And she, just like I got her head in the clouds
: sob mar 07, 2026 6:08 pm
Pokiwała głową ze zrozumieniem. Tak, to mogła być wina butów. Bardziej prawdopodobne jednak, że to wina Teddy, ale nigdy nie wiadomo! Wolała ją wspierać w tych tłumaczeniach, żeby się biedactwo nie zniechęciło do dalszych aktywności. Powinna być z siebie dumna, że dała April tyle radości! Mówiła jej wielokrotnie, że nikt inny nie potrafi jej tak bardzo rozśmieszyć i to był dowód, że wcale nie kłamała. To nic, że tym razem było to niecelowo. Żartami potrafiła przecież zrobić to samo. Była wszechstronnie uzdolniona.
— Nie ma opcji — zastrzegła od razu odnośnie do unikania tańca. Nie po to ciągnęła ją za sobą do klubu, żeby sterczała pod ścianą. W domu miały dużo ścian, mogły się naćpać tam i dotykać ze wszystkimi możliwymi powierzchniami płaskimi. Wybrały jednak wyjście z domu i trzeba z tego korzystać. Nie oczekiwała po niej zamienienia się w Beyonce – choć oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby moc narkotyków dała Darling takie zdolności. Zależało jej po prostu, żeby wyluzowała. Potrzebowała tego zarówno przez pracę, jak i to domino złożone z kompromitacji.
— Cieszę się, że pamiętasz, że przy ćpaniu najważniejsze jest dobre nastawienie. — Wywróciła oczami, słysząc jej katastroficzne scenariusze. Nikt nie miał na dziś w planie się przekręcić. Muzyka miała być świetna, a zabawa przednia. Finch szczerze wierzyła, że włażąc sobie samej na banie i nastawiając się negatywnie, można sobie tylko zaszkodzić. Bardzo nie chciała, by Darling wplątała się w jakiś okropny bad trip. Nie życzyła tego oczywiście nikomu, ale to swojej partnerce chciała zapewnić wieczór ze snów, nie z koszmarów. Jak ją coś napadnie, to już nigdy nie będzie się chciała z nią naćpać i co wtedy? Jak tu wspólnie żyć bez takich rozrywek? No dobra, April pewnie dałaby radę, ale skoro nie musi, to woli jednak poszaleć.
Wreszcie można było zauważyć, że Honolulu żyje czymś więcej niż emeryci i dzieciaki. Może po prostu dotarły do właściwej dzielnicy? Albo to wyłącznie kwestia godziny? Wszystko jedno! Ważne, że się udało. April czuła narastającą ekscytację. Będzie się mogła wyszaleć bez żadnych przykrości, posłucha dobrej muzyki, będzie mogła spędzić czas ze swoją ukochaną, a na zakończenie imprezy będą się mogły pieprzyć, póki nie padną. Chyba potrzebowała beztroskich wakacji bardziej niż podejrzewała.
— Daj temu chociaż pół godziny. Poczujesz, jak wejdzie, gwarantuję. — Nie spodziewała się, że Teddy będzie bardziej zniecierpliwiona niż ona sama. Była dużą dziewczynką, przecież wiedziała, że cokolwiek w formie tabletki nie może działać tak szybko, jak coś, co miałyby sobie wstrzykiwać prosto do żyły. Na takie szaleństwa akurat nie ma co liczyć, Teddy musi nieco zaniżyć swoje oczekiwania, bo będzie ciągle chodzić zawiedziona.
Kolejka przed klubem na szczęście nie była długa. Co rusz otwierane drzwi wypuszczały z wewnątrz przytłumioną muzykę. Impreza trwała w najlepsze, nawet bez nich. Bardzo dziwne! Niektórym to się nawet kończyła. Ze środka wytoczył się jakiś facet, o mało nie gubiąc nóg. Zatrzymał się przy pobliskim śmietniku, przez moment próbował wyciągnąć z paczki papierosa, potem męczył się z jego odpaleniem. Jeden buch wystarczył, by jego żołądek zaprotestował, przez co się porzygał. Przynajmniej miał kosz tuż obok i nie narobił syfu na chodniku! Na szczęście nie musiał długo obserwować jego porażki. Zapłaciły i weszły do środka słabo oświetlonym korytarzem.
