let me make you coffee tonight
: śr mar 25, 2026 12:09 pm
W jakiś sposób było jej go żal. Nie tak jak żałuje się ludzi niewinnych, bez skazy, niesłusznie wplątanych w cudze historie. Daniel Rinaldi nie był czysty, jego kartoteka mówiła sama za siebie i Margo znała ją niemal na pamięć. Wiedziała, że podejmował złe decyzje, że szedł na skróty, że wielokrotnie wybierał wygodniejsze rozwiązania zamiast właściwych. Rhys miał rację, mogliby docisnąć go dokładnie w tych miejscach, które bolały najmocniej, ale nie chciała tego robić.
Stojąc teraz naprzeciwko niego, nie widziała przestępcy - widziała człowieka, który znalazł się w złym miejscu i w najgorszym możliwym czasie. Kogoś kto nie miał narzędzi, żeby się bronić, kiedy trafił na ludzi, dla których jego życie, i życie jego bliskich, było jedynie środkiem do celu. Nie pochwalała tego, co zrobił - wycofanie zeznań, milczenie, zgoda na to, by pomóc im zamieść wszystko pod dywan, to były decyzje, które miały konsekwencje, ale rozumiała skąd się wzięły.
Można było kochać kogoś tak bardzo, by dla jego bezpieczeństwa zrobić rzeczy, których nigdy wcześniej nie brało się pod uwagę. Mogła sobie to wyobrazić aż nazbyt wyraźnie i może właśnie dlatego nie potrafiła spojrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat błędów.
Problem polegał na tym, że został z tym wszystkim sam i że ktoś bardzo skutecznie wmówił mu, że nie miał innego wyboru.
Jej spojrzenie na moment powędrowało w stronę Rhysa. Obserwowała go uważnie - sposób w jaki się poruszał, jak mówił, jak zmieniała się jego twarz i jego głos. Był inny, drastycznie inny od mężczyzny, który jeszcze kilka godzin temu stał przy kuchence, robiąc jej śniadanie, od tego, który obejmował ją w nocy i szeptał rzeczy, których nie była w stanie wyrzucić z głowy.
Teraz był kimś zupełnie innym.
Przez ułamek sekundy przemknęła jej przez myśl świadomość, że potrafił nakładać tę maskę z niepokojącą łatwością; przełączał się między tymi wersjami siebie bez zawahania, jakby obie były tak samo prawdziwe.
Cofnęła się o pół kroku, pozwalając mu mówić i przejąć inicjatywę. Ich metody nie mogły się różnić bardziej, a jednak właśnie to sprawiało, że byli skuteczni. On naciskał, ona wiedziała, kiedy ten nacisk zdjąć. On był ogniem, który potrafił spalić wszystko na swojej drodze, ona pilnowała, by nie zamieniło się to w popiół zanim zdążą z niego coś wyciągnąć.
Ale kiedy padło słowo o jego córce, coś w niej drgnęło. Zobaczyła to od razu w sposobie w jaki ramiona Rinaldiego jeszcze bardziej się zapadły, spojrzenie uciekło, a całe jego ciało zareagowało instynktownie, cofając się przed kolejnym ciosem. Strach, który wcześniej był tylko obecny, teraz został wyciągnięty na powierzchnię.
To był moment, w którym przekroczona została granica.
Wyciągnęła rękę w stronę Rhysa, ten gest był szybki, instynktowny, mający go zatrzymać zanim powie coś jeszcze. Nie dotknęła go ostatecznie, zatrzymała się w pół ruchu, ale jej spojrzenie było twarde i nie pozostawiało miejsca na dalszy nacisk. - Twoja rodzina jest powodem, dla którego tu jesteś - odezwała się bardzo spokojnie. - I dokładnie dlatego jesteśmy tutaj my - zrobiła niewielki krok bliżej, ale nadal zostawiając mu przestrzeń. - Możemy je ukryć - powtórzyła w końcu bez zawahania. - W miejscu do którego nikt nie dotrze. Ani Carbone, ani Bianchi, ani nikt z ich ludzi. Zajmę się tym osobiście - to nie była czcza obietnica rzucona lekko, tylko zobowiązanie.
- Ale nie zrobię tego, jeśli nie dasz mi powodu, żebym dla ciebie zaryzykowała - dodała ciszej. - Jeśli dalej będziesz milczał, oni i tak cię nie zostawią. A my nie będziemy mogli nic zrobić - Rinaldi oddychał ciężko, nerwowo, jego dłonie zaciskały się i rozluźniały bezwiednie. Przeklął pod nosem, odwracając na moment wzrok, jakby próbował zebrać myśli, które rozpadały mu się w głowie. - Wy… wy nie rozumiecie - rzucił w końcu, ale w jego głosie nie było już tej samej pewności. - Oni naprawdę mają ludzi wszędzie. Jeśli się dowiedzą… - zawahał się.
Spojrzał najpierw na nią, potem na Rhysa, próbując zdecydować komu z nich bardziej nie ufa. - Może… - urwał, przecierając twarz dłonią. - Może coś mam - te słowa padły ciężko, jakby kosztowały go więcej niż powinny. - Ale jeśli to wypłynie… - jego spojrzenie zatrzymało się na Margo, ostre i ostrzegawcze, choć podszyte strachem. - Jeśli coś pójdzie nie tak, to nie ja zapłacę pierwszy - groźba nie była skierowana w ich stronę.
