując kubek obiema dłońmi i opierając się tyłem o blat kuchenny naprzeciwko Estelli. - Zarobki są dobre, raczej nie ma problemu z dostaniem pracy w zawodzie. Właściwie stąd ten wybór, chciałem coś stabilnego - wyznał, odrobinę zaskakując samego siebie. Nie była to nowość, wiedział o tym doskonale w momencie wybierania kierunku, jednak zazwyczaj nie wspominał o tym sam z siebie, woląc by rozmówcy dopowiedzieli sobie jakiś słuszny cel i powołanie.
Chwila emocjonalności ze strony pani domu wyciągnęła z niego łagodny, ciepły uśmiech schowany za brzegiem podniesionego do ust naczynia. Skupił się na piosence, nieznajomej, ale przyjemnej, wyjątkowo klimatycznej i jedynie cementującej jego głęboką sympatię do latynoskiej muzyki. Jeszcze zanim zaczął kręcić się wkoło Rivery kojarzył hiszpański przede wszystkim z utworami, jakie bardzo łatwo potrafiły poprawić mu humor w gorsze dni. Dał Estelli przejść przez sentymentalny moment bez komentarza, wskakując w rozmowę dopiero kiedy dostał dokładnie to, na co liczył kiedy tam przyjeżdżał - anegdotki o Milo.
- Względnie - odparł, nawet nie próbując tłumić rozbawionego uśmiechu na myśl o tym małym gremlinie kitrającym się w rogu na poddaszu z puszką ciastek. - Wciąż woli żelki od normalnego jedzenia, ale pracujemy nad tym - dodał, by trochę rozjaśnić sytuację. - Staram się wciskać mu przynajmniej jeden porządny posiłek dziennie i zwykle nie ma z tym problemu - podsumował, jako że nie mógł pochwalić się pełnym sukcesem. Wciąż były momenty gdy ten pochłonięty projektem nie tykał nawet talerza podstawionego mu pod drzwi, albo pod nos, ale miał wrażenie, że od wejścia mu w życie z butami miał w miarę pozytywny wpływ na jego życie, przynajmniej pod kątem żywienia.
- Jaki był? Jako nastolatek, jak pierwszy raz go poznałaś - dopytał po chwili zastanowienia, jako że dziwne dziecko nie mówiło mu zbyt wiele. Powoli sklejał pewien obrazek z podrzucanych mu fragmentów, z tego co sam widział w jego pokoju, wywnioskował po spotkaniu z jego znajomymi, czy wyciągnął z rzucanych w przelocie komentarzy. Wiele rzeczy dla innych było oczywistością, stałym elementem wspólnej przeszłości, jednak sam odkrywał, że wiedział tyle co nic i chciał to zmienić.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr sty 28, 2026 2:44 pm
autor: Milo Rivera
Zza okna zaczynał dobiegać gwar, przeplatanka co najmniej kilkunastu różnych głosów nawołujących się wzajemnie, dyktujących zadania w ten sam sposób, w jaki robiła to Estella, przygotowujących nie tylko domy ale również ulicę na nadchodzące święta. Widocznie tutejsi mieszkańcy o wiele chętniej spędzali takie wydarzenia razem niż osobno, jak większość pozamykana w domach i małych, hermetycznych kilkuosobowych komórkach.
To dobrze. 一 Pani Flores pokiwała głową powoli, z łagodną zmarszczką - głębszą niż pozostałe - odznaczającą się na czole. Tak, jakby teraz musiała jeszcze ustalić, czy Gauthierowi wierzy czy niekoniecznie, jednak zaledwie po paru sekundach znów poruszyła głową i mruknęła coś do ciebie prosto w filiżankę. 一 Dobrze wiedzieć, że tam też ktoś go docenia.
Nie doprecyzowała kim miałby być ten wspomniany ktoś choć w domyśle zapewne chodziło o samego Dylana. Jej przedawniona perspektywa przesłaniała jej wciąż obraz jak niechciana, narzucona klisza, mimo to na swój sposób starała się spojrzeć przez nią na wylot i jak na swoje standardy robiła to w taki sposób, by obyło się bez ofiar.
Na godzinkę kochanieńki. Może mniej, zobaczymy jak ciasto odpocznie.
W ich kuchennym żargonie stwierdzenia takie jak odpoczywać, dojrzeć czy przegryźć się miały swoją własną kategorię i były stosowane powszechnie, nikt nigdy nie musiał tłumaczyć ich znaczenia, ponieważ większość rozumiała to podskórnie, jakby każdy z nich funkcjonował w pewnym sensie w jakiejś większej zbiorowej jaźni.
Odpocząć musiała również jej głowa, ponieważ terminy z drugiej strony barykady niewiele jej podpowiadały, dopiero gdy Gauthier uprzejmie przełożył niebezpiecznie brzmiącą, kanciastą patofizjologię na język praktyczny Estella wydała z siebie krótkie, okrągłe oh.
Dokładnie ten sam nawyk odziedziczył Milo, który złapany na jakimś nagłym olśnieniu, zachwycie albo zastanowieniu w jakie zwykle wpędzały go nowinki technologiczne albo przypadkowe zrozumienie tematu, który dręczył go brakiem pełnego pojęcia od dłuższego czasu, reagował niemal identycznie.
Słowo stabilny zdawało się uderzyć w klucz; pani Flores opuściła na chwilę swoją filiżankę, poprawiła wierzchem dłoni wymykającą się siwiznę przy skroniach i wymruczała nareszcie to rzadkie, aprobatyczne mhm.
Podobnie zadziałało uchylenie skrawka ich zwykłej codzienności, tej bez wielkich osiągnięć, bez dodatkowych kolorów w postaci niezwykłych historii i być może dlatego, że Dylan nie obtrąbił wszem i wobec pełnego sukcesu, łatwiejszej do uwierzenia na słowo. Kto jak kto, ale Estella najlepiej wiedziała jaką drogą przez mękę były próby odgórnego wpłynięcia na niezdrowe nawyki żywieniowe Rivery.
Zdziczały 一 stwierdziła wprost, a ponieważ odpowiedź padła szybko i praktycznie bez zastanowienia, coś musiało w tym być. 一 Ale bardzo samodzielny. Chociaż czasami strasznie głupi, ale to dzieciak, tak? Dzieciaki mają prawo być dzieciakami, to dorośli powinni dać przykład.
Łyk kawy jakim poratowała się czując nagłą suchość w ustach, może starczą, może po prostu z niechęci przywoływania do siebie obrazu wychudzonego siedemnastolatka na skraju niedożywienia, ponieważ w jej pamięci wciąż tam żył jako mały, wciśnięty między tryby niezrozumiałego świata chłopiec.
Potrzebował kilku miesięcy, żeby zacząć... funkcjonować. 一 Twardy, chropowaty akcent padł na ostatnie słowo sugerując jego wieloznaczność. 一 Nie asymilował się, na wszystko patrzył tak, jakby miało mu odgryźć głowę, albo przeciwnie, łapał się wszystkiego, żeby czasem nie zabrakło, żeby mu kto nie zabrał... nie wiem. Nie powiedział. Ale Diego był przy nim od samego początku, bardzo się zżyli.
Radio łagodziło nieprzyjemny wydźwięk rozmowy, brzęcząca lodówka wypełniała te luki, które omijała muzyka i odgłosy wpadające wraz ze słońcem przez filtr koronkowej firanki z ulicy.
Mimo to zdawało się, jakby z samym przywołaniem tamtych dni w kuchni zrobiło się chłodniej niż w rzeczywistości.
Myślę, że zastąpił mu starszego brata, ale to tylko moje wyobrażenia. Ale tak chyba było, bo jakby inaczej, jak oni wszędzie we dwóch chodzili? I Milo rzeczywiście zaczął trochę z tej skorupy wychodzić, trochę się wyciszył. Zaczął od małych rzeczy, najpierw naprawiał co przyniosły sąsiadki... nie wiem, dzieciak ma coś z tymi urządzeniami, z tą technologią, nie rozumiem tego, ale najważniejsze, że on rozumie.
Kolejny łyczek dał im obojgu szansę na ułożenie kolejnej cegiełki skróconej historii.

