It's beginning to look a lot like fuck this
: sob sty 31, 2026 4:21 am
Cudownie nieświadom atrakcji jakie omijały go w tym czasie, Milo wybierał choinkę bez pośpiechu, kręcąc się między drzewkami, zgrzytając zębami, gdy ktoś z pozostałych niezdecydowanych taranował go przez nieuwagę albo deptał idąc na ślepo do przodu. W tym samym czasie próbował na oko określić jaką wysokość miał salon Estelli.
Odpowiedź przestała go jednak interesować w miarę szybko gdy zdał sobie sprawę, że nawet gdyby cholernie chciał, nie byłby w stanie unieść - ani donieść - prawie dwumetrowego drzewka.
Podobały mu się świerki, których zapach kojarzył mu się nieodzownie ze świętami, o ostrych igłach i intensywnie zielonym wybarwieniu, więc trzymał się głównie tej części placu handlowego gdzie stało ich najwięcej. Raz tylko, może dwa, przystanął na moment i kichnął w rękaw zastanawiając się, czy czasem nie złapał jakiegoś paskudnego przeziębienia.
Estella odetchnęła z ulgą, gdy chłodzone w lodówce ciasto osiągnęło właściwą konsystencję. Dość miękkie, by móc je rozwałkować, wystarczająco twarde, żeby nie rozlać się na blasze. W osobnej misce odpoczywała zasypka przygotowana z drobnego cukru i cynamonu, w której wszystkie powykrawane i upieczone ciastka lądowały jeszcze zanim ostygły.
一 Muszą być jeszcze gorące kiedy je obtaczasz. Inaczej się nie przyklei, a Milo najbardziej lubi jak są całe w cukrze 一 instruowała krok po kroku, z wprawą zdejmując wciąż rozgrzane ciastka z blachy, tak, jakby temperatura zupełnie nie robiła jej różnicy. 一 A te twoje bułeczki to kiedy do wyjęcia?
Wciąż podpatrywała nieufnie na kanadyjskie wymysły kulinarne Gauthiera, ale po wczorajszym winie z którego nie zostało zbyt wiele była o wiele bardziej skora do pozwolenia mu na odrobinę więcej. Wychodziła również z założenia, że skoro już gościli zewnętrzny akcent w postaci Kanadyjczyka, równie dobrze mogli na tym skorzystać i sprawdzić jak podchodzili do gotowania.
一 Podobno to twoja pierwsza wizyta w Stanach. To prawda? Jak ci się u nas podoba? 一 zagadnęła, gdy kolejna partia ciastek, okrąglutki tuzin, wylądowała w misce ze słodkim pyłem. Drobinki cukru i cynamon oblepiały każdą kruchą, grubo ciosaną gwiazdkę sprawiając, że wyglądały jakby oprószył je szron.
Diego zgodnie z zapowiedzią nie niepokoił ich więcej swoją obecnością, zaszył się w warsztacie i tylko od czasu do czasu wpadał do mieszkania, wzdychał głośno i słyszalnie aż przy stolnicy, przeskakiwał po kilka stopni na zaimprowizowanych schodach na poddasze i znów zbiegał jakby ktoś gonił go dysząc mu w kark. Wykonał w ten sposób około czterech pełnych kursów nie odzywając się słowem, zbyt zajęty własnymi sprawami by zaglądać do kuchni.
Dopiero kiedy kwadrans po ostatniej przebieżce przez klatkę schodową w wykonaniu Camareny Milo przelał się przez drzwi wejściowe z największym świerkiem jaki dał radę unieść (sięgającym zaledwie do połowy wysokości salonu, jak się miało wkrótce okazać). Wniósł do mieszkania zapach igliwia, gorzkawy i żywiczny, terpenowy i kojarzący się z kalafonią, której tak często używał podczas lutowania.
