Strona 7 z 7
When you smile I melt inside
: pt lip 03, 2026 1:46 am
autor: Daniel Moore
Lista specyfików wspomagających poprawiające się wyniki morfologii zabawiła na dłużej w centrum uwagi Daniela, a jego wzrok utrzymał się na twarzy mężczyzny i znajomych, zmęczonych oczach, jakby sam próbował wybadać to, do czego zwykle potrzeba była przynajmniej jedna igła i laboratorium znacznie bardziej rozbudowane od jego własnego. Zostałby przy temacie na dłużej, w nagłej przemożnej potrzebie dochodzenia w kwestii stanu zdrowia osoby, która w tak krótkim czasie zajęła centralny punkt w jego życiu (studia zostały tymczasowo zepchnięte na bok, nie mówcie rodzicom), gdyby rozmowa nie potoczyła się w kierunku jego niejasnej przeszłości.
- Może - mruknął, przechylając głowę nad lewym ramieniem w fizycznym wyrazie zastanowienia nad podrzuconą perspektywą. Pomimo początkowego zagubienia towarzyszącemu poznawaniu świata kilka lat później od swoich rówieśników, nigdy nie miał realnych problemów egzystencjonalnych. Akceptował wszystko takim jakim było, nie narzekał na swoje życie, jedynie czasem pozwalał sobie na przystanięcie i spojrzenie z bliska na kwestie, których do końca nie rozumiał. Od czasu do czasu nawet sięgał po rozważania na temat tego jaki był zanim jego mózg postanowił się sformatować. - Coraz częściej łapię na tym, że myślę o... nim jak o całkowicie innej osobie - przyznał bez szczególnego zastanowienia, pozwalając nurtowi filozoficznemu porwać się dostatecznie by nie kwestionować każdego słowa formującego mu się na języku. Jakby miał nad sobą nieco większą kontrolę zapewne nie zareagowałby aż takim szokiem na podaną przez Liana kwotę, jednak było na to zdecydowanie za późno i zostało mu przegryzienie się z zażenowaniem, zwłaszcza gdy usłyszał dalsze wyjaśnienia. Pojmował jakie znaczenie dla muzyka mogły mieć jego dłonie, przynajmniej czysto teoretycznie, sam także miał swoją pasję i nie potrafił wyobrazić sobie swojej codzienności bez stosu książek, stołu pełnego zlewek i nieograniczonych możliwości, niemniej określenie "gorsze niż śmierć" nigdy nie przeszłoby mu przez myśl.
- To naprawdę wiele dla ciebie znaczy - nie było to pytanie ani nawet wielkie, szokujące odkrycie, ot stwierdzenie faktu, który stał się dla niego bardziej wyrazisty. - Nie żebym wątpił, tylko... Chciałbym kiedyś zobaczyć jak grasz. Na żywo - dookreślił, jako że wątpił by podejrzenie przez niego kilku filmików z występów stało jeszcze pod jakimkolwiek znakiem zapytania. Grzebanie w mediach społecznościowych i wyszukiwanie o nim wszystkich informacji nigdy nie wydawało się Danielowi zbyt kuszące, a od kiedy miał tę możliwość zdecydowanie wolał dowiadywać się wszystkiego u źródła, jednak nie miał dość silnej woli by całkowicie odpuścić sobie nagrania z koncertów. Przy tym jak mężczyzna wypowiadał się na temat tworzenia muzyki, Moore bardziej niż kiedykolwiek wcześniej zapragnął doświadczyć tego z bliska.
- Raczej nie pianistą, chociaż kto wie. Na pewno sobą - zaoferował kontynuację wcześniejszego przemyślenia, nieco zaskoczony potrzebą powiedzenia tego na głos oraz reakcją Liana. - I to równie niesamowitym - dodał, przesuwając dłoń na wierzch tej smukłej i chłodniejszej w geście, którego naturalność dała radę go zaskoczyć. Siedzenie przy stoliku noga w nogę z niewyjaśnionych powodów wymagało od Daniela ponownego oswojenia się z pewnymi gestami, zupełnie jakby nie czepiał się jego ręki przez większość ich spotkania. - Twoje zdolności i... i pasje są ważną częścią ciebie, ale cię nie definiują - wyjaśnił nieco głębiej swoje podejście do tematu, nie do końca pewny jak ująć je w słowa by przekazać sens. Jako osoba wpatrująca się w Mei'a przy każdej możliwej okazji przez ostatnie kilka miesięcy miał okazję doświadczyć go na tak wielu płaszczyznach, że tworzenie muzyki z lekkością oddychania nikło między nimi jako jedna z wielu części budujących całość, nie fundament ją podtrzymujący.