A potem Diego pokazał mu warsztat i on całkiem wsiąkł. Ludzie go polubili, no bo jak nie lubić, jak wszystko brał do rąk i zaraz było zrobione? Nawet na krótko przed tym wyjazdem na studia, jak Diego wyjechał w swoich sprawach, to uczył popołudniami w tej... och, tej knajpie parszywej u Sammy'ego? W każdym razie dzieciaki miały korepetycje, tak, a on to chyba lubił po prostu. Odrabiał z nimi lekcje. Teraz też to robi, tam u was w Kanadzie?
W rozmowę wkradło się suche, jedno z wielu je poprzedzających przekleństwo autorstwa Camareny; wziął się właśnie za przebieranie w pudle w poszukiwaniu kolorowych żarówek na wymianę, ale jedna z bombek zacięła go w palec.

Och, właściwie to może zapytasz Diego? 一 Estella ocknęła się nagle, a jej dobrotliwy uśmiech nieco ochłodniał, gdy zasłyszała swobodnie rzucane pod nosem kurwy z przedpokoju. 一 Podejrzewam, że on mógłby powiedzieć ci coś więcej.


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: czw sty 29, 2026 2:46 am
autor: Dylan Gauthier
Jeszcze przed opuszczeniem Toronto, na wpół świadomie kierował się chęcią przypodobania się kobiecie, którą Milo wyraźnie uznawał za istotną część swojego życia. Swojej rodziny. Było to coś więcej niż poznawanie rodziców znajomych i granie aniołka, by po następnej domówce nie uznawali go za głównego pomysłodawcę i nosiciela chaosu, a nigdy wcześniej nie dostał tak bezpośredniej okazji na poznanie bliskich swojego partnera. Żadna z jego krótkich, powierzchownych relacji nie doszła dość daleko, by chciał przychodzić na obiad rodzinny z kwiatami dla pani domu i butelką whisky dla ojca, co rzucało go w tym wypadku na głębszą wodę bez przygotowania. Z jedyną inspiracją w formie komedii romantycznych, jakie oglądał swego czasu z siostrą, poza próbą zrobienia dobrego pierwszego wrażenia nie miał żadnej podkładki ani instrukcji na wywiad i rozmowy od serca. Postawił na szczerość, najłatwiejszą i nieskomplikowaną, i to najwidoczniej zaczynało mu się opłacać. Nie znał swojej rozmówczyni na tyle, by w pełni być w stanie odczytywać jej myśli z gestów i pomruków, jednak potrafił rozpoznać cichą aprobatę i nie mógł w tej chwili prosić o więcej.
Na rozpoczęcie wyraźnie cięższego tematu dotykającego młodocianego Milo, ponownie zbliżył się o kilka kroków by zająć miejsce przy stole i odstawić przed sobą trzymany kubek. Podparł się złożonymi przedramionami o blat, obserwując Estellę z otwartym zainteresowaniem względem wszystkiego, czym była chętna się z nim podzielić. Liczył na krótkie podsumowanie, spodziewał się szybkiego machnięcia ręką by zostawić wspomnienia w tyle, podobnie jak w przypadku Estebana, jednak zamiast tego otrzymał bardzo obrazowy opis pierwszych chwil Rivery w miejscu, którego tak bardzo potrzebował. Malowany ciemnymi barwami, pełen ostrych kątów i mocnych cieni, przechodzący wszelkie wyobrażenia, jakie dotychczas powstawały w głowie Dylana. Wcześniej znał suche fakty, dopiero teraz był w stanie dołożyć do nich żywe emocje i to nie samego Milo, a osób starających się zapewnić mu opiekę, do której tak bardzo nie był przyzwyczajony.