一 W przyszłym roku nie idę sam 一 zaanonsował się, gdy zgrzany, z drobnicą igiełek we włosach potarganych tak, jakby to drzewko ciągnęło przez ulicę jego, a nie na odwrót. Omiótł spojrzeniem stolnicę, włączony piekarnik, Estellę znów zaglądającą do filiżanki z kolejną dolewką kawy i wreszcie Dylana, stojącego pośrodku tego kuchennego chaosu, z ręcznikiem przerzuconym nonszalancko przez ramię - wyglądał jak żywcem wyrwany z jakiegoś programu kulinarnego łączącego miłość do wypieków oraz atrakcyjnych mężczyzn - i ze smugą mąki na miodowym swetrze.
Na znajomy widok po raz drugi tego dnia Milo poczuł, jak coś przewraca mu się w żołądku i jedyne co mógł z tym zrobić, to pogapić się jak sroka w gnat nie wiedząc co z tym fantem zrobić. Nadal.
Chwilę później uznał, że nie zaszkodzi mu również sprawdzić w jakiej kondycji znajdowały się ciastka.
一 Można już? 一 zapytał niecierpliwie, łakomie podpatrując na te stygnące na kratce. 一 Ciepłe też mogą być, hmm?
一 Powiedz mu, że to na wieczór, i to góra dwa, może trzy. Reszta na święta 一 fuknęła w stronę Dylana pani Flores najwidoczniej uznając, że on znacznie lepiej przekaże mu tę informację.
Rivera usłyszał jednak jednym uchem i spochmurniał, momentalnie obracając głowę w kierunku Gauthiera. Jego twarz przybrała wyraz czynnego żalu i głębokiego rozczarowania niesprawiedliwością jaka go dotknęła, więc przynajmniej podszedł wywęszyć więcej cynamonu. Traf chciał, że najintensywniej czuł go na Dylanie, więc w pewnej chwili po prostu bezmyślnie stanął mu za plecami i przycisnął policzek między jego łopatkami, cały ciężar swojego ciała opierając już tylko o niego. Obyło się bez romantycznych objęć, jakie kobiety w pewnym wieku lubiły odnajdywać w swoich dramatach romantycznych, Milo po prostu sterczał jak wrośnięty w podłogę i wdychał głęboko wszystko to, co pachniało mu domem. To, że znajdowało się to dokładnie na wysokości barków Dylana to już inna sprawa.
一 Dostanę cokolwiek? Przyniosłem choinkę 一 poskarżył się lub pochwalił, w zależności od punktu widzenia.
Dylan Gauthier
Odpowiedź przestała go jednak interesować w miarę szybko gdy zdał sobie sprawę, że nawet gdyby cholernie chciał, nie byłby w stanie unieść - ani donieść - prawie dwumetrowego drzewka.
Podobały mu się świerki, których zapach kojarzył mu się nieodzownie ze świętami, o ostrych igłach i intensywnie zielonym wybarwieniu, więc trzymał się głównie tej części placu handlowego gdzie stało ich najwięcej. Raz tylko, może dwa, przystanął na moment i kichnął w rękaw zastanawiając się, czy czasem nie złapał jakiegoś paskudnego przeziębienia.
Estella odetchnęła z ulgą, gdy chłodzone w lodówce ciasto osiągnęło właściwą konsystencję. Dość miękkie, by móc je rozwałkować, wystarczająco twarde, żeby nie rozlać się na blasze. W osobnej misce odpoczywała zasypka przygotowana z drobnego cukru i cynamonu, w której wszystkie powykrawane i upieczone ciastka lądowały jeszcze zanim ostygły.
一 Muszą być jeszcze gorące kiedy je obtaczasz. Inaczej się nie przyklei, a Milo najbardziej lubi jak są całe w cukrze 一 instruowała krok po kroku, z wprawą zdejmując wciąż rozgrzane ciastka z blachy, tak, jakby temperatura zupełnie nie robiła jej różnicy. 一 A te twoje bułeczki to kiedy do wyjęcia?
Wciąż podpatrywała nieufnie na kanadyjskie wymysły kulinarne Gauthiera, ale po wczorajszym winie z którego nie zostało zbyt wiele była o wiele bardziej skora do pozwolenia mu na odrobinę więcej. Wychodziła również z założenia, że skoro już gościli zewnętrzny akcent w postaci Kanadyjczyka, równie dobrze mogli na tym skorzystać i sprawdzić jak podchodzili do gotowania.