I ze wszystkich rzeczy, jakie miał okazję się o nim dowiedzieć, żadna nie oburzyła go tak jak wyznanie podczas przekazania pomylonego kubka.
- Chyba nie dosłyszałem - wymamrotał, patrząc na mężczyznę z szeroko otwartymi oczami. - Zdawało mi się, że powiedziałeś, że nie lubisz czekolady - sparafrazował w ramach wytłumaczenia w czym tkwił problem, wyczekując zmiany zdania na temat jednego z najlepszych możliwych smaków na całym bożym świecie. Odpuścił dopiero, kiedy przydługie zawieszenie mężczyzny nad sernikiem zaczęło być jednostronnie niezręczne, a cisza i napięcie ciała, o jakie opierał się jakby próbował milimetr po milimetrze wpakować mu się na kolana, wydały mu się martwiące. Zakładając, że zrobił coś nie tak, był gotowy wycofać propozycję, zbyć ją nerwowym śmiechem i zapchać sobie usta deserem, kiedy Lian zdecydował się skorzystać z oferty i ciężki kamień spadł Danielowi z serca, nawet jeśli nie tłumaczył wcześniejszego zawahania.
- Jakbyś miał ochotę to droga wolna - odparł, puszczając mimo uszu drobny żarcik. Nonsens, co jak co, ale przyzwyczajanie się do jedzenia deserów nie było nawet w najmniejszym stopniu negatywnym skutkiem.
- Te... te takie, których nazwą mnie zapisałeś? - upewnił się, tym samym wykładając otwarcie swoje braki w wiedzy na temat kuchni azjatyckiej. - I, czekaj, galaretka... z trawy? Takiej zwykłej trawy? Alonso czasem kosi trawę jak owca, może by polubił - przyznał, wykrajając widelcem kawałek ciasta i odkładając załadowany sztuciec na talerzu by w międzyczasie sięgnąć po kubek z czekoladą i samemu sprawdzić na ile była zrobiona z faktycznej czekolady. Zanim zdążył przełknąć, w trakcie odstawiania kubka na stolik, trącił przedramieniem widelczyk i wybił klejący kawałek sernika w sam środek swojego kremowego swetra.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: pt lip 03, 2026 1:47 pm
autor: Lian Mei
W zamyśleniu przeciągnął palcami wzdłuż czarnych, na wpół rozpuszczonych włosach uciekających wciąż z luźnego oplotu gumki. Odpowiedź na potencjalnie problematyczną kwestię przyszła do niego sama, i to zaskakująco łatwo gdy przestał zmuszać się do znalezienia lepszej, dyplomatycznej, brzmiącej bardziej logicznie albo przynajmniej takiej, która wpasowałaby się elegancko w filozoficzny nurt, nawet jeżeli podjęty nie do końca na serio.
一 Lubię każde twoje ja, nawet te które utknęły gdzieś po drodze.
Bo jak dotąd sam również naliczył ich kilka, choć zapewne sam Moore nie do końca był tego świadom.
Nie do końca lubił przyznawać się do tego przed samym sobą, ale wciąż czasami rozmyślał o incydencie sprzed kilku miesięcy, kiedy tracący co raz równowagę Daniel chwytał się jego dłoni, łokcia, rękawów i ramion jak ostatniej deski ratunku, mamrocząc uparcie litanie przeprosin. Zwłaszcza wtedy, gdy wciśnięty pomiędzy jego bark a okno w wyludnionym metrze o drugiej w nocy, ze spierzchniętymi ustami łapiącymi łapczywie powietrze jakby miało go zabraknąć i nieostrym, błądzącym wokół spojrzeniem oraz ocieplającymi twarz pijackimi wypiekami usiłował ponownie zakorzenić się w czasie i przestrzeni. Ten Daniel był widokiem szczególnie trudnym do zapomnienia.
一 Na żywo 一 powtórzył za nim po cichu, zawieszając znacząco głos czym niejako dawał mu do zrozumienia, że odkrył stojące za tym wstydliwie zaznajomienie z wersjami cyfrowymi. Jego wąskie wargi złożyły się w łagodny, choć nieco zezłośliwiony uśmiech podciągnięty satysfakcją z odkrycia czegoś, co Moore być może wolał zostawić dla siebie. 一 Przyjdź do mnie kiedyś wieczorem.
Pomimo że propozycja dotyczyła proszonego kameralnego koncertu, dawała się interpretować na sposób dowolny i Lian pozostawiał mu pod tym względem pełną swobodę. Jeżeli naprawdę chciał po prostu usłyszeć go bez filtra szklanego ekranu - mógł zagrać dla niego czego tylko by sobie zażyczył. Jeżeli chciał spędzić z nim czas - każda inna metoda byłaby akceptowalna, a Lian zapewne byłby bardziej niż chętny aby wyjść jego prośbom naprzeciw.
