clean up the rot before it digs too deep
: czw wrz 10, 2026 3:28 pm
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, potrzebując upewnić się, czy aby na pewno dobrze usłyszał. Pojedyncze pasma włosów opadły jej na twarz i przykleiły się do mokrych policzków, przecinając czerwone smugi pozostawione przez jej palce. Pod nimi skóra była blada, niemal szara; a przez to tym wyraźniej odznaczały się na niej zaczerwienione oczy i usta, które rozchylała przy kolejnych próbach złapania oddechu. Jeszcze niedawno tymi samymi ustami wyjaśniała mu, dlaczego zasłużył sobie na wszystko, co go spotkało. Teraz ledwie potrafiła złożyć zdanie. I to w obronie człowieka, który przyłożył się do tego, jak wyglądała.
— A jakie miał rozkazy? — prychnął, marszcząc brwi. — Przynieść ci kwiaty? Bianca, on miał cię zabić.
Dla niego nie było tu zbyt dużo miejsca na wątpliwości. Przez lata pracował zarówno z ludźmi, którzy wydawali podobne polecenia, jak i tymi, którzy je wykonywali; sam dość długo należał do obu grup. Wiedział, jak wygodnie można było oddzielić podjętą decyzję od jej wykonania, zwłaszcza gdy później trzeba było opowiedzieć o tym komuś, kto nie podzielał równie swobodnego podejścia do cudzego życia. Jeden tylko wskazywał nazwisko, a drugi tylko naciskał spust.
Poruszył kciukiem na jej nadgarstku, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak mocno go przytrzymywał. Poluzował palce, nie zabierając jednak ręki. Jej skóra była mokra i chłodna, a drobne drżenie przechodziło pod jego dłonią pomimo tego, że przestała się szarpać. Wzrok na moment uciekł mu niżej, ku świeżej krwi zbierającej się w rozcięciach - nie podobało mu się to. Tak samo jak sposób, w jaki siedziała, ciasno zwinięta wokół własnego bólu, choć przecież miała szwy, na które powinna uważać.
Na nią również powinien ktoś uważać i najwyraźniej padło na niego.
— Broniłaś się — powiedział, wracając spojrzeniem do jej twarzy. — Nie poszłaś tam po niego. To on przyszedł po ciebie.
Nie zamierzał przekonywać jej, że odebranie komuś życia nie miało znaczenia. Dla niego często nie miało; dla Navarro najwyraźniej znaczyło dostatecznie dużo, żeby przysłonić jej wszystko, co do tego doprowadziło. Patrzył na nią i powoli zaczynał rozumieć, że podczas gdy on widział przede wszystkim kobietę, która przeżyła, ona zdążyła już znaleźć sobie kolejny powód, żeby uznać to za coś niewłaściwego.
Nie rozumiał jednak, co miałby jej powiedzieć. Że było mu przykro? Nie było. Że żałował tego człowieka? Gdyby dostał możliwość cofnięcia się do mieszkania, jedyną zmianą, którą chętnie by wprowadził, byłoby dopilnowanie, żeby skurwysyn nie zdążył dobrać się do Navarro. Całą resztę jego losu przyjąłby z dokładnie taką samą obojętnością.
To wszystko było tak kurewsko niedorzeczne, że przez moment nie wiedział nawet, od czego zacząć.
— Byłaś niewinna, Bianca. — Słowo zabrzmiało d z i w n i e w jego ustach; zwłaszcza skierowane do niej, po wszystkim, co zdążył jej zarzucić. Nie wycofywał jednak żadnego z tych oskarżeń; teraz mówił o czymś mocno różnym od jej przewinień wobec niego. — Zrobiłaś dla nich to, czego chcieli. Poświęciłaś trzy i pół roku, wsadziłaś mnie do aresztu i pilnowałaś do samego końca. Wykonałaś swoją r o b o t ę.
Przez jego szczękę przemknęło napięcie; nie potrafił mówić o tym całkiem swobodnie i obojętnie, jakby chodziło o cudze aresztowanie i cudzą głupotę, która do niego doprowadziła. Nie odwracał jednak spojrzenia od jej twarzy i obserwował wilgoć zbierającą się przy jej dolnych powiekach i ten drobny, nierówny ruch ust, z którego nie powstawały jeszcze żadne słowa.
Nie znosił tego widoku. Znacznie łatwiej było mu znosić Navarro, kiedy pluła na niego jadem, próbowała wyprowadzić go z równowagi albo patrzyła z wyższością, którą najchętniej starłby jej z twarzy. Wtedy przynajmniej wiedział, co z nią zrobić – mógł oddać, powiedzieć coś gorszego i podejść bliżej właśnie tylko dlatego, że tego nie chciała.
