Strona 7 z 22

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 10, 2026 3:28 pm
autor: Robin Visser
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, potrzebując upewnić się, czy aby na pewno dobrze usłyszał. Pojedyncze pasma włosów opadły jej na twarz i przykleiły się do mokrych policzków, przecinając czerwone smugi pozostawione przez jej palce. Pod nimi skóra była blada, niemal szara; a przez to tym wyraźniej odznaczały się na niej zaczerwienione oczy i usta, które rozchylała przy kolejnych próbach złapania oddechu. Jeszcze niedawno tymi samymi ustami wyjaśniała mu, dlaczego zasłużył sobie na wszystko, co go spotkało. Teraz ledwie potrafiła złożyć zdanie. I to w obronie człowieka, który przyłożył się do tego, jak wyglądała.
— A jakie miał rozkazy? — prychnął, marszcząc brwi. — Przynieść ci kwiaty? Bianca, on miał cię zabić.
Dla niego nie było tu zbyt dużo miejsca na wątpliwości. Przez lata pracował zarówno z ludźmi, którzy wydawali podobne polecenia, jak i tymi, którzy je wykonywali; sam dość długo należał do obu grup. Wiedział, jak wygodnie można było oddzielić podjętą decyzję od jej wykonania, zwłaszcza gdy później trzeba było opowiedzieć o tym komuś, kto nie podzielał równie swobodnego podejścia do cudzego życia. Jeden tylko wskazywał nazwisko, a drugi tylko naciskał spust.
Poruszył kciukiem na jej nadgarstku, dopiero teraz uświadamiając sobie, jak mocno go przytrzymywał. Poluzował palce, nie zabierając jednak ręki. Jej skóra była mokra i chłodna, a drobne drżenie przechodziło pod jego dłonią pomimo tego, że przestała się szarpać. Wzrok na moment uciekł mu niżej, ku świeżej krwi zbierającej się w rozcięciach - nie podobało mu się to. Tak samo jak sposób, w jaki siedziała, ciasno zwinięta wokół własnego bólu, choć przecież miała szwy, na które powinna uważać.
Na nią również powinien ktoś uważać i najwyraźniej padło na niego.
— Broniłaś się — powiedział, wracając spojrzeniem do jej twarzy. — Nie poszłaś tam po niego. To on przyszedł po ciebie.
Nie zamierzał przekonywać jej, że odebranie komuś życia nie miało znaczenia. Dla niego często nie miało; dla Navarro najwyraźniej znaczyło dostatecznie dużo, żeby przysłonić jej wszystko, co do tego doprowadziło. Patrzył na nią i powoli zaczynał rozumieć, że podczas gdy on widział przede wszystkim kobietę, która przeżyła, ona zdążyła już znaleźć sobie kolejny powód, żeby uznać to za coś niewłaściwego.
Nie rozumiał jednak, co miałby jej powiedzieć. Że było mu przykro? Nie było. Że żałował tego człowieka? Gdyby dostał możliwość cofnięcia się do mieszkania, jedyną zmianą, którą chętnie by wprowadził, byłoby dopilnowanie, żeby skurwysyn nie zdążył dobrać się do Navarro. Całą resztę jego losu przyjąłby z dokładnie taką samą obojętnością.
To wszystko było tak kurewsko niedorzeczne, że przez moment nie wiedział nawet, od czego zacząć.
— Byłaś niewinna, Bianca. — Słowo zabrzmiało d z i w n i e w jego ustach; zwłaszcza skierowane do niej, po wszystkim, co zdążył jej zarzucić. Nie wycofywał jednak żadnego z tych oskarżeń; teraz mówił o czymś mocno różnym od jej przewinień wobec niego. — Zrobiłaś dla nich to, czego chcieli. Poświęciłaś trzy i pół roku, wsadziłaś mnie do aresztu i pilnowałaś do samego końca. Wykonałaś swoją r o b o t ę.
Przez jego szczękę przemknęło napięcie; nie potrafił mówić o tym całkiem swobodnie i obojętnie, jakby chodziło o cudze aresztowanie i cudzą głupotę, która do niego doprowadziła. Nie odwracał jednak spojrzenia od jej twarzy i obserwował wilgoć zbierającą się przy jej dolnych powiekach i ten drobny, nierówny ruch ust, z którego nie powstawały jeszcze żadne słowa.
Nie znosił tego widoku. Znacznie łatwiej było mu znosić Navarro, kiedy pluła na niego jadem, próbowała wyprowadzić go z równowagi albo patrzyła z wyższością, którą najchętniej starłby jej z twarzy. Wtedy przynajmniej wiedział, co z nią zrobić – mógł oddać, powiedzieć coś gorszego i podejść bliżej właśnie tylko dlatego, że tego nie chciała.
— Posłuchaj — zaczął, opadając tyłkiem na deski pomostu. — Nie miałaś obowiązku dać się zabić tylko dlatego, że ktoś mu kazał — powiedział stanowczo. Absurdem było, że musiał jej to teraz wykładać. Że tego nie widziała. — Ani dlatego, że obiecałaś im poświęcić życie służbie. To nie jest, kurwa, to samo.
you live by fucked-up rules