Dyskomfort szarpnął go w okolicach żołądka, rozpoznał w nim jednak coś na kształt wyrzutu sumienia; nie potrafił wykreślić swojego obrazu bez zdolności odnajdywania właściwych dźwięków na klawiszach fortepianu czy pianina, nie umiał z taką łatwością zobaczyć czegoś, co z zupełnie niejasnych dla niego powodów dostrzegał Moore. Wykiełkował w nim jednak zalążek nadziei, że jest to coś czego można się było nauczyć, więc nie przekreślał z góry całej wizji bez względu na to jak bardzo abstrakcyjna wydawała mu się w tej chwili.
Z opóźnieniem odkrył, że na jego dłoni spoczęła inna, lżejsza i znacznie cieplejsza, więc zaczepił ją własnym kciukiem.
Z ulgą przyjął temat, który dla odmiany nie wiązał się z tak ciężkim ładunkiem emocjonalnym, przynajmniej dopóki Daniel nie indagował zanadto i trzymał się połowiczne konwencji żartu.
一 Naprawdę nie przepadam 一 podtrzymał twardo, aczkolwiek jego spojrzenie kierowane często i chętnie w stronę Moore'a pozbawione było tej kategoryczności. Łagodniało. 一 Właściwie to nie do końca jest trawa, ale nie pamiętam dokładnej nazwy tej rośliny. Twoja kosiarka pewnie by doceniła, wychodzi na to, że jestem profanem i... 一 Reszta tłumaczenia rozpłynęła się w ciszy, która zalęgła się nad stolikiem zaraz po fenomenalnym locie porcji sernika z widelca na sweter, której Lian przyglądał się przez moment z wciąż uchylonymi od niedokończonego zdania wargami. Zamknął je dopiero gdy na jego twarzy pojawił się grymas parodii zrozumienia i współczucia, mimo to sięgnął po serwetkę i skupił się na usunięciu ciasta by ocalić resztę kremowego puloweru, ale w pozornie uporządkowany i zgodny ruch dłoni pracjących nad sernikiem wkradało się zawahanie.
Nie przypominał sobie kiedy ostatnio jadł z kimś, kto do posiłku nie podchodziłby zadaniowo, będąc w stanie czerpać z tego przyjemność i nie generować dramatu nad każdą przypadkową plamką. Swoboda Moore'a była odświeżająca i po raz kolejny tego dnia Lian pozwolił sobie na odrobinę optymizmu; może naprawdę można się tego było nauczyć?
一 Podziwiam wielozadaniowość ale oszczędź sweter, to chyba kaszmir. Nie przeszło pod spód? Pokaż.
Pytanie nie padło - Mei widocznie w ogóle nie przewidział potrzeby by je zadać, zamiast tego odłożył na brzeg talerza chusteczkę z zawiniętym większym kawałkiem sernika i powiódł obie dłonie w stronę dolnej krawędzi swetra spoczywającej dotąd płasko na udach Daniela. Ciepło mieszkające pomiędzy wełną a cienką koszulką niemal parzyło go w ręce kiedy w ciszy podwijał pulower tak, aby nie powiększyć plamy. Przeciągnął mu go przez głowę i rozłożył sobie na kolanach wstępnie egzaminując szkody i oceniając uporczywość plamy. Pomiędzy jego brwiami wyrosła nawet pozioma, drobna zmarszczka.
一 Ogarnę ci to w domu, przy okazji zrobię coś z tymi zmechaceniami przy rękawach. Nie gryzie cię metka? Mogę ją wyciąć. 一 Obrócił głowę gwałtownie, gdy na próbę testował sprężystość splotów by określić ich kondycję i odrobinę rozciągał sweter w dłoniach. Pod rzęsami, tam gdzie zwykle prym wiodło dostrzegalne zmęczenie i mgliło nim źrenicę, pojawił się bardzo ludzki i nieoczekiwany entuzjazm zdradzając przy okazji bezczelnie jedno z jego małych, wstydliwych upodobań: Lian uwielbiał opiekować się ubraniami, począwszy od kluczowych decyzji związanych z praniem na drobnych poprawkach i przeróbkach kończąc. Jego związek z kolekcją ulubionych ubrań miał wręcz rodzicielską naturę, a ponieważ Daniel został również wchłonięty jako nowa część domostwa, jego swetry, dresy i nawet skarpetki pozbawione pary automatycznie stały się kolejnym oczkiem w głowie.