Milczał, czasem skinął głową, łagodnie uniósł kąciki ust na wspomnienie o jego sympatii do elektroniki, jednak w międzyczasie zaczął nieco odległym spojrzeniem wpatrywać się w przestrzeń za panią Flores, z oczami zawieszonymi tuż obok kosmyków włosów, które dały radę wyrwać się z jej koka. Chociaż powoli elementy układanki wskakiwały na swoje miejsce, nie potrafił wyobrazić sobie wydarzeń, które doprowadziły go do stanu opisanego przez kobietę, nie do końca, nigdy w pełni. To co wiedział i tak wystarczało, by wykręcić mu serce i jedynie wzmóc chęć zasypania mężczyzny wszystkim, czego mógł potrzebować, byle już nigdy więcej nie czuł potrzeby walki o podstawowe potrzeby i uwagę. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że zostało mu zadane pytanie. Szybko wrócił wzrokiem do twarzy Estelli, wyraźnie oczekującej odpowiedzi, przełykając ślinę by pozbyć się ścisku w gardle.
- Och, um, nie - przyznał cicho, marszcząc czoło i kręcąc głową w próbie oczyszczenia umysłu. - Wątpię by miał na to czas, między uczelnią i pracą - dodał, wiedząc aż za dobrze jak napięty grafik potrafił czasem mieć. Zwłaszcza kiedy ktoś coś zatrzymywało go w robocie po godzinach. Słysząc kolejno przypomnienie o drugim domowniku dobiegające zza ściany, oraz sugestię kobiety, musiał sięgnąć do swoich pokładów samokontroli by nie skomentować tego upartym, infantylnym skrzywieniem ust. Nie ukrył go w pełni, ale przynajmniej spróbował.
- Może później. Nie chciałbym przeszkadzać mu w robocie. Zwłaszcza, że wydaje się mieć... problemy - uciął propozycję na tyle uprzejmie na ile potrafił, borykając się ze stale rosnącym dystansem jaki czuł względem wspomnianego mężczyzny. Przyznanie mu roli starszego brata Milo było także tym, co zrobił Dylan, przy pierwszej okazji zobaczenia go na oczy, i szczerze wolałby dalej go tak widzieć. Przede wszystkim chciałby jednak, aby sam Camarena faktycznie widział się w tej roli i raczył w niej zostać. Potrzebując znaleźć sobie coś do zajęcia rąk, zarówno przez historię z życia Rivery, jak i w ramach wymówki by nie musieć zaczynać rozmowy z Diego, rozejrzał się po jeszcze nieposprzątanych składnikach rozłożonych po kuchni.
- Skoro i tak mamy chwilę, mógłbym zrobić jeszcze Pets de sœurs. Coś jakby bułeczki cynamonowe z mojej prowincji, bardzo prosty przepis, jeśli mogę użyć tego, co nie poszło na pani ciastka - zaoferował, spoglądając na kobietę z zastrzykiem świeżego entuzjazmu na możliwość dołożenia czegoś od siebie, chociaż nie ruszył się z miejsca bez otwartej zgody na panoszenie się po jej kuchni. Pewnych granic się zwyczajnie nie przekraczało.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: czw sty 29, 2026 1:20 pm
autor: Milo Rivera
Dla Estelli temat zaskakująco nie był ani szczególnie nieprzyjemny ani też miły, zupełnie wręcz neutralny, tak jakby przyjmowała tę część historii jako fakt, którego nie dało się obejść. Należało go po prostu zaakceptować jak wszystkie inne etapy ich wspólnego życia, te lepsze i te gorsze, nawet jeżeli te drugie we wspomnieniach wciąż miały wielkie, przerażone oczy na zbyt chudej twarzy, zapadnięte policzki i przemykały od ściany do ściany nie chcąc zabierać za wiele miejsca.
Szkoda 一 cmoknęła nad filiżanką, delikatnie poruszając stopą nogi zarzuconej elegancko na drugą. 一 On się dobrze dogaduje tylko z dzieciakami, zwierzętami i elektroniką.
Estella nie przekoloryzowała, Milo potrafił wejść w otwarty konflikt nawet z samym sobą, gdy na przykład nie potrafił dostatecznie szybko wedle swojego wyobrażenia znaleźć rozwiązania problemu, kiedy zawieszony między jakąś koniecznością i niechęcią czuł się za bardzo ściśnięty albo gdy jego faktyczny zamiar nakrywał zewnętrzny przymus. Nie reagował najlepiej na perswazję, ledwo znosił sugestie.
Krzesło skrzypnęło cicho gdy pani Flores zmieniła pozycję, być może czując niewygodę kierunku rozmowy w sposób fizyczny.