Była desperacką próbą upewnienia się, że tym razem ktoś naprawdę dotrzyma słowa.
Rhys Madden
Stojąc teraz naprzeciwko niego, nie widziała przestępcy - widziała człowieka, który znalazł się w złym miejscu i w najgorszym możliwym czasie. Kogoś kto nie miał narzędzi, żeby się bronić, kiedy trafił na ludzi, dla których jego życie, i życie jego bliskich, było jedynie środkiem do celu. Nie pochwalała tego, co zrobił - wycofanie zeznań, milczenie, zgoda na to, by pomóc im zamieść wszystko pod dywan, to były decyzje, które miały konsekwencje, ale rozumiała skąd się wzięły.
Można było kochać kogoś tak bardzo, by dla jego bezpieczeństwa zrobić rzeczy, których nigdy wcześniej nie brało się pod uwagę. Mogła sobie to wyobrazić aż nazbyt wyraźnie i może właśnie dlatego nie potrafiła spojrzeć na niego wyłącznie przez pryzmat błędów.
Problem polegał na tym, że został z tym wszystkim sam i że ktoś bardzo skutecznie wmówił mu, że nie miał innego wyboru.
Jej spojrzenie na moment powędrowało w stronę Rhysa. Obserwowała go uważnie - sposób w jaki się poruszał, jak mówił, jak zmieniała się jego twarz i jego głos. Był inny, drastycznie inny od mężczyzny, który jeszcze kilka godzin temu stał przy kuchence, robiąc jej śniadanie, od tego, który obejmował ją w nocy i szeptał rzeczy, których nie była w stanie wyrzucić z głowy.
Teraz był kimś zupełnie innym.
Przez ułamek sekundy przemknęła jej przez myśl świadomość, że potrafił nakładać tę maskę z niepokojącą łatwością; przełączał się między tymi wersjami siebie bez zawahania, jakby obie były tak samo prawdziwe.
Cofnęła się o pół kroku, pozwalając mu mówić i przejąć inicjatywę. Ich metody nie mogły się różnić bardziej, a jednak właśnie to sprawiało, że byli skuteczni. On naciskał, ona wiedziała, kiedy ten nacisk zdjąć. On był ogniem, który potrafił spalić wszystko na swojej drodze, ona pilnowała, by nie zamieniło się to w popiół zanim zdążą z niego coś wyciągnąć.
Ale kiedy padło słowo o jego córce, coś w niej drgnęło. Zobaczyła to od razu w sposobie w jaki ramiona Rinaldiego jeszcze bardziej się zapadły, spojrzenie uciekło, a całe jego ciało zareagowało instynktownie, cofając się przed kolejnym ciosem. Strach, który wcześniej był tylko obecny, teraz został wyciągnięty na powierzchnię.
To był moment, w którym przekroczona została granica.
Wyciągnęła rękę w stronę Rhysa, ten gest był szybki, instynktowny, mający go zatrzymać zanim powie coś jeszcze. Nie dotknęła go ostatecznie, zatrzymała się w pół ruchu, ale jej spojrzenie było twarde i nie pozostawiało miejsca na dalszy nacisk. - Twoja rodzina jest powodem, dla którego tu jesteś - odezwała się bardzo spokojnie. - I dokładnie dlatego jesteśmy tutaj my - zrobiła niewielki krok bliżej, ale nadal zostawiając mu przestrzeń. - Możemy je ukryć - powtórzyła w końcu bez zawahania. - W miejscu do którego nikt nie dotrze. Ani Carbone, ani Bianchi, ani nikt z ich ludzi. Zajmę się tym osobiście - to nie była czcza obietnica rzucona lekko, tylko zobowiązanie.
- Ale nie zrobię tego, jeśli nie dasz mi powodu, żebym dla ciebie zaryzykowała - dodała ciszej. - Jeśli dalej będziesz milczał, oni i tak cię nie zostawią. A my nie będziemy mogli nic zrobić - Rinaldi oddychał ciężko, nerwowo, jego dłonie zaciskały się i rozluźniały bezwiednie. Przeklął pod nosem, odwracając na moment wzrok, jakby próbował zebrać myśli, które rozpadały mu się w głowie. - Wy… wy nie rozumiecie - rzucił w końcu, ale w jego głosie nie było już tej samej pewności. - Oni naprawdę mają ludzi wszędzie. Jeśli się dowiedzą… - zawahał się.
Spojrzał najpierw na nią, potem na Rhysa, próbując zdecydować komu z nich bardziej nie ufa. - Może… - urwał, przecierając twarz dłonią. - Może coś mam - te słowa padły ciężko, jakby kosztowały go więcej niż powinny. - Ale jeśli to wypłynie… - jego spojrzenie zatrzymało się na Margo, ostre i ostrzegawcze, choć podszyte strachem. - Jeśli coś pójdzie nie tak, to nie ja zapłacę pierwszy - groźba nie była skierowana w ich stronę.
Była desperacką próbą upewnienia się, że tym razem ktoś naprawdę dotrzyma słowa.
Rhys Madden