Po oczyszczeniu z grubsza tego, co dało się wyplątać spomiędzy splotów wełny Lian krytycznie przyjrzał się podsychającej plamie i niemal pieszczotliwie przebiegł opuszkami wzdłuż ładnie opracowanego dekoltu. A potem, orientując się, że spędził nad swetrem zbyt dużo czasu by uznać to za normalne, Lian odkaszlnął, pokręcił lekko głową i oddał mu go z powrotem, choć chyba niechętnie.
一 Ale mógł być czarny 一 skomentował na koniec, czując silną potrzebę aby przyczepić się do czegoś choćby tylko dla zasady.
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: pt lip 03, 2026 6:13 pm
autor: Daniel Moore
Hipotetyczne założenia, kierowane personalnymi przekonaniami przemyślenia i analizy zamkniętej na trzy spusty części umysłu Daniela urwały się nagle, niespodziewanie wywiane przez wyznanie, które w tym momencie już naprawdę nie powinno być aż tak szokujące. Lian aktualnie spędzał z nim czas z własnej nieprzymuszonej woli, zaledwie chwilę wcześniej zainicjował zdarzenie, które miało zostać z licealistą na długie lata pod łatką pierwszego pocałunku i nie wydawało się jakby zamierzał pożałować i wyciąć go ze swojego życia, a jednak usłyszenie wprost tak pełnej akceptacji jego osoby odcinało się od wszystkiego co znał. Gdyby po drodze nie zdążył się już kilka razy uszczypnąć, zapewne założyłby, że wciąż śni.
Zakłopotany acz szczęśliwy uśmiech wyrósł na jego twarzy w ramach odpowiedzi, podkreślony wstydliwym rumieńcem i pochyleniem głowy by rozprawić się z falą emocji w pozornej prywatności zanim zacząłby niekontrolowanie piszczeć jak zbyt rozentuzjazmowana nastolatka.
Podkreślenie charakteru wyproszonego przedstawienia zostało potwierdzone krótkim pomrukiem, a wyraźne rozpoznanie drugiego dna przez Liana nie pomogło z ochładzaniem temperatury policzków Moore'a.
- Tak, bo... - zaczął i zatrzymał się z rozchylonymi wargami na krótką sekundę, podczas której zdecydował się nie kręcić wkoło tematu. I tak już wiedział. - Byłem ciekaw - dokończył myśl, czując potrzebę chociaż odrobinę się przed nim wytłumaczyć. Po niefortunnym przyłapaniu podczas sporadycznego zerkania na mężczyznę po drugiej stronie płotu zanim oficjalnie się poznali ostatnie czego chciał to umocnienie swojej łatki prześladowcy, niemniej nie zamierzał udawać, że nie wie o nim nic ponad to czego doświadczył z pierwszej ręki. Kłamanie wychodziło mu jeszcze gorzej niż znoszenie zażenowania. Oferta spotkania w domu muzyka została przyjęta wesołym pokiwaniem głową, a wszelkie podwójne znaczenia czy możliwości wykraczające poza pianino przeleciały wysoko ponad danielową głową. Byli umówieni, nie było do końca jasne na kiedy, ale to mu starczało.
Naprawdę, szczerze starał się słuchać wyjaśnień dotyczących galaretki z trawy, która ze wszystkich wymienionych potraw zaciekawiła go najbardziej, jednak katapultowany sernik był niemożliwy go zignorowania. Nagła cisza zalegająca nad stolikiem przeciągnęła się aż do momentu, gdy Daniel nie wytrzymał i parsknął słabo tłumionym śmiechem.
- Wybacz, to... To tak samo - rzucił i zacisnął wargi, chociaż już za chwilę ponownie rozciągnął je rozbawiony uśmiech i z gardła wyrwał mu się niekontrolowany chichot. - Przynajmniej nie trafiłem w ciebie - dodał w ramach optymistycznego obrotu sytuacji między atakami śmiechu, kompletnie nie przejmując się stanem swojego swetra. Podniósł dłoń w celu strzepania kawałka puszystego sernika przyklejonego do materiału warstwą polewy, wyprzedzony przez chusteczkę w ręce Liana zanim zdążył wypaskudzić sobie palce. Patrzył w dół na sprawnie zgarniany bałagan, wciągając nosem głębsze oddechy by przestać się śmiać, chociaż jego klatka piersiowa raz na jakiś czas podskakiwała w nieregularnym spięciu, gdy przed oczami ponownie stawał mu latający deser.