Ale wiesz, on miał też z tymi kotami, czekaj... jak ona się? Aaah, claro que sí! Hopper, od jakiejś ważnej programistki podobno. Myślałam, że to dlatego, że skakała po meblach jak szalona, czasami Milo po prostu specjalnie się nachylał, a ona wskakiwała mu z tej szafy w przedpokoju na plecy. Nie przepadam za kotami, ale co miałam zrobić? Dwa dni trzymał w pokoju zanim zauważyłam, a przecież nie wyrzucę jak mi się rozwył i zagroził, że jak tak no to razem z nim.
Wspomnienie było słodko-gorzkie, przetrwało w formie kilku zdjęć, które Estella trzymała w metalowej puszce po ciastkach w szufladzie swojej bieliźniarki w sypialni, tam gdzie lądowały wszystkie pozostałe fotografie.

Syczała na każdego. KAŻDEGO, przysięgam. 一 Pani Flores zaryzykowała nawet znakiem krzyża wykreślonym na piersi w pośpiechu. 一 Tylko nie na Milo. I jak na kota nie była nawet aż tak szkodna jak się spodziewałam. Och, a było jeszcze... hmm? Tak tak, weź co ci trzeba, a jak nie ma to wyślę Diego do sąsiadki.
Najwyraźniej delikatne odchylenie w stronę mniej traumatycznych wspomnień dźwignęło duszną atmosferę, jaka na parę chwil zaległa w kolorowej kuchni. Estella owinęła się ciaśniej chustą ucieszona, że ma wreszcie komu poopowiadać o urywkach życia, małych skrawków, których pamięć pielęgnowała zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej wspomniana ją zawodziła.
Prawdopodobnie każda inna kobieta - matka, siostra, babcia - lubiła obnażać codzienność tych, z którymi miała okazję ją dzielić.