一 Podobno to twoja pierwsza wizyta w Stanach. To prawda? Jak ci się u nas podoba? 一 zagadnęła, gdy kolejna partia ciastek, okrąglutki tuzin, wylądowała w misce ze słodkim pyłem. Drobinki cukru i cynamon oblepiały każdą kruchą, grubo ciosaną gwiazdkę sprawiając, że wyglądały jakby oprószył je szron.
Diego zgodnie z zapowiedzią nie niepokoił ich więcej swoją obecnością, zaszył się w warsztacie i tylko od czasu do czasu wpadał do mieszkania, wzdychał głośno i słyszalnie aż przy stolnicy, przeskakiwał po kilka stopni na zaimprowizowanych schodach na poddasze i znów zbiegał jakby ktoś gonił go dysząc mu w kark. Wykonał w ten sposób około czterech pełnych kursów nie odzywając się słowem, zbyt zajęty własnymi sprawami by zaglądać do kuchni.
Dopiero kiedy kwadrans po ostatniej przebieżce przez klatkę schodową w wykonaniu Camareny Milo przelał się przez drzwi wejściowe z największym świerkiem jaki dał radę unieść (sięgającym zaledwie do połowy wysokości salonu, jak się miało wkrótce okazać). Wniósł do mieszkania zapach igliwia, gorzkawy i żywiczny, terpenowy i kojarzący się z kalafonią, której tak często używał podczas lutowania.
一 W przyszłym roku nie idę sam 一 zaanonsował się, gdy zgrzany, z drobnicą igiełek we włosach potarganych tak, jakby to drzewko ciągnęło przez ulicę jego, a nie na odwrót. Omiótł spojrzeniem stolnicę, włączony piekarnik, Estellę znów zaglądającą do filiżanki z kolejną dolewką kawy i wreszcie Dylana, stojącego pośrodku tego kuchennego chaosu, z ręcznikiem przerzuconym nonszalancko przez ramię - wyglądał jak żywcem wyrwany z jakiegoś programu kulinarnego łączącego miłość do wypieków oraz atrakcyjnych mężczyzn - i ze smugą mąki na miodowym swetrze.
Na znajomy widok po raz drugi tego dnia Milo poczuł, jak coś przewraca mu się w żołądku i jedyne co mógł z tym zrobić, to pogapić się jak sroka w gnat nie wiedząc co z tym fantem zrobić. Nadal.
Chwilę później uznał, że nie zaszkodzi mu również sprawdzić w jakiej kondycji znajdowały się ciastka.
一 Można już? 一 zapytał niecierpliwie, łakomie podpatrując na te stygnące na kratce. 一 Ciepłe też mogą być, hmm?
一 Powiedz mu, że to na wieczór, i to góra dwa, może trzy. Reszta na święta 一 fuknęła w stronę Dylana pani Flores najwidoczniej uznając, że on znacznie lepiej przekaże mu tę informację.
Rivera usłyszał jednak jednym uchem i spochmurniał, momentalnie obracając głowę w kierunku Gauthiera. Jego twarz przybrała wyraz czynnego żalu i głębokiego rozczarowania niesprawiedliwością jaka go dotknęła, więc przynajmniej podszedł wywęszyć więcej cynamonu. Traf chciał, że najintensywniej czuł go na Dylanie, więc w pewnej chwili po prostu bezmyślnie stanął mu za plecami i przycisnął policzek między jego łopatkami, cały ciężar swojego ciała opierając już tylko o niego. Obyło się bez romantycznych objęć, jakie kobiety w pewnym wieku lubiły odnajdywać w swoich dramatach romantycznych, Milo po prostu sterczał jak wrośnięty w podłogę i wdychał głęboko wszystko to, co pachniało mu domem. To, że znajdowało się to dokładnie na wysokości barków Dylana to już inna sprawa.
一 Dostanę cokolwiek? Przyniosłem choinkę 一 poskarżył się lub pochwalił, w zależności od punktu widzenia.
Dylan Gauthier