clean up the rot before it digs too deep

: czw wrz 10, 2026 4:03 pm
autor: Bianca Navarro
Męski głos przebijał się przez szum wypełniający przestrzeń wokół niej, wybrzmiewał ponad rozpaczliwym waleniem serca w jej klatce piersiowej. Znów chwytała się go kurczowo, choć tym razem to nie jej ciało lgnęło do jakiejś stabilności w morzu jej pozbawionym - tym razem to jej umysł, desperacko poszukujący wyjścia z tych alejek, w które nie chciała dalej brnąć.
Skupiała się na jego brzmieniu. Był znacznie cichszy, mniej jadowity niż mogła się tego po nim spodziewać. Nie zorientowała się nawet, gdy jego właściciel znalazł się obok, po prostu nagle tutaj był - a w miarę, gdy jej powieki zamykały się i opadały, umysł coraz mocniej przyswajał fakt tej jego obecności.
Oraz wszystko to, co mówił - wszystko to, czego była już świadoma, a co jednocześnie w żaden sposób jej nie pocieszało.
Pokręciła głową, odruchowo, w zaprzeczeniu, choć jeszcze jej usta były zamknięte, ciało zbyt skupione na oddychaniu, które stało się nieco lżejsze.
Jego głos był jak nitka, rozrzucona w tym pieprzonym labiryncie - nitka, po której poruszając się może nie potrafiła zostawić rozpaczy za sobą, ale oddaliła się od niej wystarczająco, by dostrzegać inne opcje.
Nawet, jeśli pierwszą z nich, której się chwyciła, było wyparcie.
- Byłam ślepa - zaprzeczyła cicho, jej wzrok niesfornie pomknął w stronę wody, znów uświadamiając jej, że nieustannie była przez nią otoczona.
Zacisnęła powieki nim zakręciło jej się w głowie. Jej dłonie, jedna zamknięta w uścisku, którego świadomość jeszcze nie przedarła się do jej ogarniętego paniką ciała, rozwarły się i zamknęły w pięści, wydobywając kolejne, drobne igiełki bólu obecnych w nich rozcięć.
- Powinnam to przewidzieć - kontynuowała, poczucie winy wylęgało się z jej zepsutego wnętrza, rozlewało po całym ciele frustracją i złością. Przekrzywiła głowę, opierając policzek o kolana podkulonych pod siebie nóg w jakiejś skomplikowanej próbie uziemienia się. Nie chciała, by dalej kręciło jej się w głowie. - Powinnam zauważyć, że coś planują, a to wszystko idzie w tym kierunku.
Ponieważ teraz, gdy cofała się w tył, dostrzegała nieprawidłowości.
Spojrzenia wymienione między mężczyznami przesłuchującymi ją w pokoju gdy porzucała swoją przykrywkę. Obcych agentów obsługujących wypuszczenie Vissera w miejscu tych, których znała. Niewinną pogawędkę przy kawie z jakimś garniakiem, podpytującym ją o jej plany na powrót do Nowego Jorku i rodzinę, za którą mogłaby tęsknić.
To wszystko zaczynało się układać, choć nie potrafiła dostrzec w tym sensu.
Zaledwie rozrzucone na planszy kawałki układanki. Wiedziała, że na swój sposób do siebie pasowały - jak puzzle z dwóch różnych fragmentów, dzielące kolory i stylistykę, ale niezdolne do połączenia się ze sobą w sensowną całość.
- Byłam tak skupiona na tobie, że nie widziałam niczego innego - wyrwało jej się, wzrok utkwił gdzieś w punkcie męskich palców zaciśniętych na jej nadgarstku, wciąż jednak patrząc, lecz nie w i d z ą c. - Co, jeśli go znałam? - kolejne zdanie, kolejna paniczna myśl wypowiedziana na wydechu. Jej policzek oderwał się od kolan, twarz jeszcze bardziej zbladła, jeśli było to w ogóle fizycznie możliwe. Jej klatka piersiowa znów uniosła się w górę i opadła w dół, gwałtownie, spazmatycznie, gdy kolejna alejka kusiła ją spiralą myśli zdolnych ją pochłonąć. - Pod kominiarką... - dodała, zastanawiając się, jakiego koloru miał oczy.
Niebieskie? Zielone? Czy potrafiłaby rozpoznać go po samych oczach? Dlaczego nie zwracała na te rzeczy żadnej uwagi? Dlaczego była tak głupia i nieuważna?
Wiedziała przecież, że te wpatrujące się teraz w nią były brązowe.

without rules there's only despair

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 11, 2026 12:12 pm
autor: Robin Visser
— Jeśli go znałaś, to jeszcze gorzej — powiedział.
Poczuł, jak jej nadgarstek natychmiast napina się pod jego palcami, a twarz, która już wcześniej była niepokojąco blada, traci resztkę koloru. Właściwie mógł przewidzieć, że z całego zdania wyciągnie akurat to znaczenie, które pozwoli jej dołożyć sobie następny ciężar, skoro robiła to konsekwentnie od chwili odzyskania przytomności, dlatego zmarszczył brwi, zaciskając na niej dłoń odrobinę mocniej.
— Dla niego, Bianca — dodał twardo. — Nie dla ciebie.
Jeśli znała człowieka spod kominiarki, on również musiał znać j ą. Wiedział, kim była, dla kogo pracowała i ile czasu poświęciła na doprowadzenie całej operacji do końca. Być może mijał ją w siedzibie agencji, siedział obok podczas odpraw albo należał do tych wszystkich ludzi, którzy klepali ją po ramieniu i gratulowali sukcesu, zanim ktoś uznał, że najwygodniej będzie zamknąć jej usta kulą. A później przyjął rozkaz, zasłonił twarz i przyszedł do mieszkania przygotowany na to, żeby go wykonać.
Nawet jeśli odmowa niosła konsekwencje, a w ich jego świecie zazwyczaj rzadko kończyła się wyłącznie pozbawieniem premii albo wpisaniem nagany do akt, wciąż pozostawał moment, w którym można było dokonać wyboru.
A tamten mężczyzna dokonał swojego.
— Rozkaz nie założył mu kominiarki i nie włożył broni do ręki — ciągnął, obserwując, jak palce jej wolnej dłoni ponownie zwijają się w pięść, a paznokcie zagłębiają w poranioną skórę. Sięgnął do nich, wsuwając własne pomiędzy zaciśnięte palce, świadomie podkładając się pod jej destrukcyjny gest. — Jeżeli go znałaś, on też znał ciebie. Wiedział, do kogo strzela, i zrobił to mimo wszystko. Sam przyszedł; sam wycelował i sam pociągnął za spust.
Najwyraźniej jednak nawet teraz łatwiej było jej usprawiedliwić człowieka, który próbował ją zabić, niż dopuścić do siebie myśl, że nie wykonał tego polecenia przez pomyłkę, brak informacji albo jakieś tragiczne nieporozumienie. Najpierw próbowała całą odpowiedzialność zamknąć w jednej osobie znajdującej się gdzieś wysoko, tej, która miała w tym jakiś cel i poruszała pozostałymi jak pionkami, a teraz robiła dokładnie to samo z człowiekiem, którego zabiła, sprowadzając go wyłącznie do czyjegoś narzędzia.
Pomiędzy nimi pozostawała ona, nadal szukająca winy w swojej ślepocie.
— Byłaś skupiona na mnie, bo po to cię wysłali — przypomniał jej. Co za absurd. — To była twoja robota, Navarro. Miałaś obserwować mnie, zdobyć dowody i doprowadzić do mojego aresztowania, później nadzorować a nie jednocześnie pilnować, czy twoi właśni ludzie nie zachodzą cię od tyłu.
Zrobiła dokładnie to, czego od niej wymagali. Oddała im trzy i pół roku, własne nazwisko i życie, którego przez ten czas nie mogła prowadzić, a kiedy wreszcie wykonała powierzone jej zadanie, ktoś uznał, że jej użyteczność dobiegła końca.
Powinien odnajdywać w tym jakąś satysfakcję, nawet niewielką, bo przecież agencję wybrała zamiast niego i dla niej budowała każde ze swoich kłamstw, więc świadomość, że otrzymała od tych ludzi dokładnie tyle samo lojalności, ile sama okazała jemu, powinna smakować niemal jak sprawiedliwość.
Nie smakowała.
Widział wyłącznie Navarro zwiniętą na końcu pomostu, próbującą oddychać i usprawiedliwiającą człowieka, który strzelił do niej chwilę po tym, jak wykonała dla nich swoją pieprzoną robotę.
— Przysięgałaś oddać życie za swój kraj — powiedział, pamiętając doskonale słowa, które wykrzyczała mu jeszcze w chatce. — Ale oni nie kazali ci zginąć za kraj, Bianca. Kazali komuś zabić cię w mieszkaniu, bo z jakiegoś powodu zaczęłaś im przeszkadzać. Powtarzam ci – to nie jest, kurwa, to samo.
wake up