— Posłuchaj — zaczął, opadając tyłkiem na deski pomostu. — Nie miałaś obowiązku dać się zabić tylko dlatego, że ktoś mu kazał — powiedział stanowczo. Absurdem było, że musiał jej to teraz wykładać. Że tego nie widziała. — Ani dlatego, że obiecałaś im poświęcić życie służbie. To nie jest, kurwa, to samo.
you live by fucked-up rules
— A jakie miał rozkazy? — prychnął, marszcząc brwi. — Przynieść ci kwiaty? Bianca, on miał cię zabić.
Dla niego nie było tu zbyt dużo miejsca na wątpliwości. Przez lata pracował zarówno z ludźmi, którzy wydawali podobne polecenia, jak i tymi, którzy je wykonywali; sam dość długo należał do obu grup. Wiedział, jak wygodnie można było oddzielić podjętą decyzję od jej wykonania, zwłaszcza gdy później trzeba było opowiedzieć o tym komuś, kto nie podzielał równie swobodnego podejścia do cudzego życia. Jeden tylko wskazywał nazwisko, a drugi tylko naciskał spust.
Poruszył kciukiem na jej nadgarstku, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak mocno go przytrzymywał. Poluzował palce, nie zabierając jednak ręki. Jej skóra była mokra i chłodna, a drobne drżenie przechodziło pod jego dłonią pomimo tego, że przestała się szarpać. Wzrok na moment uciekł mu niżej, ku świeżej krwi zbierającej się w rozcięciach - nie podobało mu się to. Tak samo jak sposób, w jaki siedziała, ciasno zwinięta wokół własnego bólu, choć przecież miała szwy, na które powinna uważać.
— Broniłaś się — powiedział, wracając spojrzeniem do jej twarzy. — Nie poszłaś tam po niego. To on przyszedł po ciebie.
Nie zamierzał przekonywać jej, że odebranie komuś życia nie miało znaczenia. Dla niego często nie miało; dla Navarro najwyraźniej znaczyło dostatecznie dużo, żeby przysłonić jej wszystko, co do tego doprowadziło. Patrzył na nią i powoli zaczynał rozumieć, że podczas gdy on widział przede wszystkim kobietę, która przeżyła, ona zdążyła już znaleźć sobie kolejny powód, żeby uznać to za coś niewłaściwego.
Nie rozumiał jednak, co miałby jej powiedzieć. Że było mu przykro? Nie było. Że żałował tego człowieka? Gdyby dostał możliwość cofnięcia się do mieszkania, jedyną zmianą, którą chętnie by wprowadził, byłoby dopilnowanie, żeby skurwysyn nie zdążył dobrać się do Navarro. Całą resztę jego losu przyjąłby z dokładnie taką samą obojętnością.
To wszystko było tak kurewsko niedorzeczne, że przez moment nie wiedział nawet, od czego zacząć.
— Byłaś niewinna, Bianca. — Słowo zabrzmiało d z i w n i e w jego ustach; zwłaszcza skierowane do niej, po wszystkim, co zdążył jej zarzucić. Nie wycofywał jednak żadnego z tych oskarżeń; teraz mówił o czymś mocno różnym od jej przewinień wobec niego. — Zrobiłaś dla nich to, czego chcieli. Poświęciłaś trzy i pół roku, wsadziłaś mnie do aresztu i pilnowałaś do samego końca. Wykonałaś swoją r o b o t ę.
Przez jego szczękę przemknęło napięcie; nie potrafił mówić o tym całkiem swobodnie i obojętnie, jakby chodziło o cudze aresztowanie i cudzą głupotę, która do niego doprowadziła. Nie odwracał jednak spojrzenia od jej twarzy i obserwował wilgoć zbierającą się przy jej dolnych powiekach i ten drobny, nierówny ruch ust, z którego nie powstawały jeszcze żadne słowa.
Nie znosił tego widoku. Znacznie łatwiej było mu znosić Navarro, kiedy pluła na niego jadem, próbowała wyprowadzić go z równowagi albo patrzyła z wyższością, którą najchętniej starłby jej z twarzy. Wtedy przynajmniej wiedział, co z nią zrobić – mógł oddać, powiedzieć coś gorszego i podejść bliżej właśnie tylko dlatego, że tego nie chciała.
— Posłuchaj — zaczął, opadając tyłkiem na deski pomostu. — Nie miałaś obowiązku dać się zabić tylko dlatego, że ktoś mu kazał — powiedział stanowczo. Absurdem było, że musiał jej to teraz wykładać. Że tego nie widziała. — Ani dlatego, że obiecałaś im poświęcić życie służbie. To nie jest, kurwa, to samo.
you live by fucked-up rules