Wnętrze wyglądało jak mokry sen fanatyków surowego industrialu. Gigantyczny, dwupoziomowy hangar z metalowymi balkonami, z których ludzie zwieszali się niemal do połowy, byle być bliżej muzyki i ich dziwnych fantazji, robił wrażenie. Parkiet na dole przypominał falujący ocean ciał. Przynajmniej dowiedziały się, gdzie podziali się ludzie, którzy mogliby siedzieć na karaoke. W samym centrum, na podwyższeniu, oświetlona ostrymi snopami reflektorów znajdowała się konsoleta. Za nią stał jakiś chudy blondas, który zdecydowanie nie był nasthung. Przypadkiem zdążyły nawet przed czasem, świetnie się złożyło.
— Chodź. — Ruszyła w głąb tłumu, wypatrując czegoś, co przyciągnie jej uwagę. Mijały kolejne osoby, totalnie zatracone we własnej zabawie. Ktoś sączył drinka, ktoś tańczył, inni darł mordę, próbując wstrzelić się w nadchodzący drop, ale niestety szło mu to wyjątkowo żałośnie. Zatrzymała się przy jednej z balkonowych barierek, wyjrzała przez nią, próbując wyłapać z tłumu najciekawsze postaci. W takich tłumach zawsze zdarzały się perełki. Obróciła się z powrotem w stronę Teddy, opierając się biodrami o barierkę. Może i w środku nie było za dużo światła, ale nawet w tych kolorowych rozbłyskach zauważyła, że źrenice jej partnerki zaczęły się powiększać. Przygryzła dolną wargę, próbując powstrzymać łobuzerski uśmiech. Położyła ręce na jej tali, przyciągnęła ją do siebie najbliżej, jak tylko się dało.
— Jak się czujesz? Może chcesz się czegoś napić? Kochasz mnie? — Zasypała ją serią pytań, nie mogąc się zdecydować, które było najważniejsze. Nie dała jej szansy na odpowiedź, bo złączyła ich wargi w długim pocałunku.
Moim jointom dokucza samotność, chodź, chodź
— Nie ma opcji — zastrzegła od razu odnośnie do unikania tańca. Nie po to ciągnęła ją za sobą do klubu, żeby sterczała pod ścianą. W domu miały dużo ścian, mogły się naćpać tam i dotykać ze wszystkimi możliwymi powierzchniami płaskimi. Wybrały jednak wyjście z domu i trzeba z tego korzystać. Nie oczekiwała po niej zamienienia się w Beyonce – choć oczywiście nie miałaby nic przeciwko, gdyby moc narkotyków dała Darling takie zdolności. Zależało jej po prostu, żeby wyluzowała. Potrzebowała tego zarówno przez pracę, jak i to domino złożone z kompromitacji.
— Cieszę się, że pamiętasz, że przy ćpaniu najważniejsze jest dobre nastawienie. — Wywróciła oczami, słysząc jej katastroficzne scenariusze. Nikt nie miał na dziś w planie się przekręcić. Muzyka miała być świetna, a zabawa przednia. Finch szczerze wierzyła, że włażąc sobie samej na banie i nastawiając się negatywnie, można sobie tylko zaszkodzić. Bardzo nie chciała, by Darling wplątała się w jakiś okropny bad trip. Nie życzyła tego oczywiście nikomu, ale to swojej partnerce chciała zapewnić wieczór ze snów, nie z koszmarów. Jak ją coś napadnie, to już nigdy nie będzie się chciała z nią naćpać i co wtedy? Jak tu wspólnie żyć bez takich rozrywek? No dobra, April pewnie dałaby radę, ale skoro nie musi, to woli jednak poszaleć.