Znalazł też drugą przybłędę, małe takie było, czarne, darło się jak nie wiem co. Nie pamiętam imienia, nie przypomnę sobie, jakieś śmieszne i niemiecko brzmiące. Tylko okazało się, że ktoś tego kota szukał i może niepotrzebnie im to zgłosiliśmy. Miski w szafie narożnej, na dole 一 dyrygowała jednocześnie, gładko prowadząc dwa wątki na raz. 一 Nie wiedzieliśmy, inaczej kot by został i nikt by nic nie powiedział, ale jak przyszli to Milo za nic nie chciał go oddać. Jakby ataku jakiegoś dostał, prędzej spodziewałabym się tego po małym dziecku, a nie po osiemnastolatku. Koniec końców go wzięli, ale nie odzywał się przez dwa tygodnie.
Zwierzęta mogły w jakiś sposób ominąć jej wrażliwość, ale incydent złamał jej serce przez wzgląd na Riverę, który w szalenie krótkim czasie zdążył przywiązać się do przybłędy.

Powiedział im wtedy, że po pierwsze, to on go nie oddaje, to mu chyba zrobiło różnicę, a poza tym jeszcze zagroził, że jak znowu pozwolą mu wyjść na dwór i nie dopilnują, to go więcej nie zobaczą. Diego musiał interweniować, bo facet chciał dzwonić po policję i byłaby z tego awantura.
Mi się też ta pizda nie podobała.
Diego!
No co? Przyszedł kurwa wystrojony jak szczur na otwarcie kanału i że on po kota. W dupie miał tego sierściucha, taka prawda, już by lepiej wyszło jakbym mu wyjebał i kot zostałby w domu. Będzie kawa?
Diego cały zgrzany, z szarym bezrękawnikiem klejącym mu się do ciała, w czarnym, mocno znoszonym dresie i boso wślizgnął się do kuchni patrząc za jakimś wolnym kubkiem. Nie wyglądał na zachwyconego - robotą, obecnością Dylana, a może czymś jeszcze innym - ale potrzeba zarządzenia krótkiej przerwy była zbyt silna by ulegać niechęciom.

Skończyłeś?
Prawie. 一 Camarena zwalił się na taboret, podczas gdy Estella poprawiła sobie chustę, odstawiła filiżankę i przeszła się kawałek by nastawić mu wody na kawę. 一 Jeszcze tylko nadproże nad drzwiami i będzie jak chciałaś.
To, że Dylan w oczach Diego uplasował się na tym samym pułapie zainteresowania co powietrze zdawało się umykać uwadze pani Flores, ale było to błędne założenie. Najwyraźniej wolała rzecz ignorować i pozwolić, by wyjaśniła się sama we właściwym czasie, a jeśli nie, nie chciała w tym uczestniczyć.



Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt sty 30, 2026 1:45 am
autor: Dylan Gauthier
Dylan nie dostał zbyt wiele czasu na zastanawianie się do której z trzech wymienionych przez kobietę kategorii się zaliczał, chociaż personalnie najmniej przeszkadzałoby mu raczej przyrównanie do czworonoga. Wolał nie wchodzić zbyt głęboko w kwestionowanie tego, co to o nim świadczyło, zamiast tego skupiając się na jednoczesnym słuchaniu opowieści o Milo bawiącym się w zaklinacza kotów, oraz przygotowywaniu sobie przestrzeni do pracy. Zebrał na jednym blacie potrzebne składniki, pozbywając się reszty tych już zbędnych i chowając je tam, skąd zostały wyjęte, by nie plątały mu się pod rękami. Przebiegając mentalnie przez przepis, i wybierając jego najbardziej dostosowaną do możliwości formę, poruszał bezdźwięcznie ustami, jakby dopiero to było w stanie uformować myśli i zebrać je w sensowną całość.
- Swój do swego ciągnie - skomentował na pół świadomie na informację o wyjątkowym traktowaniu Milo przez kotkę. Częściej niż nie przypominał mu osobnika właśnie z tego gatunku, chodzącego własnymi ścieżkami, lubiącego wciskać się w ciasne przestrzenie i ceniącego sobie swoją autonomię bardziej niż cokolwiek innego. Nawet zdarzało mu się prychać jak kot, nie wspominając już o przekupstwie przysmakami i, najwidoczniej, skakaniu po dachach. Przerwał na chwilę w misji poszukiwania misek, zmarszczył czoło, gdy mały szczegół z historii go tknął, i odwrócił głowę by spojrzeć na Estellę z uniesionymi brwiami i rozbawionym uśmiechem.
- Bez jaj, że nazwał kota Schrödinger - podrzucił, jakby małą częścią siebie liczył, że jednak nie trafił. Jednocześnie to było tak bardzo pasujące do Milo zagranie, że nie miał właściwie żadnych wątpliwości, podobnie jak z faktem, że pewnie był z siebie niesamowicie zadowolony. Przesunął się o krok i wyjął naczynia ze wskazanej szafki, po czym przemył dłonie i zabrał się za łączenie suchych składników, które po chwili wymieszał z masłem w ramach zastępstwa za typowo używany do nich smalec. Nie był przyzwyczajony do robienia ich od zera - zwykle, jak w większości szanujących się domów, nun's farts kleiło się z resztek ciasta po tarcie mięsnej - stąd planując same ciastka musiał przekalkulować cały przepis pod aktualne potrzeby. Dokończenie opowieści o drugim kocie miało wyjątkowo bolesne zakończenie, zwłaszcza gdy Dylan zrównał je ze swoim wcześniejszym wnioskiem na temat samego Milo, kiedy wiedział przez co ten przechodził większość dzieciństwa. Z rąk do rąk. Często niegodnych najmniejszego zaufania.
- Długo z wami mieszkały? Macie jakieś zdjęcia? - dopytał, zostawiając inne przemyślenia dla siebie. Chciał dowiedzieć się więcej o jego życiu, nie prowadzić z panią Flores dogłębnej analizy jego stanu emocjonalnego. I, najwidoczniej, także z Diego, wchodzącym do kuchni i od wejścia naruszającym swobodną atmosferę jak kamień wrzucony w uśpioną taflę jeziora.
- Dołączasz do koła gospodyń wiejskich? - rzucił w ramach powitania w ich małym sanktuarium, podnosząc na niego wzrok znad rozwałkowywanego na cienko ciasta. Mógł próbować go unikać i minimalizować kontakt jak się dało, przy czym doceniał, że ten drugi także zdawał się trzymać na dystans, jednak w sytuacjach takich jak ta nie było wygodnej metody na ignorowanie jego obecności. Nie, jeśli nie chcieli zmienić miłej, świątecznej atmosfery w cichą wojnę o... Sam nie do końca wiedział co. Było to związane z Milo, tutaj nie było najmniejszych wątpliwości, jednak nie był jeszcze pewny czy Diego miał z nim problem ze względu na nadopiekuńczość, chęć posiadania jego uwagi, brak zaufania względem Dylana czy raczej o teorię, którą niechętnie budował od poprzedniego dnia.
- Co cię tam pogryzło? Wieńce jeszcze żyją? - dopytał, kiedy mignął mu skaleczony palec i połączył to z ilością przekleństw płynących z przedpokoju w trakcie ich małej sesji pieczenia i plotkowania. Jako że nie opuszczał kuchni od kiedy dostał pierwsze zadanie od Estelli, aktualny stan reszty mieszkania i, co za tym idzie, efekt ciężkiej pracy Diego był mu nieznany. Po ilości czasu jaki ten spędzał na drabinie mógł się tylko domyślać, że w tym domu ozdabianie przedświąteczne brało się śmiertelnie poważnie.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt sty 30, 2026 2:49 am
autor: Milo Rivera
Obserwująca Gauthiera z boku Estella nie miała widocznie zastrzeżeń do jego chwilowej inicjatywy w kuchni. Trzymała się z boku ze swoją pstrokatą filiżanką, palcami podszczypywała schnące fiołki alpejskie w prowizorycznych doniczkach po śmietanie i jogurtach, jedynie mrucząc coś pod nosem - bóg jeden wie czy do człowieka z krwi i kości czy do bytów niecielesnych. Dopiero słysząc kolokwializm posłała w stronę Dylana znaczące, typowo rodzicielskie spojrzenie i wycelowała w niego skrawkiem chusty. Frędzle zakołysały się niespokojnie.
Język, młody człowieku 一 upomniała szorstko, dokładnie w ten sam sposób w jaki mitygowała Milo i Diego. Pomimo nieustających problemów ze spamiętaniem jego prawdziwego imienia kobieta musiała w jakimś stopniu zaakceptować jego udział w najbliższym kręgu, w innym wypadku nie przejmowałaby się i co najwyżej prychnęłaby pod nosem. 一 I tak, to brzmi... to brzmi jakby znajomo.
Oczywiście, że Milo ochrzcił kota per Schrödinger.
Pani Flores z uwagą przyglądała się pracy jego rąk - to w jaki sposób porządkował sobie przestrzeń, jak przygotowywał składniki, by nie musieć biegać po nie później w popłochu jak kurczak bez głowy, cały proces planowania przepisu w przód, ostrożność z odważaniem produktów.

Nie jestem pewna. Jeżeli jakieś były, to Milo pewnie poupychał je gdzieś na górze, ja nigdy nie byłam zainteresowana zdjęciami kotów.
Nie posiadali konwencjonalnego rodzinnego albumu. Ot, jedną puszeczkę trzymaną przez panią domu w sekrecie, zawierającą góra trzydzieści fotografii, z czego ponad połowa nie przedstawiała ani Milo ani Diego. Jedyna zachowana pamiątka znajdowała się wetknięta pomiędzy strony komiksu w pokoju Rivery, z nim zgiętym w pół, uśmiechniętym szeroko, z łaciatą kotką na plecach.