- Huh? A, nie wiem - przyznał na pytanie o dalsze szkody i złapał sweter tuż nad plamą w dwa palce by testowo odciągnąć go od dolnej warstwy ubrań i zerknąć pod spód. Tym razem także okazało się, że obaj mieli własne plany na uporanie się z problemem i w następnej chwili Moore drgnął gwałtownie na dotyk dłoni wpraszających się na jego boki. Podniósł szeroko otwarte oczy na twarz mężczyzny i instynktownie sięgnął w dół by zahamować jego ręce w miejscu, zanim zdążyłyby wnieść materiał zbyt wysoko, jednak zatrzymał się w połowie ruchu, gdy jego umysł dogonił za sytuacją. Palce drgnęły nerwowo w powietrzu kilka centymetrów nad biodrami, gdzie spod swetra zaczął wynurzać się materiał jasnoróżowego t-shirtu, po czym powoli wniosły się w górę w usłużnym geście akceptacji planu Liana by wydostać się z warstwy wierzchniej. Z przekrzywionymi okularami i wzburzonymi lokami objął samego siebie, chwytając się ponad łokciami jakby próbował własnymi dłońmi schować odkrytą skórę, nagle czując się dziwnie obnażony. Odwrócił swoją uwagę wbijając wzrok w dłonie Mei'a pracujące nad plamką, która zostałaby całkowicie zignorowana i szybko zapomniana, jakby Daniel znajdował się tam sam. Zagryzł wargę i chwilę pomęczył ją w zębach, walcząc z chęcią sięgnięcia po sweter by ponownie się w nim zakopać.
- Właściwie nie zwróciłem uwagi - przyznał w kwestii metki, jako że jej obecność nie robiła mu większej różnicy. Pomagała mu wyłącznie odróżnić tył od przodu, chociaż czasem nawet to mu nie wychodziło. - I nie trzeba, to tylko trochę karmelu. Wypierze się - machnął ręką, nie do końca pojmując powagę z jaką podchodził do sytuacji Lian. - I co jest nie tak z rękawami? - mruknął zdezorientowany, zerkając na wspomniany element swetra i nie widząc tam żadnej nietypowej zmiany na materiale. Poza kulkami i rozciągniętymi splotami był przyzwyczajony także do wyskubanych mankietów, które zwykł mielić w palcach. - Większość tak wygląda.
Komentarz na temat koloru swetra wyrwał z niego rozbawione prychnięcie śmiechem, dające radę przykryć westchnienie ulgi na odzyskanie swojej personalnej tarczy przed resztą świata.
- Nie mam czarnych swetrów - wyznał, zwijając materiał w rulonik i przytulając go do brzucha, tuż pod ostatnim rzędem nadrukowanej na koszulce tablicy Mendelejewa. - Owszem, da się tak - dodał, zanim ten zdążyłby wyrazić zaskoczenie tym stanem rzeczy ze względu na zawartość własnej szafy.
- Dziękuję - rzucił w końcu, przesuwając palcami po miejscu katastrofy, które dałby radę przegapić, gdyby personalnie jej nie wywołał. - To się jeszcze może powtórzyć - ostrzegł z lekkim uśmiechem, przesuwając dłonią w górę i w dół odkrytego przedramienia jakby walczył z zimnem, pomimo wcześniejszego gotowania się w tak wielu warstwach wewnątrz rozgrzanego pomieszczenia. - Znasz się na swetrach? To już... Mam wrażenie, że już raz mówiłeś mi z czego zrobiony jest mój - zauważył, podnosząc kubek z czekoladą obiema dłońmi i kuląc się z nim wkoło zwiniętego swetra.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: pt lip 03, 2026 10:08 pm
autor: Lian Mei
Mapując każdy centymetr swetra jaki wpadł mu w ręce Lian snuł powoli plany wobec wszystkich powyciąganych nitek i przetarć, na jakie zaradzić mógł dobry płyn do zmiękczania tkanin. Przy odrobinie szczęścia i uczucia dałoby się nawet radę odświeżyć wyskubany fragment rękawa, który przyuważył chwilę przed tym jak pozwolił Danielowi odzyskać swoją wełnianą tarczę. Jedynie westchnął cicho jak niezrozumiana, ale pogodzona z losem nastolatka, pewna że i tak zrobi po swojemu.
一 Oddaj mi go na jeden wieczór 一 zażądał gdy Moore wynurzał głowę spod swetra. 一 Będzie prawie jak nowy, spodoba ci się.
Nie zapowiadało się aby miał szybko zapomnieć - o ile w ogóle - i raczej należało się spodziewać, że jeszcze przed końcem spotkania upomni się identyczną prośbą przynajmniej raz. To w jaki sposób zerkał na miejsce w którym chwilę wcześniej sernik stawał się jednością z wełną sprawiało, że ciężko było mieć wątpliwości.