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 11, 2026 1:15 pm
autor: Bianca Navarro
Niewiele rzeczy było w stanie przebić się przez grubą zasłonę rozpaczy, która opadała na jej myśli i zmysły, odcinając ją od świata zewnętrznego.
Być może byłoby lepiej, gdyby jego słowa przyniosły jej poczucie zrozumienia i to właśnie ono przedarłoby się przez wszystkie osłony. Na papierze przecież Visser wypowiadał samą prawdę - rozkładał to wszystko, co w jej głowie było wyłącznie chaosem - bólem, brakującym powietrzem i czerwienią zalewającą jej pole widzenia. Określał, po której stronie leżała wina i czyścił jej ręce w miejscach, w których wciąż były brudne.
Może gdyby podzielała jego perspektywę, przyniosłoby jej to odrobinę ukojenia.
Może potrafiłaby wtedy spojrzeć na to przez pryzmat zdrady, której była ofiarą a nie sytuacji, do której zwyczajnie nie była przygotowana. Może nie skupiałaby się tak na morderstwie dokonanego jej rękami, może potrafiłaby przenieść winę na mężczyznę, który jako pierwszy uniósł w jej stronę pistolet.
Ale nie potrafiła.
A emocją, której udało się przebić przez tę gęstą mgłę było głębokie poczucie n i e s p r a w i e d l i w o ś c i.
Ponieważ to wszystko było tak popierdolone i zagmatwane, że wytypowanie jednej, winnej osoby stawało się niemożliwe. I ta niesprawiedliwość powoli, skutecznie przeradzała się w złość, rozświetlającą każdy mrok zawiłego labiryntu jej umysłu i obnażającą ścieżkę, którą powinna podążać.
- To tak nie działa - prychnęła, z policzkiem wciąż opartym o kolano, dłońmi wciąż bezwiednie zaciskającymi się w pięść nawet, gdy ból z jakiegoś powodu zaczął ustępować, zastąpiony wrażeniem gorąca cudzej skóry. - Jaki to jest wybór, jeśli za niewykonanie rozkazu skończysz jak ta osoba, którą każą ci wyeliminować?
Mgła zasnuwająca jej spojrzenie powoli ustępowała. Zorientowała się, że od paru sekund śledzi wzór flanelowej koszuli tkwiącej tuż obok, byle tylko nie spoglądać na wodę po drugiej stronie. Wodę, która prawdopodobnie była płytka i ciepła, mały zbiornik ogrzewany promieniami wczesnojesiennego słońca, lecz której widok wydzierał z jej piersi oddech.
- Nigdy nie wykonałeś rozkazu, z którym się nie zgadzałeś? - spytała, tkwiąc w skulonej pozycji, w której odnajdywała odrobinę komfortu. Jej wzrok jednak błądził w dół, wzdłuż guzików znalezionego odzienia, bezmyślnie, bez faktycznego spoglądania schowanego za nim. - Ile było w tym twojej decyzji?
Sinaloa była jeszcze bardziej brutalna i krwawa niż jakakolwiek rządowa agencja byłaby w stanie. Visser nie urodził się na szczycie łańcucha pokarmowego, musiał się do niego przebić, wyrżnąć sobie drogę w górę na sposoby, które widziała wielokrotnie. Wątpiła, by pozostawiono mu wtedy jakąkolwiek autonomię - nie, gdy wciąż był człowiekiem na posyłki, bądź osobą od załatwiania rzeczy.
Teraz wydawał rozkazy. Nie zawsze tak było.
Na swój chory sposób powinien najbardziej rozumieć, że nie było żadnego wyboru w otrzymaniu rozkazu, który trzeba było wykonać. Szczególnie on, zatrudniony w miejscu, w którym bycie bezużytecznym czyniło z człowieka ciężar - a ciężarów należało się pozbywać.
Podobne zasady musiały dotyczyć tych fragmentów rządowych organizacji, które nie lądowały w aktach. Tych operacji, tych ludzi, o których wiedza nie powinna dostać się do opinii publicznej. Tych dokonywanych za granicą, tych, w których zwracano się przeciwko swoim.
Jaką możliwość wyboru miała osoba wciągnięta do takich organizacji?
Jej wzrok wreszcie dotarł na sam dół, do jej zwiniętej dłoni. Dopiero teraz dostrzegła obok niej drugą - źródło tego ciepła, barierę, która ochroniła ją przed niepotrzebnym bólem. Przez parę, nieznośnie długich sekund przyglądała się ich splecionym dłoniom, drobnej różnicy w karnacji, nim jej umysł zarejestrował krew, która je pokrywała. Jej krew, jego krew?
Gwałtownie rozwarła dłoń, pozwalając mu się wydostać. Poczucie winy w jakiś niezrozumiały dla niej sposób przemknęło przez jej dobudzający się umysł, sprawiając, że zamrugała, jej policzek oderwał się od kolana. Wyrządziła mu dużo większe szkody niż paznokcie wrzynające w skórę, zresztą czy sam nie podsunął jej tej dłoni? Czy sama go złapała? Dlaczego nie potrafiła niczego zarejestrować?
Przepraszam w jakimś odruchu cisnęło jej się na usta, ale ta sama przytomność, która uświadomiła jej, że siedzi na pomoście i dyskutuje o moralności wyboru z pieprzonym Robinem Visserem, powstrzymała ją przed werbalizacją słowa.