Hopper zeszło się jakoś w czerwcu. Pochowaliśmy ją za domem, Milo niestety nie mógł przyjechać, ale Diego pokazał mu przez telefon, tymi tam... ta cała technologia, teraz wszystko można zobaczyć z każdego miejsca na świecie.
FaceTime przerastało zdolności pojęcia Estelli, mimo że zarówno Camarena jak i Milo od paru lat próbowali nauczyć ją korzystać z innych opcji w telefonie niż pisanie smsów i wybieranie numerów. Misja za każdym razem kończyła się fiaskiem.
Kręcący się po kuchni jak wściekła osa Diego spojrzał jedynie bez większego zainteresowania na Gauthiera, tak, jakby jednym okiem oglądał średnio interesujący program telewizyjny puszczony dla tła. Nie raczył odpowiedzieć na zaczepkę werbalnie; dopiero kiedy przechodził chcąc podać Estelli puszkę kawy z górnej półki przypadkiem stuknął Dylana w ramię łokciem rozsypując mu po stolnicy to, co akurat trzymał w ręce.

Mi culpa 一 rzucił lekko, jakby kompletnie nic się nie stało, po czym jedną dłoń wsunął do kieszeni spodni, a z drugą, tą z krwawiącym palcem wskazującym rozciętym brzydko na boku podszedł do zlewu. Puścił wodę, w kranie zaszumiało, czajnik zaczął bulgotać delikatnie na żywym płomieniu i tylko Estella postukiwała czasami obcasem kursując z łyżeczką i kawą między szafką a kubkiem dla Camareny. 一 Biorąc pod uwagę to, że Miles prawie rozdeptał jeden z nich, to tak, jakimś cudem żyją. Nie za dużo cukru?
Szum ody ustał gdy Diego zakręcił kran. Wydarł plaster ręcznika papierowego i owinął nim sobie palec, obracając się by móc wesprzeć się biodrami o krawędź wpuszczanego głęboko w blat zlewu. Przyglądanie się krwi wsiąkającej w doraźny opatrunek musiało być fascynujące, bo nawet wtedy nie spojrzał na Gauthiera ani razu.

Daniel robi bułeczki 一 poinformowała pomocnie Estella, która w oczekiwaniu aż czajnik zagwiżdże zawędrowała pod lodówkę, gdzie sprawdzała twardość chłodzonego ciasta. 一 Będą na później.
Poważnie? Normalnie Daniel nas rozpieszcza, aż nie wiem co powiedzieć.
To nic nie mów 一 fuknęła pani Flores, wyraźnie tracąca cierpliwość. 一 Jak masz być taki, to lepiej...
Jaki?
Przez kuchnię śmignęły dwa spojrzenia; oba twarde, uparte i zdające się przekazywać znacznie więcej niż słowa w jakimkolwiek istniejącym języku. Zarówno jedno jak i drugie wyrażało jakąś stałość, determinację i zawzięcie, jednak u Estelli wynikało to z opanowania jakie zdobywało się z wiekiem, a u Diego z przekonania o własnej racji. Argumenty pomiędzy nie były istotne, te jak można było odnieść wrażenie, wybrzmiały zanim Dylan w ogóle postawił stopę na terenie Sacramento i nikt nie podnosił ich teraz na głos.
A potem czajnik gwizdnął tak przeraźliwie głośno, że Estella zatkała ucho, Camarena wykrzywił się i westchnął wracając do swojego upstrzonego krwią opatrunku, a atmosfera rozprostowała się jak tafla wody po przejściu jednej przypadkowej fali.

Dzięki za kawę. Jakbym był potrzebny to będę w warsztacie na dole 一 zakomunikował krótko odbierając kubek, raz jeden wreszcie spojrzał w kierunku Gauthiera i po załapaniu kontaktu wzrokowego na góra dwie, może trzy sekundy łyknął swojego smolistego smutnego ukropu i obrócił się na pięcie.


