Jeźdźcy Apokalipsy
: pn mar 23, 2026 11:00 pm
Sergio trudno się patrzyło na załamanego Santiago, mówiącego o swoich myślach samobójczych. Był zdania, że ten facet zdecydowanie potrzebuje pomocy psychologicznej, a w tej sytuacji - również psychiatrycznej, skoro miał takie myśli. One nie mogły wynikać tylko z faktu, że Salazar mu nawrzucał, bo choć owszem, to były bardzo, bardzo mocne słowa, to one same w sobie nie byłyby w stanie wywołać aż takiej reakcji, musiały wynikać z czegoś znacznie głębszego; jednak Sergio nie zamierzał tego omawiać tu i teraz. Nie był do tego ani upoważniony, ani nawet uprawniony, bo nie mógł prowadzić terapii kogoś mu bliskiego. Nie podjąłby się tego. Wystraszył się jednak o Tiago i zastanawiał się gorączkowo, jak mu pomóc - jak zmusić go do pomocy samemu sobie, skoro de la Serna nie chciał pójść do psychologa, a ewidentnie miał ogromne problemy ze sobą.
Nie komentował jednak jego słów, czekając, aż mężczyźni wyjaśnią wszystko między sobą i zamierzając wkroczyć, gdyby któryś znów zamierzał powiedzieć za dużo. Nie wyglądało na to jednak - o dziwo (i naprawdę go to zaskoczyło!) wszyscy zastosowali się do tego, żeby mówić o sobie, swoich emocjach i nie wyrzucać jednocześnie "a bo ty, to jesteś taki i taki, bo ty, to mi ciągle". Był z nich dumny.
Odetchnął nieco, kiedy sytuacja zdawała się łagodzić i zmierzać ku lepszemu. Zdaje się, że po raz drugi atmosfera została oczyszczona i teraz chyba nareszcie wszyscy mogli normalnie porozmawiać jak dorośli ludzie. Był przekonany, że nie wszystko zostało tu powiedziane, że wciąż są pewne rzeczy do wyjaśnienia, ale może lepiej, żeby już to pozostało do omówienia między konkretnymi osobami, niekoniecznie w całym tym rodzinnym gronie.
Uśmiechnął się rozczulony, kiedy jego mąż wziął małego Tiago na kolana - wyglądał z nim naprawdę uroczo. Chwilę później zmrużył "ostrzegawczo" oczy, kiedy Santiago puścił mu oczko: domyślił się, że może mu chodzić o to, że zamierza wciągnąć Salazara w ten cały plan albo - przynajmniej że Sal sam się w niego wciągnie. Pamiętał jeszcze, że mężczyzna mówił, że za tym tęskni, że to kochał.
- Hm... - zastanowił się nad pytaniem Alvaro - Nie jestem jeszcze pewien. Przyjąłem to do wiadomości i... z jednej strony chyba zaakceptowałem, a z drugiej boję się o niego. Ale nie będę go przecież trzymał na uwięzi.
Spojrzał na męża z lekkim, trochę smutnym, a trochę wystraszonym, ale życzliwym uśmiechem i położył dłoń na jego kolanie.
- Mam tylko nadzieję, że Salazar nie wpakuje się w żadne kłopoty przez tę swoją drugą... czy też trzecią, obok pływania i - mam nadzieję, mnie - miłość. Tylko jak będziecie to wszystko planować i realizować, a on będzie chciał wziąć w tym udział, to proszę, zróbcie wszystko, żeby on do mnie wrócił cały i zdrowy, dobrze?
Mówiąc to uświadomił sobie - chyba po raz pierwszy w pełni - że tak wcale nie musi być i że ma wielkie szczęście, że do tej pory jednak Sal zawsze wracał. I to go przeraziło: ta perspektywa, że kiedyś może nie wrócić.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna
Nie komentował jednak jego słów, czekając, aż mężczyźni wyjaśnią wszystko między sobą i zamierzając wkroczyć, gdyby któryś znów zamierzał powiedzieć za dużo. Nie wyglądało na to jednak - o dziwo (i naprawdę go to zaskoczyło!) wszyscy zastosowali się do tego, żeby mówić o sobie, swoich emocjach i nie wyrzucać jednocześnie "a bo ty, to jesteś taki i taki, bo ty, to mi ciągle". Był z nich dumny.
Odetchnął nieco, kiedy sytuacja zdawała się łagodzić i zmierzać ku lepszemu. Zdaje się, że po raz drugi atmosfera została oczyszczona i teraz chyba nareszcie wszyscy mogli normalnie porozmawiać jak dorośli ludzie. Był przekonany, że nie wszystko zostało tu powiedziane, że wciąż są pewne rzeczy do wyjaśnienia, ale może lepiej, żeby już to pozostało do omówienia między konkretnymi osobami, niekoniecznie w całym tym rodzinnym gronie.
Uśmiechnął się rozczulony, kiedy jego mąż wziął małego Tiago na kolana - wyglądał z nim naprawdę uroczo. Chwilę później zmrużył "ostrzegawczo" oczy, kiedy Santiago puścił mu oczko: domyślił się, że może mu chodzić o to, że zamierza wciągnąć Salazara w ten cały plan albo - przynajmniej że Sal sam się w niego wciągnie. Pamiętał jeszcze, że mężczyzna mówił, że za tym tęskni, że to kochał.
- Hm... - zastanowił się nad pytaniem Alvaro - Nie jestem jeszcze pewien. Przyjąłem to do wiadomości i... z jednej strony chyba zaakceptowałem, a z drugiej boję się o niego. Ale nie będę go przecież trzymał na uwięzi.
Spojrzał na męża z lekkim, trochę smutnym, a trochę wystraszonym, ale życzliwym uśmiechem i położył dłoń na jego kolanie.
- Mam tylko nadzieję, że Salazar nie wpakuje się w żadne kłopoty przez tę swoją drugą... czy też trzecią, obok pływania i - mam nadzieję, mnie - miłość. Tylko jak będziecie to wszystko planować i realizować, a on będzie chciał wziąć w tym udział, to proszę, zróbcie wszystko, żeby on do mnie wrócił cały i zdrowy, dobrze?
Mówiąc to uświadomił sobie - chyba po raz pierwszy w pełni - że tak wcale nie musi być i że ma wielkie szczęście, że do tej pory jednak Sal zawsze wracał. I to go przeraziło: ta perspektywa, że kiedyś może nie wrócić.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Santiago de la Serna