this bleeding heart

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 11, 2026 4:02 pm
autor: Robin Visser
Nie zabrał dłoni gdy rozwarła palce; zamiast tego przez moment spoglądał na niewielkie półksiężyce pozostawione przez jej paznokcie i krew rozmazaną pomiędzy nimi, nie mając właściwie pewności, do którego z nich należała. Nie miało to większego znaczenia.
Poruszył palcami, sprawdzając, czy żaden z nich nie ucierpiał na tyle, żeby przeszkodzić mu później w prowadzeniu samochodu, a następnie oparł dłoń o własne udo. Jego spojrzenie powróciło do twarzy Navarro, na której rozpacz powoli ustępowała czemuś znacznie bardziej znajomemu; wciąż siedziała skulona, z policzkiem wspartym na kolanie i wzrokiem uciekającym gdzieś wzdłuż guzików jego koszuli, ale oddech miała spokojniejszy, a w jej głosie pojawiło się nawet coś, co zidentyfikował jako złość, której do tej pory nie potrafiła z siebie wykrzesać.
Dobrze.
Wkurwiona Navarro przynajmniej potrafiła oddychać.
— Wykonałem — odpowiedział bez zastanowienia się. — Więcej niż jeden.
Skłamałby, gdyby próbował przekonać ją, że przez wszystkie lata spędzone w Sinaloa robił wyłącznie to, z czym się zgadzał; szczególnie na początku, kiedy jego opinia nie miała jeszcze dla nikogo żadnego znaczenia, a nazwisko Vissera umieszczone pomiędzy innymi ludźmi wykonującymi cudze polecenia nie zapewniało mu żadnej ochrony. Wtedy znacznie częściej pytano go o to, czy coś zostało zrobione, niż czy uważał to za słuszne; a on wykonywał rozkazy, ponieważ zależało mu na pieniądzach, później również na pozycji, którą powoli zdobywał, a przez cały ten czas przede wszystkim na własnym życiu.
Nie każdy z nich podobał mu się w równym stopniu. Niektóre uważał za głupie, inne za niepotrzebne albo przeprowadzone w sposób, który przynosił więcej strat niż korzyści, a czasem człowiek wskazany jako kolejny problem wcale nim nie był. Niezadowolenie nigdy nie stanowiło jednak dla niego wystarczającego powodu, żeby ryzykować, że zajmie miejsce obok takiej osoby.
Więc wybierał siebie.
Za każdym, pierdolonym razem.
— Mogłem odmówić — dodał, nie odrywając od niej spojrzenia. — A później przekonać się, czy człowiek, który wydał mi polecenie uzna to za przejaw samodzielnego myślenia, czy może za powód żeby to mnie odstrzelić łeb.
Nie zamierzał udawać, że wybór pomiędzy własnym życiem a cudzym był uczciwy czy trudny. Zazwyczaj nie był; równie rzadko też ktokolwiek otrzymywał odpowiednio dużo czasu, żeby rozważyć wszystkie argumenty, a później z pełną świadomością zadecydować, która możliwość zgadzała się z jego kręgosłupem moralnym.
— Tylko nigdy nie opowiadałem później, że nie miałem wyboru — zauważył. — Miałem. Chujowy, ale nadal mój. To ja decydowałem, że bardziej zależy mi na własnej głowie niż na człowieku, któremu miałem rozwalić jego.
Przechylił nieznacznie głowę, obserwując jej twarz i ten wolny, powracający do niej rodzaj przytomności, który teraz kazał jej doszukiwać się w nim potwierdzenia własnych słów. Wybrała do tego wyjątkowo niewłaściwego człowieka. Visser potrafił usprawiedliwić przed samym sobą wiele rzeczy, ale nigdy nie potrzebował przekonywać się, że był niewinny, ponieważ ktoś znajdujący się wyżej wskazał mu kierunek.
Może właśnie dlatego sypiał znacznie lepiej od niej.
— Chcesz wykorzystać mnie jako argument przemawiający za niewinnością tego człowieka? — zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie. — Mnie? — Było to co najmniej głupie. Zwłaszcza, że wiedziała, że jego moralność była bardzo pokrzywiona. Pokręcił głową krótko, w wyrazie niedowierzania i wrócił do niej spojrzeniem. — Ty miałaś kilka sekund na decyzję. On miał wystarczająco dużo czasu, żeby przyjąć rozkaz, przygotować się, założyć kominiarkę i tam przyjść — powiedział, przesuwając zabrudzoną dłoń nieco dalej na udzie. — Nie stawiaj was po tej samej stronie tylko dlatego, że dla niego odmowa mogła skończyć się źle. — Przeniósł spojrzenie na spokojną, lśniącą w słońcu taflę jeziora. — Wiem tylko, że kiedy musiał zdecydować pomiędzy sobą a tobą, wybrał siebie. I to jest j e d y n y poprawny wybór w tym pojebanym świecie, Schatz.

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 11, 2026 5:44 pm
autor: Bianca Navarro
Jej życie byłoby o tyle prostsze, gdyby ktoś obdarzył ją luksusem niczym niezmąconego egoizmu.
Bo to nie tak, że sama uważała się za bohaterkę - że sama postawiona przed decyzją, którą otrzymał mężczyzna celujący do niej z broni podjęłaby inną decyzję. Ostatnia doba boleśnie strzaskała ten obraz samej siebie, jaki wytworzyła na przestrzeni lat. Nie było w niej wystarczającego altruizmu by usunąć Robina Vissera z tego świata kosztem własnego życia - a czy obiektywnie patrząc, ten świat by nie zyskał na tym dużo więcej, niż zyskiwał na tym, że w nim pozostała?
- Wczoraj powiedziałabym, że na jego miejscu nie zgodziłabym się wykonać takiego rozkazu - mruknęła ponuro, choć wątpiła, by w ogóle obchodziło go to, co na ten temat myślała.
W zasadzie nie wiedziała, w którym momencie Visser znalazł się obok, w którym jego dłoń wyswabadzała się z jej i w którym siadał na drewnianym pomoście. Z tego co pamiętała, zostawiła go wewnątrz chatki z każdym, wściekłym słowem zawieszonym pomiędzy nimi jak gradowe chmury.
- Dzisiaj już wiem, że...
Jestem tchórzem przemknęło przez jej myśli, w ten niesprawiedliwy unieważniając czyny jedynego człowieka, który okazał jej odrobinę dobroci w ciągu ostatnich paru godzin.
Ponieważ to, co zrobił, stało w całkowitym zaprzeczeniu tego, o czym mówił.
Nie była w stanie uwierzyć w to, że był człowiekiem pozbawionym sumienia bądź kierowanym egoizmem, gdy mając do wyboru porzucenie jej w zimnych głębinach jeziora, bądź na skąpanej w krwi posadzce mieszkania, cofnął się, wracając po nią. I choć w ciągu tych chaotycznych ostatnich godzin przytaczał racjonalne powody, dla których to robił, dla których rzekomo należała do niego i czuł się za nią zobowiązany, jednocześnie zaburzało to obraz bezwzględnego człowieka, jaki skrupulatnie budował.
- Gdyby wszyscy kierowali się zasadą jednostki, nasza cywilizacja skończyłaby w ruinach - westchnęła, w dalszym ciągu nie zgadzając się z jego argumentacją.
Zawsze istniał wybór - i niekoniecznie ten, którego on nazywał poprawnym, w istocie takim był. Byli ludzie, którzy nie nacisnęliby na spust. Tacy, którzy nie zaatakowaliby drugiego człowieka w odwecie, byle tylko uratować własną skórę.
Byli ludzie, którzy jeździli na front bądź wskakiwali w środek ognia, by uratować kogoś innego, nawet kosztem samego siebie. Wybory cechowały ich całe, pieprzone społeczeństwo i z jakiegoś powodu nie każdy zawsze wybierał siebie.
- Nie wszyscy ludzie postawieni przed taką decyzją bezwzględnie wybiorą siebie - zmusiła się by poderwać wzrok ponad jego dłoń, opartą o materiał spodni. Dostrzegała ciemne ślady, które zostawiały na nim jego palce. Jej krew, jego krew. Nie miało to wielkiego znaczenia. - Tylko tacy jak ty i ja.
Nagle zorientowała się, że wraz z każdym słowem, jej klatka unosiła się i opadała miarowo. Oddychała normalnie, nawet jeśli jej płuca wydawały się płytkie, wciąż do połowy wypełnione słodką wodą jeziora Ontario. Szum stawu, który ich otaczał, działał jej na nerwy, ale zdołała oderwać swoje dłonie od kolan, którymi je oplatała.
- Banes. - nazwisko niemal utknęło w jej gardle gdy wreszcie je wypowiedziała, wspominając ciemne wnętrze jej samochodu, fotel, w którym zapadała się coraz niżej - i odległy głos, znajomy, choć wtedy nie potrafiła go skojarzyć. - Frederic Banes, rozpoznałam jego głos na parkingu. Rozmawiał przez telefon.
Kolejna obserwacja - coś znajomego, coś nieprawidłowego zarazem. Coś, co utkwiło w jej umyśle jak drzazga, którą czuła nawet wtedy, gdy zawaliło się na nią całe piętro i cegły przygniotły jej klatkę piersiową. Uporczywa, wciąż obecna.
- Pracował w kontrwywiadzie. - szczątkowe informacje wydostawały się z niej na wydechu, jakby umysł zajęty był własnoręcznie rozplątywanym kłębkiem, a jedynie ciało z trudem dzieliło się informacjami, którymi nie chciała się z nim dzielić. Nie był z agencji. To byli jej ludzie. - OPR dorwało się do niego pół roku temu. Został usunięty ze służby.
Jak widać nieskutecznie.

