Navi potrafiła udawać. Całe życie przecież grała. Była świetną aktorką. Grała oddaną, wierną, kochającą żonę. Grała kogoś, kim nie była. Słabą, usłużną, poniżoną, grzeczną, wycofaną. Przybierała różne role. Nie miała problemu z tym, aby kłamać bez mrugnięcia okiem. Potrafiła być bardzo przekonująca, zwłaszcza, że na co dzień była też osobą, którą nigdy nikt by nie podejrzewał o cokolwiek złego i niezgodnego z prawem.
Teraz była przejętą żoną. Przerażoną i zdezorientowaną, że na ich weselu stała się taka tragedia. W końcu to miał być ich przepiękny, wymarzony dzień, a doszło do czegoś takiego. Tyle osób zostało zamordowanych… i nie wiadomo dlaczego. Oraz przez kogo.
Nie odzywała się, kiedy Giovanni przejął inicjatywę w rozmowie z funkcjonariuszami. Stała przy jego boku, przysłuchując się wszystkiemu. Temu, jak opowiada o jej uprowadzeniu, które miało miejsce ledwo kilka godzin temu. Chociaż jej mąż skutecznie zmył zapach i dotyk Subina z jej ciała, to czerwone ślady i siniaki wciąż zdobiły jej ciało. Więc gdy zostały one wspomniane, momentalnie poczuła na sobie wzrok policjantów, którzy szukali potwierdzenia słów Salvatore. Dowód, że to co mówił, było prawdą.
Przede wszystkim jednak czuła na sobie wzrok młodego policjanta, który wszystko dokładnie zapisywał. Miała wrażenie, że jakby mógł, to zrobiłby jej portret pamięciowy, aby potem do niego wrócić i znaleźć jakiekolwiek nieprawidłowości.
Czy mieli podejrzenia? Ona nawet miała pewność, zwłaszcza, że ta osoba się przyznała do wszystkiego i osobiście ją wydała w ręce dawnego męża psychopaty. Ale jakby ktoś pytał, to przecież nie miała pojęcia kto mógł za tym stać.
—
Dopiero dzisiaj poznałam większość rodziny męża — powiedziała, kiedy poczuła na sobie wzrok funkcjonariuszy. —
Wiem, że to może zabrzmieć dziwnie, biorąc pod uwagę okoliczności, ale... wszyscy byli dla mnie uprzejmi. Rozmawiali ze mną, składali nam życzenia. Nie zauważyłam niczego, co mogłoby sprawić, że zaczęłabym podejrzewać któregoś z nich o coś takiego. — Była to w większości prawda. Cały wieczór, z widoku osoby trzeciej, mógł sprawiać wrażenie fantastycznego. Goście się bawili, pili, tańczyli. Część osób się śmiało, a reszta rozmawiała. Muzyka grała i jakby ktoś pytał, wszyscy byli zadowoleni. Nie było żadnego podziału, zwłaszcza, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent gości, była rodziną jej męża.
Kto by się spodziewał wojny domowej.
—
Oczywiście, nie znam ich wystarczająco dobrze, żeby ręczyć za kogokolwiek — podniosła wzrok na funkcjonariusza. —
Ale nie chcę też wskazywać przypadkowej osoby tylko dlatego, że wydarzyła się tragedia — dodała. Jako łagodna, wystraszona żona, nie umiała przecież wskazać kogokolwiek, bo wszyscy byli dla niej mili. Oficjalnie.
— Ale to była rodzina pani męża. Nie zna pani tych ludzi.
—
Właśnie dlatego nie chcę ich oskarżać — odpowiedziała spokojnie. —
Nie znam ich wystarczająco dobrze.
Młodszy policjant przechylił lekko głowę, zapisując coś. Jako jedyny spoglądał na nich z wyjątkową podejrzliwością i nieufnością, jakby uważał, że kłamią, chociaż nie mówił tego na głos.
— A więc komu pani ufa? — spytał, zatrzymując długopis.
—
W tej chwili? — spytała. —
Tylko mojemu mężowi. — Jej wzrok przeniósł się na mężczyznę przy jej boku, zaraz wracając do policji. Automatycznie sięgnęła do dłoni Salvatore w geście zaufania, jakby to miało potwierdzić policjantom, że Giovanni jest jedyną osobą, której wierzyła.
Był jej mężem. I ochronił ją przed psychopatą. Samemu ryzykując.
Funkcjonariusze przez chwilę się nie odzywali, mierząc spojrzeniem małżeństwo. Starszy wyglądał na przekonanego, ale młodszy wciąż miał ten charakterystyczny wyraz twarzy człowieka, który chciał drążyć dalej.
— W porządku — powiedział ten z notesem. — To jeszcze jedno pytanie, panie Salvatore. Domyślam się, że odnalazł pan dawnego męża pańskiej żony, który chciał ją porwać. Co się z nim stało? Uciekł? — spytał, podejrzewając, że mogło się z nim stać coś innego, niż odejście za porozumieniem stron.
Giovanni Salvatore