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: sob sty 31, 2026 3:38 am
autor: Dylan Gauthier
Na krótki, łatwy do przeoczenia moment przerwał ugniatanie ciasta, gdy dotarło do niego o jak aktualnej sytuacji tak naprawdę rozmawiali. Dotychczas wydawało mu się to odległą przeszłością, wspominkami sprzed lat, jednak jeśli Milo stracił kota latem poprzedniego roku, znaczyło to tyle, że przeszedł przez tę stratę już w czasie, gdy według Dylana byli w miarę blisko. Nowa informacja ułożyła mu się niekomfortowo na żołądku, bo o ile w pewnym sensie rozumiał przechodzenie przez żałobę na swój własny, indywidualny sposób, usłyszenie tego od osoby trzeciej, kiedy sam znajdował się wtedy najbliżej i kompletnie nieświadomy zapewne wysyłał mu smsy z narzekaniem na niedomyte zlewki, nie należało to najprzyjemniejszych doświadczeń. Złapało go poczucie winy, przez sam fakt, że nie zauważył, nie dopytał, nie zwrócił uwagi na zmianę w jego nastroju i do teraz nie miał pojęcia, że niecałe pół roku wcześniej przeżył taką stratę.
- Moje kondolencje - rzucił tylko, mieląc w głowie wszystkie możliwe kwestie, które mógł poruszyć z Riverą sam na sam. Narastały zdaje się z każdą minutą jego nieobecności. Podczas prószenia cienkiej warstwy mąki na wałkowane ciasto, zaczął zastanawiać się, czy ten musiał sam wyhodować to nieszczęsne drzewko i dlatego jeszcze nie dawał najmniejszego znaku życia, gdy nagle taran o imieniu Diego przetoczył się przez kuchnię i wytrącił go z równowagi zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Instynkt, wyrobiony przez lata opieki nad dwójką dzieciaków, zadziałał szybciej niż logiczne myślenie, kiedy zacisnął palce na ręczniku kuchennym w kolorową kartę, leżącym po swojej lewej, i machnął nim na skos przez ramię bez patrzenia, trzepiąc Camarenę w potylicę.
- Jak nie pomagasz to chociaż nie przeszkadzaj - upomniał go dokładnie tym samym, karcącym tonem, jaki zwykle stosował na kręcącego mu się pod nogami Olivera. Pilnowanie, by dom rodzinny funkcjonował jak dobrze naoliwiona maszyna, wymagało trzymania tej dwójki w ryzach, zwłaszcza kiedy zbliżały się święta i starał się zrobić wszystko, by kolacja wigilijna przebiegła tak, jak sam pamiętał najlepsze lata dzieciństwa. Uzbrojony w rodzinne przepisy dyktowane przez telefon przez ciotkę i dobre chęci, szybko nauczył resztę domowników by trzymali się na bezpieczny dystans, kiedy był w trakcie pracy.
Tym razem obyło się bez większych strat, dodatkowa mąka lądująca na blacie została sprawnie zebrana na bok, by nie przesadzić z utwardzaniem ciasta, a to co posypało się na samą masę nie powinno zmienić jej konsystencji, więc po oszacowaniu problemu Dylan gładko wrócił do ugniatania i wałkowania. Przynajmniej dopóki nie otrzymał komentarza na temat cukru i rzucił pytające spojrzenie Estelli, mając wrażenie, że ta jest w tej chwili jego jedyną ostoją normalności, zwłaszcza, że od zabrania się do pracy ani przez moment nie trzymał w ręce cukru. To miało przyjść później i, owszem, w ilościach nadrabiających aktualny brak, jednak z tego już nie zamierzał się tłumaczyć.
- Specjalnie dla ciebie, cukiereczku, wydajesz się trochę zgorzkniały - odparł, darując sobie próby wytłumaczenia mu przepisu krok po kroku z pełną świadomością, że to nie cukier był tutaj problemem. Wciąż zagwozdką było dla niego dokładnie co nim było, jednak nie musiał czytać w myślach by rozumieć, że facet go zwyczajnie nie lubił. Z niezaprzeczalną wzajemnością. Próbował, przynajmniej z początku, kiedy wziął go za potencjalnego nowego znajomego, co już po jednym dniu wydawało się zamierzchłymi czasami. Każdy drobny gest, sposób w jaki się do niego odzywał, w jaki zwracał się do niego na temat Milo, grał mu na nerwach coraz bardziej i Dylan powoli tracił cierpliwość na robienie dobrej miny do złej gry. Coraz bardziej żałował, że nie dał mu w zęby już na samo pytanie o bliznę.
Nawet nie podniósł wzroku, słuchając jak Diego prowadzi najpierw werbalną, a potem także i milczącą, rozmowę z Estellą. Już nie robił sobie zbyt wiele z użycia swojej nowej ksywki i narastającego w pomieszczeniu napięcia, zamiast tego odchodząc od rozwałkowanego ciasta, by wyłowić nową miskę, brązowy cukier, masło i cynamon na nadzienie. Zdążył ugryźć się w język zanim pomyślane "Nie będziesz" wyrwało mu się na głos i poklepał się mentalnie po plecach za tę minimalną próbę zachowania pokoju, kiedy dorzucał do masy nadprogramową łyżeczkę cukru specjalnie dla Diego.

Milo Rivera