Kiedy Daniel ponownie zainteresował się swoim kubkiem Lian również sięgnął po filiżankę. Kawa zdążyła ostygnąć, w przeciwieństwie do jego entuzjazmu wobec wizji spędzenia nocy ze swetrem w rękach.
一 Lubię dobre jakościowo tkaniny. Potrafię rozpoznać podróbę, wiem kiedy w składzie pojawiają się jakieś sztuczne domieszki i personalnie przyzwyczajam się do tego w czym chodzę. Ty nie? 一 zapytał znad swojej filiżanki ociągając się z łykiem. Przymierzał się do niego przez chwilę, myślami jednak znajdując się gdzieś indziej, aczkolwiek wciąż w temacie odzieżowym. Jego własna szafa ograniczała się do dość jednolitej palety, ale horyzont poszerzył mu się w momencie w którym zdał sobie sprawę, że z sympatią Daniela do koloru mógł teraz dorzucać do zamówień to, czego sam nigdy by nie założył a w jakiś sposób go interesowało.
Przez krótką chwilę milczał ze wzrokiem nieruchomo utkwionym w jeden z niefrasobliwie sterczących loczków Moore'a, aż wreszcie podjął jakąś wiążącą decyzję i popił ją kawą.
一 Jeżeli kupię ci koc... bluzę? Koc w wariancie bluzy z kapturem w kształcie meduzy, bo na stronie widziałem że je tu mają, to czysto teoretycznie - długo musiałbym cię przekonywać żebyś go nosił?
Pytanie zostało zadane śmiertelnie poważnie i być może stąd wybrzmiało tak absurdalnie, mimo że sam Lian zdawał się tego problemu nie zauważać. Co więcej, ewidentnie spodziewał się jasnej odpowiedzi, bo obserwował Daniela jak ćmę przytwierdzoną do poduszeczki szpilką, w każdej zmarszczce i drgnięciu powieki dopatrując się sygnałów. Jak na kogoś, kto szczególnie lubował się w reagowaniu na świat za pomocą ironii i komunikował tak kąśliwie jak upośledzona na serdeczności żmija, Lian zdawał się mieć osobliwą słabość do projektowania wymykających się jego image'owi wizji na podatne otoczenie. Przebrany za meduzę wyglądałby jak idiota. Przebierając za meduzę Daniela mógł się przynajmniej nazwać pomysłowym partnerem i czerpać satysfakcję z drugiej ręki.
Kolanem stuknął go pod stolikiem zachęcająco, przychylił się nawet do niego spychając kawałek dalej, przy okazji badając jak bardzo uległy wobec jego zachcianek mógł stać się Moore przy odrobinie zachęty.
一 Miałbym nową tapetę na telefonie 一 wykładał potencjalne zalety tego rozwiązania, teraz już całkiem bezczelnie układając mu brodę na ramieniu i oddychając prosto w policzek. 一 Patrzyłbym na nią codziennie i zachwycałbym się twoim wdziękiem i elegancją.
Z wstążkami w roli parzydełek zwisającymi wokół kaptura, co paradoksalnie przemawiało do niego tym bardziej im dłużej o tym myślał. Jego spojrzenie padło na kącik ust Moore'a, w którym udało mu się przyłapać plamkę z czekolady, a chociaż zadeklarował swoją niechęć wyraźnie i wprost, i tak chwycił go palcami za brodę. Zanim Daniel połapałby się co strzeliło mu do głowy i spróbował wykręcić, Lian wyciągnął szyję i liznął go płasko zupełnie bez wstydu czy refleksji.
一 Nie lubię czekolady, ale w ten sposób? Może?
I szlag trafił całe incognito, bo Mei wyraźnie nie potrafił albo nie chciał upilnować ani rąk ani siebie.
Sklep z pamiątkami był ostatnim punktem na ich liście zwiedzania i odkąd odkrył zupełnie nową możliwość rozpaskudzania Daniela do nieprzyzwoitości (a zarazem siebie, bo czerpał dziką satysfakcję z podtykania mu pod nos wszystkiego co wpadło mu w oko) nie potrafił odpuścić mu koco-bluzy stylizowanej na meduzę. Znalazł je na wieszakach za siecią rybacką wypakowaną pluszowymi rekinami.
一 Mają z tuzin odcieni fioletu. Lubisz fiolet? 一 rzucił przez ramię, szukając wzrokiem spacerującego po sklepie na własną rękę Moore'a. 一 Ah, są i różowe. W różowym też... hej. Hej. Poważnie? Podejdź no tu, patrz co znalazłem.