Wreszcie można było zauważyć, że Honolulu żyje czymś więcej niż emeryci i dzieciaki. Może po prostu dotarły do właściwej dzielnicy? Albo to wyłącznie kwestia godziny? Wszystko jedno! Ważne, że się udało. April czuła narastającą ekscytację. Będzie się mogła wyszaleć bez żadnych przykrości, posłucha dobrej muzyki, będzie mogła spędzić czas ze swoją ukochaną, a na zakończenie imprezy będą się mogły pieprzyć, póki nie padną. Chyba potrzebowała beztroskich wakacji bardziej niż podejrzewała.
— Daj temu chociaż pół godziny. Poczujesz, jak wejdzie, gwarantuję. — Nie spodziewała się, że Teddy będzie bardziej zniecierpliwiona niż ona sama. Była dużą dziewczynką, przecież wiedziała, że cokolwiek w formie tabletki nie może działać tak szybko, jak coś, co miałyby sobie wstrzykiwać prosto do żyły. Na takie szaleństwa akurat nie ma co liczyć, Teddy musi nieco zaniżyć swoje oczekiwania, bo będzie ciągle chodzić zawiedziona.
Kolejka przed klubem na szczęście nie była długa. Co rusz otwierane drzwi wypuszczały z wewnątrz przytłumioną muzykę. Impreza trwała w najlepsze, nawet bez nich. Bardzo dziwne! Niektórym to się nawet kończyła. Ze środka wytoczył się jakiś facet, o mało nie gubiąc nóg. Zatrzymał się przy pobliskim śmietniku, przez moment próbował wyciągnąć z paczki papierosa, potem męczył się z jego odpaleniem. Jeden buch wystarczył, by jego żołądek zaprotestował, przez co się porzygał. Przynajmniej miał kosz tuż obok i nie narobił syfu na chodniku! Na szczęście nie musiał długo obserwować jego porażki. Zapłaciły i weszły do środka słabo oświetlonym korytarzem.
Wnętrze wyglądało jak mokry sen fanatyków surowego industrialu. Gigantyczny, dwupoziomowy hangar z metalowymi balkonami, z których ludzie zwieszali się niemal do połowy, byle być bliżej muzyki i ich dziwnych fantazji, robił wrażenie. Parkiet na dole przypominał falujący ocean ciał. Przynajmniej dowiedziały się, gdzie podziali się ludzie, którzy mogliby siedzieć na karaoke. W samym centrum, na podwyższeniu, oświetlona ostrymi snopami reflektorów znajdowała się konsoleta. Za nią stał jakiś chudy blondas, który zdecydowanie nie był nasthung. Przypadkiem zdążyły nawet przed czasem, świetnie się złożyło.
— Chodź. — Ruszyła w głąb tłumu, wypatrując czegoś, co przyciągnie jej uwagę. Mijały kolejne osoby, totalnie zatracone we własnej zabawie. Ktoś sączył drinka, ktoś tańczył, inni darł mordę, próbując wstrzelić się w nadchodzący drop, ale niestety szło mu to wyjątkowo żałośnie. Zatrzymała się przy jednej z balkonowych barierek, wyjrzała przez nią, próbując wyłapać z tłumu najciekawsze postaci. W takich tłumach zawsze zdarzały się perełki. Obróciła się z powrotem w stronę Teddy, opierając się biodrami o barierkę. Może i w środku nie było za dużo światła, ale nawet w tych kolorowych rozbłyskach zauważyła, że źrenice jej partnerki zaczęły się powiększać. Przygryzła dolną wargę, próbując powstrzymać łobuzerski uśmiech. Położyła ręce na jej tali, przyciągnęła ją do siebie najbliżej, jak tylko się dało.
— Jak się czujesz? Może chcesz się czegoś napić? Kochasz mnie? — Zasypała ją serią pytań, nie mogąc się zdecydować, które było najważniejsze. Nie dała jej szansy na odpowiedź, bo złączyła ich wargi w długim pocałunku.
Moim jointom dokucza samotność, chodź, chodź