you might be like me, and i might be like you

clean up the rot before it digs too deep

: pt wrz 11, 2026 8:34 pm
autor: Robin Visser
Tacy jak ty i ja.
Nie odpowiedział, ale nie przez to, że szczególnie dotknęło go wrzucenie do jednego worka z Navarro; w końcu sam robił to właściwie od chwili, w której dowiedział się, kim była. W przeciwieństwie do niej nie uważał jednak egoizmu za wadę, z której należało się tłumaczyć, a instynktu przetrwania za dowód tchórzostwa. Bez niego żadne z nich nie przeżyłoby na tyle długo, żeby wykształcić cały zestaw jebanych zasad moralnych, według których później mogliby oceniać własną chęć pozostania przy życiu.
Problem tkwił w tym, że jego własna argumentacja od kilkunastu godzin coraz mniej zgadzała się z tym, co faktycznie robił.
Wybrał siebie, kiedy wydostał się z kajdanek, zabrał broń i ruszył w stronę wyjścia z mieszkania. Dokładnie tak, jak powinien. Później jednak zawrócił po Navarro, chociaż pozostawienie jej na zakrwawionej posadzce znacznie zwiększało jego szanse na ucieczkę; wyciągnął ją z samochodu, zamiast pozwolić, żeby opadła razem z nim na dno jeziora, i nie zostawił na brzegu nawet wtedy, gdy w dłoni miał już klucz gwarantujący mu wolność.
Każda z tych decyzji była w praktyce zaprzeczeniem tego jego całego manifestu o jednostce, który jeszcze chwilę temu przedstawiał jej jako jedyną rozsądną zasadę działania.
Mógł oczywiście nadal wmawiać sobie, że robił to dla siebie. Że skoro uznał ją za swoją, jej utrata byłaby również jego stratą, a ratowanie Navarro stanowiło wyłącznie kolejną, bardziej skomplikowaną formę egoizmu; problem polegał na tym, że ta zasada miała działać znacznie prościej. Ludzie dzielili się na jego oraz obcych. Pierwszych chronił, drugich wykorzystywał i usuwał, kiedy zachodziła taka potrzeba, nie tracąc czasu na zastanawianie się, czy przypadkiem nie zasługiwali na coś więcej.
Bianca znajdowała się po obu stronach.
Była jego i jednocześnie nie należała do niego nigdy. Zdradziła go, doprowadziła do aresztowania i zabrała wszystko, co przez lata budował, a mimo to jego ciało zareagowało wcześniej niż rozum, zawracając po nią, chwytając, zanim utonęła i licząc jej oddechy przez całą noc.
Godverdomme.
— Instynkt przetrwania nie robi z ciebie tchórza, Navarro — powiedział w końcu, odsuwając spojrzenie od śladów pozostawionych przez własne palce na spodniach. — Po coś go masz. Gdyby każdy pozwalał się zabić w imię jakiejś większej idei, z twojej tak zwanej cywilizacji zostałoby mnóstwo bardzo honorowych trupów.
Nie zamierzał dodawać, że sam najwidoczniej posiadał jeszcze jakiś drugi, mniej zrozumiały instynkt, który konsekwentnie kazał mu wracać po jedną konkretną kobietę, nawet kiedy wszystko inne podpowiadało, że najrozsądniej byłoby zostawić ją za sobą.
Szczególnie że nie miał na niego równie mądrego wyjaśnienia.
Nazwisko natychmiast odsunęło wcześniejsze rozważania, ustawiając na ich miejscu coś znacznie bardziej użytecznego. Banes. Kontrwywiad, zainteresowanie OPR i usunięcie ze służby pół roku wcześniej; wystarczająco długo, żeby oficjalnie zniknął ze struktur, ale najwyraźniej nie na tyle skutecznie, by nie brał udziału w operacji, która miała zakończyć się śmiercią ich obojga.
— Za co go wyrzu-
Nie zdążył dokończyć.
Znad linii drzew dobiegł gwałtowny trzask łamanych gałęzi, a sekundę później z zarośli wypadły dwa rozpędzone k u n d l e, duże, ciemne i ujadające tak głośno, że ich rozwścieczone szczekanie wwiercało się w czaszkę. Zdecydowanie nie błąkały się po lesie ani nie wybiegły z pobliskiej posesji – o tym od razu przesądziły zabudowane szelki z policyjnymi oznaczeniami oraz to, że zaraz za nimi spomiędzy drzew dobiegły krótkie komendy i ciężkie kroki ludzi przedzierających się przez poszycie.
Poderwał się z desek bez zastanowienia, ból przesunął się wzdłuż żeber i urwał mu oddech, lecz jego dłoń już zacisnęła się na ramieniu Navarro, podciągając ją z miejsca. Nacierające psy odcinały im jedyną drogę prowadzącą z pomostu, za nimi znajdowali się ludzie, którzy z każdą sekundą byli coraz bliżej, a po obu stronach rozciągała się woda. Wybór był prosty – przynajmniej dla niego. Zamiast dać się rozszarpać wkurwionym owczarkom bo taki miały rozkaz wolał wrócić do lodowatej wody licząc na to, że po pierwsze – pływał szybciej bo nie pieskiem, po drugie – handlerzy zwierząt zanim tu dotrą zgubią ich pod taflą.
— Navarro, mam nadzieję, że jednak umiesz pływać — rzucił, ironicznie powtarzając ten sam zwrot, którym rzucił w nią ledwie pół doby temu. A potem, jak na dupka, za którego go miała, przystało – pchnął ją do wody, zanim zdołała mu odpowiedzieć. Poszedł w ślad za nią, rozmijając się z szeregiem ostrych jak brzytwa zębów o kilka centymetrów – przez co jeden z owczarków z głośnym chlupnięciem wylądował w wodzie.
some instincts are harder to explain