Pod rzędem meduz zupełnym przypadkiem dokopał się do ostatniej sztuki obszernego, pluszowego ponczo, które pozornie nie wyróżniało się na tle bardziej kolorowych ze wstążkami. Z tym, że gdy Lian zdjął je z wieszaka i przyjrzał się bliżej odkrył, że z tyłu ciągnął się ogon z miękkim niby-kolcem jadowym płaszczki nad jaką rozpływał się Daniel pod jednym ze zbiorników.
一 Czy to nie jest ten twój orleń pasiasty? 一 zagadnął kiedy Moore dołączył do niego chwilę później, wyłaniając się zza zasłony z cekinów imitujących rybie łuski.
Daniel Moore
When you smile I melt inside
: sob lip 04, 2026 1:46 am
autor: Daniel Moore
Tymczasowo stawiając na opcję przemilczenia prośby przenocowania pobrudzonego swetra, Daniel utkwił w mężczyźnie zaciekawione spojrzenie i schował uśmiech za rantem na wpół opróżnionego kubka. Pierwszy raz spotkał się z takim entuzjazmem na punkcie elementu garderoby, zwłaszcza własnego, a chęć doprowadzenia go do porządku przyjął za ofertę wypowiedzianą przynajmniej pół żartem.
Doskonale pamiętał miękkość dresu, jaki znalazł na sobie podczas niezaprzeczalnie najgorszej pobudki w swoim życiu, podobnie z szalikiem, który aktualnie wylegiwał się w rękawie upchniętego za jego plecami płaszcza, stąd werbalne przyznanie sympatii względem lepszej jakości odzieży było wyłącznie potwierdzeniem tego, co byłby w stanie wywnioskować sam.
- Mam ulubione ciuchy - zgodził się z kwestią przyzwyczajeń, stanowiącą jedyny wspólny element w ich podejściu do ubrań. - I... no, to tyle. Wiem, że poliester jest zły - zaoferował skrawek informacji, który w jego wypadku był tą większą częścią jego wiedzy. Potrafił opisać proces tworzenia włókien syntetycznych krok po kroku i to starczyło by wolał ich unikać, jednocześnie kupując nowe ubrania rzadko kiedy przychodziło mu do głowy by spojrzeć na skład.
- To... zależy - odpowiedział powoli, spoglądając na Liana podejrzliwie. Sama kocobluza nie byłaby niczym nowym, posiadał w szafie przynajmniej dwie, w tym jedną brązową z uszami niedźwiadka, jednak sposób w jaki mężczyzna przedstawił swoją propozycję sugerował mu, że meduza mogła nie być tak neutralnym motywem. Przełknął ślinę, odchylając głowę by dostosować się do niespodziewanej bliskości z nadzieją, że bicie jego serca nie jest aż tak słyszalne jak mu się wydawało. Z płonącymi policzkami oparł palce na bicepsie Mei'a mając niejasne wrażenie, że powinien w tym momencie utrzymać go na dystans, chociaż zdążył zapomnieć dlaczego. Bluza... Meduza... Miał nie zgadzać się na to od ręki, a powód został przyćmiony przez ciepły oddech na policzku, ciągnący powieki licealisty w dół. Zacisnął mocniej palce, wstrzymał oddech i... wspomnienie o tapecie momentalnie przypomniało mu o czym tak właściwie rozmawiali. Wypuścił bezdźwięczny śmiech, wiercąc się w miejscu jakby nagle kanapa stała się niewygodna.
- Z m-meduzą na głowie? - wytknął cicho z wyraźnym powątpiewaniem, jako że tego elementu zabrakło w pełnym wdzięku opisie. Sugestia ustawienia go na tapetę nawet nie została przyjęta do wiadomości, było to na tyle abstrakcyjne by Moore prześlizgnął się nad tym jak nad oczywistym żartem z rzędu wydrukowania sobie jego zdjęcia by powiesić je na lodówce. Wszelkie dalsze protesty rozpuściły się razem z drobinkami czekolady z kącika ust Daniela, zaskoczony oddech uwiązł mu w gardle i chociaż przed opuszczeniem ich małej prywatnej sali sam wyszedł z prośbą o trzymanie się w granicach rozsądku, jeszcze zanim Lian skończył zdanie przekręcał głowę by domagać się zwrotu skradzionej własności.