clean up the rot before it digs too deep

: sob wrz 12, 2026 10:59 am
autor: Bianca Navarro
Nienawidziła, kurwa, Robina Vissera.
Nienawidziła jego głupiej twarzy i głupich ubrań, które nosił. Nienawidziła głupiego sposobu picia przeze niego kawy i tego jak uśmiechał się, gdy usłyszał rzucony w jego stronę komplement. Nienawidziła muzyki, której słuchał w aucie i perfum, których zapach ciągnął się za nim w korytarzu i unosił w pomieszczeniu długo po tym, gdy wyszedł. Nienawidziła jego wzrostu, tego, że musiała zadzierać głowę by móc na niego spojrzeć, by móc z nim rozmawiać, a jakiś zaszyty w niej instynkt doszukiwał się w tych rozmowach własnej, gorszej pozycji.
Nienawidziła sposobów, w jakie ratował jej życie. Nienawidziła tego, że w ogóle sobie to ubzdurał.
W jednej chwili jej myśli w pełni okupowane były znajomym agentem, na którego temat usiłowała sobie coś przypomnieć - przypomnieć oraz z nim p o d z i e l i ć. Nie pamiętała, za co został wydalony ze służby - mogło to być tysiące powodów od bycia kiepskim agentem przez wprost łamanie prawa. Wiedziała jednak, że był jedynym możliwym tropem, jaki posiadała w tym momencie - osobą, która na pewno brała udział w operacji mającej na celu wyeliminowanie agentki Navarro. Cała reszta mogła być tylko domysłem.
W następnej chwili, operacja wyeliminowania agentki Navarro znalazła się dużo bliżej, niż tego zakładała - a jej wykonawcą był, naturalnie, pieprzony Visser sam w sobie.
Błoga otoczka niezrozumienia zmusiła jej głowę do odwrócenia się, brwi do zmarszczenia gdy dostrzegła nadciągające psy. Trzymała się jej mocno, dzięki czemu nie spostrzegła nawet, że wejście pod wodę było jedną z opcji - a tym bardziej nie zauważyła, że była jedyną.
Dopiero gdy ją pociągnął, gdy zmusił ją do wstania, świadomość jeziora wokół znów uderzyła w nią z całą mocą. Jej sylwetka zachwiała się, jakby nagle wykształciła w sobie lęk wysokości, odbierający racjonalność nawet ciału, które powinno bezwzględnie ją posiadać.
Wtedy, w to jedno uderzenie serca gdy pchnął ją w kierunku wody lecz jeszcze w nią nie uderzyła, otoczka niezrozumienia zniknęła jak za uderzeniem bicza - a ona pojęła, że z n ó w miała tonąć.
Jej usta rozwarły się w krzyku, lecz nie wydobył się zza nich żaden dźwięk. Krzyk został zduszony w jej gardle nacierającą wodą. Paliła ją w gardło i w nos pomimo tego, że nie była słona - jak każdy płyn dostający się do przełyku wbrew woli posiadacza.
Znów była w wodzie.
Jej ciało wierzgało pod powierzchnią w sposób, który poruszał wszystkie drobne, zasklepione ranki na jej plecach. Umysł zablokował się gdzieś pośrodku potrzeby wypłynięcia, zawalczenia o oddech, który od dwudziestu czterech godzin tak próbowano jej oderwać, a całkowitego zamknięcia. Jakaś jej cząstka nie chciała płynąć, nie chciała się chować, nie chciała robić nic, czego on chciał od niej - chciała przekształcić się w pieprzony kamień, głaz, który ciągnąłby go przy każdym ruchu na dno.
Chciała by poznał, jak to jest, walczyć o oddech gdy zewsząd atakuje cię woda.
Nie wiedziała ile czasu spędzili pod wodą - sekundy, minuty, całe godziny wyrwane z jej wypełnionego adrenaliną procesu myślowego? Nie wiedziała nawet, kiedy wreszcie przebili się przez powierzchnię, a płuca zapłonęły jej ogniem. Mogło to być tuż obok pomostu, przy akompaniamencie policyjnego radia i ujadania psów. Mogło być pod nim, w schronieniu i upewnieniu się, że policjanci zniknęli. Mogło być nawet po drugiej stronie tego cholernego stawu, w krzakach, z których mieli iść dalej, uciekając, nim znów zostaną złapani.
Wiedziała tylko, że gdy wreszcie to zrobili, gdy jej płuca rozszerzyły się pod wpływem zbawiennego, palącego tlenu, wyczuła męskie ciało obok swojego, a jej dłonie znów, odruchowo, sięgnęły w jego stronę.
Owinęły się wokół jego karku i szyi chwytem mocnym, desperackim, jakby zależało od tego jej całe życie.
A potem z furią i wbrew całej logice wepchnęły go z powrotem pod wodę choć resztki zachowanej przez nią racjonalności wiedziały, że nie będzie miała wystarczająco siły by go pod nią zatrzymać.
Ale i tak próbując zamordować pieprzonego Robina Vissera.
I uczynić przy okazji świat lepszym.

die

clean up the rot before it digs too deep

: ndz wrz 13, 2026 9:26 am
autor: Robin Visser
Tonący ludzie robili t o bez zastanowienia – chwytali się pierwszej rzeczy, która znalazła się w ich zasięgu i próbowali za wszelką cenę wspiąć po niej ponad powierzchnię. Oczywiście nie było w tym nic osobistego ani nawet świadomego; jedynie ciało rozpaczliwie walczące o powietrze, które nie zastanawiało się, czy dzięki niemu odbierało je komuś innemu.
Tyle że Navarro wcale nie próbowała wypłynąć.
Fakt – jej ramiona zaciskały się wokół jego karku i zamiast wykorzystać go jako oparcie, napierała z góry, konsekwentnie spychając jego głowę coraz głębiej. Nie wspinała się po nim. Nie szukała oddechu. Z jakiegoś powodu uznała, że znacznie istotniejsze od wydostania się z jeziora było dopilnowanie, żeby nie zrobił tego on.
Wiedział, że była jebnięta.
Jeszcze kilka minut temu tłumaczył jej, że instynkt przetrwania nie czynił z człowieka tchórza, a teraz ten należący do Navarro najwyraźniej postanowił udowodnić mu, że czasami czynił z niego idiotę.
Mógł zrozumieć, gdyby próbowała ocalić siebie jego kosztem. Sam najprawdopodobniej zrobiłby dokładnie to samo, gdyby role się odwróciły, ponieważ jej życie nie było warte jego własnego (a przynajmniej według wszystkich zasad, których nadal próbował się trzymać ze skutkiem różnym); tylko że zabicie go nie miało pomóc jej wydostać się z wody. Zostawała sama pomiędzy pomostem zajętym przez handlerów a psem, który wpadł do jeziora zaraz za nimi i właśnie zbliżał się wśród gwałtownego chlupotu.
Nie działała racjonalnie. Ludzie jebnięci nie działali racjonalnie.
Świadomość tego powinna zapewne skłonić go do ostrożności, być może nawet jakiejś formy wyrozumiałości, gdyby posiadał jej więcej i nie zużył zapasów na kolejne pięćdziesiąt lat podczas ostatnich kilkunastu godzin, wyciągając Navarro kolejno z mieszkania, samochodu oraz wody, za każdym razem wbrew niej i coraz wyraźniej również wbrew sobie. Pozwalał jej na znacznie więcej, niż pozwoliłby komukolwiek innemu; zniósł broń wymierzoną w jego stronę, kłamstwa, kajdanki zapięte na nadgarstku i cały zestaw oskarżeń, którymi obrzucała go od chwili odzyskania przytomności.
Jej drobne dłonie na jego gardle nie pozostawiały zbyt wiele miejsca na pobłażliwość; szczególnie kiedy zaczynało brakować mu powietrza.
Złapał ją za jeden z nadgarstków i wykręcił bez oporu, dopóki uścisk nie osłabł, drugą dłonią zaciskając na jej włosach i szarpiąc głowę do tyłu. Obrócił Navarro plecami do siebie, a gdy nadal usiłowała się wyrwać, pchnął nią w drewniany wspornik pomostu, wykorzystując przewagę, której do tej pory zwyczajnie nie miał powodu używać. Uderzenie rozeszło się pod wodą głuchym stuknięciem.
Wynurzył ich oboje, nabierając powietrza tak gwałtownie, że wraz z nim zaciągnął się wodą i zaniósł krótkim kaszlem. Nadal trzymał ją za włosy, a wykręconą rękę przycisnął do jej pleców znacznie mocniej, niż było to potrzebne wyłącznie do jej unieruchomienia.
— Probeer me nog één keer te verdrinken en ik breek je arm.— wysyczał ze wściekłością przy jej uchu.
Ciemny łeb owczarka wyłonił się zza krawędzi pomostu, coraz bliżej, podczas gdy drugi pies ujadał nad ich głowami, szarpiąc się na deskach i drapiąc pazurami w miejscu, pod którym się znajdowali. Chwilę później do hałasu dołączyły ludzkie kroki i krótkie komendy; co oznaczało, że handlerzy dotarli nad jezioro. Wystarczyła chwila, aby do radia przekazali ich położenie. A to oznaczało, że zaraz zrobi się tu gęsto.
Visser zacisnął szczękę.
Jeszcze kilkanaście sekund temu jego problem posiadał dość łatwe rozwiązanie – zanurzyć się, przepłynąć pod wodą możliwie jak najdalej i wydostać na brzeg, zanim handlerzy zdołają obejść jezioro; teraz musiał zrobić to samo, ze świadomością nadciągających posiłków, donośnym trzepotem zbliżającego się śmigłowca i z pojebanym babskiem, które prawdopodobnie przy pierwszej okazji ponownie spróbuje pociągnąć go na dno.
Kurwa, nad czym on tak naprawdę się zastanawiał? Dosłownie chwilę temu Navarro próbowała go utopić. Zaraz po tym, jak spróbował tego śmiesznego współczucia. Próby pocieszenia kogoś. Kobieta, którą kilka już razy wyciągnął ze szponów śmierci teraz pchała go na dno w pełnej świadomości. Najwyraźniej poczuła się potężna, kiedy przyszły posiłki.
Wypchnął Navarro ze swojego uchwytu, wpychając na drewniany wspornik pomostu. Odepchnął się od drugiego nogami i wystrzelił nisko pod taflą w kierunku środka jeziora, świadomie wplątując się w podwodny las z trzcin.
Wyłonił się spory kawałek dalej, kiedy jego płuca niemal błagały o odrobinę powietrza. Złapał oddech, by zanurzyć się z powrotem i nie obejrzał się za Navarro. A przynajmniej nie zamierzał. Nie powinien.
Oczywiście, że spojrzał przez ramię, zanim zniknął pod wodą.
ladies and two-faced bitches first