Pocierając rozpalony policzek naciągniętym na dłoń rękawem zniknął między regałami zaraz za progiem wypełnionego błękitami i szarościami sklepu z pamiątkami. Cały czas trzymał Liana w zasięgu wzroku, co ten zdecydowanie ułatwiał górując zarówno nad regałami jak i większością innych klientów, ciągnięty coraz głębiej między półki przez intensywne kolory i urokliwe zwierzątka morskie. Zatrzymywał się co dwa kroki, wynajdując nowe, puszyste breloczki i maskotki wielkości pięciolatka, chociaż dopiero gdy odkrył ciekawostki o florze i faunie nadrukowane na metkach zabawek został prawdziwie porwany w morską toń. Z drobnego transu wyłowił go głos Mei'a, przez który porzucił aktualnie przeglądany regał i na odchodne zanotował sobie w głowie by wrócić tam przed wyjściem.
- Lubię oba, bardziej fiolet. Wiedziałeś, że koniki morskie mogą mieć w miocie nawet do dwóch tysięcy młodych? - rzucił na powitanie po chwilowej rozłące i podniósł na wysokość twarzy kieszonkowego, pluszowego konika morskiego zanim podążył spojrzeniem do trzymanego przez mężczyznę koca. Otworzył szerzej oczy z rozjaśniającą się radośnie twarzą, opuszczając dłoń wzdłuż ciała na widok dużo wyższego priorytetu niż trzymany pławikonik. Pomimo minie sugerującej, że przez głowę przepływały mu tysiące wyrazów zachwytu na sekundę, przez chwilę postał w miejscu w milczeniu i podniósł wzrok na Liana.
- Będę nosił meduzę, jeśli ty założysz orlenia - zaoferował zdecydowanym tonem, nawet nie sprawdzając jak tak właściwie wyglądała bluza, która została dla niego wybrana jeszcze zanim dowiedział się o wizycie w oceanarium. Kącik ust Daniela drgnął na samą myśl o spędzeniu wieczora na kanapie w puchatych przebraniach płaszczki i parzydełkowca, a stanowcze spojrzenie zapewniało, że nie zamierzał zrezygnować z tej szansy bez walki.
Lian Mei
When you smile I melt inside
: sob lip 04, 2026 12:27 pm
autor: Lian Mei
Udało im się umknąć z kawiarni zanim zasłodziliby pozostałych gości do imentu, choć znajdujący się obecnie w stanie łagodnego upojenia swoim zauroczeniem Lian miał wrażenie, że gdziekolwiek by nie poszli, sytuacja miałaby się tak samo. Podejrzewał, że musiał to być ten początkowy etap fascynacji w nowej relacji, którego dotąd nie doświadczył więc w wieku dwudziestu czterech lat przeżywał go wewnętrznie jak nastolatek. Wodząc wzrokiem za Moorem jakby te wymagał specjalnej asysty z zażenowaniem łapał się na tym, że mimowolnie odliczał czas do końca spotkania i żałował, choć przecież wciąż miał go na wyciągnięcie ręki. Właściwie to miał go na komfortowy dystans kilkunastu metrów niemal w każdej chwili, więc momentami frustracja brała górę i rozeźlony, że z taką łatwością przychodziło mu tracić głowę - odwracał spojrzenie, dłonie upychał głęboko w kieszeniach i prostował plecy jakby ktoś zdzielił go w nie gazetą.
Nowinka o konikach morskich wybiła go z tematu dość, by na parę sekund zapomniał o orleniu i wykręcił głowę w jego kierunku.
一 Do dwóch tysięcy? W sensie, są żyworodne czy to drugie? 一 Nie wiedział dlaczego miało to w tym momencie znaczenie, może po prostu chciał uczestniczyć w temacie. Duże ciemne oczy spoglądające na niego znad pluszowego konika morskiego znacząco spowolniły jego proces myślenia, więc Lian na moment zapomniał po co go przed chwilą zawołał.
Gdyby Daniel był mniej uważny pewnie spędziliby kolejnych kilka minut w niezręczności, próbując przypomnieć sobie jaki był cel i rozpraszając znów po sklepie, tymczasem wypatrzony w jego rękach orleń odświeżył mu pamięć.
一 Pomyślałem... co? 一 prychnął przydechowo, pomiędzy śmiechem a oburzeniem. Przez parę sekund intensywnie sondował jego twarz upatrując na niej jakichkolwiek oznak sugerujących żart, ale z rozczarowaniem pojął, że Daniel wyszedł z tą propozycją całkiem poważnie. 一 Nie ma opcji. Słuchaj, dostaniesz meduzę i orlenia, możesz w nich chodzić na zmianę, okay?
Nie do końca było to pytanie, Lian wydawał się już podjąć tę decyzję i jedynym czego oczekiwał była aprobata. Z przewieszonymi przez ramię bluzo-kocami wyminął Daniela bokiem zanim stałby się kreatywny i zaczął szukać sposobów, po czym udając, że niezwykle zafascynowały go długopisy z rawkami oddalił się w stronę kas.
[KONIEC]
Daniel Moore