clean up the rot before it digs too deep

: pn wrz 14, 2026 1:50 pm
autor: Bianca Navarro
W tej chwili nie liczyło się nic innego - ani logika stojąca za jej działaniami, ani wdzięczność, którą powinna odczuwać względem jego specyficznej pomocy.
Tylko woda, w którą znów uderzyła, nieprzygotowana, nawet gdy samo przebywanie na pomoście pchało jej serce w nierówny rytm. Woda wypełniająca jej nos i usta, zalewająca jej oczy, przesuwająca się po rannej skórze nierównym pieczeniem.
Woda, w którą znów uderzyła przez n i e g o.
Nie wątpiła, że może gdyby miała chwilę na zastanowienie, faktycznie nie znalazłaby żadnej, sensowniejszej opcji. Ale nie mieli chwili na zastanowienie. A na twarzy Vissera tkwił złośliwy wyraz, w głosie wybrzmiewało rozbawienie gdy świadomie ją terroryzował, we własnej interpretacji pomocy, której od niego nie chciała.
Jej dyktowane furią i paniką chęci i tak skończyły się wyłącznie na tym - na c h ę c i a c h.
Ból zaciśniętych wokół jej włosów palców skutecznie ją otrzeźwił, tak jak zderzenie z wspornikiem utrzymującym drewniany pomost w górze. Gdy zniknęło oparcie tkwiącego obok niej mężczyzny, na początku nic nie pojawiło się na jego miejsce.
Na początku jej ciało, tak jak wtedy, w zimnym jeziorze Ontario, zachowywało się dokładnie tak, jakby i teraz było zbyt ranne, zbyt słabe by móc coś zrobić z własnym losem. Zniknęło pod wodą, tonąc, nie zwracając na siebie uwagi owczarka, który, tracąc każdy z tropów, powoli wdrapywał się ponownie na powierzchnię.
Gdy ten sam instynkt, który nakazywał jej chwytanie się Vissera wcześniej wreszcie zaskoczył, a klatka piersiowa zajęła się ogniem pod wpływem braku powietrza, wreszcie, z trudem i ociąganiem, jej kończyny zaczęły się poruszać. Przebiła wodę, haustem nabierając tlenu i desperacko chwytając się drewnianej podpory. Owinęła się wokół niej swoimi ramionami, z cieniem pomostu nad swoją głową, przylgnęła do niej ciałem i własnym policzkiem, jak do koła ratunkowego, na które właśnie uświadomiła sobie, że wrzucił ją mężczyzna.
Nie miała pojęcia, ile czasu minęło.
Chłód wody przesiąknął jej ubrania, zakradł się do jej żył gdy tkwiła w bezruchu, słuchając. Kroki oficerów, ich głośne okrzyki gdy dostrzegli gdzieś wynurzającą się na moment głowę płynącego przez staw mężczyzny.
Wszyscy ruszyli za nim.
Tkwiła pod spodem jak topielica, z twarzą ledwie wystającą ponad powierzchnię stawu, dłońmi desperacko wczepionymi we wspornik. Słyszała, jak odgłosy wrzawy oddalają się, jak wszyscy ruszyli w pogoń za uciekającym mężczyzną, pragnąc złapać go po drugiej stronie stawu - może gdzieś w wysokiej trawie, może dalej, jeśli uda mu się wybiec zanim dotrą do niego psy.
Nie miała odwagi się poruszyć.
Po całej wieczności ciszy, gdy nawet odgłos ujadania psów stał się stłumiony linią drzew otaczającą staw z drugiej strony, drżąc wreszcie zmusiła się poruszenia się. Wychyliła ostrożnie, upewniając, że na pomoście nikogo nie było nim, mechanicznie, wyciągnęła swoje bezużyteczne ciało z wody.
Potrzebowała planu. Musiała się stąd w y d o s t a ć.
W jakimś wpojonym jej na szkoleniu odruchu przylgnęła do ściany domku dostrzegając za szybą kontury sylwetek. Błękitne i czerwone światło migotało po jednej stronie budynku, jednak wokół nastała cisza. Samochód. Potrzebowała samochodu. Samochodu, który ukradł poprzedniej nocy Visser, stojącego z drugiej strony.
Przemknęła tam jak cień, przekonana, że w każdej chwili któryś z policjantów wyjdzie z budynku, że któryś z psów, jeśli nie wszystkie ruszyły w pogoń, wreszcie ją zwęszy, dopadnie.
Zagrożenie okazało się tkwić dużo bliżej.
Jeden policjant tkwiący przy samochodzie natychmiast spostrzegł ją gdy wychyliła się zza budynku. Jego ciało się spięło, dłoń sięgnęła do kabury pistoletu, usta rozwarły by krzyknąć. Nie mogła do tego dopuścić. Nie mogła na to pozwolić.
- Pomocy - jęknęła, chwytając swoimi zakrwawionymi dłońmi bok by zakryć szytą ranę, uginając swoja sylwetkę. Wciąż miała na sobie wczorajsze ubrania, zakrwawione, poszatkowane. Wciąż była blada jak trup, przemoczona, zmęczona, pokonana. - Porwał mnie - tłumaczyła drżącym głosem, unosząc drugą rękę pojednawczo - tą, na której każdy czerwony ślad zdążył już urodzić kroplę krwi. - Uwięził.
Nie potrzebowała, żeby jej uwierzył. Nie w pełni. Wystarczyło jej zawahanie, możliwość znalezienia się bliżej. Potrzebował, by dostrzegł jej żałosną, ranną wersję i połączył kropki - wszak czy Visser nie uciekał właśnie gdzieś w las, zostawiając ją za sobą?
Potknęła się, w sposób połowicznie teatralny, połowicznie zrodzony z kompletnego braku uwagi. Mężczyzna oderwał dłoń od swojej kabury, już otwartej, już gotowej, odruchowo wyciągając ręce by przytrzymać ją w pionie.
Jej ranna dłoń sięgnęła do błyszczącego metalu.
Wyszarpnęła broń, odsuwając się, gwałtownie, na wydechu. Nim policjant zdążył zarejestrować, co w ogóle zrobiła, jej palec zgrabnie odnalazł zabezpieczenie, lufa uniosła się w jego kierunku.
- Kajdanki - warknęła, gdy ten w złości uniósł ręce w górę. Nie miała wiele czasu, w każdej chwili ktoś mógł zerknąć przez pieprzone okno.
- Nie - wycedził mężczyzna, w wyraźny i charakterystyczny dla swojego gatunku sposób oceniając, czy w ogóle była w stanie stworzyć dla niego jakiekolwiek zagrożenie.
Czuła, jak jej umysł i ciało rozszczepiają się na dwa.
- Dawaj kajdanki inaczej przestrzelę ci ten pierdolony łeb - warknęła Ortega, przechodząc na jego plecy, opierając lufę broni o tył jego czaszki gdy sięgał do przypiętych do pasa kajdanek. Navarro chwyciła je, jedną ręką zakuwając mężczyznę z wprawą kogoś, kto robił to wielokrotnie wcześniej.
- Stań pod ścianą - rozkazała, zabierając radio, które miał przy sobie. Lufa broni uderzyła w jego głowę, pośpieszając go gdy powoli ruszył w kierunku ściany budynku. - Twarz do ściany - dodała wściekle, jednym okiem obserwując mężczyznę, w którego celowała z b r o n i, drugą zerkając na samochód. - Jeśli drgniesz, strzelę.
Nie było kluczyka.
Tylko wyszarpane z trzewi pojazdu kable, które należało ze sobą połączyć w odpowiedniej konfiguracji. W pierwszej myśli przez umysł agentki Navarro przemknęła panika, by zaraz za nią nadeszła uspokajająca świadomość.
Ortega umiała odpalać samochody w ten sposób.
Potrzebowała chwili by warkot silnika wreszcie rozległ się w pomieszczeniu. Chwili, w której radio rzucone na fotel obok, ku jej irytacji, nieustannie nadawało informacje z obławy na uciekającym Visserze. Visserze, którego rzucenie się na drugą stronę stawu odwróciło uwagę od niej. Visserze, bez którego nie dotarłaby nawet do tego samochodu.
Jej dłonie zacisnęły się na kierownicy, spoglądając na rozszczepiającą się drogę naprzeciw.
Była w o l n a. Mogła uciec, mogła skręcić w stronę głównej drogi, wdrożyć swój plan w życie - plan, którego miała wyłącznie zarodek, ale w który wierzyła w całą mocą. Mogła pozwolić im dopaść osobę, która na to zasługiwała, pozwolić im wsadzić go do pierdla, gdzie było jego miejsce.
Tyle, że nie starczyło jej już naiwności by wiedzieć, że właśnie tam wyląduje.
- Jest otoczony - męski głos zniekształcony radiem wybrzmiał wewnątrz samochodu gdy stary Dodge ruszał z miejsca w akompaniamencie krzyków wypadających z domku policjantów. - Mamy go.
Była wolna.
A jednak wbrew sobie, wbrew logice, z wściekłością sercu szarpnęła kierownicą, skręcając w stronę obławy.

Robin Visser